niedziela, 4 czerwca 2017

Krótka notka o "Wonder Woman"

Na wstępie powiem, że w Anglii nie mam zbyt wiele czasu i sposobności, aby napisać coś na blogu. Mój zdezelowany laptop nie nadawał się do podróży samolotem, nie mówiąc już o tym, że zajęta jestem pracą i próbami zrozumienia, co Anglicy do mnie mówią. Toteż na wiele rzeczy będziecie musieli poczekać do lipca.

Niemniej jednak ponieważ byłam wczoraj na Wonder Woman, musiałam chociaż napisać Wam notkę o moich wrażeniach z seansu. Tak więc na razie przerywam ciszę, po czym ponownie nastąpi na Planecie Kapeluszy martwy okres.


Mała Diana jest jedynym dzieckiem na odciętej od reszty świata wyspie Amazonek, Themyscirze. Mimo że jej matka, królowa Hipolita, jest przeciwna temu, aby córka uczyła się walki, księżniczka robi to potajemnie i wyrasta na sprawną wojowniczkę, pełną wzniosłych ideałów. Pewnego dnia w pobliżu wyspy rozbija się samolot i Diana wskakuje do morza, aby uratować tonącego pilota, Steve'a Trevora. Chwilę potem za tymże pilotem przybywają Niemcy. Amazonki odpierają atak i biorą Steve'a jako jeńca. Po wypytaniu Lassem Prawdy Steve opowiada o tym, że właśnie trwa Wielka Wojna, on sam zaś jest szpiegiem i ma dostarczyć swojemu dowództwu plany nowej niemieckiej broni skonstruowanej przez niejaką Doktor Truciznę, bo inaczej mogą zginąć niewinni ludzie. Słysząc o cierpieniach cywili w Wielkiej Wojnie i wierząc, że całe zło jest wynikiem zepsucia sprowadzanego przez Aresa, Diana postanawia wyruszyć wraz ze Steve'm na front pierwszej wojny światowej i zabić boga specjalnym mieczem.

Jednocześnie chciałam iść na ten film i obawiałam się tego, że będzie on łopatologicznie feministyczny. Wciąż pamiętam animowaną Wonder Woman, która miała tyle momentów, w którym Diana pouczała biedne, ograniczone przez patriarchat kobiety o tym, że same mogą o sobie stanowić. Poza tym najnowszy film wchodzący w DCEU budził, oczywiście, wielki entuzjazm feministek i poniekąd trudno mi było znaleźć jakiś tekst o nim bez wstawek na temat tego, że pewnie wielu geeków będzie hejtować ten film, bo jest tam kobieta, albo że wreszcie mamy filmową adaptację komiksu z kobietą-superbohaterem i że nie od Marvela. Tak więc rozumiecie, że pewne obawy we mnie były.

Zostały one rozwiane już na starcie. Wonder Woman ani nie wali łopatą po łbie feminizmem, ani nie sugeruje, że całe zło pochodzi od mężczyzn. Owszem, jest ciągnący się wątek ludzkiej natury, tego, że ludzie skłonni są i do dobra i do zła, a Hipolita wręcz mówi córce, że ludzkość na nią nie zasługuje, ale jeśli chodzi o kwestie ideologiczne, nie czułam się tak jak przy oglądaniu filmu animowanego. Wręcz powiem, że ta aktorska Wonder Woman jest o wiele lepsza od swojej poprzedniczki.

Wizualnie jest to porywający film. I nie tyle chodzi mi o scenografię Themisciry, kostiumy, sposób przedstawiania pola bitwy, czy efekty specjalne, ale o choreografię walk. Scena, w której Amazonki mierzą się z Niemcami była niesamowita, a wszystkie momenty, w których Diana walczy w cywilnych ciuchach, dają frajdę.

W ogóle samą bohaterkę da się lubić. Diana wierzy w swoją misję walki z niesprawiedliwością, ochrony niewinnych i przywrócenia pokoju, i owszem, jest trochę naiwna, jednak ta naiwność wychodzi naturalne i nieirytująco, a także jest elementem jej rozwoju postaci. Kiedy wreszcie staje do walki z Aresem, jest bogatsza o nowe doświadczenia, widzi do czego ludzkość jest zdolna i tym bardziej jest gotowa stanąć w naszej obronie.

Steve Trevor jest fenomenalny. Mógł zostać przedstawiony jako buc, który ciągle podrywa Dianę (jak to było w filmie animowanym... chociaż tamten Steve ratował trochę fabułę), ale nie - jest to ktoś, kto chce uczynić świat lepszym, a do tego jest przekorny. Widać, że on i Diana są bratnimi duszami, mają podobne ideały i podobnie podchodzą do tego, co słuszne. Jest też taka urocza symbioza między nimi - oni się nawzajem inspirują.

W ogóle ten wątek natury ludzkiej i tego, czy ludzkość zasługuje na to, aby ją ratować czy nie, mi się podobał. Wydaje mi się, że samo osadzenie akcji podczas pierwszej wojny światowej i na jej przykładzie pokazanie zła wojny i tego jak wielkie piętno odciska ona na ludziach, działa na korzyść ogólnego przekazu. Kumple Steve'a, którzy na początku wydają się być raczej ciemnymi typkami (Diana podsumowuje ich jako "kłamcę, mordercę i przemytnika"), z czasem pokazują tak bohaterce, jak i nam swoją głębię, jednocześnie udowadniając, że ludzie są skomplikowani.

Humor jest całkiem przyjemny. Obawiałam się, że będzie mnóstwo takich tekstów jak z pierwszego trailera, gdzie Diana pyta, co robi sekretarka, a kiedy otrzymuje odpowiedź, stwierdza: "Tam skąd pochodzę, to się nazywa niewolnictwo,", ale na szczęście oszczędzono mi tego. Oczywiście, w dużej mierze humor związany jest z tym, że Wonder Woman styka się z naszym światem, ale mamy też znajomych Steve'a, samego Steve'a i rozmowy dwójki naszych bohaterów (podobała mi się, na przykład, scena, w której Diana i Steve przybywają do Londynu i dialog jaki się między nimi wtedy zawiązuje).

Oczywiście niektórzy będą doszukiwać się w tym filmie pewnych podobieństw do Kapitana Ameryki: Pierwszego Starcia, i rzeczywiście w wielu miejscach to podobieństwo jest widoczne. Mnie to osobiście nie przeszkadza, bo Pierwsze Starcie to jeden z moich ulubionych filmów, nie mówiąc już o tym, że Wonder Woman ma wiele elementów specyficznych tylko dla samej siebie, ale jednak niektórym może to się nie spodobać.

Trudno mi znaleźć cokolwiek negatywnego o Wonder Woman. Ten film mnie wzruszył, ten film mnie rozbawił, ten film był kawałkiem dobrze zrobionej roboty. Być może przesłanie może się niektórym wydać łopatologią, a i niemiecki dowódca, który pełni rolę głównego antagonisty, jest trochę sztampowy (ale jego relacje z Doktor Trucizną są świetne), niemniej jednak jest to dobry film i zarówno krytycy, jak i publiczność są co do tego zgodni.

I dobrze, bo DCEU zasługuje na przerwę.

(Na koniec taka dygresja: doszłam do wniosku, że w kinach nie powinno się puszczać reklam, które nie są zwiastunami. A już na pewno nie powinno się puszczać ich więcej niż samych zwiastunów, co najwyraźniej jest normą w kinach Wielkiej Brytanii.)

1 komentarz:

  1. Megi! Bardzo mnie ucieszył wpis na blogu, bo bardzo cię brakuje na forume.
    Nie wiem, może ostatnio za mało interesuję się filmami, ale mam wrażenie, że Wonder Woman pojawił się w kinach "po cichu" i raczej niezauważenie. Fajnie, że dobrze go oceniasz, bo trochę za mało jest żeńskich bohaterek w kinie akcji.A co do reklam, zgadzam się, w ogóle drażni mnie, że przed filmem jest jeszcze przeszło 10 minut reklam. Dobrze, że przynajmniej są to zwiastuny, a nie reklamówki kociego żarcia :)
    A tak w ogóle wracaj szybko.

    OdpowiedzUsuń