piątek, 14 lipca 2017

Sprawozdanie z wyjazdu do Anglii

Tak jak jakieś dwa lata temu, postanowiłam opowiedzieć Wam o swojej podróży. Będzie to o tyle trudne, że z jednej strony pojechałam tam na dłużej niż do Szkocji, a z drugiej - tak naprawdę miałam zwykle dwa dni w tygodniu na zwiedzanie (nie licząc trzech obowiązkowych crossculture events obejmujących drugi tydzień wyjazdu... ale o tym potem). Zapewne gdyby nie to, że musiałam chodzić na staże, pewnie mogłabym spokojnie zobaczyć więcej, ale no cóż... i tak sporo zobaczyłam.

Mój przyjazd do Wielkiej Brytanii nastąpił w dość niespokojnym momencie. Nie dość, że właśnie odbywały się przedwczesne wybory, to jeszcze wkrótce nastąpił atak w Manchesterze. Byliśmy też świadkami kilku demonstracji (jakichś dwóch, hehe). Tak więc miałam takie poczucie, że jestem świadkiem historycznych wydarzeń (w negatywnym znaczeniu).

Nie przedłużając, oto moje sprawozdanie z wyjazdu do Anglii.


Program aktywizujący, w którym brałam udział, zakładał dwa tygodnie wprowadzenia, zanim zaczęlibyśmy jakąkolwiek pracę. Przez te dwa tygodnie omawialiśmy pisanie CV, rozmowy kwalifikacyjne, autoprezentację... ale również różnice kulturowe i sposób zachowywania się w Anglii. I cóż, pod pewnymi względami pobyt w tym kraju był osobliwy (weźmy na przykład przechodzenie przez ulicę - można było przechodzić kiedy się chciało i gdzie się chciało, nie dbając o zebrę czy czerwone światło).

Program przewidywał również, że w trakcie pierwszych dwóch tygodni zaliczymy trzy tak zwane crossculture events, czyli pozwiedzamy sobie różne atrakcji Birmingham, w ramach poznawania obcej kultury. Pierwsze wydarzenie obejmowało SeaLife Centre, czyli miejskie akwarium, w którym można było zobaczyć przeróżne małe i duże morskie żyjątka... a i tak największą uwagą cieszyły się, oczywiście, pingwiny. Sam w sobie był to fascynujący wypad, zwłaszcza, że nie obyło się bez tunelu, gdzie nad głową zwiedzających pływały rekiny.

Drugi crossculture event polegał na tym, że dostaliśmy kartkę ze zdjęciami różnych pomników i budynków w Birmingham i musieliśmy dowiedzieć się o nich kilku rzeczy (zabawa zakładała również, że wejdziemy do Muzeum i Galerii Sztuki w Birmingham, gdzie znajduje się całkiem spora kolekcja obrazów Prerafaelitów).

Biblioteka w Birmingham.
Birmingham jako takie jest miastem przemysłowym, w którym, między innymi, James Watt wybudował swoją maszynę parową. Również spora część traktu dla fanów Tolkiena obejmuje miejsca znajdujące się w Birmingham - uniwersytet, na którym wykładał, katedra, w której został ochrzczony... Natomiast przed samym wyjazdem do Anglii słyszałam o tym, że jest coś takiego jak muzeum Tolkiena, jednak kiedy później (dużo, dużo później) dowiedzieliśmy się czegoś na ten temat, odkryliśmy, że jest to nie tyle muzeum Tolkiena, co muzeum młynarstwa, znajdujące się w małej wiosce, która posłużyła za inspirację dla Shire. Tak czy inaczej, nie jestem aż tak wielką fanką Śródziemia, aby wybrać się na tolkienowski trakt.

W końcu trzecie crossculture event było wypadem do parku rozrywki Dreyton Manor. Jak każdy przybytek tego typu, Dreyton Manor zawiera różnego rodzaju kolejki (od klasycznej karuzeli po rollercoastery), a także automaty do gier (chciałam sobie złapać na hak jakiegoś pluszowego Strażnika Galaktyki, ale nie byłam dość zwinna), zoo i kino 4D. Poza tym był sektor poświęcony Tomkowi i przyjaciołom. Mnie najbardziej interesował dom strachów, który miał swój niestraszny, kiczowaty urok, najwyraźniej doceniony tylko przeze mnie.

Ryba z frytkami.
Również w Dreyton Manor miałam możliwość spróbowania tradycyjnego fish and chips. Doradzono nam, abyśmy nie zamawiali go w mieście, tylko gdzieś na jego obrzeżach, gdyż w Birmingham fish and chips jest po prostu kiepskie. I też zaraz po wyjściu z SeaLife Centre, mieliśmy okazję posmakować miejskiej wersji słynnej angielskiej potrawy, i w porównaniu z nią ta ryba z frytkami w Dreyton Manor była rzeczywiście lepsza. 

Dwa tygodnie przygotowawcze minęły i rozpoczął się okres, w którym od poniedziałku do piątku musieliśmy pracować, a wszelkiego rodzaju wypady turystyczne mogliśmy sobie organizować w weekandy. Dzięki uprzejmości jednej z uczestniczek projektu, udało mi się zobaczyć Londyn. Pierwszego dnia odwiedziliśmy Camden - dzielnicę, w której można było spróbować potraw z różnych stron świata - a potem zobaczyliśmy najważniejsze miejsca w mieście:

- Trafalgar Square:


- Backingham Palace:

- London Eye:

- czy Big Bena:

Jak już wspominałam, przyjechaliśmy do Anglii w dość niespokojnym momencie, toteż pod parlamentem odbywała się demonstracja w sprawie niewpuszczania do Wielkiej Brytanii Trumpa, a zaraz potem przejechała ulicami grupa nagich rowerzystów.

Mi jednak zależało na tym, aby zobaczyć dwie rzeczy: British Museum i Baker Street. Miałam na to czas drugiego dnia, kiedy się rozdzieliliśmy i poszliśmy obejrzeć to, co nas najbardziej interesowało. Z British Museum mieliśmy taki problem, że mój towarzysz miał ze sobą bagaż (ponieważ wymeldowaliśmy się już z hotelu), a władze muzeum zabraniały wprowadzania walizek do środka ze względów bezpieczeństwa. Tak więc musieliśmy znaleźć stację kolejową, na której mogliśmy bagaż zostawić i spędziliśmy całkiem sporo czasu na dojście tam. Na szczęście wizyta w British Museum była bardzo relaksująca. Samo muzeum jest monumentalne i zapiera dech, zwłaszcza ekspozycja starożytnej Grecji, gdzie zrekonstruowano wejście do świątyni. Niestety nie mogłam zrobić zbyt dużo zdjęć, bo był zakaz.

Baker Street szukaliśmy krócej i zanim jeszcze znaleźliśmy to miejsce, które ciekawiło mnie najbardziej (czyli mieszkanie Sherlocka Holmesa), odkryliśmy, że w pobliżu stoi również muzeum figur woskowych Madame Tussaud (nie wybraliśmy się tam, bo odstraszyło nas 25 funtów od osoby).


Tak czy inaczej, poszliśmy wzdłuż Baker Street i zaczęliśmy szukać numeru 22. O dziwo, musieliśmy przejść numer 25, a nawet 30 i wejść w zakręt, ale znaleźliśmy ją: Baker Street 22, na której znajduje się muzeum Sherlocka Holmesa. Niestety nie mogliśmy już go obejrzeć, bo było za późno, ale doszliśmy.

Tak się złożyło, że miałam okazję obejrzeć Londyn jeszcze raz. Wypadła nam bowiem pewna sprawa urzędowa, którą musieliśmy załatwić w ambasadzie i kiedy mieliśmy już to za sobą, mogliśmy obejrzeć te atrakcje turystyczne, na które nie mieliśmy czasu wcześniej. Między innymi znalazłam:

- londyńską Tower,

- katedrę świętego Pawła (kościół metodystów),


- czy chociażby szpital świętego Bartłomieja, gdzie uczył się doktor Watson i z którego rzucił się Sherlock w odcinku Reichbach's Fall.

To tyle, jeśli chodzi o Londyn.

Polecano nam również wypad do fabryki czekolady Cadbury, która znajduje się dość blisko Birmingham i mogliśmy praktycznie pojechać tam z naszego miejsca zamieszkania dwoma autobusami. Fabryka Johna Cadbury'ego niewątpliwie pomogła rozwinąć Birmingham, a i sam jej twórca, wraz z dwoma synami był społecznikiem i dbał o prawa pracownicze i wysokie standardy produkcji (oglądając krótki film edukacyjny o powstaniu fabryki, zastanawiałam się, czy nadal tak jest). Niemniej jednak fabryka jest jak najbardziej nastawiona na turystów... a konkretnie na rodziny z dziećmi, bo jest tam i kino 4D, i plac zabaw, i kolejka, i mnóstwo maskotek... Był nawet pokaz komediowy brzuchomówcy.

Na koniec chciałabym opowiedzieć Wam o pewnym ciekawym przybytku. Pamiętacie jak wspominałam Wam o różnych geekowych sklepach w Szkocji? Otóż moim znajomym udało się wytropić nerdową kawiarnię o nazwie Geek Retreat. Jest to miejsce, w którym można poczytać sobie komiksy albo pograć w gry, a w niektóre dni organizowane sam tą turnieje Magic: the Gathering.

Oczywiście, było mnóstwo miejsc, do których chciałam się wybrać, ale nie byłam w stanie ze względu na odległość i brak czasu. Jak mówiłam, to nie był wyjazd turystyczny, tylko aktywizujący zawodowo. Tak więc ewentualny wypad do Discworld Emporium, Standford-upon-Avon (gdzie urodził się Szekspir) albo do domu Agathy Christie muszę sobie zostawić na inny raz. Tak czy inaczej, było to ciekawe doświadczenie, z wielu różnych powodów.

Pokazałam Wam tu ledwie kilka zdjęć, które zrobiłam. Pozostałe pojawią się na mojej stronie na facebooku. A tymczasem do widzenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz