piątek, 8 lipca 2016

Lipiec z Lucky Lukiem - The Man Who Shot Lucky Luke (recenzja)


Na początku tego miesiąca wspomniałam o tym, że z okazji siedemdziesiątej rocznicy powstania Lucky Luke’a, we Francji i Belgii przygotowywane są różne wydarzenia specjalne. Jednym z tych wydarzeń jest niejako komiks The Man Who Shot Lucky Luke autorstwa Matthieu Bonhomme. Oczywiście, jak tylko się o tym dowiedziałam, zaczęłam szukać komiksu w jakiejś w miarę przystępnej formie, mając nadzieję, że uda mi się go przeczytać i zrecenzować. Pytałam nawet w „Komikslandii” (sklepie z komiksami na stacji Metro Centrum), czy jest możliwość, aby The Man Who Shot Lucky Luke pojawił się w Polsce, ale wyglądało na to, że na razie nie ma na to szans. Tak czy inaczej, po jakimś czasie pogodziłam się z tym, że ta recenzja nie pojawi się w Lipcu z Lucky Lukiem. Potem jednak pewna dobra dusza udostępniła The Man Who… polskim fanom i oto jesteśmy.


Komiks zaczyna się od sceny, w której tłum zbiera się na ulicy, a ktoś z oddali krzyczy: „Udało mi się! Zabiłem legendę! Zabiłem Lucky Luke’a!” Następnie cofamy się w czasie o kilka dni. W ciemną, deszczową noc Lucky Luke i Jolly Jumper przybywają do miasta Froggy Town, aby się ogrzać po długiej podróży. W chwili, kiedy ludność dowiaduje się, że to właśnie słynny samotny kowboj przybył do ich miasteczka, niedowierzają własnym oczom i uszom, i odnoszą się do Luke’a z mieszanką bojaźni i respektu. Po jakimś czasie Luke poznaje niejakiego „Doca” Wedensday’a oraz trzech braci Bones – Jamesa, Antona i Steve’a, którzy są miejscowymi szeryfami. Co więcej następnego dnia po jego przyjeździe, ludność informuje Luke’a, że miasto ma pewien problem: niedawno wagon wiozący złoto z kopalni został zaatakowany, a jego woźnica zabity. Mieszkańcy Froggy Town proszą więc Luke’a o pomoc w śledztwie. Niebawem nasz bohater odkrywa, że coś w tej sprawie śmierdzi.

Wszystko w The Man Who Shot Lucky Luke mówi nam, że nie będzie to zwykła przygoda Luke’a. Począwszy od okładki i bardziej realistycznego designu postaci, a na tytule skończywszy. I rzeczywiście – jeżeli chcecie tradycyjnego Lucky Luke’a utrzymanego w lekkim klimacie, to się zawiedziecie. Żarty są właściwie dwa, a i tak jeden staje się śmieszny dopiero po jakimś czasie. W The Man Who Shot Lucky Luke mamy za to: przekleństwa, przemoc w rodzinie, ludzi szykujących się na to, aby dokonać rzezi na Indianach… Sam Doc Wednesday, który towarzyszy Luke’owi przez dłuższy czas, ma koszmary z powodu ludzi, których zabił; oraz zepsutą od picia wątrobę (generalnie wydaje się być jedną nogą w grobie).

Mamy więc tutaj konwencję Mroczniej i Ostrzej, komiks pełen dramatyzmu, chociaż nie przesadzający za bardzo z patosem. Prawdę mówiąc, spodziewałam się, że Człowiekiem, Który Zastrzelił Lucky Luke’a, będzie jakiś młokos, próbujący wyzwać Luke’a na pojedynek (i nawet początkowa scena z Jamesem Bonesem zapowiada niejako taki obrót spraw). Wszakże w wielu „rewizjonistycznych” westernach jest ten motyw starego rewolwerowca, którego nagabywują szukające sławy młodzieniaszki. To jednak, co Bonhomme zrobił w tym komiksie, było o wiele lepsze i o wiele bardziej melancholijne.

Przede wszystkim, moim skromnym zdaniem, najlepszym elementem tej historii jest wątek Doca Wedensday’a. Stary, schorowany człowiek, najwyraźniej z pełną przemocy przeszłością, zaprzyjaźnia się z Lukiem i ostrzega go, żeby nie popełniał tych samych błędów, co Doc – nie niszczył sobie zdrowia i nie zabijał. Wydaje się, że Luke jest dla Doca kimś w rodzaju nadziei na lepszą przyszłość. Przez to cała ich relacja ma taki bardzo słodko-gorzki posmak.

Bracia Bonesowie, chociaż na początku kreowani na czarne charaktery, z czasem wpadają coraz bardziej w odcień szarości (zwłaszcza, kiedy poznajemy ich ojca), a pod sam koniec jest nam nawet ich trochę żal.

Sam Lucky Luke jest taki jak zawsze – spokojny, stanowczy, próbujący dojść do prawdy i postępujący zgodnie z prawem. Nie pozwala tłumowi, ani zaatakować Indian, ani dokonać linczu na więźniu. Strzela również szybciej niż jego własny cień, tak jak można by się było po nim spodziewać. Jednakże, ponieważ cała historia jest poważna, Luke rzadko żartuje. Ten ciągnący się gag, o którym wspominałam wyżej, dotyczy tego, że Luke próbuje na różne sposoby zapalić, ale okoliczności mu na to nie pozwalają, bo a to tytoń zamoknie, a to go wywieje przez okno, a to papieros spadnie w błoto… To, że Jolly Jumper – ten sarkastyczny drań, komentujący wszystko, co się dzieje – jest w tej historii niemy, sprawia, że pozbawieni jesteśmy jakiegokolwiek comedy reliefu.

Ponadto jest w tym komiksie kilka takich smaczków, które napawały mnie smutkiem i jakimś takim niepokojem. Pewien chłopiec pyta Luke’a, czy to prawda, że zabił kuzynów Dalton, a ja zastanawiałam się, czy chodzi mu o oryginalnych braci Daltonów, którzy rzeczywiście pod koniec Wyjętych spod prawa zginęli; czy też może Joe i jego braci, którzy przez pewien czas byli właśnie nazywani kuzynami Dalton, aby odróżnić ich od Boba, Billa, Grata i Emmetta (to z kolei sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy czasem The Man Who… nie dzieje się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, przed cenzurą). Kiedy indziej mamy scenę na cmentarzu, gdzie na jednym z nagrobków napisane jest: „Morris z Bevere. Być może pewnego dnia spotkamy się na Wielkiej Prerii”, co pewnie miało być takim hołdem złożonym twórcy Lucky Luke’a, ale dla mnie to było przypomnienie, że Morris nie żyje i nie obchodzi tej wielkiej rocznicy wraz z resztą świata.

Jakiś czas po przeczytaniu The Man Who Shot Lucky Luke zastanawiałam się, czy jest on prequelem, który ma wyjaśnić pewne rzeczy z „mythosu” Lucky Luke’a (między innymi to, że Luke nie pali); czy może rzecz dzieje się po wielu, wielu latach, kiedy nasz samotny kowboj przeżył już większość swoich przygód i jest zmęczony sławą. W końcu doszłam do wniosku, że jest to tak zwany midquel. I osadziłabym go gdzieś jakiś czas po pierwszych kilku albumach o Luke’u, kiedy jeszcze Jolly Jumper był zwykłym koniem, Luke palił papierosy, a cenzura jeszcze nie ożywiła Boba Daltona i Phila Defera. Chociaż jest też wiele dowodów przeciwko tej tezie, na przykład to, że Luke już ma wyrobioną reputację i „wielu wrogów”.

(W ogóle mój mózg doszukiwał się dziwnych podtekstów w tym komiksie. W pewnym momencie Luke mówi: „Braterska miłość, heh? To pewnie coś czego nigdy nie doświadczę.”, co pewnie miało się odnosić do tego, że Luke jest jedynakiem. Ja jednak odniosłam wrażenie, że myślał wtedy o Daltonach. Ale pewnie to jakaś apofenia mi się rozwija.)

Cóż więcej powiedzieć? Mogłabym się rozpływać nad tym komiksem, nawet jakoś go zanalizować, ale nie chcę rzucać spoilerami (będzie jeszcze na to czas). The Man Who Shot Lucky Luke jest dobrym komiksem, fantastycznie napisanym i narysowanym. W dodatku nie pozostawia obojętnym. Bo jak można być obojętnym wobec komiksu, w którym Lucky Luke zostaje zastrzelony?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz