sobota, 23 maja 2015

Recenzja: Supergirl (pilot)

O tym, że czekałam na serial o Supergirl mówiłam Wam już wielokrotnie. Spodziewałam się, że będę musiała czekać do oficjalnej premiery w listopadzie, ale okazało się, że pilot serialu wyciekł do sieci. Korzystając więc z uprzejmości piratów, postanowiłam pierwszy odcinek Supergirl ściągnąć i obejrzeć. Widać w nim rękę Grega Berlantiego, głównego producenta The Flash, ale czy serial zapowiada się dobrze?

Kara Zor-El przed zagładą Kryptonu zostaje zahibernowana i wysłana w kapsule kosmicznej za swoim kuzynem, Kal-Elem (czyli przyszłym Supermanem), aby go chronić na Ziemi. Niestety, fala uderzeniowa wywołana eksplozją planety, sprawiła, że kapsuła Kary trafia do tak zwanej Fantom Zone, gdzie czas nie istnieje. W rezultacie dziewczynka ląduje na Ziemi dwadzieścia lat później, kiedy jej kuzyn nie potrzebuje już ochrony. Kara wychowuje się w rodzinie Denversów i wyrasta na zwyczajną dziewczynę, która nie chce korzystać ze swoich mocy. Na co dzień pracuje jako asystentka głównej redaktorki gazety w National City, dostarczając kawę i materiały pracownikom. I tak podczas randki słyszy w wiadomościach, że samolot, którym leci jej siostra, właśnie uległ awarii i lada chwila się rozbije. Kara ratuje samolot, przy okazji stając się sensacją. To wydarzenie sprawia, że dziewczyna postanawia pójść w ślady kuzyna i zająć się superbohaterstwem. Tym samym zwraca na siebie uwagę tajemniczej organizacji do spraw kosmitów i grupy przestępców nie z tego świata.
Alex, przybrana siostra Kary.

W tym odcinku było mnóstwo bardzo dobrych elementów. Zacznijmy od tego, że supermoce Kary są przedstawione w ciekawy sposób, co widać chociażby wtedy, kiedy jej szefowa przybywa do budynku albo kiedy Kara stawia pierwsze kroki jako superbohaterka (w ogóle sceny, w których Kara zajmuje się zwalczaniem zbrodni są niesamowicie zrobione, a cały montaż tworzenia własnej tożsamości – po prostu wspaniały). Jimmy Olsen (choć już poniekąd można się domyśleć, co on tak naprawdę robi w National City) wyszedł bardzo sympatycznie, tak samo relacje między Karą a jej przybraną siostrą, Alex – chce się panie oglądać i dowiedzieć czegoś więcej o ich wspólnym dzieciństwie. Jest też wiele scen  komediowych, a jedna stanowi nawet nawiązanie do starej kreskówki o Supermanie i reszcie bohaterów DC. Serial wprowadza również kilka ciekawych wątków, które zapowiadają jego przyszłą dynamikę, i chodzi mi tutaj zarówno o organizację, która zajmuje się przybywającymi na Ziemię obcymi, jak i o więzienie pełne kosmitów, których przywódca ma związek z samą protagonistką.

Supergirl używa swoich mocy.
I aż chce się, aby jednak Supergirl była częścią Arrowverse i wprowadzała do niego elementy pozaziemskie, tak jak Flash wprowadził metahumans. Właściwie oba seriale mają ze sobą wiele wspólnego – są bardziej pogodne, z łatwością wprowadzają ważne elementy do fabuły, mają ciekawy sposób przedstawiania supermocy głównych bohaterów, a sami bohaterowie to bardzo mili i sympatyczni ludzie, którzy chcą pomagać i zaczynają dopiero swoją przygodę z superbohaterstwem. Zarówno przy Karze, jak i przy Barry’m Allenie, miałam wrażenie, że pomaganie sprawia im przyjemność. To dobrze, zważywszy na to, że ostatnio filmy na podstawie DC zdają się być robione na jedną, bardzo ponurą modłę (aby nie szukać za daleko – Człowiek ze Stali się kłania).

Było jednak w tym pilocie wiele momentów, które nie przypadły mi do gustu. Po pierwsze scena, w której Kara żegna się z rodzicami, wyszła bardzo sztucznie. To samo tyczy się też paru innych dialogów. Po drugie – informatyk, który próbuje poderwać Karę i który potem pomaga jej w stworzeniu odpowiedniego stroju, wychodzi miejscami na buca.

Po trzecie są jeszcze wątki feministyczne, serwowane bez żadnej subtelności. Już choćby zawarta w „pierwszym wglądzie” scena z szefową tłumaczącą dlaczego Supergirl to właśnie Supergirl, a nie Superwoman, jest, moim zdaniem, bezsensowna. No bo w sumie Kara ma rację – „Superdziewczyna” nieco ujmuje jej powagi, bo nasuwa skojarzenia z kimś niedojrzałym. Z kolei szefowa odnosi to do siebie („Ja jestem dziewczyną.”) i traktuje tak jakby nazwanie Supergirl „Superkobietą” było seksistowskie.

A jeszcze jakiś czas potem, kiedy Kara walczy ze swoim pierwszym nie-ludzkim przeciwnikiem, i przyglądający się temu agent stwierdza, że Supergirl nie da sobie rady, Alex odpowiada: „Jeśli myślisz, że nie da sobie rady, bo jest dziewczyną, to się mylisz.” Na jakiej podstawie ona uważa, że to właśnie miał na myśli? Przecież równie dobrze mogło mu chodzić o to, że Kara nie da sobie rady, bo nie ma doświadczenia w walce, a jej wróg jest tak samo silny jak ona.

A mamy jeszcze inne małe smaczki, tu i tam, świadczące o tym, że tak, to będzie serial z przesłaniem feministycznym. I by mi to tak bardzo nie przeszkadzało, gdyby nie ten brak subtelności. Niedawno mieliśmy serial z wątkami feministycznymi, zainspirowany komiksowym uniwersum, i tam zostało to poprowadzone o wiele bardziej umiejętnie. Choć może to też sprawa czasu i miejsca akcji. W końcu nierówności płciowe w czasach Peggy Carter były o wiele bardziej widoczne, a feminizm nie był wyrażany tak wyraźnie, jak dzisiaj, tak więc kelnerka stwierdzająca na widok Supergirl: „Wreszcie jakiś wzór do naśladowania dla mojej córki.” nie wydaje się tak bardzo papierowa. Tak czy inaczej, Supergirl jest nie tak subtelna jak Agent Carter, ale też nie tak łopatologiczna jak Zagadki kryminalne panny Fisher.

Pozostaje również kwestia samej bohaterki. Może to wina tego, że to dopiero pierwszy odcinek i było to moje pierwsze zetknięcie z Supergirl (podczas gdy przed Flashem miałam czas przekonać się, jaki jest Barry Allen w dwóch odcinkach Arrow), ale Kara wydała mi się mało interesująca. Oczywiście, historię zesłania na Ziemię miała ciekawą, robiła też wrażenie kogoś, kto chce zrobić coś dla świata, a jednocześnie nie chce tego robić jako superbohaterka (i, jak już mówiłam, jej sceny z siostrą są wspaniałe), jednak trudno mi cokolwiek więcej o niej powiedzieć z tego jednego, liczącego czterdzieści sześć minut odcinka. Może w następnych odcinkach Kara zyska nieco w moich oczach, ale na to będę musiała poczekać do listopada.

Tak czy inaczej, mimo wszystko chcę ten serial śledzić dalej; chcę się dowiedzieć, co będzie dalej i jak nasza bohaterka zareaguje na głównego antagonistę, (nie mówiąc już o tym, że chcę, aby Supergirl stał się częścią Arrowverse, bo aż chce się oglądać Karę i Barry’ego pracujących razem). Mam tylko nadzieję, że w przyszłości będzie bardziej subtelny i że główna bohaterka bardziej przypadnie mi do gustu. Arrow ze swoją Black Canary sprawił, że chcę zobaczyć więcej superbohaterek ze stajni DC, a Kara Zor-El jest przecież jedną z nich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz