piątek, 29 lipca 2016

Lipiec z Lucky Lukiem - Krótka notka o mojej tęsknocie za prostotą

Uwaga! Tekst zawiera spoilery to The Man Who Shot Lucky Luke.

W trakcie pracy nad tegorocznym Lipcem z Lucky Lukiem naszła mnie pewna refleksja, a mianowicie – że nasz samotny kowboj jest dość prostym bohaterem. A przynajmniej nie jest skomplikowany w taki sposób, jak postrzegamy skomplikowane postacie dzisiaj. Nie ma tragicznej przeszłości, nie łączą go napięte relacje z żadnym członkiem bliskiej rodziny, nie zmaga się z wewnętrznymi demonami. Jest po prostu facetem, który podróżuje po Dzikim Zachodzie, pomaga ludziom i strzela szybciej niż jego własny cień.

To właściwie zrozumiałe – Lucky Luke powstał we wczesnych czasach komiksu, był skierowany dla młodszego czytelnika i w założeniu miał być jeźdźcem znikąd, który pojawia się, aby wprowadzić sprawiedliwość. W zasadzie w opowieściach o Luke’u nacisk położony jest na sytuację, którą zastaje, i na ludzi, których spotyka. Nawet komiksy o Kid Lucky’m, które opowiadają o dzieciństwie samotnego kowboja, nie nadają mu jakiejś większej głębi, tylko ukazują go jako zwykłego dzieciaka.

I kiedy tak myślałam nad tą prostotą Lucky Luke’a, zdałam sobie sprawę z tego, że brakuje mi takich nieskomplikowanych bohaterów w fikcji. Pozwólcie, że porozwodzę się nad tym w tej notce.



Dzisiaj jest silny nacisk na to, aby bohaterowie byli skomplikowani – żeby rozwijali się wraz z fabułą, żebyśmy rozumieli ich motywacje i żeby można ich było poddać psychologicznej analizie. Im bardziej psychologicznie rozwinięta postać, tym lepiej.

Oczywiście, ja również lubię takie postacie (czy którykolwiek z moich czytelników w to wątpi, biorąc pod uwagę artykuły tutaj opublikowane?) i nie twierdzę, że rozbudowani bohaterowie to coś złego... niemniej jednak brakuje mi herosów, którzy robią to, co robią, bo tak trzeba i nie jest to związane z jakąś traumą z dzieciństwa, potrzebą buntu przeciw społeczeństwu czy wewnętrznych kompleksów.

I tutaj wkracza Lucky Luke na swoim białym koniu. Postać, którą na pewno wielu uznałaby za Gary'ego Stu, z jej niewiarygodnymi zdolnościami strzeleckimi, tym, że zawsze udaje jej się przechytrzyć przeciwnika i tym, że to ona zawsze ma rację. Trudno też powiedzieć, aby miał jakieś wady, poza - być może - tym, że jest tak bardzo praworządny. Jednakże to, że Luke nieraz daje się przechytrzyć i pakowany jest w dość głupie sytuacje, nieco równoważy tą jego zarąbistość.

Powróćmy jednak do Luke'a jako prostego bohatera. Coś, co idealnie ilustruje jego prostotę, to fakt, że - jak wielu bohaterów - ma zasadę, aby nie zabijać... ale niezabijanie przychodzi mu niesamowicie łatwo. Inni, bardziej skomplikowani bohaterowie, którzy przyjęli zasadę niezabijania przeciwników, borykają się z moralnymi dylematami i są krytykowani za to, że pozwalają mordercom i gwałcicielom chodzić normalnie po świecie. W ogóle świat jest przedstawiony jako cyniczny i pełen psychopatów, a zabijanie jest łatwe i wydaje się najsensowniejsze.

Przy Lucky Luke'u wiadomo, że żaden nikczemnik nie zostanie zabity. Przechytrzony, obezwładniony, zdemaskowany i aresztowany - tak. Ale nie zabity. Lucky Luke nie rozwodzi się nad tym, czy powinien usunąć jakiegoś przestępcę, a gdy ktoś celuje z pistoletu w niego albo w jakąś niewinną osobę, Luke po prostu jednym strzałem wytrąca mu broń z ręki albo robi jeszcze inną rzecz, aby złoczyńca został unieszkodliwiony. Po kilku takich akcjach czytelnik ma wrażenie, że niezabijanie nie jest tak skomplikowane, jakby się mogło wydawać (choć trzeba tu jeszcze zaznaczyć, że Luke dysponuje niesamowitymi zdolnościami strzeleckimi, które zapewniają szybką reakcję na zagrożenie). Również świat przedstawiony nie jest tak mroczny jak mógłby być, zwłaszcza, że mówimy o westernie. (I znów - to wszystko to wynik konwencji i cenzury tamtych czasów, która zabraniała Morrisowi i Goscinny'emu na bardziej realistyczne podejście do Dzikiego Zachodu.)

Luke ma w sobie coś z błędnego rycerza - wędruje na Jolly'm po Dzikim Zachodzie i pomaga tym, którzy wydają się być w potrzebie. I wiecie, przez pewien czas uważałam za nieco wtórne to, że tak często Luke trafia do miasteczka, którym trzęsie jakiś bandyta, i jest nie tylko jedynym, który próbuje coś z tym zrobić, ale też wszyscy dookoła ze strachu stają po stronie bandytów. Ale zdałam sobie sprawę z pewnej rzeczy.

Pewnie, na Dzikim Zachodzie i w starych westernach, które Morris i Goscinny parodiowali, zdarzało się, że jakiś gang zaczął terroryzować miasto albo wioskę. Jednakże im dłużej nad tym myślę, tym bardziej przypomina mi się artykuł z Focusa (przepraszam, nie potrafię podać jego tytułu) na temat postaci z komiksów, będących współczesnymi mitycznymi herosami. Autor poświęcił małą rubrykę Asteriksowi i wygłosił stwierdzenie, że po drugiej wojnie światowej Europejczycy byli zmęczeni motywem nadczłowieka i o wiele bardziej od supersilnego Herkulesa woleli chytrego Odyseusza, którego przypomina właśnie Mały Gal.

Wiecie, jest taka teoria, że Joe Shuster stworzył Supermena, ponieważ jego ojciec miał zawał serca, kiedy napadnięto na jego sklep, i Człowiek ze Stali miał być takim spełnieniem marzeń o obrońcy uciśnionych gnębionych przez przestępców. O tym, że Kapitan Ameryka powstał jako reakcja na zagrożenie ze strony Hitlera, powszechnie wiadomo. Obaj superbohaterowie reprezentują sobą wszystkie wartości, które chcielibyśmy, aby były powszechne - odwagę, niezłomność, współczucie i pragnienie czynienia dobra. Superman i Kapitan Ameryka są współczesnymi herosami, którzy chcą nas chronić i dawać nam nadzieję, a stworzeni zostali w odpowiedzi na panoszące się zło, którego byli świadkami ich twórcy.

Bandytów, którzy terroryzują miasteczka w komiksach z Lucky Lukiem, zwykle nie jest jakoś specjalnie dużo. Właściwie chyba tylko Pat Poker osiągnął swoją pozycję w Red City, bo miał za sobą całkiem spory gang. A tak, to przeważnie jest ich trzech-czterech, a czasem wystarczy tylko jeden, aby całe miasto nie ważyło się go dotknąć. Oto więc mamy zło, które się panoszy, bo nikt nie chce nic z nim zrobić. Zło, które wywodzi się, co prawda, od niewielu ludzi, ale wzbudza lęk w całej społeczności, która jest moralnie zbyt słaba, aby podjąć walkę. Lucky Luke zaś jest sprawiedliwym, który przybywa, aby zaprowadzić porządek. Jedynym, który nie boi się stanąć z bandytami twarzą w twarz. Może to wymagać sporo wysiłku, ale zawsze dopina swego, dzięki pomyślunkowi i umiejętnościom strzeleckim.

Tak jak Superman i Kapitan Ameryka, Lucky Luke mógłby być przerażającym przeciwnikiem, gdyby kiedykolwiek użył swoich zdolności w złym celu. Ale żaden z tych bohaterów nigdy tego nie zrobi (no, chyba że autorowi scenariusza odbije), a wiecie dlaczego? Bo wolą działać zgodnie z prawem. Bo wolą pomagać. Bo chcą, aby słabsi żyli spokojnie i szczęśliwie.

Jednakże Superman i Kapitan Ameryka zmieniali się w miarę upływu czasu. Zmieniali się w odpowiedzi na to, co działo się wokół nich - na to, jak rozwijało się społeczeństwo i jak kształtowała się polityka Stanów Zjednoczonych. Ideały obu superbohaterów były poddawane próbie, a oni sami nabierali głębi, poprzez refleksję nad swoją sytuacją w świecie i walkę z własnymi demonami. Tymczasem Luke pozostał taki sam, mimo że przez te siedemdziesiąt lat świat się zmienił nie do poznania (a i western stał się gatunkiem pozbawionym swojego dawnego idealizmu). Jeśli już, to samotny kowboj jest jeszcze bardziej idealistyczny niż na początku.

Tylko James Huth próbował nadać Lucky Luke'owi głębię (no i Metthieu Bonhomme, ale o nim potem).

Wciąż wracam do filmu z 2009 roku, bo jest on niemal ewenementem na tle innych adaptacji Luke'a. Podczas gdy pozostałe wcielenia samotnego kowboja pozostają proste, to podejmuje się uczynienia go skomplikowanym. Po pierwsze - mamy tragiczne origin story - rodzice Luke'a giną, kiedy ten jest jeszcze dzieckiem i z powodu tej traumy, on sam przysięga, że nigdy nikogo nie zabije. Po drugie - mamy jego wewnętrzne rozdarcie po tym, kiedy wydaje się, że jednak kogoś zabił. Po trzecie - po tym jak Luke postanawia się ustatkować, wyraża zdanie, że jest przytłoczony własną legendą; a Jesse James przybywa do Daisy Town po to, aby stoczyć historyczny pojedynek z Lucky Lukiem i naciska na bohatera, aby podjął wyzwanie. Po piąte wreszcie - wielokrotnie wspominane jest, że czasy się zmieniają i świat Dzikiego Zachodu niebawem się skończy. Wiele "rewizjonistycznych" westernów traktuje o tym jak legendy Dzikiego Zachodu się starzeją i próbują ułożyć sobie życie, z dala od swojej przeszłości; i o tym jak romantyzm epoki chyli się ku końcowi z powodu nadciągającego XX wieku. Film Hutha zdaje się iść w podobnym kierunku, jednak reżyser Serial Lovera tak jakby chciał skonfrontować idealizm Luke'a ze współczesnym cynizmem i pokazać, że samotny kowboj zawsze podniesie się na równe nogi, nawet po załamaniu. Mam też takie wrażenie, że Huth specjalnie uczynił Luke'a synem Indianki i Irlandczyka - dwóch mniejszości, które były pogardzane w dziewiętnastym wieku - aby usprawiedliwić jego brak uprzedzeń etnicznych i chęć chronienia słabszych.

Mimo że sam w sobie Lucky Luke z 2009 roku jest, jak dotąd, najlepszym filmem aktorskim z samotnym kowbojem, ja wciąż mam wobec niego mieszane uczucia. O mojej wiecznej bolączce, czyli Daisy Town jako rodzinnym mieście Luke'a, już mówiłam, O wątku romansowym również. Natomiast nie wspominałam jeszcze, że sam pomysł ze śmiercią rodziców Luke'a zdaje się taki jakiś... nietrafiony. Po prostu takie backstory nie wydaje mi się pasować do Lucky Luke'a jako postaci, nie mówiąc o tym, że jest dość sztampowe.

Pamiętam jak w trzecim sezonie Arrow Ray Palmer pokazał Felicity Smoak projekt zbroi Atoma i wyjaśnił, że zamierza walczyć z przestępcami, bo jego ukochana została zabita przez pomagierów Deathstroke'a. Pomyślałam sobie wtedy: "Wszystko pięknie, Ray, ale jesteś kolejną postacią w Arrowverse, której motywacją do bycia bohaterem jest śmierć kogoś bliskiego." Dlaczego herosi w dzisiejszych czasach muszą przeżyć jakąś wielką traumę, aby chcieć robić coś dobrego? Właśnie dlatego śmierć rodziców Luke'a jako jego backstory tak mi przeszkadza i sto razy bardziej wolę wersję jego dzieciństwa, gdzie po prostu został znaleziony jako niemowlę w zepsutym powozie, ale potem przygarnęła go życzliwa rodzina. Wolę tę wersję, w której wychowywał się w szczęśliwym domu i z niego właśnie wywodzi się jego chęć pomagania ludziom. Osobista tragedia to nie jedyna motywacja, jaką można dać bohaterowi.

Ale James Huth nie był jedynym, który podjął się dekonstrukcji Lucky Luke'a jako postaci. Otóż w 1985 wydano antologię komiksową Rocky Luke - Podmiejski kowboj - Pogromca dzikiego zachodu słońca. Był to zbiór parodii Lucky Luke'a rysowanych przez różnych autorów. Znacie może te teorie fanowskie, które zakładają, że fabuła jakiejś kreskówki, komiksu, sitcomu itp. ma być niby przedśmiertną halucynacją, fantazją pacjenta oddziału zamkniętego albo innymi rzeczami tego typu? No więc wiele komiksów z Rocky Lukiem zasadzało się na tym, że prawdziwy Luke jest jakimś biednym popychadłem, które wyobraża sobie, że jest bohaterem Dzikiego Zachodu.

Nie zapomnijmy też o Lucky Luke pozbywa się zahamowań - o tym komiksie, napisanym i narysowanym na przekór cenzurze, gdzie Luke nie tylko zabija szeryfa, ale też pije alkohol i uprawia seks. Tak jak wielu postaciom, również Lucky Luke'owi nieobce są "mhroczne" klimaty. I tak jak wielu postaciom, tak i jemu mrok nie za bardzo pasuje. Nie bez powodu Gilberte Goscinny, która sprawuje pieczę nad schedą po swoim ojcu, jest orędowniczką Luke'a, który nie zabija przeciwników.

Także w tym roku nie potrafiliśmy uciec od poważniejszego Luke'a, ale tym razem było naprawdę warto. The Man Who Shot Lucky Luke Matthieu Bonhomme'a miał podobną konwencję, co film Hutha i tam również Luke kogoś traci. Tym kimś jest "Doc" Wedensday, który wręcz oddaje swoje życie za Lucky Luke'a. Przez cały komiks Wedensday nie ukrywa, że nie tylko wkrótce umrze z powodu zniszczeń jakie poczyniły w jego organizmie alkohol i papierosy; ale też że zabił kilka osób. I oto spotyka kogoś, kto jest prawdziwym bohaterem i kto na pytanie o to, czy zabił Daltonów odpowiada: "To źle zabić człowieka, dzieciaki... Zabieracie mu wszystko co ma i wszystko cokolwiek mógłby mieć." Doc dwa razy prosi Luke'a o to, aby coś mu przysiągł. Za pierwszym razem po ataku kaszlu prosi go, aby pozostał dobrym człowiekiem, za drugim - kiedy już umiera od kuli przeznaczonej dla samotnego kowboja.



Wspominałam już o tym na tumblrze, ale ta scena przywodzi mi na myśl tę z Kapitana Ameryki: Pierwszego Starcia, kiedy ginie Erskine. Im dłużej o tym myślę, tym więcej podobieństw między nimi dostrzegam. Poczynając od tego, że obaj starcy nie za bardzo mają po co żyć (pamiętajmy - żona i dzieci Erskine'a zginęli w obozie) i postrzegają spotykanych przez siebie idealistycznych młodzieńców jako nadzieję dla pogrążonego w ciemności świata. Obaj starcy wymuszają na tych młodzieńcach przysięgę, że pozostaną dobrymi ludźmi, choć Doc chce też, aby Luke dbał o swoje zdrowie i dożył długiego życia. Właściwie to pod koniec The Man Who Shot Lucky Luke, samotny kowboj sięga po źdźbło trawy i wkłada je do ust, jakby Bonhomme chciał zasugerować, że to właśnie dzięki poświęceniu Doca Wedensday'a, Luke rzucił palenie i dożył tych siedemdziesięciu lat bez jakiegoś raka czy rozedmy.

Jednakże - tak jak napisałam w recenzji - w The Man Who Shot Lucky Luke sam bohater jest taki jak zawsze i jego motywacje też nie są wynikiem jakiejś tragicznej przeszłości. Po prostu Bonhmme zrobił poważniejszego Luke lepiej niż Huth.

Chyba to, co chcę powiedzieć, to to, że chciałabym również takich protagonistów, którzy po prostu pomagają i nie kryje się za tym żadna dekonstrukcja. Najbliższą taką postacią, która przychodzi mi do głowy, jest Wander w Wander over Yonder. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to Wander i Lucky Luke mają ze sobą wiele wspólnego (no bo Wander też jest bohaterem, który wędruje w towarzystwie sarkastycznego, koniopodobnego kompana, aby pomagać każdej osobie w potrzebie), chociaż ich charaktery są diametralnie różne.

Lucky Luke zaczynał jako parodia "klasycznych" westernów, które święciły triumfy przed wojną i były bardzo idealistyczne. Parodię odróżnia się od satyry tym, że satyra to gatunek skoncentrowany na wyśmiewaniu tego, co nam się nie podoba; z kolei parodia opiera się na żartach z czegoś, co parodysta darzy ciepłymi uczuciami. Maurice de Bevere kochał stare westerny, ale chciał nadać im żartobliwy ton. Dlatego stworzył Lucky Luke'a.

I też kiedy dzisiaj myślimy o protagonistach westernów, widzimy moralnie niejednoznacznych, zmęczonych życiem kowboi, którzy nieraz nie mają nawet okazji się zestarzeć. Mimo jednak, że czasy mamy bardzo cyniczne, Lucky Luke nie stał się cyniczny. A wręcz wydaje się, że ludzie walczą o to, aby pozostał idealistyczny. W dobie antybohaterów, bohaterowie, którzy po prostu chcą pomagać, to rzadkość. Pozwólmy więc Luke'owi celować w broń przeciwników, a nie w ich pierś. Pozwólmy mu mieć radosne i pozbawione traum dzieciństwo. Pozwólmy mu być rycerzem na białym koniu. Oczywiście, nie mówię, żeby nie nadawać mu głębi, jeśli ma to oznaczać, że powstanie więcej takich perełek jak The Man Who Shot Lucky Luke... ale zachowajmy to, co w samotnym kowboju najważniejsze.

(Jeszcze a propos niezabijania - wczoraj natrafiłam na ten wyczerpujący esej wyjaśniający dlaczego tak istotne jest, aby Lucky Luke nie zabijał. Jest tam odniesienie do filmu Hutha, ale jest też całkiem sporo na temat historii komiksu francusko-belgijskiego i tego, jak bardzo niezabijający przestępców Luke ma swoje korzenie w cenzurze, a jak w zamyśle twórców.)

1 komentarz:

  1. Bardzo, bardzo dobrze się czytało ten tekst. Naprawdę.

    Przy okazji (bo wiem, że nie musi to wynikać z mojej nazwy w Google+ ^^;), pozdrawia użytkowniczka Tumblra z Polandballem w ikonie ^^;

    OdpowiedzUsuń