środa, 27 lipca 2016

Lipiec z Lucky Lukiem - Czy aktorskie "Lucky Luki" mogą być dobre?

Kiedy pracowałam nad wideo o postaciach z Lucky Luke'a, z jakiegoś powodu myślałam, że doktor Doxey pojawia się we wszystkich trzech produkcjach aktorskich o samotnym kowboju. W związku z tym - ku swojej wielkiej irytacji - zdałam sobie sprawę z tego, że muszę obejrzeć Dzielnego szeryfa Lucky Luke'a. Odkryłam, że Doxey'a nie ma tam ani na lekarstwo (hehe), ale też, że znienawidzony przeze mnie film z Terrence'm Hillem nie jest znowu taki zły, jak mi się wydawało.

I tak się zaczęłam zastanawiać nad wszystkimi trzema aktorskimi Lucky Luke'ami, nad tym, jak ludzie je postrzegają i jak sam Luke został w nich przedstawiony, i doszłam do wniosku, że powinnam przygotować tekst, w którym powiem Wam, co - moim zdaniem - w nich zagrało, a co nie. Zwłaszcza, że sama zdałam sobie sprawę z wielu pozytywów i negatywów, których wcześniej nie widziałam w tychże produkcjach.


Dzielny szeryf Lucky Luke (1991)


Pozytywy: Daltonowie byli całkiem fajni, zwłaszcza Averell. W filmie Terrence'a Hilla po raz pierwszy najwyższy z braci Dalton mnie nie wkurzał, a wręcz wydawał mi się całkiem sympatyczny. Duża w tym zasługa samego aktora, Fritza Sperberga, który nie tylko wygląda wręcz dziecięco niewinnie, ale nawet udaje mu się tę dziecięcą niewinność zagrać. Generalnie wolę Averalla Daltona z Dzielnego szeryfa Lucky Luke'a od tego z Les Dalton.

Lotta Legs jest również ciekawą postacią i aż się zastanawiam, czy czasem nie wyjęto jej z jakiegoś komiksu, którego jeszcze nie udało mi się przeczytać. W porównaniu z Belle z filmu Hutha, nie była irytująca.

Indianie byli nieźli. Na początku wydaje się, że wódz Żółty Pies został przekonany przez Daltonów do ataku na Daisy Town, ale potem mamy jeden z tych momentów w Lucky Luke'u, kiedy to Indianie niszczą jakieś idiotyczne wyobrażenie bladych twarzy na ich temat. I jest to po prostu piękne.

Piosenka tytułowa jest niczego sobie. Wpada w ucho.

Negatywy: Przypominam, że Dzielny szeryf Lucky Luke jest "luźną adaptacją" Dwudziestego pułku kawalerii i Daisy Town, a wcześniejsza animowana adaptacja tego ostatniego była robiona z udziałem samego Rene Goscinny'ego. Już choćby przez to animacja z 1971 roku jest lepsza.

Nie wiem jak Wy, ale mnie aktorskie adaptacje kreskówek i komiksów interesują chociażby ze względu na to, że można zobaczyć w nich narysowane postaci w "prawdziwym świecie". Chodzi mi o tę stronę ściśle wizualną, która potrafi być naprawdę dobrze zrobiona. I choć pozbawieni swoich zielonych wdzianek i zupełnie niepodobni do siebie nawzajem Daltonowie mi nie przeszkadzali, to Luke w wykonaniu Hilla był po prostu nietrafiony.

Nie dość, że Hill jest blondynem w brązowym płaszczu, to jeszcze ma twarz jakiegoś biedaczka, który znalazł się na Dzikim Zachodzie przez przypadek. Niestety, nawet jak czasem widzę w Hillu jakieś przebłyski Luke'a, to jednak za mało, aby można go było uznać za samotnego kowboja. Do tego jeszcze dochodzi to jak on patrzy rozmarzonym wzrokiem na Lottę i... ja wiem,że Luke jest nieśmiały wobec kobiet, no ale przykro mi - Luke w tym filmie sprawiał, że cały ten wątek romansowy był irytujący.

W ogóle ten film jest wizualnie nijaki. Może to przez budżet, a może po prostu reżyser chciał pokazać brudną szarość prerii, niemniej jednak nie powala. Niektóre sceny z komiksów były nawet nieźle odwzorowane, ale jednak widać, że animacja ma więcej do zaoferowania w tym względzie, już choćby przez to, że nie musi się ograniczać przy scenie z kadrylem. Nawet najbardziej kolorowe sceny są takie jakieś... szare?

Pewnie są ludzie, którzy ten film lubią, ale mnie się on niemiłosiernie dłużył, zwłaszcza na początku. W rezultacie był on dla mnie jedną wielką męką.

Lucky Luke/Les Dalton (2004)

Pozytywy: Film Hilla był wizualnie nijaki, a ten ma żywe kolory. Ktoś w jakiejś recenzji nawet napisał, że jest to estetyka wyjęta z komiksu. Ogląda się to wspaniale, zwłaszcza jeśli chodzi o kostiumy.

Daltonowie, którym poświęcona jest ta przygoda, są do siebie - mniej więcej - podobni i kiedy wreszcie wdziewają te swoje zielone koszule, wydają się jakby żywcem wyciągnięci z jakiejś Ballady o Daltonach. Ich charaktery też zostały zachowane, a szczególnie dobrze wypadł Joe. Mały, temperamentny i wiecznie kombinujący. Jest taka scena, jak on i jego bracia przymierzają się, aby znów okraść bank i widzimy jak Joe bada każdy szczegół. Joe nie jest idiotą. On musi kierować trójką swoich braci, planować ucieczki i napady na banki. I w tej scenie widzimy, jak działa jego mózg.

Poza tym ten film robi świetne rzeczy z Mamą Dalton. Nie ma żadnej wątpliwości, że jest to ta sama kobieta, która w poświęconym sobie albumie nie tylko prała swoim dorosłym dzieciom tyłki, ale też zmotywowała Joe do uwolnienia jego braci z aresztu. Właściwie gdyby nie Mama Dalton, nie mielibyśmy fabuły Les Dalton.

Ale najlepiej, moim zdaniem, wyszedł Lucky Luke. I serio, Til Schweiger powinien częściej grać samotnego kowboja, bo nie tylko wygląda jak Luke, ale wręcz czuć bijące z niego pewność siebie, opanowanie i siłę. Widać, że to jest facet, który strzela szybciej niż jego własny cień (a cień Luke'a też ma swoje momenty w tym filmie). Nie wiem, czemu nie pojawił się w tej kompilacji, bo zasługuje na to, aby zostać zapamiętany.

Negatywy: Z drugiej strony to, że głównymi bohaterami są Daltonowie i fabuła koncentruje się przede wszystkim na nich, sprawia, że Lucky Luke nie ma specjalnie za wiele do roboty. Tylko pokrzyżować braciom plany na początku, dowiedzieć się, że uciekli z więzienia, zajrzeć do Mamy Dalton podczas poszukiwań, dowiedzieć się, co knują jej dzieci, a w końcu stanąć z nimi do ostatecznej konfrontacji. Właściwie ma się wrażenie, że Luke jest tutaj po to, aby wyglądać cool i zgarnąć Daltonów.

Ten film miejscami przedstawia samych braci jako nieudaczników (w swojej pierwszej scenie nie są w stanie obrabować sklepu z warzywami) i robi z nich analfabetów, co mnie osobiście zawsze denerwuje. Ja wiem, że stereotyp nie umiejącego czytać i pisać bandyty jest śmieszny i w ogóle, ale Daltonowie wielokrotnie pokazywali, że posiadają te umiejętności. Nie idą im one dobrze, niemniej jednak jakoś idą.

Jednak wydaje mi się, że największy problem tego filmu leży gdzie indziej, a konkretnie - w magicznym sombrero. Coś takiego byłoby na miejscu w Asteriksie albo Iznogudzie, gdzie magia jest na porządku dziennym. Ale w uniwersum Lucky Luke'a jedynym elementem o charakterze nadprzyrodzonym jest to, że od czasu do czasu Indianie sprowadzają deszcz albo wywołują wizje przyszłości, a tak to większość niezwykłych rzeczy można podciągnąć pod "to nie magia, konie po prostu wyrażają swoje myśli, a Luke jest szybszy niż własny cień, bo długo ćwiczył".

A tymczasem w Les Dalton nie tylko mamy sombrero, które chroni tego, kto je nosi, ale eliksiry doktora Doxey'a nagle mają cudowne właściwości, a Luke stał się Flashem. Ech...

Lucky Luke (2009)

Pozytywy: Ten film jest dla fanów komiksów z Lucky Lukiem. To nie ulega wątpliwości. Mogę właściwie usiąść z kimś z boku i w trakcie seansu mówić: "O, tutaj pojawia się taka a taka postać. A tu mamy nawiązanie do tego a tego komiksu." A i tak zawsze trafi się coś, czego nie zauważyłam wcześniej. Dodatkowo chwali się Huthowi, że zamiast iść po najniższej linii oporu i dać Luke'owi za przeciwników Daltonów, postanowił wykorzystać tę naprawdę sporą Rogue Gallery, którą Luke uzbierał sobie w przeciągu tych kilku dekad. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że zobaczę Phila Defera albo Pata Pokera w wersji aktorskiej, a jednak pojawili się tutaj.

Ponadto wizualnie ten film jest niesamowity. Nie chodzi mi tylko o kostiumy czy scenerię, ale też niektóre ujęcia, zwłaszcza te, które mają oddawać stan emocjonalny Luke'a. Coś, co mi szczególnie zapadło w pamięć, to sekwencja pokazująca jak świadomość tego, że Luke kogoś zabił, w niego uderza, a zwłaszcza okładka opowiadania groszowego, na której pokazany jest człowiek z wielką dziurą w brzuchu.

Jean Dejurdin jest bardzo ciekawym Lukiem. Przede wszystkim widać, że to miał być samotny kowboj z głębią - zmęczony własną legendą, zmęczony przemocą, doświadczony przez tę straszną rzecz, która zdarzyła się, kiedy był mały... Jest to bardzo interesująca interpretacja Lucky Luke'a.

Negatywy: Mimo że jest to całkiem niezły film, ma on mnóstwo wad. O niektórych z nich mówiłam w recenzji, o innych w Ze wspomnień fana. Zamierzam też mówić o jednej z nich, ściśle związanej z Lukiem, w krótkiej notce, którą właśnie szykuję, ale pozwólcie mi pochylić się nad niektórymi problemami, które mam z tym filmem.

Zacznę od pewnego przykładu.

Niedawno, kiedy oglądałam ten film po raz kolejny, zdałam sobie sprawę, że w scenie, w której Luke konfrontuje bandytów w saloonie, przez kilka sekund pojawia się Eliot Belt. Mimo że jest innej rasy, niż jego komiksowy pierwowzór, nie ma żadnej wątpliwości, że jest to właśnie ta konkretna postać. Długi płaszcz, czarny kapelusz, małe, skośne oczka... wszystko jest na miejscu. Eliot Belt jak malowany.

Eliot Belt jest łowcą nagród. I to takim wyjątkowo chciwym, traktowanym z pogardą przez wszystkich, którzy nie są jego kolegami po fachu.

Okej, załóżmy, że przybył do Daisy Town (ech...), bo chciał wywrzeć pomstę na Luke'u jak większość bandytów w mieście. Dlaczego więc inni złoczyńcy dają mu spokojnie po nim chodzić? Dlaczego nie chcą go powiesić czy coś? Przecież ten facet łapie ich za pieniądze i równie dobrze może planować jakiś przekręt, aby na nich zarobić.

Widzicie o co mi chodzi? Easter Eggi z komiksów bywają świetne i ciekawe, ale w wielu miejscach nie mają żadnego sensu. Widać, że Huth chciał zrobić coś swojego, nadać własny rys kanonowi. Rozumiem Billy Kida, który zabił swoich rodziców jako dziecko, zamiast uciec z domu; rozumiem Jesse Jamesa cytującego namiętnie Szekspira. No ale są momenty - takie jak ten z Eliotem Beltem - gdzie po prostu mam wrażenie, że Huth dodał nawiązanie dla samego nawiązania, nie myśląc nad tym, co może z nich wynikać.

Poza tym mamy ten durny trójkąt miłosny między Lukiem, Belle i Calamity Jane. Jego w ogóle nie powinno być. Nie tylko dlatego, że stosunki między Lukiem a Jane są platoniczne. Nie wiem, może są ludzie, których Belle nie irytowała, ale ja do nich nie należę.

W końcu mroczność tego filmu... Będę o niej mówić jeszcze we wspomnianej wyżej notce, ale już teraz powiem, że backstory Luke'a mi się nie podobało, bo nie pasowało do postaci; i że Bonhomme zrobił "mrocznego" Lucky Luke'a lepiej.

Ogólnie rzecz biorąc, wszystkie trzy filmy wywołują u mnie mieszane uczucia. Nie ma czegoś takiego, że myślę sobie: "O, ten film jest tak samo genialny, jak animowane adaptacje.", one wszystkie mają gigantyczne problemy, które trudno zignorować. Ale z drugiej strony, nie brak im również zalet, które sprawiają, że są one interesujące. Sama uważam, że Les Dalton jest o wiele lepsze, niż się ludziom wydaje; a do filmu Hutha powracam wciąż i wciąż. Nie spisywałabym ich więc na straty, nawet Dzielnego szeryfa Lucky Luke'a, który jest w tym towarzystwie najsłabszy.

1 komentarz: