niedziela, 2 sierpnia 2015

Recenzja: Batman (książka Craiga Shawa Gardnera)

Uwaga! Recenzja zawiera spoilery do Batmana z 1989.

Kiedy padają słowa „adaptacja”, „książka” i „film”, zakładamy, że chodzi o filmową adaptację książki. W rzeczy samej, literatura od zawsze była inspiracją dla kinematografii i dzisiaj każda bardziej popularna powieść prędzej czy później doczekuje się filmu (a nawet serii filmów) na swojej podstawie. O wiele trudniej wyobrazić sobie sytuację odwrotną – że jakiś film zostaje zaadaptowany w formie książkowej (no, chyba, że jest to kreskówka… chociaż takich książeczek będących ilustrowanym streszczeniem jakiejś animacji też dawno nie widziałam). Jednakże, wbrew pozorom, ma ona miejsce. Wszak trylogia Powrót do przyszłości doczekała się książkowych adaptacji, które (w przeciwieństwie do serialu animowanego i Back To The Future: The Game) są uznawane przez Roberta Zemeckisa i Boba Gale’a za kanoniczne, a nie za alternatywną rzeczywistość (jak wyżej wymienione dwa utwory).

I tak oto przechodzimy do dzisiejszej recenzji bardzo dziwnego tworu literackiego, którym jest Batman Craiga Shawa Gardnera. Dziwność ta nie oznacza, że z książką jest coś nie tak, ale no, popatrzcie tylko – mamy tutaj powieść na podstawie filmu Tima Burtona z 1989, który z kolei był ekranizacją komiksów (czy też raczej przeniesieniem na ekran konceptu komiksowej postaci). Ktoś przyzwyczajony do tego, że Batman występuje w mediach wizualnych, może być zdumiony, że istnieje dzieło, w którym Mroczny Rycerz, jego wyczyny, miasto i przeciwnicy są opisywane, a nie pokazywane.

Niemniej jednak ta książka powstała – była częścią marketingu promującego film Burtona, a podjął się jej autor, który zwykle pisze parodie heroicznego fantasy, ale ma też na koncie kilka podobnych projektów (między innymi wspomniane powieściowe adaptacje Powrotu do przyszłości). Jak więc Craigowi Shawowi Gradnerowi udało się odwzorować gotycki klimat Burtona i postać Batmana?

Zacznijmy od tego, że literatura jako medium ma pewną szczególna zaletę – w powieści można wejść do głowy postaci. Można opisać słowami myśli, uczucia i wrażenia bohatera w jakiejś sytuacji, co nie zawsze jest możliwe w przypadku filmu, który opiera na zdolnościach aktorów, scenarzystów i reżyserów (nie twierdzę, że to źle, ale są rzeczy, których mimika i ujęcia kamery nie przekażą, a narracja przekazuje z łatwością). Literatura właściwie wymusza przyjmowanie perspektywy bohatera, a to z kolei daje jakiś szerszy wgląd w jego psychikę i stan emocjonalny.

Książka Gardnera korzysta niejako z tej przewagi i właściwie sceny z filmu przedstawiane nam są w niej z perspektywy konkretnych postaci. Raz jest to Bruce Wayne, raz Vicki Vale, raz Alexander Knox, raz Joker… o przepraszam… Dżoker…

Na przykład, tak komisarz Gordon widzi nowo mianowanego prokuratora generalnego Gotham, Harveya Denta:
Nowy prokurator był wysoki i szczupły. Wyglądał jakby urodził się po to, aby nosić eleganckie garnitury. Jego brązowa skóra błyszczała w światłach. Gordon uznał, że to jeszcze jedna rzecz, która powinna go cieszyć, bo Dent będzie się świetnie prezentował w telewizji – znacznie lepiej niż komisarz w średnim wieku, z nadwagą i przygarbioną sylwetką.

Z kolei podczas pościgu w Axis Chemicals Company, Jack Napier ma takie myśli:
Grissom ma w rękach policję. Policja próbuje dostać Jacka. Zamiast tego Jack dostanie Grissoma. Napier uśmiechnął się. Co za zabawny układ! Wszystko było grą.
- Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w bladym świetle księżyca?
Maszyny, kule, krzyki i opary. Jeszcze nie był wolny. Jeśli się z tego nie uwolni, nigdy nie dostanie Grissoma. A to by było niesprawiedliwe.
To jest coś więcej niż gra, pomyślał. To jest wielki, nie kończący się żart.
Gardnerowi udaje się w miarę dobrze wykorzystać atut, który daje mu medium. Niewątpliwie największą zaletą jego książki jest to, że oglądamy sceny z filmu oczami jego bohaterów, co wzbogaca fabułę. Możemy się przekonać jakie myśli przychodzą do głowy Vicki Vale, kiedy śledzi Bruce’a od miejsca, w którym zginęli jego rodzice; jakie przeczucia ma przyszły Dżoker podczas pierwszej potyczki z Batmanem, która zakończyła się jego „śmiercią”; albo jakie uczucia targają Bruce’m Wayne’m, kiedy wspina się po schodach katedry na ostateczną walkę z Dżokerem.

Ponadto jeżeli oglądaliście filmik Nostalgii Critica o rzeczach, które można przeoczyć w Batmanie Tima Burtona, forma literacka dzieła Gardnera zwraca uwagę na wiele z tych rzeczy z tej prostej przyczyny, że zawiera je w opisie. Miejsce dla Bruce’a Wayne’a podczas początkowej konferencji prasowej jest puste? Bum! – w książce Gardnera komisarz Gordon ubolewa nad tym, że milioner się nie pojawił. Prezenterzy po wypuszczeniu trujących kosmetyków wyglądają na zapuszczonych? Voila – u Gardnera jest scena, w której Batman ogląda wiadomości w telewizji i kilka zdań poświęconych jest fizjonomii obojga prowadzących. (I znów – to nie to, że subtelność jest zła, a odkrywanie rzeczy przy ponownym oglądaniu nie sprawia frajdy.)

Poza tym – jak to bywa z adaptacjami – pewne sceny zostały usunięte, a inne dodane. Scena, w której Bruce i Vicki jedzą kolację w kuchni, słuchając opowieści Alfreda, nie przeszła do książki Gardnera, za to we fragmencie, w którym Vicki i Alexander Knox oglądają nagłówek z gazety informujący o śmierci Wayne’ów, fotografka zwraca uwagę na to, że na zdjęciu mały Bruce przytula się do młodszego komisarza Gordona (coś, co pojawia się w wielu wersjach origin story Batmana – Jim Gordon był policjantem wezwanym do zbadania miejsca zbrodni i do porozmawiania z właśnie osieroconym Bruce’m). Również fakt, że banknoty, które Dżoker rozdaje podczas parady, są fałszywkami z jego podobizną (scena, która została wycięta z oryginału), pojawia się w powieści.

(Osobiście podoba mi się to, że w którymś momencie opinia publiczna podejrzewa, jakoby Alexander Knox był Batmanem. Nie powiem, jak do tego dochodzi. Rzecz w tym, że my wiemy, że to nieprawda, Gordon wie, że to nieprawda, większość Gotham wie, że to nieprawda, ale tak jakby wszystko na to wskazuje, więc jest dziwnie.)

Jest jednak pewien problem, który mam z tą książką. Wynika on z mojej subiektywnej perspektywy. Bo widzicie, tak się składa, że ja nigdy wcześniej nie widziałam pierwszego Batmana Burtona od początku do końca (może jak byłam mała, ale nie pamiętam; z kolei Powrót Batmana widziałam kilka razy, bo mi się po prostu bardziej podobał), najwyżej we fragmentach. Dlatego po przeczytaniu powieści Gardnera, obejrzałam wreszcie film Burtona w całości, tak dla porównania, i fakt, że najpierw czytałam książkę, wpłynął na mój odbiór oryginału.

Na przykład scena, w której Vicki śledzi Bruce’a, a potem, na głównym placu Gotham pojawia się Dżoker, jest napisana w taki sposób, że wydaje się bardzo dramatyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o emocje malujące się na twarzy milionera odwiedzającego miejsce śmierci swoich rodziców, a potem idącego przez szalejącą strzelaninę (to nie jest powiedziane wprost, ale jest zasugerowane, że kiedy wokoło latają kulę, Bruce jest oniemiały, bo przypomina sobie o swojej życiowej tragedii). A kiedy doszłam do niej w filmie, Michael Keaton wydawał mi się taki jakiś bez wyrazu, wręcz drętwy. Nie widziałam tego małego chłopca, którego widziała w Brucie książkowa Vicki Vale. Kiedy indziej, gdy Dżoker spotyka się z Vicki w muzeum i pokazuje jej swoje „dzieło”, czyli oszpeconą twarz swojej byłej kochanki, opis wygląda tak:

Lewa strona jej twarzy była całkowicie normalna. Skóra na prawym policzku była wypalona aż do mięśni, mięśnie zaś wyżarte kwasem aż do kości.
Tak więc oglądając tę scenę, czekałam, aż Alicja ściągnie maskę i zobaczę ten straszny widok, a to, co zostało mi pokazane, nie było nawet w połowie tak okropne, jak zapowiadał książkowy opis.

Powieść ma jednak swoje własne problemy. Jednym z nich są powtórzenia. Oczywiście, ci co widzieli film Burtona, wiedzą, że na przyjęciu w Wayne Manor Vicki i Knox nie wiedzą, kim jest postać grana przez Michaela Keatona i biorą go za po prostu jednego z gości, przy okazji wypowiadając kąśliwe uwagi pod adresem samego Bruce’a, aż do momentu, w którym on nonszalancko nie zdradza swojej tożsamości. W książce Gardnera, dopóki nie następuje to wielkie odkrycie, Bruce nazywany jest „mężczyzną w smokingu” albo „facetem w smokingu”, co po jakimś czasie robi się już trochę męczące. Z kolei za każdym razem, kiedy pomocnik Dżokera, Bob, robi coś, co zadowala jego szefa, pojawia się zwrot „Bob – dobry, stary Bob…”. Oczywiście, to taka konwencja, mająca na celu oddać myśli Jacka Napiera, ale z czasem wychodzi sztucznie (zwłaszcza, że chyba kilka razy została powtórzona na jednej stronie).

No i odniosłam takie wrażenie, że Gardner chciał zrobić tajemnicę z tego, że Bruce Wayne to tak naprawdę Batman, tu i tam podrzucić niedomówienia i tropy, że z tym facetem jest coś nie tak, a w końcu wywołać u czytelnika wielkie „Że coooo?”, kiedy Bruce jest pokazany przy pracy jako Człowiek-Nietoperz… z tym, że – umówmy się – czy jest na świecie jakaś osoba, która nie wie o alter ego miliardera z Gotham? Przecież nawet w 1989 roku, kiedy film wchodził do kin, a książka do księgarni, ludzie pamiętali serial z Adamem Westem, który swego czasu był bardzo popularny. Trudno uznać Bruce’a Wayne’a będącego Batmanem za spoiler. Okej – ten zabieg Gardnera był też niejako spowodowany tym, że sam Burton przez dłuższy czas nie mówi nam wprost, że Keaton to Mroczny Rycerz, a tylko puszcza oczko tu i tam, ale jednak nie traktuje tego jako jakiejś wielkiej tajemnicy, która ma nagle zostać rozwiązana w pewnym momencie.

Jest też problem, który w filmie może nie jest aż tak bardzo widoczny, ale w książce wychodzi na jaw dość szybko, a mianowicie – relacje między Bruce’m a Vicki są słabo rozwinięte i ich miłość pojawia się znikąd. Spotkali się na przyjęciu, trochę pofiltrowali, potem Bruce sobie poszedł, a dwa rozdziały dalej Vicki mówi Knoxowi, że idzie z Wayne’m na randkę, a jeszcze później leży razem z nim w łóżku, a Bruce stwierdza, że się zakochał. Żadnego namysłu po żadnej ze stron, żadnej scenki pokazującej jak się lepiej poznają, po prostu się w sobie zakochują. Mimo wszystko ta scena kolacji w filmie robi wielką różnicę – przynajmniej widać, że Vicki jest coraz bardziej zaintrygowana Bruce’m, bo już podczas ich pierwszej randki dowiaduje się o nim zaskakujących rzeczy.

Jak więc w ostatecznym rozrachunku oceniam Batmana autorstwa Craiga Shawa Gardnera?

Powiedziałabym, że jest pół na pół. Forma literacka ma swoje wady i zalety, więc sporo też zależy od wykonania. A Gardnerowi udaje się zarówno oddać dwie najważniejsze w całej historii postaci – Batmana i Dżokera – w mistrzowski sposób (a po seansie filmu Burtona zostałam w tym przekonaniu utwierdzona), ale też ten charakterystyczny klimat Gotham. Już prolog wprowadza nas do tego brudnego, zepsutego miasta, które tak dobrze znamy z innych inkarnacji. A dalsze opisy tego, co się dzieje, reakcji postaci na wydarzenia i ich wewnętrzne monologi – to wszystko nadaje powieści taki klimat thrillera sensacyjnego (z facetem przebranym za nietoperza i walczącego z morderczym klaunem, ale jednak thrillera sensacyjnego).

Jak dla mnie tą książkę można potraktować, trochę jak fanfik (miejscami miałam jednak wrażenie, że czytam jakieś fanfiction do Batmana), a trochę jak ciekawostkę. Mimo wszystko powieść została wydana w 1989 i stanowi relikt po tym jak film Burtona wchodził do kin (ba! – na samym końcu jest czarnobiały przedruk plakatu ze spisem obsady i nagłówkiem głoszącym, że film pojawi się w kinach już siódmego września). I w sumie czytanie tej książki po latach, kiedy mam już za sobą Batman: The Animated Series, trylogię Nolana i Gotham, a za kilka miesięcy ma wyjść Batman vs. Superman: Down of Justice, było bardzo dziwnym doświadczeniem, nie tylko przez to, że nawiązywało do konkretnej interpretacji Człowieka-Nietoperza, ale też przez to, że jest to tak nietypowa dla tej postaci forma.

Jeżeli więc natraficie na tę powieść w jakimś antykwariacie albo w bibliotece, nie zaszkodzi się z nią zapoznać, choćby z ciekawości.

1 komentarz:

  1. Bardzo sympatyczna książka. Osobiście czytałem ją nie znając filmu, więc tym większą miałem frajdę. Mój ulubiony kawałek to Joker i "Bum szakalaka" :)

    OdpowiedzUsuń