środa, 20 stycznia 2016

Krótka notka o premierze drugiego sezonu "Agentki Carter"

Tak jak rok temu, dostaliśmy nie jeden a dwa premierowe odcinki Agentki Carter. Poprzedni sezon był takim hitem, że w zasadzie zamówienie nowego wydawało się naturalnym ruchem ze strony Marvela, i tym razem czeka nas nie osiem, a dziesięć odcinków (przynajmniej tak twierdzi Wikipedia).

Nie powiem, że czekałam na powrót Peggy Carter jakoś szczególnie, jednakże na pewno bardziej się nim interesowałam niż takimi Agentami TARCZY. A i zwiastun wydawał się dość ciekawy. Jak jednak wyszły te dwa premierowe odcinki?



Fabuła przenosi nas z Nowego Jorku do słonecznego Los Angeles. Obejmujący tam funkcję szefa agent Daniel Sousa (w poprzednim sezonie zakochany w Peggy) prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczej dziewczyny znalezionej w rzece i uwięzionej w kostce lodu. Prosi o wsparcie do centrali, a ona wysyła mu agentkę Carter (wbrew jej zastrzeżeniom). Razem z Jarvisem (który na prośbę Howarda Starka ma pomagać Peggy) odnajdują trop w laboratorium Isodyne, zajmującym się badaniem m. in. energii atomowej. Ich sprzymierzeńcem w laboratorium staje się czarnoskóry doktor Jason Wilkes. I tak jak w pierwszym sezonie, tak i tutaj mamy zwiastun większej intrygi.

Coś, co bardzo przypadło mi do gustu, to to, że Dottie Underwood powróciła. Zmieniła, co prawda, wygląd na potrzeby swojego planu, ale jest tak samo niesamowita, jak w poprzednim sezonie, gdzie poza doktorem Faustusem pełniła rolę głównego antagonisty. I aż szkoda, że wygląda na to, że na razie zostanie odstawiona na bok.

Natomiast w tym sezonie po raz pierwszy poznajemy panią Jarvis i te kilka scen, w których się pojawia, zapowiada, że będzie to świetna postać - zabawna, zaradna i energiczna. A jej relacje z mężem... sama rozkosz.

(Samego Howarda Starka raczej nie uświadczymy, ale to zrozumiałe, biorąc pod uwagę to, że Dominic Cooper obecnie zajmuje się główną rolą w Preacherze.)

Co zaś się tyczy samej fabuły, od razu widać, że mamy tutaj wątek tajnej organizacji z trzeciego sezonu Agentów TARCZY; a także substancji podobnej do Monolitu, jednak tutaj nazywanej materią zerową. Poza tym wygląda na to, że szykuje się zmiana w Naukowych Rezerwach Strategicznych, zainicjowana przez FBI, ale jeszcze nie wiadomo, czy będzie to zaczyn do stworzenia TARCZY, czy też coś innego.

Jeśli chodzi o Peggy Carter - jest kompetentna jak zawsze, ale widać też pewien postęp w relacjach między nią a pozostałymi członkami SSR. Wydarzenia z poprzedniego sezonu wydały owoce i teraz Peggy już nie jest traktowana jak sekretarka, tylko jak pełnoprawny agent. Zwłaszcza Thompson nie patrzy na nią z góry.

Ogólnie rzecz biorąc, wydaje się, że ten sezon skupi się mniej na seksizmie lat czterdziestych, a bardziej na rasizmie... Choć miejscami i tak się zastanawiałam, gdzie się podziała tamtejsza obyczajowość, kiedy to czarnoskóry mężczyzna zadaje się z białą kobietą, i jeszcze chodzą do jednego klubu i nie wzbudzają podejrzeń. (I znów - nie wiem, na ile to jest anachronizm, a na ile po prostu ja naoglądałam się za dużo filmów o rasizmie, które zaburzyły moją wizję tamtych czasów.)

Inna sprawa, która nie dawała mi spokoju, to scena, w której Thompson przesłuchuje Dotty i nagle ściąga jej kajdanki. Wie, że ta kobieta potrafi walczyć i na pewno spróbuje uciec, a on ją tak po prostu rozkuwa. Kiedy Peggy to zrobiła, można to było jeszcze zinterpretować jako granie dobrego gliny, ale Thompson od razu powiedział: "Zabiłaś marchewkę. Został ci tylko kij.", więc po co usunął kajdanki? Bez sensu.

Tak czy inaczej, drugi sezon Agentki Carter zapowiada się nieźle.

W tym tygodniu czeka mnie jeszcze premiera Legends of Tomorrow, które też jest mini-serialem. Możecie być pewni, że napiszę Wam o tym krótką notkę.

(A wieści o nowym Gotham ciągle nie ma...)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz