piątek, 8 stycznia 2016

Moje sześć ulubionych mało znanych filmów

Już kilka razy przekonałam się, że jest wiele filmów, książek i seriali, które ja uwielbiam, a moi znajomi nijak nie kojarzą. A szkoda, bo większość z nich jest naprawdę ciekawa i chciałabym, aby więcej ludzi je obejrzało. Postanowiłam więc, że w tym roku moim urodzinowym tekstem będzie ranking takich właśnie mało znanych filmów.

Od razu jak zabrałam się za układanie tej listy, zadanie okazało się bardzo trudne. Przede wszystkim wiele takich mało popularnych produkcji, które lubię, to seriale albo mini-seriale. I choć wiele z tych ostatnich ogląda się jak filmy, one jednak filmami nie są (zgodziłam się więc na jeden mini-serial na tej liście, ponieważ ma on tylko dwie, półtoragodzinne części). Druga sprawa to fakt, że wiele takich mało znanych filmów, które lubię, zalicza się również do moich guilty pleasures, więc i te pozycje postanowiłam zostawić sobie na jakąś inną listę, którą będę kiedyś robić. W końcu trzeci problem był związany z tym, że parę z takich filmów, które ja znam, a inni nie kojarzą, zdarzyło mi się już omówić na blogu w ten czy inny sposób (chociażby Igora, Iznoguda, Freda Clausa, brata Świętego Mikołaja, czy Stare lwy), a nie chciałam się powtarzać.

Koniec końców z tych długich rozmyślań udało mi się stworzyć listę, która zawiera tylko sześć pozycji. Być może uda mi się Was zainteresować, może nie, ale postaram się jednak przedstawić, co mnie w tych filmach urzekło i dlaczego uważam, że więcej ludzi powinno je obejrzeć.

Miejsce szóste: Rysiek Lwie Serce
Miałam do wyboru dwie animacje produkcji hiszpańskiej – Don Chichota i Ryśka Lwie Serce. I choć wariacja na temat dalszych przygód Don Kichota była całkiem interesująca, ostatecznie Rysiek przeważył przez wiele pomysłów, które zostały tam zaprezentowane. Niestety ten film miał pecha, bo jego produkcja ciągnęła się przez lata, a w tym czasie święcić triumfy zaczął Dreamworks. Toteż wielu ludzi uważa Ryśka Lwie Serce za marną podróbkę Jak wytresować smoka, zwłaszcza jeśli chodzi o postać głównego bohatera.

Niewątpliwie historia też jest dość kiepska… a przynajmniej taka się wydaje na pierwszy rzut oka. Otóż w pewnym średniowiecznym królestwie rycerstwo zostało prawnie zakazane. Co więcej – osobą, która się do tego przyczyniła, był ojciec tytułowego Ryśka, Reginald. Nasz bohater jednak od dziecka marzył o byciu rycerzem, zwłaszcza, że jego dziadek nim był i wielokrotnie chronił królestwo. Tak więc za namową babci Rysiek wyrusza do opactwa, gdzie mieszkają i szkolą nowych adeptów rycerze. Tymczasem do ataku na królestwo szykuje się inny rycerz, który pragnie wywrzeć zemstę na królestwie, królowej i na Reginaldzie za traktat delegalizujący rycerstwo.

Okej, może sam pomysł z delegalizacją był głupi… zwłaszcza, że w dawnych czasach rycerze pełnili rolę żołnierzy, broniących państwa… jednakże stoi za nim jako-takie uzasadnienie (krótko mówiąc – żal królowej po stracie męża w wojnie, i ból Reginalda po stracie ojca), a poza tym królestwo, w którym dzieje się akcja, posiada strażników, tak więc jakąś obronność ma. W filmie jest też kilka kiepskich dowcipów (postać maga, na przykład, jest naprawdę złym comedy reliefem i cieszę się, że nie jest go znowu tak dużo).

To wszystko da się jednak przetrawić, bo Rysiek Lwie Serce ma mnóstwo pomysłów, które sprawiły, że chciałabym, aby powstał dalszy ciąg. To opactwo, w którym trenuje się rycerzy, było bardzo interesujące, a i mieszkający tam nauczyciele byli ciekawymi postaciami. Sam bohater zresztą przeistacza się z tradycyjnego wręcz chuchra, które potyka się o własne nogi, w silnego, zwinnego i całkiem niezłego w walce młodzieńca. Więcej – jednego z pomagierów czarnego charaktera przeciąga na swoją stronę w bardzo sprytny sposób.

Według mnie jednak najfajniejsze w Ryśku Lwie Serce były relacje między Ryśkiem a Reginaldem. Z początku wydaje się, że Reginald jest stereotypowym ojcem, który chce, aby jego syn poszedł w jego ślady i porzucił swoje dziecinne marzenia. Potem jednak następuje scena na przyjęciu, w której Rysiek zostaje otruty i wydaje się, że zaraz zostanie zabity przez pomagierów antagonisty… ale nagle wkracza Reginald, trzymając oburącz miecz. Facet jest prawnikiem, nie jest zbyt muskularny, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu dzierży białą broń, a mimo to, trzęsąc się jak osika, staje przed uzbrojonymi zbójami i żąda, aby odsunęli się od jego syna. Nie ma co, zdobył tym moją sympatię.

Rysiek Lwie Serce może i nie jest specjalnie wybitnym filmem animowanym, ma jednak wiele atutów pod kątem opowiadanej historii i świata przedstawionego. I aż szkoda, że są marne szanse, aby powstał do niego jakiś sequel.

Miejsce piąte: Dżungla
Mało znany film Disneya, zrobiony w okresie, kiedy triumfy święcił Madagaskar. Oba filmy opowiadają o zwierzętach w zoo, które przenoszą się statkiem do Afryki i mierzą się ze swoją dzikszą stroną. Jednakże o ile Madagaskar traktował dzikość jako coś, co trzeba ujarzmić, bo może doprowadzić do tego, że przyjaciele się na siebie rzucają, o tyle w Dżungli dzikość jest postrzegana jako coś dobrego.

Mieszkający w zoo lew Sebastian chce, aby jego syn, Franek, zaryczał. Sam chwali się swoim rykiem, który jest znakiem rozpoznawczym króla zwierząt. Frankowi jednak nie idzie zbyt dobrze, a do tego małe lwiątko przez przypadek trafia na statek płynący do Afryki. Sebastian musi więc wydostać się z zoo i odnaleźć syna, a towarzyszą mu w tej misji: żyrafa Bożena, zakochany w niej wiewiór Benek, wąż Krzysiek i miś koala Bazyl, który nie cierpi swojej sławy maskotki. Kiedy zaś znajdują się w tytułowej dżungli, szybko gubią się nawzajem, do tego okazuje się, że żyjące tam stado wołów zapragnęło zostać mięsożercami, a sama wyspa, na której zwierzęta się znajdują, jest ewakuowana przez ludzi z powodu zagrożenia wulkanem. Sebastian i spółka muszą więc znaleźć Franka, pokonać woły i uciec, zanim dojdzie do katastrofy.

Jeśli miałabym wybierać, to zdecydowanie bardziej wolę Dżunglę od Madagaskaru. Po części dlatego, że fabuła Dżungli mnie bardziej porwała; a po części dlatego, że Sebastian wygląda, moim zdaniem, dużo lepiej. Jego design jest bardzo realistyczny, a przy tym sam lew przypomina trochę pluszowe zwierzątko. No i – jak mówiłam – podejście do tematu dzikości zupełnie inne niż w Madagaskarze (tak jak Dawno temu w trawie podchodzi do tematu mrówek jako społeczności inaczej, niż Mrówka Z).

Miejsce czwarte: Filmy o don Camillo
Okej, tutaj trochę oszukuję, bo mamy tu serię filmów (Mały światek don Camilla, Powrót don Camilla, Don Camillo i poseł Peppone, Don Camillo prałatem i Towarzysz don Camillo). Ale co ja poradzę, że to dobre filmy?

Luźne adaptacje zbiorków opowiadań Giovanniego Guareschiego, opisują małą społeczność wioski Brescello, a także walki ideowe między komunistycznym wójtem Peppone a katolickim księdzem don Camillo (taa, i już wiecie, skąd Ranczo wzięło jeden ze swoich głównych motywów). Obaj panowie nie znoszą się i zawsze chcą być górą nad przeciwnikiem, jednakże obaj dbają o dobro wioski i kiedy tylko pojawia się jakiś większy problem, działają razem, aby mu zaradzić.

Układając swoją listę ulubionych fikcyjnych katolików, zapomniałam o don Camillu. Faktem jest, że to niesamowita postać. To twardy ksiądz, który uwielbia polowanie, a do tego jest uparty i złośliwy. Nieraz rozmawia z figurką Chrystusa w jego kościele, a ten Chrystus w łagodny sposób go napomina. Mimo swoich wad charakteru, don Camillo jest jednak człowiekiem, który ma serce na właściwym miejscu i potrafi ugiąć się dla większego dobra. Z jednej strony nie lubi swojego ideologicznego rywala, a z drugiej – traktuje z życzliwością jego rodzinę.

Właściwie wszystkie filmy o don Camillo są słodko-gorzkie w swojej wymowie. Z początku wydają się komedią (wszak don Camilla gra Fernandel – francuski aktor, który w czasach wojny występował w kabarecie), potem jednak dochodzą wątki poważne, a nawet tragiczne. Guareschi opisywał rzeczywistość Włoch kilka lat po drugiej wojnie światowej i tego jak tamte wydarzenia odbijały się na ludziach, którzy ją przeżyli. Nie bez znaczenia jest też to, że w filmach występuje typowo wiejska społeczność, która ma typowo wiejskie problemy. A te problemy w łatwy sposób mogą zostać rozdmuchane do granic możliwości.

Z drugiej strony wiele scen w filmach o don Camillu tchnie optymizmem. Na przykład w Powrocie don Camilla przez dłuższy czas całe Brescello szykuje się do powodzi, która ma nastąpić, a kiedy ona wreszcie następuje i wszyscy mieszkańcy są ewakuowani, don Camillo zostaje w kościele, aby odprawić mszę i jego słowa niosą się przez całą wioskę, dodając ludziom otuchy. Kiedy indziej w Towarzyszu don Camillo, gdzie ksiądz wyrusza wraz z Peppone do Rosji, po bardzo serdecznym przyjęciu przez gospodarzy, stwierdza: „Już wiem, dlaczego tak ci zależy na braterstwie…”; a potem zatrzymuje się przed oknem, z którego słychać kwilenie dziecka, i mówi: „Widzisz, płacze zupełnie tak jak nasze [włoskie dzieci].”

Jeżeli macie ochotę na coś zabawnego, ale nie do końca, koniecznie obejrzyjcie serię o don Camillu. A kto wie – może zachęci Was to do zapoznania się z samymi opowiadaniami Guareschiego. Mnie zachęciło.

Miejsce trzecie: Klub Imperatora
To film o roli nauczyciela w kształtowaniu młodzieży. Fabuła zarysowuje się tak: w szkole dla chłopców imienia świętego Benedykta co roku organizowany jest wielki konkurs z wiedzy o starożytnym Rzymie, jego zwycięzca zaś jest mianowany Juliuszem Cezarem. Osobą, która uczy historii starożytnych Greków i Rzymian jest profesor William Hundert. Pewnego dnia do jego klasy dołącza nowy uczeń – syn senatora, Sedgwick Bell. Młody Bell wydaje się z początku złośliwym i niepokornym uczniem, jednak po spotkaniu z jego ojcem Hundert postanawia wziąć go pod swoje skrzydła i przygotować do konkursu.

Jest to film z interesującą obsadą. Zwykle nie przepadam z Kevinem Kline’m, ale w roli Hunderta jest fenomenalny. A w Klubie Imperatora grają jeszcze Jesse Eisenberg (Social Network), Paul Dano (Aż poleje się krew), Patrick Dempsey (Chirurdzy) i Rob Morrow (Przystanek Alaska).

Hundert wierzy w starożytne ideały zapoczątkowane przez Greków i krzewione przez Rzymian. Chce nauczyć swoich uczniów cnoty, wpoić im mądrość starożytnych, aby z małych chłopców stali się dobrymi mężczyznami, zwłaszcza, że są to dziedzice wielkich fortun i przyszli przywódcy świata. Jednocześnie napotyka przeszkody – ludzi, którzy podważają jego wartości, uważając, że światem rządzi prawo silniejszego, a idee Greków i Rzymian nie przystają do tych realiów.

Klub Imperatora jest pełen takich małych smaczków, które sprawiają, że cały film nabiera dodatkowego, głębszego znaczenia. Tablica Kutruka Nahunte, która wisi nad drzwiami w sali Hunderta i która powraca w ostatecznej rozgrywce konkursu; wielki obraz Śmierć Sokratesa, również znajdujący się w klasie Hunderta; to, że ojciec Bella jest właśnie senatorem, czyli – według założeń Rzymian – mężem stanu… Za każdym razem można odkryć coś nowego.

Jest to bez wątpienia jeden z lepszych filmów o nauczycielu i jego uczniach. Odchodzi trochę od schematu, który zapoczątkowało Stowarzyszenie Umarłych Poetów, gdzie nauczyciel był wyluzowany i uczył w niekonwencjonalny sposób swoich uczniów. Hundert jest bardziej klasycznym pedagogiem, mimo wszystko jednak, to, co czyni go tak dobrym nauczycielem, to to, że przyświeca mu cel wychowawczy, a każdego ucznia traktuje indywidualnie. Być może sami znacie kogoś takiego.

Miejsce drugie: Pięć osób, które spotykamy w Niebie
Nadszedł czas na zapowiadany wcześniej przeze mnie mini-serial. Pięć osób, które spotykamy w Niebie to telewizyjna ekranizacja opowiadania napisanego przez Mitcha Alboma, który zresztą napisał do niej scenariusz.

Eddie, konserwator kolejek w wesołym miasteczku, zauważa, że jedna z maszyn zaraz się zawali, a koło niej stoi mała dziewczynka. Ratuje więc dziecko, sam ginąc. Podczas gdy współpracownicy Eddiego zajmują się jego pogrzebem, on trafia do zaświatów i dowiaduje się, że ma spotkać pięć osób. Każda z tych osób wywarła jakiś wpływ na jego życie i każda z nich pokazuje mu swoją własną wizję Nieba, zanim Eddie trafi do swojego.

Pięć osób, które spotykamy w Niebie jest po prostu piękny. Nie tylko wizualnie czy muzycznie, ale przede wszystkim pod kątem emocjonalnym. Niejako poznając Nieba tytułowych pięciu osób, dowiadujemy się czegoś na temat życia Eddiego – jego napiętych relacji z ojcem, jego miłości do żony Marguerite, jego doświadczeń wojennych, a także lat, które przeżył jako konserwator w Ruby Pier. Eddie zresztą jest człowiekiem, który myśli, że przegrał życie; który z powodu okoliczności zewnętrznych nie był tym, kim zamierzał zostać i przez to czuje się nieważny, nieistotny. Postaci, które spotyka na swojej drodze, uświadamiają mu jego znaczenie w ogólnym planie wszechświata… ale także wiele rzeczy, o których nie miał pojęcia, zwłaszcza jeśli chodzi o jego ojca.

Trochę żal, że tak rzadko się puszcza ten mini-serial, bo jest fantastyczny i zawsze sprawia, że chce mi się płakać.

Miejsce pierwsze: Alex i Emma
Hej, koledzy pisarze! Czy denerwuje Was jak osoby z boku mówią: „Ale jak to nie wiesz jak to się skończy? Przecież to ty to piszesz!”? A nie macie cierpliwości, aby im wyjaśniać niuanse pracy pisarskiej? Cóż, puśćcie im Alexa i Emmę!

Główny bohater – pisarz, Alex Sheldon – musi oddać sporą sumę pieniędzy, którą pożyczył od kubańskiej mafii. W tym celu postanawia w przeciągu miesiąca napisać książkę opartą o jego doświadczenia z poprzedniego roku, które wpakowały go w tę sytuację. Zatrudnia stenotypistkę, Emmę Dinsmore, która z początku nie jest chętna mu pomóc, potem jednak zgadza się, a nawet co jakiś czas wtrąca swoje uwagi, aby uczynić powieść lepszą.

Śledzimy właściwie dwie historie – proces pisania powieści Aleksa, a także samą opisywaną w niej fabułę, przeniesioną w lata dwudzieste. Alter ego pisarza – nauczyciel angielskiego, Adam Shipley – zakochuje się w swojej pracodawczyni, Francusce Polinie, która musi poślubić dla pieniędzy starszego mężczyznę. Adam musi więc w jakiś sposób zdobyć fortunę, aby Polina mogła go wybrać. Jednocześnie pojawienie się w życiu Aleksa Emmy sprawia, że i postać nią inspirowana pojawia się w powieści i zmienia się jej koncept w miarę jak rozwijają się relacje miedzy obojgiem protagonistów.

Inspirowane (podobno) anegdotką z życia Dostojewskiego, Alex i Emma wspaniale przedstawia proces twórczy i wszystkie narastające w jego trakcie problemy związane z budowaniem fabuły. Blokady twórcze, trudne momenty fabularne, to że postaci żyją i na końcu nie są tym, co sobie wymyślił sam autor – to wszystko jest pokazane w tym filmie i to w bardzo zgrabny sposób. Jako do pisarki, Alex i Emma dociera do mnie.

I to było moje sześć ulubionych mało znanych filmów! Jak widzicie, zahaczyliśmy i o komedie, i o animacje, i o dramaty, a nawet o jeden komediodramat. Kto wie – może za rok spróbuję ułożyć listę ulubionych mało znanych książek albo seriali?

3 komentarze:

  1. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin :D

    Akurat filmy o don Camillo znam doskonale, ponieważ TVP 2 miała (i ma nadal) chwalebny zwyczaj puszczania w niedzielne i świąteczne południa puszczania starych filmów i dzięki temu z mieszkańcami Brescello miałam okazję się spotkać. I zgadzam się, że są to filmy warte uwagi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystkiego najlepszego!!!:D
    Ja też tak czasami mam. Pytam się ludzi, czy oglądali jakiś film, a potem okazuje się, że wogóle o nim nie słyszeli. A szkoda, bo w większości to zawsze są te fajne filmy. :<

    OdpowiedzUsuń
  3. Spóźnione życzenia. Najlepszego :*

    OdpowiedzUsuń