piątek, 22 stycznia 2016

Krótka notka o "DC's Legends of Tomorrow"

I stało się. Wczoraj miał premierę 16-odcinkowy spin-off Arrow o drużynie superbohaterów. Jak pamiętacie, po dowiedzeniu się, że następny segment Arrowverse będzie o tej konkretnej grupie postaci, byłam raczej sceptyczna. Potem pojawił się pierwszy teaser i pomyślałam sobie, że może warto by było się jednak z nimi zapoznać. Zwłaszcza, że każde kolejne trailery sprawiły, że cały koncept stawał się nagle bardziej interesujący.

Toteż czekałam na premierę Legends of Tomorrow, tak jak czekałam na powrót Flasha i Arrow z hiatusu.

Fabuła zarysowuje się tak:

Jest rok 2066. Świat ogarnęła wojna, spowodowana przez nieśmiertelnego zbrodniarza,Vandala Savage. Będący częścią organizacji zajmującej się zachowaniem ciągłości czasowej Rip Hunter, wnioskuje, aby powstrzymać Savage'a, zanim urośnie w siłę. Nie znalazłszy posłuchu, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Przenosi się do naszych czasów i rekrutuje: posiadającego zmniejszający skafander, Raya Palmera (Atoma); składających się na Firestorma doktora Steina i Jeffersona "Jaxa" Jacksona; superzłoczyńców Heatwave'a i Captaina Colda, dopiero co wskrzeszoną Sarę Lance, a także Hawkmana i Hawkgirl. Na początku jego drużyna marzeń nie jest szczególnie chętna do pomocy Hunterowi, jednak po dowiedzeniu się, co leży na szali i przemyśleniu korzyści, które podróże w czasie mogą im przynieść, zgadzają się. Ich pierwszy przystanek to rok 1976, gdzie mają spotkać się z historykiem, który badał Savage'a i jego rolę w światowych konfliktach na przestrzeni dziejów.

Motyw podróży w czasie był już trochę eksplorowany w The Flash, gdzie nie tylko doktor Wells okazał się być z przyszłości, ale jeszcze sam Barry odkrył, że potrafi się cofnąć o kilka dni lub nawet lat. W Legends of Tomorrow podróże w czasie są przeniesione na wyższy poziom. Mamy nie tylko wehikuły czasu, ale i tak zwanych Time Masterów, którzy dbają o to, aby nie dochodziło do zakłóceń w linii czasu. Twórcy serialu  powiedzieli zresztą, że będą na bieżąco przedstawiać reguły, jakimi w Arrowverse rządzą się podróże w czasie.

Sama drużyna na razie nie wydaje mi się szczególnie interesująca, ale to może też dlatego, że za większością z jej członków nie przepadam. Wątek Sary mnie denerwował, Carter ze swoim rządzeniem się też; zaś Firestorm, Captain Cold i Heatwave mnie (nomen omen) ani ziębią, ani grzeją... I chyba jedynymi postaciami, które jakoś tam lubię, to Hawkgirl i Atom. No i sam Hunter ma potencjał, aby stać się interesujący w przyszłości.

Oczywiście wszystko przed nami. W miarę jak będzie się rozwijać fabuła, relacje między bohaterami również będą iść na przód. Zwłaszcza, że już w pierwszym odcinku wprowadzone zostały ciekawe wątki, m. in. łowca nagród działający na zlecenie Time Masterów. Trafiło się też kilka żartów tu i tam (mój ulubiony pochodzi od Heatwave'a: "Wyskakujemy na drinka, a wy się wdajecie w bójkę z Bobba Fettem.").

Ogólnie rzecz biorąc, na razie wychodzi pół na pół.

2 komentarze:

  1. Serial na starcie dostał ode mnie wielki plus za Capitana Colda (Boże Wentworth ma przecudowny głos!) i za Arthura Darvilla (O mamo! Rozpływam się przez ten akcent!) A postaci Hawkgirl i Hawkman miały świetne wejście w The Flash i Arrow. Firestorma wolałam z Robie'm ;)
    A sam zarys serialu opierający się na podróżach w czasie skradł moje serce <3
    +czy to nie dziwne, że Arthur Darvill obraca się w produkcjach typowo "czasoprzestrzennych?" (mówię o roli Rory'ego w Doctorze Who) :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, trochę dziwne XD.

      Ale nie jest przecież jedynym aktorem z DW, który zagrał w Arrowverse.

      Usuń