sobota, 6 maja 2017

Krótka notka o "Strażnikach Galaktyki Vol. 2"

To, że jestem fanką Marvela, pewnie już wiecie. I też ostatnimi czasy chodzi mi o głowie taka myśl, że w przyszłości ludzie będą na pewno uważać MCU za fenomen kulturowy - filmy i seriale łączące się ze sobą w jedno niesamowite uniwersum, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. No bo w sumie jak nie być pod wrażeniem, że studio, które dało nam ściśle superbohaterskich Avengersów, dało również nam odjechaną space operę, jaką są Strażnicy Galaktyki?

Pierwsza część Strażników... porwała mnie niemal natychmiast i sprawiła, że spłodziłam kilka fików, w tym całkiem sporo eksplorujących relacje Petera Quilla z Yondu Udontą i Ravagersami. Druga część była na mojej liście filmów do obejrzenia w 2017 już od dawna, a wiadomość o tym, że mój niebieski ulubieniec będzie tam grał większą rolę, mnie tylko utwierdziła w tej decyzji.

No i teraz opowiem Wam o moich wrażeniach.

W niecały miesiąc od wydarzeń z poprzedniego filmu nasi bohaterowie wykonują małą robótkę dla niejakich Suwerennych - rasy genetycznie zmodyfikowanych obcych o wysokim mniemaniu o sobie samych. Podczas odbioru zapłaty (schwytanej Nebuli, za którą Strażnicy chcą wziąć nagrodę od Nova Corps) dochodzi do nieporozumienia i Peter wraz załogą jest ścigany przez Suwerennych W ucieczce pomaga im pewien osobliwy jegomość i koniec końców "Milano" rozbija się na jakiejś lesistej planecie. Tajemniczy wybawca spotyka się ze Strażnikami i oznajmia, że jest zaginionym ojcem Star-Lorda, Ego. Po naradzie Strażnicy postanawiają się rozdzielić - Peter, Gamora i Drax idą z ojcem Quilla, a Rocket i Groot zostają naprawiać statek i pilnować Nebuli. Tymczasem u Ravagersów podnoszą się ciche głosy nawołujące do buntu przeciwko Yondu Udoncie. Wkrótce odwiedza ich kapłanka Suwerennych i proponuje sporą nagrodę za złapanie i dostarczenie im Strażników. Ravagersom udaje się schwytać Rocketa i Groota, ale że Yondu postanawia raczej wypiąć się na Suwerennych, jego załoga dochodzi do wniosku, że ich kapitan jest zbyt pobłażliwy wobec Petera i postanawia go obalić. Tak więc Star-Lord, Gamora i Drax próbują dowiedzieć się czegoś o Ego, a Rocket, Groot i Yondu próbują się wydostać z niewoli. A w międzyczasie są jeszcze Suwerenni, pałająca żądzą mordu Nebula i nieco skonfliktowana Mantis.

No to teraz zacznijmy od uczczenia minutą ciszy wszystkich moich headcanonów o Ravagersach, o relacjach Yondu i Petera i o przeszłości Yondu. Co prawda to nie pierwszy raz, kiedy wielkie reveale w kanonie zrujnowały mi ciągłość fabularną fanfików, ale jednak trochę szkoda (na szczęście Thief's shame jest w miarę zgodne z kanonem, więc przynajmniej z tego mogę się cieszyć).

Oprawię sobie tego gifa i zachowam na ciężkie
chwile.
Cóż jednak mogę powiedzieć o samym Yondu w tym filmie? Niewątpliwie jako fanka tej postaci, nie muszę narzekać na brak scen, w których jest ona rozwijana. Wciąż jest to ten sam wredny Yondu, który wierzy w twardą miłość, ale jest kilka momentów, które sprawiają, że kapitan Ravagersów zyskuje nieco głębi. Wystarczy wspomnieć o tym, że po raz pierwszy widzimy go w momencie, kiedy spogląda przez okno burdelu z ponurym wyrazem twarzy. A potem już nakłada się coraz więcej i więcej szczegółów i nagle Yondu okazuje się wielowarstwowym, do pewnego stopnia tragicznym bohaterem.

Niewątpliwie ten film rozwija nie tylko Yondu, ale też Ravagersów jako grupę. Dowiadujemy się nagle, że załoga Centaurianina jest częścią większej organizacji; że mimo że są to najemnicy o szemranej reputacji, mają oni swój kodeks postępowania; że Yondu swego czasu ten kodeks złamał, więc jest traktowany przez przywódcę Ravagersów, Stakara, jako parias. Także Kraglin ma więcej do gadania i więcej to roboty, niż w poprzednim filmie, gdzie tylko stał za Yondu i ze dwa razy coś skomentował.

Okej, to teraz przejdźmy do samych Strażników. Był taki moment - tak od chwili, w której nasi bohaterowie się rozłączyli - w którym myślałam, że Peter Quill nic nie robi. Podczas gdy on nadrabiał zaległości z ojcem, jego załoga była o wiele bardziej aktywna. Drax i Gamora węszyli i zaznajamiali się z Mantis, a Groot, Rocket i Yondu kombinowali jak się wydostać i odegrać na zdrajcach. A nie zapominajmy o Nebuli, która też się gdzieś tam pętała po drodze. Potem jednak wątek Quilla i Ego nieco przyspiesza, a następnie dochodzi do wielkiego spotkania wszystkich bohaterów w jednym miejscu i ostatecznej potyczki, w której wszyscy działają razem. I wtedy Peter powraca do bycia wygadanym Star-Lordem, biorącym sprawy w swoje ręce.

Jako że głównie interesował mnie wątek relacji ojciec-syn, reszta wątków nie za bardzo mnie porwała. Suwerenni byli chyba tylko po to, aby popchnąć fabułę do przodu. Drax i Mantis byli całkiem przyjemni. Nabula również uszła. Quill i Gamora trochę smędzili z tym, czy są parą, czy nie... Rocket dostał lekcję życia, a Groot... Cóż, Groot był przeuroczy.

Podobał Wam się, kiedy tańczył w doniczce w poprzednim filmie? To pokochacie małego Grootka biegającego w te i wewte, walącego wszystkich piąstkami, i mówiącego cienkim głosikiem: "Ja jestem Groot", A pamiętacie scenę z pierwszego filmu, kiedy Peter Quill słucha sobie w opuszczonej jaskini Come and Get Your Love? To spodoba Wam się scena, w której Groot tańczy do Mister Blue Sky podczas gdy w tle reszta jego kompanów walczy z wielkim potworem.

W ogóle ten film ma mnóstwo takich fantastycznych scen, które zapadają w pamięć (mnie osobiście podobało się to jak Ravagersi wchodzili w pułapki zastawione przez Rocketa; ta scena nie tylko pokazuje, że Rocket zna się na technologii i jest świetnym strategiem, ale też, że jest niesamowicie zwinny). Humor nadal jest fantastyczny (chociaż trafia się dowcip o fekaliach), sceneria jest wizualnie porywająca (sequel jest niewątpliwie bardziej kolorowy od oryginału), a w ścieżce dźwiękowej znalazło się mnóstwo dobrych utworów (obecnie słucham w kółko The Chainktóre wraz z Fox on the Run napawało mnie wojowniczą energią). Ten film jest zdecydowanie bardziej podkręcony od poprzedniego... ale też bardziej mroczny pod pewnym względami. Było też kilka fajnych Easter Eggów, które potrafiłam bardziej docenić, ponieważ wcześniej zapoznałam się trochę z lorem komiksowych (i nie tylko) Strażników Galaktyki. No i chociaż mój tata, z którym poszłam do kina (i któremu pierwsi Strażnicy Galaktyki się bardzo podobali), powiedział, że pod koniec Vol.2 zrobił się cukierkowy, mnie to nie przeszkadzało (jestem w końcu Królową Fluffu).

Właściwie przez całą tę notkę przemawia przeze mnie wewnętrzna fanka, która dostała całkiem sporo rzeczy, na które liczyła. Pewnie też przez wiele następnych dni będę myśleć o tym filmie. Na pewno go polecam, ale wiem, że nie jest dla każdego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz