sobota, 16 lipca 2016

Lipiec z Lucky Lukiem - Creator's Cameo, czyli znajdź Morrisa!

Jeżeli ktoś z Was oglądał filmową adaptację Tintina w reżyserii J. J. Abramsa, może kojarzycie scenę na bazarze, która zaczyna się od tego, że główny bohater siedzi na stołku przed karykaturzystą. Po chwili tenże karykaturzysta mówi, że skończył pracę, po czym pokazuje widowni swoją twarz. I jeżeli posiadacie odpowiednią wiedzę, od razu rozpoznaliście w rysowniku autora Tintina, Herge.

To tak zwane Creator's Cameo - autor jakiegoś dzieła (komiksu, książki, kreskówki, filmu...) pojawiający się w tymże dziele, bądź jego adaptacji, głównie jako ciekawostka.

Rysownicy, z którymi pracował Goscinny, również wielokrotnie rysowali i przenosili samych siebie na kartach swoich komiksów. A ponieważ dzisiaj jest piętnasta rocznica śmierci Maurice'a de Bevere, twórcy Lucky Luke'a, postanowiłam, że tym razem poświęcę tekst Creator's Cameo Morrisa (chociaż większość z nich jest rysowana nie przez niego, tylko przez innych).

No więc zacznijmy od tego, że powstał cały album pod tytułem Hommage a Morris (W hołdzie dla Morrisa), w którym to albumie różni rysownicy oddają cześć niedawno zmarłemu koledze po fachu, przenosząc go w realia Dzikiego Zachodu i doprowadzając do spotkania Morrisa ze stworzonymi przez niego bohaterami. Z tego właśnie albumu pochodzi fragment po lewej, który potem pojawił się w komiksie Francuski kucharz. (Dodatkowa ciekawostka - ten elegancki mężczyzna w żółtym przypomina Waldo Badmintona z Wrażliwej stopy. No w sumie Morris też byłby wrażliwą stopą, gdyby przybył na Dziki Zachód...)

Następnie dodajmy, że sam Morris rysował samego siebie, choć głównie poza komiksami. Dlatego zastanawiałam się, czy ten kadr z Kid Lucky'ego:

...nie jest czasem jakimś autoironicznym żartem ze strony Morrisa. Kontekst tej sceny jest taki: Kawaleria właśnie uratowała małego Luke'a z niewoli u Indian, i próbuje znaleźć jego rodziców. Luke myśli, że nikt się nie zgłosi (bo chłopiec jest sierotą... to było zanim dowiedzieliśmy się, że Ciocia Marta go wychowywała) i że będzie potem mógł iść do swojego tymczasowego opiekuna, Old Timera. Aż tu nagle pojawia się ta dwójka i twierdzi, że jest on ich dzieckiem.

Z tym, że mam pewne wątpliwości, co do tego gościa. Z jednej strony narysowano go z zachowaniem wielu szczegółów twarzy i można się doszukać podobieństwa do nieco starszego Morrisa, takiego jak ten:

Z drugiej strony... mogę się się mylić, bo jednak Morris nie był blondynem i w żadnej innej swojej rysunkowej wersji nie jest.

Przejdźmy do filmu. Ostatnia animowana przygoda samotnego kowboja - Lucky Luke na Dzikim Zachodzie - zawiera scenę, w której Luke wychodzi z hotelu, aby zeznawać w sądzie, a przy recepcji stoją dwaj pracownicy, przypominający Morrisa i Rene Goscinny'ego. Ich dialog wygląda tak:

Goscinny: Patrz! To Lucky Luke! Najszybszy rewolwer na Dzikim Zachodzie.
Morris: Na takich magików to trzeba mieć oko, Rysiu. Zawsze się potem nie można jakiejś poszwy albo wazona doliczyć.
Na koniec nieco bardziej melancholijna nutka. Pewnie uznacie to, za oszustwo, bo jest to bardziej nawiązanie, niż występ "we własnej osobie", ale oto fragment, o którym wspominałam w recenzji The Man Who Shot Lucky Luke:

Z jednej strony właśnie jest ten smutek, że Morrisa już nie ma wśród nas (zwłaszcza przy tak uroczystej okazji, jak 70. rocznica powstania jego najsłynniejszego dzieła), jednak z drugiej strony - ten obrazek wydaje się być takim wyrazem szacunku Bonhomme'a do Morrisa. Bo czyż jest dla ojca Lucky Luke'a lepsze epitafium, niż: "Może kiedyś spotkamy się na Wielkiej Prerii"? Ten nagrobek komponuje się zresztą bardzo interesująco z całą sceną na cmentarzu, gdzie Luke przyszedł kogoś pożegnać. Ta scena ma być smutna, ma przypominać o śmierci i o żalu, który śmierć po sobie pozostawia, więc takie właśnie nawiązanie do twórcy Lucky Luke'a, wydaje się być sensowne.

[Był też w parodii Lucky Luke'a, Rocky'm Luke'u (będę o niej jeszcze mówić), krótki komiks, w którym za Lukiem łazi podobny do Morrisa knypek i ciągle kowboja wkurza. Nie zamieszczam obrazka z tego zbioru, bo raz, że to ma być post o Morrisie w Lucky Luke'u, a dwa - ten komiks wydawał mi się taki jakiś... niesmaczny.]

Zaraz, nie mogę zakończyć tego posta w taki sposób. No to macie na odchodnym coś bardziej pogodnego:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz