wtorek, 14 lutego 2017

Krótka notka o pairingach

Nie należę do osób, które shippują.

Jak wielokrotnie wspominałam, romans nie jest czymś, czego zazwyczaj szukam w historii, i dość często wątki miłosne mnie wkurzają. A jeszcze dochodzą do tego fani, którzy doszukują się nie wiadomo czego i z dwójki bohaterów, którzy są przyjaciółmi, wrogami albo nie mają ze sobą nic wspólnego, robią parę.

Pierwotnie chciałam, aby tegoroczny walentynkowy post był listą pairingów, które faktycznie shippuję, ale doszłam do wniosku, że byłaby to bardzo krótka lista, nawet gdybym nie ograniczała się tylko do jednej pary na fandom. Tak więc zamiast tego postanowiłam opowiedzieć Wam o moim stanowisku w sprawie romansów i pairingów.

Jak mówiłam, romans to nie jest to, czego szukam w historii. Jeśli już, to wolę męską przyjaźń, braterską miłość, relacje między mentorem i uczniem... ale również wolałabym skupić się na głównym wątku fabularnym (nie cierpiałam, na przykład, scen z Laurel i Oliverem w pierwszym sezonie Arrow, bo chciałam, aby fabuła powróciła do walki Strzały z przestępczością). Do tego dochodzi jeszcze taka kwestia, że przeważnie twórcy nie umieją zarysować interesującego wątku romansowego. W najlepszym razie wychodzi całkiem obojętny mi WestAllen, w najgorszym - Olicity, na które już wiele razy narzekałam. A pomiędzy jest masa pairingów, które stanowią źródło męczącej dramy i stanowią dystrakcję w stosunku do rzeczy, które faktycznie chciałabym zobaczyć.

Ale to jeszcze nic, bo w fandomie pairingi są jazdą bez trzymanki. Czasami trudno mi znaleźć fanfik z relacjami, które mnie interesują, bo z jednej strony coś, co ja postrzegam jako bromans, inni widzą jako slash; a czasami romans jest doczepiony do fabuły, która mogłaby się bez niego równie dobrze obejść. Kiedyś, kiedy widziałam, że za fikiem stał ciekawy pomysł, byłam w stanie olać wątek miłosny (zwłaszcza, gdy było to yaoi), ale teraz jest to rzadkość. W dodatku na tumblrze trudno jest znaleźć bloga poświęconego jakiemuś fandomowi, który to blog nie shippuje namiętnie jakiegoś pairingu. A samo shippowanie nieraz obnaża swoje brzydsze oblicze.

Może niektórzy z Was o tym wiedzą, ale od stycznia siedzę w fandomie Sherlocka i skupiam się głównie na mojej ukochanej postaci z tego serialu, czyli Mycrofcie Holmesie. Mnie osobiście finał czwartego sezonu się podobał (również ze względu na wspomnianego wyżej pana i to, jakie rzeczy twórcy z nim zrobili), jednakże pojawia się wielu ludzi oburzonych tym, że Sherlock Holmes i John Watson nie skończyli jako kanoniczna para, a samych Marka Gatissa i Stevena Moffata oskarżają o homofobię i tak zwany "queerbaiting" (tak przy okazji - Mark Gatiss jest gejem, ma męża i pisze serię kryminałów o biseksualnym detektywie). Obaj producenci Sherlocka zarzekali się w wywiadach, że żarty o orientacji seksualnej protagonistów są właśnie tym - żartami i niczym więcej. Przy czym wielu "fanów" posuwa się nawet do tego, że napastuje Gatissa na twitterze.

Ten hejt Johnlockerów na producentów stanowi zresztą ciekawy kontrast do Oliciterów. Bo Marc Guggenheim zrobił wiele okropnych rzeczy w Arrow z powodu fanserwisu, a i sam serial zaczął się staczać wraz z uczynieniem Olicity kanonicznym, tymczasem Johnlockerzy wylewają wiadro pomyj na Moffata i Gatissa, bo ich własny pairing nie stał się kanonem.

Jak to też bywa z popularnymi wśród fanów pairingami, ludzie, którzy je shippują, mają zwyczaj nienawidzić postaci kobiece, które stanowią przeszkodę do szczęścia naszych kochanków. Tak było z Laurel Lance, tak było swego czasu z Mary Morstan i tak jest teraz z Molly Hooper. Ba - nieraz fani uśmiercają w fikach daną bohaterkę, która w kanonie jest żoną albo dziewczyną jednego z bohaterów, aby ich pairing miał rację bytu.

Kolejna sprawa - wiele pairingów jest... niepokojących. Na pewno wiecie, o co mi chodzi. W każdym fandomie trafiają się pary, które sprawiają, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy czasem ludzie nie mają czegoś z głową. I choć kazirodztwo, pedofilię i związki patologiczne są tematami jak każdy inny, fani zwykle pokazują je jako wybitnie romantyczne, czy nawet urocze. I z tym mam właśnie największy problem.

Poza tym przeważnie większość pairingów - czy to hetero-, czy to homoseksualnych wydaje mi się nie być trafiona. Oczywiście, rozumiem jakąś tam logikę, która się za nimi kryje (chemia między bohaterami, napięcie seksualne między wrogami itd.), ale zawsze jest coś co każe mi myśleć: "Nie, to by na dłuższą metę się nie sprawdziło."

Pozwolę sobie znów przytoczyć przykład Mycrofta. Z jednej strony mamy Mystarde (Mycroft i Lestrade), który zasadza się tylko na przypuszczeniach, że panowie razem muszą się użerać z Sherlockiem; i na tym, że raz czy dwa ze sobą rozmawiali, ale w serialu nie ma ani jednej sceny, w której występują razem. Z drugiej strony jest Mywood (sugerowane w kanonie Mycroft i Lady Smallwood) i Mythea (Mycroft i jego asystentka, Anthea). Oba pairingi w zasadzie byłyby romansami między przełożonym i podwładnym, i nie sądzę, aby ktoś taki jak Mycroft (nie mówiąc już o Lady Smallwood) by się na to pisał.

(Aczkolwiek czytam ostatnio fanfika First Time For Everything, który eksploruje postać Anthei i jej relacje z Mycroftem. Jest to definitywnie fik, w którym wszystko zmierza ku Mythei, i miejscami człowiek przewraca oczami na wzmiankę "stalowych oczu szukających czekoladowych"... ale kilka razy złapałam się na tym, że naprawdę chciałabym, aby coś z tego było. Jest to bardzo fajny utwór, chociaż strasznie długi.)

Niemniej jednak jest kilka pairingów, które shippuję. Większość z nich związana jest ze Światem Dysku, bo tam jedynym pairingiem, który wydaje się opierać na durnej dramie, jest MarchewaxAngua. Pozostałe pary są powiewem świeżości, bo opierają się na tym, że dwójka ludzi poznaje się, spędza razem czas, a potem stawia razem czoła przeciwnościom. Pratchett nie posuwał się do klisz romansowych, tylko opisywał dwójkę ludzi się w sobie zakochujących. Wystarczy choćby spojrzeć na relacje między komendantem Vimesem i jego żoną - przecież to przeurocza para, która jest ze sobą szczęśliwa.

Od jakiegoś czasu chcę, aby było coś pomiędzy Karą Zor-El i Mon-Elem z Supergirl, bo uważam za urocze to jak on na nią patrzy. Miłość pomiędzy Khalem Drogo i Daenerys Targaryen wydawała mi się niesamowita, dzięki temu jak została ukazana i co ze sobą niosła. Rosa Diaz i Adrian Pimento w Brooklyn Nine-Nine to dwoje narwańców, którzy pasują do siebie jak ulał. Mimo wszystko za mało mam takich par, które wywołałyby u mnie tak pozytywne, ciepłe uczucia. To przeważnie jest albo obojętność, albo irytacja.

Chyba to, co chcę powiedzieć, to to, że z jednej strony wkurzają mnie pewne zachowania fanów i to że wielu z nich sprowadza miłość i siłę, którą ona daje, tylko do miłości romantycznej/seksualnej; a z drugiej - to, że większość romansów jest pisana dość nieudolnie i opiera się na kliszach (przy czym wiem też, że nie jestem ekspertem, bo w życiu napisałam tylko ze dwa romanse). Dlatego tak bardzo nie lubię pairingów i tak mało shippuję.

Pozostaje mi tylko życzyć Wam miłych Walentynek. A na zakończenie, hymn fangirli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz