sobota, 22 kwietnia 2017

Krótka notka o "Belle Epoque"

Pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłam reklamę Belle Epoque w telewizji. Pomyślałam sobie wtedy: "Hmm... Kostiumowy serial kryminalny polskiej produkcji? To może być coś interesującego." Jestem wielką fanką klasycznych kryminałów w niegdysiejszych dekoracjach (począwszy od ekranizacji Agathy Christie, a na Detektywie Murdochu i Endevourze skończywszy), więc miałam nadzieję, że dostanę coś takiego w przypadku Belle Epoque.

Po obejrzeniu pierwszego odcinka zaczęłam być już nieco sceptyczna, ale pomyślałam, że poczekam z ostateczną oceną do ostatniego odcinka. W końcu mogło się jeszcze okazać, że akcja się rozkręci i będziemy mieli bardzo fajny serial. Z każdym następnym odcinkiem utwierdzałam się jednak w przekonaniu, że jest to produkcja w najlepszym razie średnia.

A że w tym miesiącu odżyła moja "faza" na kryminały, zaczęłam się zastanawiać nad tym gatunkiem i doszłam do kilku przemyśleń, które mogłabym przytoczyć przy okazji omawiania kostiumowej produkcji TVN.


Zacznijmy więc od tego jakie są podstawowe założenia Belle Epoque: Pierwszy odcinek otwiera scena, w której szlachcic Jan Edigej pojedynkuje się z bratem swojej narzeczonej, Konstancji Morawieckiej. Ukryty w krzakach snajper zabija jego przeciwnika, ale sprawa przedstawia się tak, że Lucjan Morawiecki ginie w pojedynku od kuli Edigeja. Znienawidzony przez ukochaną i pogrążony w niesławie Jan opuszcza Kraków i wyrusza w morze. Powraca dopiero po latach, aby pochować zamordowaną przez szaleńca matkę. Wraz z rodzeństwem pracujących w tamtejszej policji patologów, Henrykiem i Weroniką Skarżyńskimi, udaje mu się rozwikłać zagadkę jej śmierci i będący pod wrażeniem komendant Jelinek proponuje mu posadę śledczego konsultanta. Tak też rozpoczyna się historia, w której Edigej z jednej strony rozwiązuje zagadki kryminalne w dziewiętnastowiecznym Krakowie, a z drugiej próbuje dojść do tego, kto wrobił go w zabójstwo niedoszłego szwagra.

Belle Epoque wygląda fajnie. Kostiumy i scenografia robią wrażenie - prawie czuć ten klimat Krakowa z drugiej połowy XIX wieku. Zagadki, z którymi mierzy się Edigej, są również całkiem interesujące.

Rzecz w tym, że cała reszta wychodzi mdło.
Wybaczy pan, panie Małaszyński, ale pana urok na mnie
nie działa.

Jan Edigej nie ma w sobie nic, co mogłoby uczynić go interesującym detektywem. No okej, ma złamane serce, chodzi do burdeli i próbuje dociec, kto i dlaczego wrobił go w śmierć Lucjana, ale tak naprawdę nie w sobie żadnego wyrazu. Jest po prostu mrukiem angstującym z powodu kobitki, która nie chce mieć z nim nic wspólnego. Dla mnie najważniejszą postacią w kryminale jest zawsze detektyw. I wiecie, ja nie oczekuję, że wszyscy detektywi w fikcji będą geniuszami jak Sherlock Holmes albo ekscentrykami jak Herkules Poirot, ale fajnie by było, gdyby ich życiowe doświadczenia albo pasje pomagały im w śledztwie w jakiś sposób; albo żeby dało się ich lubić w jakikolwiek sposób. Edigej po prostu nie ma charyzmy i nie ma w sobie nic, co by go wyróżniało.

Nie mówiąc już o tym, że sama zagadka śmierci brata Konstancji i związane z nią pragnienie Edigeja, aby pogodzić się i zejść z byłą narzeczoną nie trzyma w napięciu ani trochę. Nie dość, że miłosna część tego wątku jest wkurzająca (no bo cały czas ma się wrażenie, że jest on wrzucony na siłę i ci dwoje nie powinni nigdy być razem), to jeszcze część kryminalna nie jest nawet należycie rozwinięta. Weźmy, na przykład, Misię - postać najlepszej przyjaciółki Konstancji, która od drugiego odcinka zaczęła grać większą rolę. Przez następne kilka odcinków mamy build-up tej bohaterki, po czym w szóstym odcinku wreszcie ona i Edigej się spotykają i... nic z tego nie wynika. Misia mogłaby mieć więcej czasu antenowego, pokazać jakiś pazur, a tak pełni rolę narzędzia fabularnego.
Moi ulubieńcy - Weronika i Henryk Skarżyńscy.

W ogóle postaci są tutaj jakieś takie mało porywające. Jedynie Skarżyńscy wydawali mi się interesujący, również przez sam pomysł rodzeństwa pracującego razem i będącego zainteresowanym nowinkami w dziedzinie kryminalistyki. A już największą sympatią zapałałam do Weroniki, bo choć zdarzało jej się wygłaszać czasami komunały, miała w sobie jakiś charakter i lubiłam ją oglądać. Cała reszta postaci - podlizujący się prasie i zaborcom komendant Jelinek, siedzący z boku i asystujący Edigejowi w śledztwach Kazanecki, przyjaźniąca się z Janem prostytutka Mila - wydają się być tylko wyciętymi z tektury archetypami, spełniającymi konkretne role, ale ledwo próbującymi wyjść poza nie. (Dlatego odcinek, w którym Jelinek wraz z Edigejem szuka mordercy, jest dla mnie powiewem świeżości i szkoda, że nie mamy okazji oglądać tej strony komendanta częściej.)

Same zagadki, jak mówiłam, są interesujące. Przynajmniej tutaj scenarzyści próbowali być kreatywni. Rzecz w tym, że odcinki są do pewnego stopnia przewidywalne - zawsze jest tak, że podczas śledztwa zostanie przymknięty pierwszy podejrzany, Jelinek będzie się upierał przy zamknięciu sprawy, a potem Edigej i spółka znajdą właściwego przestępcę, a w tle będą odkrywane kolejne poszlaki związane ze śmiercią Morawieckiego.

Ostatnia rzecz, która mi szczególnie nie przypadła do gustu - muzyka. Nie dość, że piosenkę tytułową znam z recenzji Horror Critica, ale też twórcy Belle Epoque pokusili się  o inne rockowe kawałki, które pasują do miejsca i akcji jak pięść do nosa. Po prostu psują klimat, który scenografia i kostiumy próbują zbudować.

Ostatni odcinek Belle Epoque kończy się w sposób, który pewnie miał nas wryć w fotel. Być może miał to być nawet dramatyczny cliffhanger, sprawiający, że będziemy chcieli wiedzieć, co się zdarzy w drugim sezonie. Biorąc jednak pod uwagę reakcję publiczności, wątpię, aby ten drugi sezon powstał.

Co by nie mówić, zawiodłam się. Mam wrażenie, że TVN chciał zrobić serial na miarę tych zagranicznych kryminałów osadzonych w dawnych czasach (ba - do pewnego stopnia Belle Epoque przypominało mi Detektywa Murdocha... tylko takiego trochę bardziej w estetyce Zacka Snydera i bez wszystkiego, co czyni ten serial interesującym), ale zabrał się do tego ze złej strony.

Bo, widzicie, wiele z tych kostiumowych seriali kryminalnych jest na podstawie książek. I, moim zdaniem, polscy producenci powinni zainteresować się polskimi książkami kryminalnymi - Bondą, Mrozem, może jakąś Chmielewską. Mamy też tradycję powieści milicyjnej, więc może by tak spróbować wskrzesić Kapitana Sowę? Jak już mamy zrzynać z Zachodu, to może chociaż skorzystajmy z dobrych wzorców i zainwestujmy w historie, które cieszą się na naszym rynku popularnością.

Z tą oto refleksją pozostawiam cię, polska telewizjo, i więcej rozmysłu następnym razem.

1 komentarz:

  1. Widziałem jeden odcinek i nie jestem zainteresowany resztą. Belle Epoque miało mocną kampanię reklamową. Nawet w radiu mówili o serialu. Ludzie ciekawi - kryminał, którego akcja dzieje się na początku XX wieku - oglądalność wysoka, a to otwiera furtkę do ewentualnej kontynuacji, ale po początkowym hajpie oglądalność spada.

    OdpowiedzUsuń