wtorek, 22 września 2015

Krótka notka o pierwszym odcinku drugiego sezonu "Gotham"

Okej, prawdę mówiąc wciągnięcie się w superbohaterów, kiedy mój mózg jest jeszcze w Wodogrzmotach Małych, jest trudne. Zwłaszcza, że premiera drugiego sezonu naszego komiksowo-kryminalnego serialu o Batmanie bez Batmana miała miejsce tego samego dnia, w którym miało premierę Roadside Attraction.
 
Tak czy inaczej, właśnie obejrzałam pierwszy odcinek drugiego sezonu Gotham i oto moje wrażenia. (Przy okazji: będą spoilery)

Poprzedni sezon zakończył się tym, że w Gotham doszło do wojny gangów, Fish Mooney zginęła, Pingwin przejął władzę, była narzeczona Gordona, Barbara Kean, oszalała; sam Gordon... w sumie nie pamiętam, co się z nim stało, ale raczej przeżył; natomiast Bruce i Alfred... cóż, Bruce i Alfred odkryli Bat-jaskinię.
 
Drugi sezon niejako przedstawia Nam dalszy ciąg: Pingwin czuje się dobrze jako boss przestępczego półświatka, Barbara też radzi sobie w Arkham, przyszły Batman próbuje się jakoś dostać do zamkniętego pomieszczenia w podziemiach Wayne Manor, Gordon zaś.... No właśnie, tak się składa, że Gordon (tak jak w połowie sezonu pierwszego) został znów dyscyplinarnie zdegradowany, tym razem do stopnia zwykłego psterunkowego.
 
I na początku nie rozumiałam za bardzo, dlaczego (w końcu w poprzednim sezonie miał już całkiem dobrą reputację), ale potem pojawiła się scena z Loebem, który to jakoś wyjaśnia, przy okazji wywalając Jima z pracy. Tak więc przyszły komisarz Gotham decyduje się pójść do Pingwina i poprosić go o przysługę. Pingwin mówi: "Jasne, stary, ale ty będziesz musiał obić mordę jednemu gościowi, co mi wisi forsę." Gordon odmawia, ale rozważa ostatecznie przyjęcie propozycji dla większego dobra.
 
Właściwie ten odcinek pozostawił we mnie mieszane uczucia. Oczywiście Gordon pogrąża się w ciemności, aby uratować miasto i to stanowi taką ciekawą paralelę między nim a przyszłym Batmanem (zwłaszcza, że pod koniec odcinka Bruce znajduje list od swojego ojca). Barbara zaczyna nieźle, owijając sobie wokół palca chłopaków w Arkham... ale potem dzwoni do Gordona i już widać, że jej wątek będzie się kręcił wokół powrotu do byłego, którego wciąż kocha (na szczęście ona, Jerome i paru innych pacjentów, zostało wyciągniętych z więzienia i chyba będą takim pseudo-Suicide Squadem). Bruce zachowuje się trochę niepokojąco, zwłaszcza w scenie, w której daje radę Gordonowi, ale to najwidoczniej kolejny z momentów, w którym widzimy kształtującego się na naszych oczach Mrocznego Rycerza (poza tym jak zawsze czujny Alfred przemawia do rozumu swojemu paniczowi).
 
Ogólnie rzecz biorąc, chyba żaden z wątków mnie nie zaciekawił na tyle, abym chciała się dowiedzieć więcej. Serial będę pewnie śledzić dalej, ale początek tego sezonu był taki sobie.
 
Jeszcze taka poboczna uwaga:
Może pamiętacie jak wspominałam pod koniec mojego artykułu na temat młodego Bruce'a Wayne'a, że Przysięga Horacjusza wisi w Wayne Manor i pokazuje się w ważnych momentach; albo jak opowiadałam Wam o lwach w odcinku Red Hood. Tak się składa, że kiedy oglądałam ten odcinek, zauważyłam, że na ścianie w sali konferencyjnej Pingwina wisi Tusza wołowa Rembrandta (także jakiś inny obraz, którego nie znam). Zastanawiam się więc, czy ma to jakieś większe symboliczne znaczenie, tak jak obraz Jacque'a-Louis Davida.
 
Podsumowując, nie porwał mnie ten odcinek, ale miał kilka punktów zaczepienia. I kto wie - może się wkrótce rozkręci.

2 komentarze:

  1. A ja tak właśnie rozkminiam, czy dać temu serialowi szansę - od czasu "Smallville", które z najlepszego czarnego charaktera mojego dzieciństwa zrobiło najoględniej rzecz ujmując coś, co chciałbym wymazać z pamięci, jestem bardzo sceptycznie nastawiony do aktorskich seriali spod szyldu DC :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście polecam te, które tu omawiałam, bo mimo wszystko ogląda je się bardzo dobrze. No i "The Flash" i "Arrow" mają jedno uniwersum i radzą sobie z tym fantastycznie.

      Usuń