poniedziałek, 23 maja 2016

Recenzja: Preacher (pilot)

Dominic Cooper zmęczony życiem.
Na początku tego roku wspominałam o tym, że jednym z seriali, na które czekam, to Preacher, będący kolejną próbą przeniesienia na mały ekran komiksu ze stajni DC. Co ciekawe, kiedy usłyszałam po raz pierwszy, o czym Preacher ma być (w pastora z przeszłością wstępuje istota nie z tego świata, a ten postanawia, wraz z irlandzkim wampirem i byłą dziewczyną, odnaleźć Boga, aby Mu wygarnąć), raczej nie zakładałam, że będę go oglądać. Potem jednak dowiedziałam się, że w rolę tytułowego kaznodzieja obsadzono Dominika Coopera, który grał Howarda Starka z lat czterdziestych, więc właśnie ze względu na tego aktora postanowiłam, że jednak dam temu serialowi szansę. Zwłaszcza, że pierwszy teaser sprawił, że zainteresowałam się samą fabułą. Niemniej, pozostał motyw wygarnięcia Bogu, o czym przypomniano mi w poprzednim tygodniu w oczekiwaniu na premierę pilota, toteż zaczęłam się nawet wahać. W końcu postanowiłam obejrzeć pilota i na tej podstawie zdecydować, co dalej.

I właściwie pierwszy odcinek Preachera zachęcił mnie do dalszego oglądania. Już samym swoim początkiem.


Preacher zaczyna się od sceny w kosmosie przywodzącej na myśl film klasy B. Przez naszą galaktykę przelatuje dziwny, zielonkawy dym, który trafia do Afryki, akurat jak pewien misjonarz prowadzi mszę. Ten dym to tajemnicza istota, która wstępuje w misjonarza, po czym rozsadza mu głowę. Następnie przenosimy się do Anville w Teksasie, gdzie nękany wspomnieniem śmierci swojego ojca pastora, Jesse Custer próbuje sam poradzić sobie w roli kapłana. Widać jednak, że mu nie wychodzi – wygłasza kiepskie kazania, jest zanudzany na śmierć opowieściami jednego z parafian, a on sam wydaje się nie słyszeć głosu Boga. W dodatku po miasteczku krążą opowieści o tym, co Jesse robił, zanim osiadł w Anville, nie mówiąc już o tym, że jego była dziewczyna i wspólniczka, Tulip, próbuje namówić go do powrotu. Tymczasem do Anville (zeskakując z samolotu!) przybywa wampir Cassidy, a tajemnicza istota z kosmosu krąży po świecie i zabija kolejnych kapłanów.

Odnoszę takie wrażenie (choć mogę się mylić), że postanowiono adaptować Preachera ze względu na sukces Daredevila. Oba seriale są bardziej brutalne od pozostałych adaptacji komiksów z ich rodzimych wydawnictw (Deadpoola nie liczę); oba mają motyw religijności głównych bohaterów i protagoniści obu seriali zmagają się z ciągotami do przemocy. Widać jednak, że w zamyśle Preacher miał być czymś podobnym do Constantine’a – urban fantasy o walce z demonami i ukrywającymi się wśród ludzi potworami.

Oczywiście jest też mowa o Wielkiej Wojnie, która Nadciąga, i tutaj serial wydaje się być nieco sztampowy w tego typu produkcjach. Widz ma się też zastanawiać, czy to, że Jesse Custer uważa, że Bóg go nie słyszy, to zwykły kryzys wiary; czy może ma to jakiś związek z Nadchodzącą Wojną.

Sam Jesse wyszedł interesująco. Miałam takie wrażenie, że zwyczajnie nie ma powołania – że jest pastorem tylko dlatego, że jego ojciec nim był (no i dlatego, że Jesse chce uciec od przeszłości), i sam nie posiada predyspozycji do bycia kapłanem. Zdaje sobie z tego sprawę, jednak mimo to próbuje spełniać swoją posługę – słuchać swoich parafian, być dla nich duchowym wsparciem, głosić Słowo Boże. A kiedy mały chłopiec prosi go, aby poturbował jego ojca-brutala, Jesse woli załatwić wszystko pokojowo, za pomocą prawa. Właściwie to w scenie, w której tłumaczy chłopcu, że przemoc może eskalować, widać po jego minie, że wie o czym mówi. Kiedy zaś już dochodzi do walki między nim a ojcem chłopca, możemy zaobserwować, że sprawia mu ona przyjemność. Dominic Cooper pokazał to wszystko fantastycznie, opierając się głównie na mimice twarzy.

I kiedy tajemnicza istota wreszcie wstępuje w naszego bohatera, nie robiąc mu przy tym krzywdy, łatwo się domyślić, że z jakiegoś powodu Jesse jako gospodarz, jej odpowiada. Zachodzi więc pytanie: czemu? Czy dlatego, że Jesse kryje w sobie ciemność, której nie mieli poprzedni kapłani, czy może dlatego, że ma on jakieś przymioty, które na razie pozostają przed nami ukryte? Na razie sama istota robi wrażenie złowieszczej, więc czuć, że zdarzy się coś niedobrego.

Ruth Nigga jako Tulip.
Była Jesse’ego, Tulip (również grana przez aktorkę znaną z MCU, Ruth Negga), wyszła interesująco. Trochę jak Elektra Natchios (w tym sensie, że jest ostrą, potrafiącą walczyć babką, która próbuje sprowadzić ukochanego mężczyznę z powrotem na złą drogę), ale jednocześnie nie brak jej takiego jakiegoś unikalnego wdzięku. Cała scena z dziećmi, które są świadkami tego jak zatłukła jednego faceta, nadaje jej charakteru. Właściwie Negga gra zupełnie inną kobietę niż Raina z Agentów TARCZY – Tulip jest bardziej ekstrawertyczna i częściej brudzi sobie ręce.

Joseph Gilgun jako Cassidy.
Z kolei Cassidy… no, Cassidy ma być typowym wygadanym i zadziornym gościem, który pojawia się w życiu głównego bohatera i z jakiegoś powodu uważa, że będzie zabawnie mu pomóc. Na razie nie wiem, czy go lubię, czy nie. Będę musiała zobaczyć jak się jego postać rozwinie w dalszych odcinkach.

Patrząc zaś na mieszkańców Anville, można zauważyć wiele takich typowych wyobrażeń na temat samych Teksańczyków – chodzących w kowbojskich kapeluszach, lubiących strzelać do wiewiórek gości, którzy kochają Południe i wszystko, co z nim związane. Jest nawet scena z wieczorną ustawką, kiedy to fani starej, rasistowskiej maskotki atakują nową, bardziej politycznie poprawną, a szeryf nie tylko nic nie robi, ale wręcz pochwala całe zdarzenie jako obronę starych wartości.

No właśnie, szeryf. Słyszałam, że coś ma z nim być. Właściwie już w pilocie sprawia wrażenie człowieka, który jest moralnie wątpliwy, chociażby przez to, że nie za bardzo pozwala zdeformowanemu synowi wychodzić z domu. Sam syn jest typowym outsiderem o dobrym sercu, który w dodatku lubi Jesse’ego, a Jesse lubi jego (choć widać, że też czuje się przy nim nieswojo).

W ogóle w serialu panuje duszna atmosfera, którą pogłębia sceneria spieczonego słońcem Teksasu. Wspominałam, że pierwsza scena przypomina film klasy B, ale jeżeli ktoś z Was widział dwa filmy Tarantino zatytułowane Grindhouse, to Preacher też do pewnego stopnia wyda im się znajomy. Oczywiście, nie ma tam zaginionych scen z ważnymi informacjami, ale są, na przykład, momenty, w których latają kreski niczym ze starego, niskobudżetowego filmu (i znów – kłania się pierwsza scena), a flaki Cassidy’ego wyglądają jak z kiepskiego horroru. Ja nie czytałam komiksowego Kaznodziei, ale z tego co widziałam, jest on utrzymany w takiej żółtawej kolorystyce, przywodzącej na myśl palące słońce; a postaci są narysowane bardzo szczegółowo, więc może quasi-grindhouse’owa stylistyka jest nawiązaniem do komiksu.

Jedno, co utrudniało mi cieszenie się z tego serialu, to sposób w jaki bohaterowie mówią. Nie chodzi tylko o slang, którym się posługują, ale też o akcent i tempo mówienia, które nieraz było tak szybkie, że nie rozumiałam połowy z tego, co zostało powiedziane. I szczerze współczuję wszystkim grupom translatorskim, które wezmą się za robienie do Preachera napisów.

Pamiętam jak pierwszy odcinek Constantine’a mnie nie porwał, chociaż wielu ludzi mówiło, że jest to serial lepszy niż jakakolwiek inna własność DC adaptowana dotąd w telewizji (czyli Arrow, Flash i Gotham). Pamiętam też, że śledziłam Constantine’a do odcinka przed wielkim hiatusem, a potem po prostu sobie darowałam, bo nie byłam zainteresowana, co działo się dalej. W przypadku Preachera chcę wiedzieć, co będzie dalej. Chcę się dowiedzieć czym jest to coś, co weszło do ciała Jesse’ego i co z tego wyniknie. Chcę się też dowiedzieć czegoś o przeszłości tytułowego kaznodziei i to nawet nie tej, przed którą uciekł do Anville.


Nie ma co – totalnie zamierzam ten serial oglądać, bo zapowiada się nieźle. Oby tylko utrzymał poziom w następnych odcinkach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz