czwartek, 30 lipca 2015

Krótka notka o "Ciele za milion" (Wakacyjne Wyzwanie)

Na te dwa tygodnie przypada motyw słońca. Na początku Oscar zaproponował mi obejrzenie pierwszego odcinka Survivor, a po krótkich negocjacjach udało mi się zamienić go na jeden z ulubionych filmów Oscara - Ciało za milion - o którym on sam swego czasu też się rozpisywał.


Ciało za milion jest jedną z tych czarnych komedii, gdzie wszystko toczy się wokół ciała, które jest przerzucane z miejsca na miejsce. Ciałem jest bezimienna ofiara dwóch początkujących gangsterów, którzy wyrzucają ją na śmietnik; a którą stojący na krawędzi bankructwa właściciel biura podróży, Paul Barnell, postanawia wykorzystać do wyłudzenia pieniędzy od ubezpieczalni (jego brat, Raymont, zaginął pięć lat temu i Paulowi przysługiwało ubezpieczenie od jego śmierci, jednak zgodnie z prawem Alaski osoba zaginiona może być uznana za zmarłą dopiero po siedmiu latach). Szwindel się udaje, tytułowy milion z ubezpieczenia jest już prawie na wyciągnięcie ręki, ale pojawiają się komplikacje. Po pierwsze - szef, który zlecił dwóm gangsterom morderstwo, domaga się zobaczenia ciała. Po drugie - na wieść o swoim pogrzebie Raymont przybywa i domaga się od brata części pieniędzy. Po trzecie wreszcie - węszący przekręt ubezpieczyciel Ted Waters zaczyna prowadzić własne śledztwo.
 
Ten film ma właściwie dwóch bohaterów - Paula i Teda. Akcja skupia się to na Paulu próbującym  pomóc swojej żonie, Margaret (co do której nie jest do końca wiadomo, czy choruje na zespół Tourette'a, czy może udaje, aby móc sobie na więcej pozwolić), a jednocześnie wybrnąć jakoś z opłakanej sytuacji, w jakiej się znalazł; to na Teda, skupiającego się na śledztwie i pracy w ogóle, a zarazem lekceważącego trochę swoją dziewczynę, Tiffany. Żadnemu z panów specjalnie nie kibicowałam, bo obaj wydawali mi się trochę sztampowi. Zwłaszcza Paul, bo Paul był typową postacią graną przez Robina Williamsa (i w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy tylko takich biednych, spokojnych facetów potrafił zagrać pan Williams). Co jednak nie znaczy, że nie da się z nimi sympatyzować. Na przykład, w pełni można zrozumieć punkt widzenia Teda, którego zadaniem jest wykrywanie różnych przekrętów w celu wyłudzenia ubezpieczenia.

Bardzo fajnie wyszły drugie połówki naszych bohaterów. Margaret, która żyje właściwie w swoim świecie, stara się przekonać wszystkich dookoła, że ma ten zespół Tourette'a, a jednocześnie, kiedy do Barnellów przybywają gangsterzy i biorą ją za zakładnika, ona daje im ostro popalić, najpierw stawiając opór, a potem tocząc z nimi dyskusje na różne tematy (zresztą pod koniec nawiązuje się między nią a dwójką jej porywaczy bardzo fajna relacja). Tiffany z kolei stara się wspierać Teda, a przy tym prowadzi własny, domowy biznes, w którym doradza ludziom jako wróżka.

Jeżeli przeczytaliście zalinkowany u góry wpis Oscara, zauważyliście, że stawia on tezę, jakoby Paul traktował Margaret jak ojciec albo opiekun, tymczasem w związku Teda i Tiffany nie ma komunikacji i namysłu nad związkiem. Jeśli chodzi o moje odczucia, to tak po prawdzie oba związki są do pewnego stopnia jednostronne; w obu przypadkach jedna osoba jest aktywna, podczas gdy druga jest pasywna. Choć powody tej pasywności i aktywności są różne. Margaret jest pasywna przez swój stan umysłu (nie ważne czy jest urojony, czy nie); Ted jest pasywny przez swój cynizm i zmęczenie wypełnianiem tekstów z kolorowych czasopism, które wciąż podkłada mu Tiffany.

Oscar porównał ten film do Przystanku Alaska. Rzeczywiście ta komedia ma podobny klimat, po części dlatego, że dzieje się w małym miasteczku na Alasce, a po części dlatego, że pełno tam kolorowych postaci... Czy też raczej, byłyby to kolorowe postaci, gdyby poświęcić im trochę więcej czasu (na przykład staruszka strzelająca z kuszy albo indiański współpracownik Teda). Nie przypadł mi też do gustu Raymont Barnell, ale on pewnie nikomu nie miał przypaść do gustu.

Zdaję sobie sprawę, że spory wpływ na odbiór tego filmu miało to, że nie przepadam za komediami o przerzucaniu się ciałem. Dla mnie taka komedia musiałaby mieć w sobie coś szczególnego, co wyróżniałoby ją na tle innych produkcji tego typu. Tutaj mi tego czegoś zabrakło, ale to wcale nie znaczy, że jest to zły film. Po prostu nie dla każdego.

No i hej - zawsze go można obejrzeć dla bluzgającej Holly Hunter.

2 komentarze:

  1. Przypomniałaś mi teraz o "Przystanku Alaska" - obejrzałbym sobie. Williams gra zwykle miłych, ale zdarzają mu się też role poważniejsze jak chociażby "Zdjęcie w godzinę".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale w "Zdjęciu w godzinę" też grał takiego zahukanego smutno-radosnego gościa. Tylko okazjonalnie ocierał się o psychopatię.

      Usuń