piątek, 29 stycznia 2016

Krótka notka o moich problemach z "Arrow"

Co prawda, miałam przystopować z krótkimi notkami, bo robi się ich więcej niż bardziej dłuższych tekstów na tym blogu... jednak doszłam do wniosku, że temat dzisiejszego posta musi zostać poruszony.

Bo widzicie - dawno, dawno temu napisałam artykuł pod tytułem O fenomenie Arrow i próbowałam w nim przedstawić zalety tego serialu (jak i poszczególne postaci grające tam ważniejsze role). Było to w czasach przed sezonem trzecim, który miał, co prawda, swoje dobre strony, ale jego wady raziły po oczach; no i przed tym, co teraz się dzieje w Arrow.

I tak oto niedawno zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo ten serial mi się nie podoba; i że właściwie jego niedociągnięcia rażą mnie bardziej niż przez ostatnie trzy sezony. Jeszcze dwa lata temu pewnie zachęcałabym znajomych do tego, aby oglądali Arrow, bo chciałabym z nimi o nim pogadać. Teraz poddaję w wątpliwość stwierdzenie, że nie można cieszyć się Flashem, nie oglądając wcześniej Arrow.

Tych, co nie czytali powyższego artykułu, zachęcam do przeczytania go, abyście mieli świadomość tego jak wiele mogą zmienić dwa sezony.

A tymczasem oto lista moich problemów z Arrow (uwaga, spoilery!):

1. Olicity. Pewnie domyślaliście się, że tak będzie. W końcu niedawno też na to narzekałam. Postaram się nie powtarzać.

Wielokrotnie wspominałam o tym, że nie przepadam za romansami (są wyjątki, ale nie w tym rzecz). W zasadzie przez cały pierwszy i drugi sezon Olicity było najbardziej popularnym pairingiem w całym fandomie i trudno było znaleźć fanfiction, które nie byłoby o Oliverze i Felicity. Ludzie rozpływali się nad tym jaka to urocza i piękna para z tego Olivera i Felicity; a drugi sezon miał kilka takich hintów, że może to jednak jest kanoniczny pairing ("Zawsze będziesz moją dziewczyną...", czy nawet to małe zmylenie przeciwnika w finale). Niemniej jednak była to tylko sfera marzeń niektórych fanów i nie przeszkadzało aż tak bardzo.

A potem przyszedł sezon trzeci i rozpoczął się fanserwis. Olicity stało się kanoniczne, rozwijało się jadnak w tak koślawy sposób i tak było nachalne, że trudno to nazwać inaczej jak fanserwisem. Wiele osób wręcz zarzucało Markowi Guggenheimowi, że pisze pod publikę, jakby chciał zadowolić tę konkretną fanbazę. Nie pomagało też to, że Felicity została troszeczkę zmarysuizowana w tym sezonie, czego najlepszym przykładem jest to, że potrafiła latać zbroją Raya Palmera bez wcześniejszego treningu; i wykonać skomplikowaną operację na mózgu wyżej wspomnianego pana. Aha, i jeszcze pod koniec sezonu dostała w spadku Palmer Technologies.

Felicity jako postać jest mi obojętna, jednak trudno nie zauważyć, że jest hołubiona, tak przez twórców, jak i przez fanów. A jeszcze ostatnimi czasy została sparaliżowana od pasa w dół i wygląda na to, że ma być kimś w rodzaju Oracle. I chociaż Marc Guggenheim twierdził, że nie miał zamiaru zrobić z Felicity Oracle, to jednak wielu ludzi uważa, że jednak chciał, ale nie pozwoliły mu na to prawa autorskie/protesty internautów.

Co nas przywodzi do drugiego punktu.

2. Zrzynki z Batmana. Kiedyś powiedziałabym, że dziwne podobieństwo Arrow do - dajmy na to - trylogii Nolana, to powrót do korzeni Zielonej Strzały jako Batmana w wersji light. Jednak wątek przewodni poprzedniego sezonu był właściwie przeniesieniem komiksu z Batmanem w realia Arrow. I też Guggenheim i Stephen Amiel niespecjalnie się z tym kryli. Ba - wielki pojedynek między Ra's al Ghulem a Strzałą w The Climb określili jako hołd dla komiksu, gdzie podobny pojedynek z przywódcą Ligi Cieni stacza Batman.

Problem w tym, że Oliver Queen jest jeszcze bardziej bezwzględny niż Bruce Wayne kiedykolwiek był. W pierwszym sezonie to było jakoś uzasadnione jego przeszłością na wyspie Lian Yu (no i pracą dla Argusa), ale w tym sezonie obiecano nam, że Oliver będzie bardziej podobny do swojego komiksowego pierwowzoru (co też wydawało się trochę naciągane, zważywszy, że to Siła Miłości miała uleczyć go z jego PTSD).

Poza tym wyczuwa się zmęczenie materiału. W końcu te plotki, jakoby wszystkie filmy z tworzącego się teraz DC Cinematic Universe musiały mieć Batmana, są często zarzewiem krytyki pod adresem polityki DC i Warner Bros. Ludzie chcą oglądać bohaterów z tego wydawnictwa bez wiszącego nad nimi Nietoperza.

3. Powtarzająca się formuła. Właściwie powód, dla którego ta notka w ogóle powstała. Tak się bowiem składa, że zdałam sobie sprawę z tej wałkowanej na okrągło historii.

Obojętnie który to sezon - w każdym z nich Big Badem jest facet mający własną armię i chcący oczyścić świat z zepsucia itepe, itede. Oczywiście swój plan zaczyna od zniszczenia Starling City, no bo wiecie - rodzinne miasto Olivera Queena to Sodoma i Gomora (nie mówiąc już o tym, że Gotham). Malcolm Merlyn jeszcze starał się ograniczyć do Glades, czyli najbardziej szemranej dzielnicy Starling City; ale Deathstroke i Ra's al Ghul postanowili pójść z hukiem. A Damien Dahrk już zdradza podobne cele, co jego poprzednicy.

Ponadto w każdym sezonie drugim ciągnącym się wątkiem fabularnym są retrospekcje z pięciu lat Olivera poza domem. Przeważnie ma to służyć studium postaci samego Strzały - pokazać, jak doszło do tego, że jest jaki jest. Pierwsze dwa sezony, w których flashbacki działy się na Lian Yu, były całkiem dobre. Trzeci, mający miejsce w Hong Kongu, gdzie Oliver pracował dla Argusa i poznał Katanę i Mitsuo, radził sobie trochę gorzej. Teraz mamy znów historię na Wyspie, ale z jakimiś wojskowymi, którzy prowadzą obóz niewolników i każą im uprawiać jakieś zielsko... W zasadzie trudno mi jest się zainteresować tym wątkiem, bo jest po prostu nudny.

4. Sam bohater wydaje się stać w miejscu. Niby nie zabija już tak często, jak na początku, ale ciągle jest tym ponurym, cierpiącym, szukającym zemsty i nieraz tracącym cierpliwość facetem. Nie jest to, co prawda, bezpodstawne, biorąc pod uwagę to, jak postać Olivera była rozwijana. Mimo wszystko jednak są momenty, kiedy wychodzi na buca, zwłaszcza, gdy inne postaci próbują podnieść go na duchu/przemówić mu do rozumu.

Nadal jest mrukiem, który łamie ludziom kości i daje się ponieść emocjom. Tylko, że teraz jest jeszcze bucem i hipokrytą, zwłaszcza względem Laurel, która w tym sezonie zrobiła to samo, co Oliver w poprzednim (użyła Jamy Łazarza, aby wskrzesić swoją siostrę) i z tych samych pobudek, i jest to jej wypominane niemal w każdym odcinku.

A skoro już przy tym jesteśmy...

5. Złe traktowanie Laurel Lance. Wielu fanów Laurel uważa, że to jak jest ona traktowana (zwłaszcza po zostaniu Black Canary), woła o pomstę do Nieba. Trzeba tutaj zaznaczyć, że Black Canary jest jedną z najważniejszych postaci w "mythosie" Zielonej Strzały. Ich (mniej lub bardziej romantyczne) relacje są istotnym elementem komiksów. Niemniej jednak Lauriver w pierwszym sezonie był jedną wielką katastrofą, a kiedy pojawiła się Sara, wydawało się, że ona będzie Black Canary. Ale na początku trzeciego sezonu ginie i Laurel przejmuje po niej pałeczkę. Przez cały trzeci sezon dąży do tego, aby zostać zamaskowaną superbohaterką, a rodzina i znajomi uważają, że się do tego nie nadaje.

Fakt, Laurel nie ma takiego przygotowania jak Sara czy Oliver, i popełnia błędy tu i tam, ale pracuje nad tym. Najpierw trenuje pod okiem Wildcata, a potem - Nyssy al Ghul, która jest bardzo dobrą i cierpliwą nauczycielką. W ogóle cały wątek Laurel stającej się Black Canary był jednym z jaśniejszych punktów trzeciego sezonu.

Jednakże fani Laurel uważają, że są ignorowani przez Marka Guggenheima. Podobno na zeszłorocznym Comic Conie, ilekroć ktoś pytał o Laurel i jej rolę w czwartym sezonie, jego pytanie było pomijane. Wydaje się, że skoro Guggenheim tak bardzo stara się przypodobać Olicitierom, to odkłada Laurel na dalszy plan, a nawet miejscami się nad nią znęca. To stwierdzenie nie jest do końca prawdą, bo jednak coś z nią robi, ale trudno nie zauważyć, że na Laurel spada mnóstwo ciosów.

W dodatku scenarzystka Arrow, Wendy Mericle, zapewniała fanów, że w czwartym sezonie Oliver i Laurel będą przyjaciółmi. Jak na razie okazjonalnie Oliver przyznaje się do błędu i uznaje zasługi Laurel... niemniej jednak o wiele częściej wygląda na to, że on jej nie szanuje (a niektórzy twierdzą nawet, że się na niej wyżywa).

Dobrym tego przykładem jest cały premierowy odcinek półsezonu. Pochłonięty pragnieniem zemsty na Dahrku Oliver podejmuje mnóstwo głupich i ryzykownych decyzji, a Laurel próbuje przemówić mu do rozsądku. W momencie, kiedy gani go za to, że umyślnie wypuścił Anarky'ego (mordercę uwielbiającego chaos), Strzała przytacza Sarę, która po wskrzeszeniu też wybiła się na wolność i zaczęła atakować ludzi. Z tym, że Black Canary nie wypuściła Sary, a kiedy już jej siostra się uwolniła, aktywnie próbowała ją powstrzymać. Biorąc pod uwagę emocjonalny ból Laurel, związany z całym zdarzeniem, ze strony Olivera był to chwyt poniżej pasa.

Temu serialowi potrzeba zmian. Potrzeba kogoś, kto dostrzega problemy scenariuszowe i próbuje coś z nimi zrobić. Na razie jednak wydaje się, że nikogo takiego nie ma.

I aż szkoda, że serial, który kiedyś ujął mnie swoim suspensem i postaciami; który zapoczątkował całe telewizyjne uniwersum i który nadal ma kilka bardzo fajnych elementów, teraz stał się właściwie dla mnie na poły pracą domową. No bo teraz oglądam Arrow tylko dla jego powiązań z Flashem, Vixen i Legends of Tomorrow; i dla niektórych postaci, takich jak Laurel i Thea. Jeżeli nic się nie zmieni w kwestii scenariusza, nie wiem, czy będę chciała oglądać dalej.

7 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Gdy kur zapieje trzy razy XD.

      A tak serio - jeszcze nie zaczęłam pisać, bo układam sobie w głowie, co zamierzam tam zawrzeć. Jeszcze nie wiem jak zacznę i jaki tytuł dam tym rozkminom.

      Usuń
    2. Dziewczyny, nie wiem, czy zauważyłyście, ale Vampi złamała regulamin :P "wszystkie komentarze nie związane z tematem postu, będą usuwane." I w sumie Meg też złamała regulamin, bo komentarz Meg nie ma nic wspólnego z postem :P No ale ja od początku mówiłam, że ten regulamin jest bez sensu, bo zawsze na blogach takie rzeczy pisze się pod najnowszym postem, żeby były dobrze widoczne, i nikt nie robi z tego problemu.

      Usuń
    3. No właśnie też pomyślałam, ze niezgodny z regulaminem. A mój doszukujący się drugiego dna umysł zastanawiał się, czy Vampi nie chciała mnie w ten sposób sprawdzić XD.

      "No ale ja od początku mówiłam, że ten regulamin jest bez sensu, bo zawsze na blogach takie rzeczy pisze się pod najnowszym postem, żeby były dobrze widoczne, i nikt nie robi z tego problemu"

      Po pierwsze - kiedy tak mówiłaś? Bo jedyną krytykę jaką od ciebie usłyszałam na temat bloga, to to, że nie jest zbyt czytelny (no i że streszczam).

      Po drugie - Zapewniam cię, że nawet gdyby Vampi napisała to pod jakimś artykułem albo pod aktualnościami, to by dotarło. No bo wiesz - istnieje coś takiego jak powiadamianie przez gmaila o komentarzach.

      Ale mogę zawsze wykasować tak Twojego komcia, jak i komcia Vampi. Żaden z nich nie jest o "Arrow".

      Usuń
    4. Meg, twój regulamin jest debilny i to jego powinnaś wykasować, a nie komentarze. A artykuł o Sherlocku na serio chcę.

      Usuń
  2. "No bo teraz oglądam Arrow tylko dla jego powiązań z Flashem, Vixen i Legends of Tomorrow"
    Zaczyna mnie drażnić ta moda u twórców na tworzenie wszystkiego pod większe "uniwersum". O ile sam zamysł takiego świata wydaje się fajny tak w praktyce już to się dla mnie nie sprawdza, bo jako widz jestem zobowiązany do obejrzenia nie tylko jednej rzeczy, ale i 3 innych, "anoboto wspólne uniwersum".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uroki adaptacji komiksów XD.

      Ale zawsze można olać niektóre tytuły i skupić się na jednym filmie/serialu. W sumie nie musisz śledzić wszystkiego, aby zrozumieć jedną rzecz.

      Usuń