piątek, 2 grudnia 2016

Krótka notka o czteroodcinkowym crossoverze Arrowverse

Tak mniej więcej od kiedy Supergirl zaczęła zdobywać coraz większą popularność, ludzie chcieli, aby stała się częścią Arrowverse. Kiedy wyemitowany został odcinek, w którym doszło do spotkania Kary i Barry'ego Allena, wielu fanów wymarzyło sobie wielki crossover rozłożony pomiędzy cztery seriale - Supergirl, The Flash, Arrow i Legends of Tomorrow.

I oto dowiedzieliśmy się w lecie, że nie tylko Dziewczyna ze Stali przeniesie się do CW, ale też, że w następnym sezonie będziemy mieć właśnie ten wymarzony crossover czterech telewizyjnych serii DC. Tak jak poprzednio, miał on miejsce w ósmych odcinkach poszczególnych seriali (no dobrze, poza Legends of Tomorrow).

A jak wyszedł? Przekonajmy się.



Trochę zasmuca fakt, że do spotkania Kary, Barry'ego i Cisco dochodzi dopiero pod koniec ósmego odcinka drugiego sezonu Supergirl. Wcześniej mamy wirusa Medusę, który został skradziony przez Cadmusa (organizację chcącą wybić wszystkich kosmitów na Ziemi) i który został tak zaprogramowany, aby zabijać określone formy organiczne. Jedną z osób, która została zainfekowana owym wirusem, jest Daksonianin, Mon-El, będący przyjacielem Kary. Jego DNA pozwala mu przeżyć, ale jeśli Mon-El nie dostanie odtrutki, niebawem umrze. Tak więc przez dłuższy czas mamy tę sytuację do ogarnięcia i tylko otwierające się przypadkowo portale międzywymiarowe sygnalizują, że Flash i Vibe chcą się dostać do uniwersum Supergirl. Kiedy już do tego dochodzi, okazuje się, że Barry potrzebuje pomocy Kary.

Odcinek Flasha zaczyna się od tego, że tytułowy bohater i Zielona Strzała muszą stawić czoła nagle atakującym ich kolegom z drużyny, Legendom i Supergirl. Następnie przenosimy się o dziesięć godzin wcześniej, kiedy to wydaje się, że w Central City rozbił się meteoryt. Barry biegnie, aby go zbadać i na miejscu dowiaduje się, że nie jest to meteoryt, a statek kosmiczny, z którego wychodzą dziwne stwory. Lyla Diggle (będąca szefem Argusa) informuje Drużynę Flasha, że owe stwory kiedyś już pojawiły się na Ziemi, dokonały rzezi na żołnierzach i otrzymały miano Dominatorów. Barry postanawia zebrać drużynę do walki z Dominatorami - Olivera i jego ludzi, Legendy Jutra i Supergirl. Jednakże spotkanie to nie obywa się bez napięć, bo nie dość, że Cisco ma za złe Barry'emu śmierć swojego brata na skutek mieszania w kontinuum czasowym przez Flasha; ale też wychodzi na jaw, że wiadomość od nieco starszego Barry'ego pozostawiona na Waveriderze (i którą odsłuchali dotąd tylko doktor Stein i Jax) zawiera informację o tym, że Barry nie tylko zmienił linię czasową, ale też ostrzeżenie, że nie wolno mu ufać. Jak łatwo się domyślić, większość członków drużyny uważa, że postąpił lekkomyślnie i że rzeczywiście nie jest godzien zaufania.

Odcinek Arrow jest setnym odcinkiem serialu i - według Marca Guggenheima - stanowi hołd dla pierwszego sezonu. Porwani przez Dominatorów Oliver, Diggle, Sara, Thea i Ray są utrzymywani w stanie śpiączki i śnią razem piękny sen. Ów sen jest wspaniały zwłaszcza dla Zielonej Strzały, który nie tylko może cieszyć się obojgiem żywych rodziców; nie tylko ma przejąć wkrótce Queen Consolidated; nie tylko wszystkie złe rzeczy, które przydarzyły się Oliverowi i jego bliskim, nie miały miejsca; ale też Laurel żyje i trwają przygotowania do ślubu jej i Olivera. Mimo wszystko od czasu do czasu Strzała, Thea i Sara mają przebłyski ze swojego starego życia. Wkrótce zdają sobie sprawę z tego, że świat wokół nich to iluzja i że muszą się jakoś wydostać.

W końcu odcinek Legends of Tomorrow zaczyna się od tego, że połączona ponownie drużyna postanawia dowiedzieć się, czego Dominatorzy tak naprawdę chcą. W tym celu Felicity i Cisco wyruszają wraz z Heatwave'm, Steelem i Vixen do roku 1952, aby pojmać jednego z kosmitów i dowiedzieć się od niego, dlaczego jego pobratymcy w ogóle atakują Ziemię. Tymczasem doktor Stein próbuje wraz z Caitlin Snow wynaleźć dobrą broń przeciwko najeźdźcom (jednocześnie przyzwyczajając się do tego, że przez zawirowania czasowe, ma teraz córkę), a Zielona Strzała, Flash, Supergirl, White Canary i Atom idą spotkać się z prezydentem, ale zastają pewnego agenta rządowego. Okazuje się, że cała inwazja ma miejsce, ponieważ na Ziemi pojawiło się zatrzęsienie metaludzi. Jednak to, co przekonuje Dominatorów o tym, że Ziemianie stanowią zagrożenie, jest fakt, że Barry namieszał w linii czasowej. Kosmici stawiają ultimatum - ludzie przekażą im Flasha, a Dominatorzy zostawią Ziemię w spokoju. Są jednak przesłanki za tym, że do zagłady ludzkości dojdzie tak czy siak, więc nasza drużyna bohaterów próbuje wymyślić plan alternatywny.

W porównaniu z zeszłorocznym crossoverem, Invasion wydaje się być o wiele lepiej zrobiona. Po pierwsze, właściwie sensownym jest, aby kuzynka Supermana, najszybszy człowiek na świecie, strażnik Starling City i grupa podróżników w czasie stawili czoła tak wielkiemu zagrożeniu jak najeźdźcy z innej planety. To odpowiednio monumentalna okazja do tego, aby do tego spotkania w ogóle doszło. Podoba mi się też to, jak pewne rzeczy zostały rozwiązane, chociażby konflikt między Barry'm a Cisco. Generalnie to, że Barry cofnął się w czasie, jest tutaj wywlekane na wierzch w odcinku Flasha i fabuła powraca do tego wątku w Legends of Tomorrow. Poza tym - mimo że pewne wątki przewijają się przez cały crossover (no dobra, u Supergirl akurat nie) - odcinki Flasha i Arrow są skoncentrowane głównie na tytułowych bohaterach i ich własnych problemach.

I być może gdybym nadrobiła piąty sezon przygód Olivera, miałabym o wiele lepszy wgląd w jego przeżycia wewnętrzne, mimo wszystko jednak, mam za sobą cztery sezony, w których Strzała borykał się z samotnością, poczuciem winy i ciężarem emocjonalnym, który musi nosić od powrotu z Wyspy. Jak na hołd dla pierwszego sezonu i serialu w ogóle, setny odcinek Arrow był naprawdę świetny. Przypomniał mi o czasach, kiedy Oliver nie był uwikłany w ten okropny dramat miłosny i kiedy mogłam poczuć do niego sympatię z powodu jego wewnętrznych konfliktów. Co więcej - sam motyw świata, w którym postać ma wszystko, czego zawsze pragnęła, nie jest nowy w gatunku superbohaterskim (mogliśmy go oglądać nie tylko w Supergirl i Flashu, ale też w Batman: The Animated Series), mimo to stanowi dość interesujące studium postaci. Sam crossover kończy się tym, że Oliver i Barry - czyli ci dwaj bohaterowie, od którego Arrowverse się w ogóle zaczęło - siedzą w barze i stwierdzają, że ich idealne światy może i miały swoje zalety, ale obaj mężczyźni nie czuli się w nich do końca spełnieni.

Z drugiej strony trochę smutno, że jednak poszczególne postaci wspierające pojawiają się tylko w określonych odcinkach, a w innych są nieobecne. Można zrozumieć, dlaczego nie przybywa na Ziemię-1 nikt z DEO; albo dlaczego Steel i Vixen zostają na Waveriderze, jednak nowa drużyna Zielonej Strzały ma cokolwiek do roboty tylko w odcinku Arrow, a nie partycypuje w ostatecznej wielkiej potyczce z Dominatorami. I ja rozumiem - budżet i danie każdej postaci czasu antenowego stanowią przecież pewien problem przy crossoverach, ale jednak fajnie by było zobaczyć że nie tylko główni bohaterowie walczą z tym wielkim zagrożeniem, które grozi całemu światu.

Inna sprawa to to, że zdarzają się tam różne nieścisłości fabularne. Na przykład od wydarzeń z Shoguna Ray Palmer ubolewa nad tym, że nie ma już swojej zbroi i próbuje się jakoś na nowo odnaleźć. W odcinku Flasha zaś nie tylko cały ten angst mu znika, ale też nagle, nie wiadomo skąd, okazuje się, że ma nową zbroję. Również we Flashu Oliver mówi Barry'emu o tym, że widział śmierć swoich rodziców, a Barry odpowiada: "Nigdy mi o tym nie opowiadałeś." Okej, Flash, może masz sklerozę, może wasza mała kłótnia o to, czy torturować złoczyńców, czy nie, nie była aż tak bardzo godna zapamiętana; i być może Oliver nie wgłębiał się w makabryczne detale... ale jednak ja dobrze pamiętam tę wymianę zdań: "Moja matka została zabita na moich oczach...", "Moja też, ale nie używam osobistych tragedii, aby się na kimś wyżyć."

Kolejna rzecz, która mi nie przypadła do gustu, to sposób, w jaki traktowany jest Wally West zaraz po otrzymaniu swoich mocy. Nie wiem, może mi coś umknęło... ale widząc tę protekcjonalność względem przyszłego Kid Flasha, miałam przebłyski z początków Laurel Lance jako Black Canary w trzecim sezonie Arrow. To samo powtarzane do znudzenia stwierdzenie, że bohater jeszcze nie jest gotowy i w ogóle powinien dać sobie spokój; to samo poszukiwanie przez bohatera kogoś, kto zechce go trenować (z tym, że Wally'emu przypadł facet, który tylko udaje, że coś potrafi), w końcu ta sama frustracja, tak bohatera, jak i widowni, zachowaniem pozostałych. Ech...

Ogólnie rzecz biorąc, ten crossover wyszedł fajnie - zwłaszcza, że otwarto nam furtkę na nowe crossovery w przyszłości i że zakończył się on w bardzo melancholijny sposób - jednak pozostało wrażenie, że można było wykorzystać te wszystkie postaci jeszcze lepiej.

Tymczasem czeka nas jeszcze crossover-musical między Supergirl i Flashem, a przedtem hiatus przedświąteczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz