poniedziałek, 20 lipca 2015

Krótka notka o "Ant-Manie"

A więc druga pozycja z mojej listy już została odhaczona.

Cóż mogę rzec? Czekałam na Ant-Mana bardzo długo (właściwie od chwili, w której zakochałam się w Hanku Pymie w Avengers: Potęga i moc, a potem dowiedziałam się, że jakiś film o Ant-Manie jest planowany) i mimo że wielu fanów MCU narzekało, że po co robić film o Człowieku Mrówce, przecież ma lamerską moc (kierowanie mrówkami, nie zmniejszanie się); i że zamiast niego powinien powstać film o kimś innym (taktownie przemilczę o kogo chodzi), bo nikogo nie obchodzi Ant-Man, ja i tak wciąż chciałam na niego iść. Kiedy wreszcie film wszedł do kin, ogólnie wrażenia widowni były pozytywne i właściwie pozostało mi tylko wybrać się na seans. I tak też dzisiaj zrobiłam.

Jak więc wypadł w moim odczuciu Ant-Man?

No cóż, spełnił moje oczekiwania... chociaż nie wszystkie. Może więc zacznę od tego, że były sceny, które wolałabym, aby trwały nieco dłużej. Na przykład, chciałabym, aby początek (czyli scena z przeszłości Pyma w T.A.R.C.Z.Y.) był nieco dłuższy; no i żeby było więcej rodzinnych momentów między Scottem Langiem a jego córeczką.
 
Poza tym jest jeszcze kwestia wątku romansowego, który wyskoczył tak jakoś znikąd. Jak dla mnie scenarzyści mogliby go sobie darować. Skoro w Strażnikach Galaktyki wątek romansowy mógł zostać porzucony, to tutaj też, zwłaszcza, że między naszą parą w Ant-Manie średnio jest jakakolwiek chemia.
 
Co ciekawe, z relacji różnych ludzi słyszałam, że Hank Pym miał powielać tę kliszę nadopiekuńczego ojca, który nie pozwala swojej dorosłej córce się wykazać, bo boi się, że zginie ona tak samo, jak jej matka. Spodziewałam się, że będę to oglądać i co chwilę przewracać oczami... ale wątek ten został poprowadzony bardzo zgrabnie. Podobała mi się, na przykład, scena w samochodzie między Hope a Scottem. Scott rozumie w pełni frustrację Hope (w pewnym momencie nawet miałam takie wrażenie, że z pokorą oddałby jej skafander i pozwolił działać), ale sam jest ojcem, więc rozumie też stanowisko Pyma i przemawiając do jego córki, wie, jak ubrać jego uczucia w słowa. W sumie obeszło się bez zgrzytania zębów.
 
Ogólnie rzecz biorąc, najlepszą częścią całego filmu był trening Scotta Langa - to, jak uczono go walczyć, korzystać ze skafandra i oswajać mrówki (przede wszystkim ładnie pokazane zostało to, że różne gatunki mrówek mają unikalne zdolności - te plują kwasem, tamte budują, te znów generują coś na kształt impulsów elektrycznych...) - ale też relacje między Langiem a Pymami się interesująco rozwijają. Między Hankiem a Scottem nawiązuje się nić porozumienia (bo w końcu obaj są ojcami i obaj mają córki, wobec których chcą się sprawdzić), tak samo jak między Hope i Scottem (chociaż akurat w przypadku Ant-Manów jest to relacja mentor-uczeń, a w przypadku Langa i Pymówny to tak stopniowo przechodzi w przyjaźń).
 
Świetne też było to, że Scott spotyka Avengers (no dobra, jednego Avengersa, ale też się liczy, nie?) i to spotkanie ma pewne określone konsekwencje, zarówno dla niego, jak i Trzeciej Fazy MCU. Właściwie to aż jestem ciekawa czy Ant-Man pojawi się w Captain America: Civil War.
 
A tak poza tym to urzekł mnie humor w tym filmie (radość Cassie z otrzymania brzydkiej zabawki; nabuzowany Luis tłumaczący skąd ma cynk o sejfie Pyma; komentarze Scotta i jego ekipy o Titanicu Jamesa Camerona...); była żona Scotta, która nie skreśliła go, tylko postawiła warunek: "Najpierw ogarnij swoje życie, potem pogadamy o wizytach."; oraz finałowa walka między Ant-Manem i Yellowjacketem w pokoju Cassie, gdzie - dla odmiany - dwie rzeczy zostały powiększone, a nie zmniejszone.
 
To trochę głupie, ale jeszcze przed seansem, kiedy słuchałam opinii innych ludzi, którzy widzieli ten film, odnosiłam pewne jego elementy do Daredevila. No bo Scott tak trochę przypomina Jacka Murdocka, który chce być dobrym ojcem, ale zna tylko jeden, niezbyt chwalebny sposób zarabiania pieniędzy (fakt, że żony obu panów mają na imię Maggie, tylko to wrażenie potęgowało). Z kolei wieść o sztampowości antagonisty w Ant-Manie sprawiła, że miałam taką refleksję: "Kurde, Daredevil rozpieścił nas Fiskiem i Madame Gao, i teraz czarne charaktery z filmów wychodzą raczej miałko."
 
Koniec końców, Ant-Man mi się podobał. Aczkolwiek nie porwał mnie tak bardzo jak, na przykład, swego czasu porwali mnie tacy Strażnicy Galaktyki. No i chociaż nie przepadam za bardzo za heist movies, ten wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie.
 
To teraz czekam już tylko na Doktora Strange'a.

2 komentarze:

  1. "Właściwie to aż jestem ciekawa czy Ant-Man pojawi się w Captain America: Civil War."
    Ant Man na 100% pojawi się w CA:CW ;) Nie wiem czy widziałaś drugą scenę po napisach (tą z Bucky'm, Stevem i Samem), ale tam zostały zasugerowane okoliczności w których Scott miałby powrócić.

    OdpowiedzUsuń