poniedziałek, 21 listopada 2016

Artykuł: American Horror Story: Roanoke, czyli zmarnowany potencjał

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do szóstego sezonu American Horror Story.

Pisząc artykuły o Freak Show i Hotelu, nie wspominałam o tym, że uważałam oba sezony za nieco gorsze od pierwszych trzech. Po prostu nie wydawało mi się to istotne, zważywszy na to, że oba teksty miały na celu przeanalizowanie opowiedzianych historii i dopatrzenia się tego, co chciały one powiedzieć widzowi. Poza tym, o ile nie były one aż tak dobre jak Murder House, Asylum i Coven, nie wydawały się też beznadziejne…

Czego nie mogę powiedzieć o Roanoke.

Szósty sezon American Horror Story miał fantastyczny hype. Ryan Murphy do wyemitowania pierwszego odcinka mówił jak najmniej. Wypuścił, co prawda, dwadzieścia sześć teaserów i wspominał tu i tam, co chciałby zawrzeć w nadchodzącym AHS… ale mimo wszystko mówił wystarczająco mało, abyśmy nie byli pewni, co będzie straszyć tak dokładnie ani jaki ten sezon będzie mieć podtytuł. A teasery zapowiadały naprawdę coś niesamowitego.

No więc zbliża się wielki dzień, ma premierę pierwszy odcinek nowego sezonu i… okazuje się, że będzie to horror w konwencji found footage, a w dodatku z nieco podobnym początkiem, co Murder House. I choć kolega Oscar zniechęcił się już na samym początku, ja byłam nieco bardziej optymistyczna. Szybko jednak zdałam sobie sprawę z tego, że – w porównaniu do poprzedników – Roanoke jest słaby. Co więcej – gdyby kilka rzeczy było poprowadzonych inaczej, wyszłoby coś naprawdę dobrego.


Aktorzy grający Shelby i Matta Millerów w rekonstrukcji.
Zacznijmy od tego, że fabuła tego sezonu podzielona jest tak jakby na dwie części. Pierwsza z nich to przedstawiona w formie dokumentu – a konkretnie serialu dokumentalnego o nazwie Mój koszmar z Roanoke – opowieść o tym jak młode małżeństwo, Matt i Shelby Millerowie, po ciężkich przejściach przenoszą się z miasta na prowincję. Na tej prowincji natrafiają na licytację starego, pięknego domu, który kupują za niemalże całe oszczędności. Wkrótce zaczynają się dziać dziwne rzeczy, które Millerowie na początku biorą za próby wykurzenia ich przez niedoszłych właścicieli domu, rodzinę Polków, a że te rzeczy znikają kiedy tylko Millerom udaje się wezwać pomoc, policja nie chce im pomagać. Dlatego Matt wzywa wsparcie w postaci swojej siostry, również policjantki, Lee, która wpadła w alkoholizm i walczy o opiekę nad córką. Wkrótce cała trójka odkrywa, że dom, w którym mieszkają, to dawna ziemia słynnej, zaginionej kolonii Roanoke i że duchy kolonistów (dowodzonych przez kobietę nazywającą siebie Jatka) mają mordercze skłonności. W ciągu pięciu odcinków „prawdziwi” Matt, Shelby i Lee opowiadają o całym zdarzeniu, a ich „gadające głowy” są przeplatane ze scenami rekonstrukcji zdarzeń, gdzie trójkę naszych bohaterów grają aktorzy.

Aktorka Agnes myśli, ze jest Jatką
Druga część zaś dzieje się rok później po wyemitowaniu Mojego koszmaru z Roanoke. Dowiadujemy się, że serial był niespodziewanym hitem i wynikła z niego nawet urocza historia miłosna między dwojgiem aktorów… ale przy tym „prawdziwa” Shelby padła ofiarą nagonki w Internecie, wdała się w romans z aktorem, który grał jej męża w scenach rekonstrukcji i teraz jest z Mattem w separacji; Lee jest oskarżana o to, że zabiła swojego męża, Masona (który oskarżył ją o to, że porwała ich córkę i gdzieś ją ukrywa, mówiąc wszystkim, że zniknęła w dziwnych okolicznościach); zaś aktorka, która grała Jatkę, za bardzo wczuła się w rolę i musiała się leczyć. I oto wkracza producent serialu, Sidney, który postanawia, że najlepszą kontynuacją serialu będzie zebranie, zarówno „prawdziwych” Matta, Shelby i Lee, jak i aktorów grających w serialu (choć nie wszystkich) w tym samym domu, w którym rozegrał się cały dramat, do tego podczas tak zwanej krwawej pełni, która umożliwia duchom zabijanie żywych. Wszędzie w budynku są kamery, dodatkowo każdy został wyposażony w specjalną komórkę, która może tylko filmować. Pod koniec szóstego odcinka zaś informuje się nas o tym, że to, co zobaczymy, zostało sklecone z pozostawionego na miejscu materiału i że spośród całej siódemki uczestników przeżył tylko jeden.

Były pewne podejrzenia, że szósty sezon American Horror Story będzie robiony w konwencji found footage, ja jednak odrzucałam taką ewentualność. Głównie dlatego, że found footage to podgatunek horroru, który jest jak występy iluzjonistów – człowiek wie, że to, co widzi, to tak naprawdę seria kilku trików, jednak chce być oszukany i wierzyć, że to rzeczywistość. Filmy found footage – czy to pełnometrażowe Paranormal Activity, czy YouTube’owe Marble Hornets – starają się przekonać widza o tym, że historia, którą opisują, naprawdę miała miejsce, a materiały, które widzimy, przedstawiają autentyczne wydarzenia. Z tego powodu, między innymi, nie uświadczymy w żadnym found footage znanych aktorów… a przecież Ryan Murphy ma zwyczaj obsadzania w każdym sezonie American Horror Story przynajmniej kilku tych samych artystów dramatycznych. Poza tym AHS ma jednak za duży budżet i zbyt wysoką jakość produkcji (którą widać choćby w charakteryzacji, scenografii i efektach), przez co trudno byłoby Murphy’emu zachować minimalizm, którym charakteryzuje się większość found footage. Biorąc to wszystko pod uwagę i dodając jeszcze, jak wyglądały teasery szóstego sezonu, zakładałam z góry, że będzie on robiony w „normalnej” konwencji.

Fani "Mojego koszmaru z Roanoke"
Nadszedł jednak zwiastun pierwszego odcinka i… powiem szczerze, że byłam zaintrygowana. Serio, konwencja dokumentu była bardzo interesującym pomysłem i uważałam ją za świetny wybieg, aby z jednej strony opowiedzieć historię, a z drugiej – zrobić coś nowego i świeżego. Późniejszy motyw z reality show, a nawet sceny z ostatniego odcinka przedstawiające różne programy kryminalne i reportaże, też były świetnym posunięciem. Pewnie – były momenty, w których widzimy ujęcie, które nie mogło zostać wykonane przez kamerę zawieszoną na suficie przez twórców reality show (jak choćby zbliżenie na aktorkę grającą Shelby, Audrey, kiedy przegląda się w lustrze), ale na przykład całkiem nieźle wybrnięto z pułapki, w którą często wpadają found footage, a mianowicie – czemu ci ludzie, do jasnej cholery, nadal nagrywają, mimo że ściga ich potwór? Otóż w przypadku uwięzionych w domu uczestników reality show nieraz to pytanie jest zadawane i zawsze otrzymujemy na nie odpowiedź. Lee filmuje i wymusza na innych filmowanie, bo nie ufa Sidneyowi, a zaatakowana przez „serialową” Jatkę Shelby filmuje swoją napastniczkę, ponieważ wie, że umrze i chce pokazać, kto ją zabił.

Szkoda tylko, że cała ta pomysłowa otoczka musi zawierać torture porn. Straszaki w tym sezonie były wyjątkowo słabe. Nie dość, że duchy już były w American Horror Story (i to kilka razy); nie dość, że kanibalistyczna rodzina Polków w zasadzie jest tam tylko po to, aby porwać w którymś momencie naszych protagonistów, zrobić im krzywdę, a potem zginąć; to jeszcze oba te elementy pasują do reszty jak pięść do oka. I tak – ten serial nigdy nie stronił od obrazowej przemocy, niemniej jednak tutaj ma się wrażenie, że jest to przemoc rodem z kiepskiego splattera. Tak jakby Ryan Murphy postanowił połączyć ze sobą dwa najbardziej znienawidzone podgatunki horroru i zobaczyć, co wyjdzie, a wyszło dno.

Rzecz w tym, że gdyby to był tylko found footage, ten sezon mógłby być całkiem niezły. Zwłaszcza, że najwyraźniej jego motywem przewodnim miała być natura rzeczywistości i jak ta rzeczywistość jest kreowana. Działałaby na to i konwencja, i to, że Mój koszmar z Roanoke ma fanów i publiczność w uniwersum serialu jakoś na niego reaguje. Jest taka scena w ostatnim odcinku, gdzie producent Mojego koszmaru…, obsada i „prawdziwi” Matt, Shelby i Lee spotykają się z fanami na jakimś konwencie (co, oczywiście, miało miejsce przed reality show). Fani okazują swoją radość i przywiązanie do bohaterów, ale są też przebrani za duchy z domu, z którego uciekli Millerowie. Co musieli czuć Matt, Shelby i Lee, kiedy widzieli tych ludzi? W ogóle cała ta scena jest podszyta jakiś takim nastrojem niepokoju, bo widz wie, co się stanie z większością tych postaci i co się z nimi działo podczas tego wydarzenia.

Dodajmy, że Sidney jest wysoce niemoralny i obchodzi go tylko oglądalność. Nie dba o to, że  na planie ktoś zginie, że zniszczy małżeństwo Matta i Shelby, i że Agnes przez niego ma kolejny psychotyczny epizod. Sidney nie traktuje osób, z którymi pracuje jak ludzi. Dla niego są to tylko środki do sukcesu.

Poza tym postaci z szóstego sezonu wielokrotnie mają problemy z rozpoznaniem, co jest prawdą, a co nie. Poczynając od fanów Mojego koszmaru…, którzy akurat wybrali się na lokację podczas krwawej pełni i natykają się na nagrania z martwymi członkami obsady i jedno z nich nazywa Audrey Shelby (mimo że „prawdziwa” Shelby jest na nagraniu obok); po Agnes, która tak się wczuła w rolę Jatki, że w pewnym momencie zaczęła się za nią uważać (najpierw robiąc scenę na bulwarze w Hollywood, a potem mordując Sidneya, kamerzystę i asystentkę). Poza tym mamy Matta, którego w pewnym momencie Shelby zastaje podczas stosunku seksualnego z dziwną istotą (czarownicą, która pomogła Jatce przeżyć w lesie), a kiedy go później konfrontuje w tej sprawie i on pyta: „Jaka kobieta? O czym ty mówisz?”, Shelby odpowiada: „Nie próbuj robić ze mnie wariatki.” Z tym, że w oryginale mówi: „Don’t you dare gas light me.” Gas lighting to określenie na formę przemocy psychicznej, opierającej się na manipulacji otoczeniem w taki sposób, aby ktoś nie wiedział, co jest prawdą, a co nie.

No więc wyobraźmy sobie, że zamiast pokazywania duchów, Ryan Murphy postanowił wziąć przykład z Marble Hornets albo EveryoneHYBRID i zasygnalizować tylko, że poszczególne postaci zaczynają zachowywać się dziwnie – mówią inaczej niż zwykle i przejawiają o wiele bardziej krwiożercze skłonności, jednym słowem – nie są sobą, tylko wydają się opętani albo obłąkani. I widz zastanawia się, czy to może Jatka przemawia przez daną postać, czy może w grę wchodzi czynnik psychofizyczny, jak doznana trauma albo wywołujące halucynacje przy dużych ilościach proszki przeciwbólowe. Może też córka Lee i Masona, Flora, rzeczywiście widziała ducha dziewczynki, a może to jej bogata wyobraźnia. Może bohaterowie słyszeli różne opowieści o tym, że w lesie okrążającym ich dom zdarzały się tajemnicze przypadki śmierci i zaginięć i że czasem można tam spotkać jakieś dziwne postaci. Ba – może Pig Man jest tylko miejscową legendą, a może istnieje naprawdę i jest czymś w rodzaju Slendermana – istoty nie z tego świata, która szuka ofiar wśród żywych.

Dodajmy, że Roanoke – tak samo jak Freak Show i Hotel – nawiązuje do pozostałych sezonów w ten czy inny sposób. Mamy więc Lanę Winters z Asylum, która powraca z emerytury, aby przeprowadzić wywiad z ocalałą ofiarą reality show; mamy historię Edwarda Motta, jednego z przodków Dandy’ego z Freak Show, który wybudował dom na ziemi kolonistów; mamy wreszcie wiedźmę Scáthach, która wedle słów Murphy’ego jest pierwszą Wielebną w Ameryce (czyli nawiązanie do Coven). Rzecz w tym, że już trzeci raz z rzędu Sara Paulson pojawia się w podwójnych rolach. I o ile we Freak Show miało to sens (bo Paulson występowała jako bliźniaczki syjamskie), i o ile można się jakiegoś tam sensu dopatrywać w obecności Billie Dean Howard w Hotelu i Lany Winters w Roanoke, o tyle człowiek zaczyna się zastanawiać, czy czasem postaci nie powinny zauważyć podobieństw między Sally a Billie albo między Audrey a Laną. Szczerze mówiąc, to dziwiło mnie, że Pepper we Freak Show nie odniosła się do tego, że grana przez Jessikę Lange siostra Jude przypomina bardzo kobietę, która prowadzi cyrk, do którego Pepper należała. Liczyłam na to, że – skoro szósty sezon ma za motyw przewodni rzeczywistość i nierzeczywistość – Lee powie coś na temat podobieństwa reporterki, z którą rozmawia, do aktorki, którą poznała na planie Mojego koszmaru z Roanoke. Tak się jednak nie stało. Najwyraźniej mamy zawiesić tutaj swoją niewiarę.

Przy okazji drugim motywem przewodnim szóstego sezonu mogłaby być niewiadoma. I tutaj kolonia Roanoke pasowałaby jak ulał – w końcu jej zaginięcie to do dzisiaj nierozwiązana zagadka. Ponadto Millerowie przybywają na prowincję i spotykają się z chłodnym przyjęciem ze strony miejscowych. Można było zrobić wątek poboczny zasadzający się na tym, że ludzie w tym małym miasteczku coś ukrywają i ma to związek z nowym domem naszych bohaterów. Może nawet znalazłoby się miejsce na sektę.

Ale niestety Ryan Murphy musiał zaserwować nam kolonistów nabijających na pal, palących żywcem i wypruwających flaki; pielęgniarki zabijające pacjentów z konkretnymi inicjałami tylko po to, aby namalować na ścianie słowo „Murder”; oraz kanibali marynujących uszy i wycinających kawałki nóg swoich ofiar. I wydaje mi się, że nawet te elementy nie byłyby znowu takie złe i można by było zrobić z nimi coś całkiem dobrego – taki hillbilly horror – gdyby nie to, że zmieszano to z found footage.

Chyba to, co chcę powiedzieć to to, że dotychczasowe American Horror Story skupiały się na pewnych podgatunkach horroru. Jeżeli mieliśmy sezon o szpitalu psychiatrycznym, mieliśmy strachy typowe dla horrorów o szpitalu psychiatrycznym. Jeżeli mieliśmy cyrk, to strachy też były związane z cyrkiem. Tu i tam przewijali się seryjni mordercy albo istoty niekoniecznie związane z danym podgatunkiem horroru, ale generalnie wiedzieliśmy, że serial będzie eksplorował znane nam schematy opowieści grozy. Jest to jeden z powodów, dla których uwielbiam ten serial i który sprawia, że co roku piszę Wam długie analizy każdego sezonu. W tym roku American Horror Story chciało zrobić dwie rzeczy na raz i obie jej nie wyszły.

Tak czy inaczej jestem zawiedziona tym sezonem. Naprawdę zawiedziona. Mam nadzieję, że siódmy sezon (któremu Fox już dał zielone światło) jakoś naprawi to, co popsuło Roanoke. Być może (choć to raczej płonne nadzieje) doczekam się wreszcie American Horror Story osadzonego w lesie.

1 komentarz:

  1. Tyle rzeczy, do których chcę się odnieść, a takie maleńkie okienko na napisanie komentarza ;(
    To zdecydowanie najgorszy sezon. W ocenie nie sposób jest pominąć rewelacyjnych trailerów, przy których serial wypadł bardzo blado. Pomysł na dokument mi się nie spodobał. Nie znaczy, że jest zły, ale to nie jest to, czego oczekuję od AHS. Ryan ma chody w stacji i myślę, że spokojnie mógłby stworzyć inny serial w takiej konwencji, a eksperymenty z AHS darować sobie.
    Z podziałem serialu na dwie części nie mam problemu. Murphy zwykle ma trudności z wypełnieniem sezonu i zawsze na 12-13 odcinków pojawiają się 2-3 zapychacze. Kłopot w tym, że nawet stworzenie historii na 5 odcinków sprawiło kłopot (głównie uderzam do drugiej części). Samo Roanoke dawało spore możliwości i zostało zwyczajnie niewykorzystane.
    Największym minusem jest obsada. I tu się zgadzam, że do takiego doku-triku z "pokazujemy prawdę" potrzeba nowych twarzy. Przeplatanie się ze sobą sezonów jest już mocno denerwujące, bo o ile jeden odcinek o Pepper był okej, tak uparte łączenie sezonów jest irytujące. Uważam, że każdy kolejny sezon powinien wprowadzać mocne zmiany obsadowe.
    Także cieszę się, że w przyszłym roku pojawi się siódmy sezon, bo gdyby seria miała zakończyć się na tym czymś to byłbym bardzo rozczarowany. Póki co wymazuję z pamięci istnienie Roanoke i czekam na "siódemkę".

    "Lee powie coś na temat podobieństwa reporterki, z którą rozmawia, do aktorki, którą poznała"
    Wyobrażasz sobie niezręczność tej sytuacji? :D

    OdpowiedzUsuń