środa, 20 maja 2015

Krótka notka - podsumowanie "Gotham", "Flasha" i trzeciego sezonu "Arrow"

Uwaga! Mogą się trafić spoilery!

W październiku zeszłego roku zaczęła się moja przygoda z dwoma serialami na podstawie komiksów DC - Gotham i, będącego spin-offem Arrow, The Flash. Pierwsze odcinki obu seriali zrecenzowałam w trakcie trwania Superpaździernika, a tymczasem premierę miał również trzeci sezon Arrow. I tak w okresie od października od maja śledziłam z zapartym tchem wszystkie trzy seriale.
 
No i tak jakoś około Sylwestra przyszło mi do głowy, że mogłabym je podsumować, kiedy już bieżące sezony dobiegną końca. A muszę przyznać, że sporo przemyśleń mi się nazbierało przez cały ten okres czasu. Niektórymi z nich dzieliłam się na tumblrze, więc co poniektórzy już wiedzą, co mi się podobało, a co nie. Tak czy inaczej, będzie subiektywnie, więc się przygotujcie.

Gotham - Ogólnie rzecz biorąc, bardzo fajny serial. Co ciekawe, zaczęłam go oglądać dla detektywa Jima Gordona, rozwiązującego dziwne zagadki kryminalne w mieście Batmana; a pokochałam tę produkcję po odcinku Lovecraft, po którym moimi ulubionymi postaciami zostali mały Bruce Wayne i Alfred. Ja wiem, że większość ludzi uważa wątek Bruce'a za zbędny, ale co ja poradzę na to, że tak się fajnie ogląda Davida Mazouza i Seana Pertwee?
 
Podobała mi się mroczna estetyka serialu, która łączy ze sobą brudny realizm Nolana i gotyckość Burtona; podobała mi się kreacja Fish Mooney, podobały mi się relacje między Gordonem a Bullockiem, podobało mi się, że było kilku kandydatów na Jokera...
 
Ale niektóre wątki mi się dłużyły od samego początku - dochodzenie Pingwina do władzy i wielka miłość Edzia Nygmy na pewno. Trochę mi też żal Barbary Kean, bo zapowiadała się na naprawdę fajną postać, kobietę, która będzie stanowić podporę dla przyszłego komisarza Gotham.... a mniej więcej od chwili, kiedy opuszcza Gordona i ucieka do Montoyi, zaczęłam mieć wrażenie, że scenarzyści jej nienawidzą, bo przedstawiają ją jako coraz bardziej żałosną idiotkę, do tego hipokrytkę. Sceny z nią i z Seliną i Ivy były nawet sympatyczne, a pod koniec sezonu naprawdę miałam nadzieję, że losy Barbary potoczą się mniej więcej tak, jak się rzeczywiście potoczyły, no ale jednak szkoda dziewczyny.
 
Arrow - Zacznę może od tego, co mi się nie podobało, bo są dwa wątki, które wyjątkowo utrudniały mi radość z trzeciego sezonu.
 
Przede wszystkim (i tutaj mnie chyba kilka osób zlinczuje) ten bezwstydny fanserwis, czyli przewijające się przez cały sezon Olicity. Nie dość, że było tego za dużo; nie dość, że wszystkie postaci wydawały się namiętnie shippować ten pairing (łącznie z Ra's al Ghulem); nie dość, że miałam miejscami wrażenie, że Diggle traktuje Felicity tak jakby ona nie wiedziała, co jest dla niej dobre i w ogóle nie szanował jej wyboru; nie dość, że Ray Palmer (który - przypomnijmy - stracił podczas ataku Slade'a w drugim sezonie ukochaną) został postawiony w bardzo dramatycznej sytuacji; nie dość, że flashback, w którym Oliver powraca do Starling City, był kompletnie sprzeczny z tym, co zostało powiedziane o stanie uczuciowym Olivera na Wyspie; ale przede wszystkim wątek Thei zaatakowanej przez Ra's al Ghula został prawie zignorowany, bo materiały promocyjne do tego odcinka skupiały się na scenie łóżkowej Olivera i Felicity. Sama Felicity była całkiem spoko (ba! - zarówno w Arrow, jak i we Flashu było kilka scen z jej udziałem, które naprawdę lubię), tylko po prostu widać było, że Guggenheim pisze ten sezon, aby zadowolić Oliciterów.
 
Drugi problem jaki miałam z trzecim sezonem Arrow, to ten wątek z Ligą Zabójców. Tutaj z kolei widać było, że Guggenheim chce robić serial o Batmanie, ale utknął z Zieloną Strzałą.
 
Teraz pozytywy. Uwielbiam panie w tym sezonie. Laurel staje się Black Canary i wyrasta na fantastyczną postać, Thea przestaje być denerwującą laską i również rozwija się wspaniale; relacje Laurel i Nyssy się kształtują w taką fajną przyjaźń, a Tatsu zyskuje z każdym flashbackiem, w którym się pokazuje. Poza tym Roy jako Arsenal oraz Ray Palmer pracujący nad skafandrem, no i Oliver w dwóch rolach - starszego brata i mentora dla Roya, Raya i Barry'ego - w których powinien występować częściej.
 
Przede wszystkim jednak bardzo fajnie wyszło tworzenie jednego uniwersum z The Flash. Niby oba seriale działy się oddzielnie, ale okazjonalne gościnne występy jednej z ekip w mieście drugiej wyszły sympatycznie i miało się wrażenie, że The Flash i Arrow to część czegoś większego, a Barry i Oliver to zaprzyjaźnieni ze sobą superbohaterowie.

The Flash - Jeśli chodzi o Flasha, to do niego nie mam specjalnych zastrzeżeń, może poza tym, że przy Harrisonie Wellsie scenarzyści nie byli zbyt subtelni, a Iris West wychodziła nieraz trochę za słodko...

Ale tak ogólnie jest to serial odznaczający się bardzo lekkim klimatem (przez co stanowi wspaniałą przeciwwagę dla Arrow) i wprowadzający do Arrowverse moce i podróże w czasie. A bohater jest tak cudownie optymistyczną i miłą postacią, że trudno go nie lubić. Podobały mi się zwłaszcza relacje Barry'ego z jego dwoma ojcami. Sceny, w których rozmawia z Henry'm i Joe mogłabym oglądać całe dnie.

Harrison Wells - mimo że ciągle rzucane nam są hinty co do jego zamiarów - też wychodzi na całkiem intersującego antagonistę. Są sceny, w których naprawdę ma się wrażenie, że jest tym, za kogo się podaje i że mu zależy, ale potem robi coś, co przypomina nam, że nie wolno mu ufać.

Spośród wszystkich trzech seriali, The Flash miał najlepszy odcinek finałowy. Odpowiednia ilość akcji, odpowiednia ilość dramatu, no i te dialogi... Nie twierdzę, że Gotham i Starling City pogrążające się w chaosie nie były wciągające, ale Flash cofający się w czasie miał o wiele większy ładunek emocjonalny, zważywszy na to, co mógł zyskać i stracić zmieniając jedno wydarzenie. Nie mówiąc już o tym, że sezon kończył się naprawdę mocnym cliffhangerem.

Koniec końców DC w kwestii seriali daje radę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz