środa, 8 kwietnia 2015

Ze wspomnień fana: Świat Dysku

Przez całe lata nie interesowałam się Światem Dysku. Wynikało to z tego, że książki z tej serii miały okładki przypominające malowidła Hieronima Boscha – dziwaczne, groteskowe i chaotyczne. Prawdę mówiąc miałam wtedy nikłe pojęcie na temat samej serii, nie wiedziałam o niej właściwie nic i miałam wrażenie, że jest to jakaś poważna seria science-fiction. Naprawdę tak myślałam! Zwłaszcza po tym, jak przeczytałam opis fabuły Kosiarza – Śmierć znika ze świata, bum! – jest chaos. Co prawda, słyszałam od różnych ludzi, że Świat Dysku jest niesamowity, ale im nie wierzyłam.

Dopiero, kiedy na studiach odkryłam Widelec.pl, to przekonanie zaczęło zanikać. Dość często redaktorzy tego geekowego portalu w swoich rankingach zamieszczali postaci ze Świata Dysku. To właśnie świętej pamięci Widelec.pl poinformował mnie pierwszy, że Bibliotekarz Niewidocznego Uniwersytetu został zamieniony w orangutana i cieszy się z takiego stanu rzeczy; że Paskudny Stary Ron ma zapach tak silny, że zyskał on własną świadomość; że koń Śmierci nazywa się Pimpuś. Te rzeczy sprawiły, że poznałam szaloną, humorystyczną stronę Świata Dysku i jakaś część mnie chciała się z nim zapoznać, jednak wciąż coś mnie przed tym hamowało.

I tak naprawdę tym, co ostatecznie przekonało mnie do Świata Dysku, był miniserial produkcji SkyOne na podstawie Piekła pocztowego. Wszystko mi się w nim podobało: przedstawiona w niej historia oszusta, który nie tylko przywraca do dawnej świetności Urząd Pocztowy, ale też zdaje sobie sprawę z dokonanych przez siebie krzywd; poszczególne postaci, jak owładnięty obsesją szpilek Stanley, walcząca o prawa golemów Adora Belle Dearheart, czy Patrycjusz Vetinari; i estetyka świata przedstawionego, gdzie obok okutej w zbroje Straży Miejskiej chodzili ludzie ubrani jak z wiktoriańskiej powieści; a na ulicach Ankh-Morpolk można było spotkać, zarówno zwykłych ludzi, jak i golemy, wampiry i magów. Piekło pocztowe było pełne akcji, humoru, dramatu i kapitalnych pomysłów. Pokazało mi, o czym tak naprawdę jest Świat Dysku – przedstawiło mi Wielkiego A’Tuina, czyli ten cały koncept żółwia płynącego przez kosmos i dźwigającego cztery słonie, które z kolei dźwigają na swoich grzbietach cały wielki, płaski świat; a także lekki klimat, w jakim zachowane są historie opisywane przez Terry’ego Pratchetta. Jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale również sam Moist von Lipwig był moim wprowadzeniem do tego, jakich protagonistów ma przeważnie Świat Dysku – bohaterów pełnych wad i cynicznie patrzących na świat, ale jednak zdolnych do heroizmu.

Po Piekle pocztowym zapoznałam się również z pozostałymi dwiema aktorskimi ekranizacjami prozy Pratchetta – Kolorem magii i Wiedźmikołajem. Pierwszy z nich nie przypadł mi zbyt bardzo do gustu (to znaczy historia była całkiem interesująca, ale nie porwała mnie). Za to Wiedźmikołaj był interesujący i nie chodzi mi tylko o sam pomysł Śmierci jako dyskowego odpowiednika świętego Mikołaja, ale również o cudownie przerażającego Jonathana Teatime, zadziorną Susan i jej bardzo urocze relacje z dziadkiem. Moją ulubioną sceną w całym filmie jest ta, w której Susan i Teatime się spotykają i po wysłuchaniu kilku zdań złoczyńcy Susan mówi: „Chyba cię znam (…). Dzieciak, którego wszyscy się bali. (…) Równie dobrze mogłeś rzucić w kota kamieniem, jak go podpalić. (…) Byłeś chłopcem, który zagląda lalkom pod sukienki. (…) Nikt się z tobą nie bawił, bo nie miałeś przyjaciół.” Jest w tej kwestii, przerywanej przez nagle zdenerwowanego Teatime’a próbującego przywołać swoich ludzi do porządku, coś niesamowitego. Susan przejrzała Teatime’a. Wie, że ma do czynienia z psychopatą, a jednocześnie jej doświadczenie nauczycielki sprawia, że widzi w nim dzieciaka, z którym nikt się nie chce bawić. Poza tym sposób, w jaki w tym filmie był pokazany Śmierć – zwłaszcza w porównaniu z jego wersją w Kolorze magii – sprawił, że ta postać nagle urosła w moich oczach.

I tak pewnego dnia postanowiłam przeczytać powieści ze Świata Dysku poświęcone Śmierci. Co by tu mówić, Śmierć był pierwszą postacią ze Świata Dysku, którą pokochałam, a Kosiarza nadal uważam za jedną z najlepszych książek z całego cyklu. Książki poświęcone Śmierci – książki ukazujące Śmierć jako istotę oddaną swojej pracy a jednocześnie zafascynowaną małymi dziwactwami ludzkości i w gruncie rzeczy pełną współczucia, zwłaszcza dla kotów – sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak postrzegana bywa śmierć jako taka. A z tego wszystkiego powstał mój pierwszy dyskowy fanfik i mój pierwszy artykuł o Świecie Dysku.

Aczkolwiek muszę przyznać, że jest on niekompletny. Wszystkie te wątki niezwiązane ściśle ze Śmiercią, Mortem albo Susan (czyli na przykład wątek księżniczki Keli w Morcie, Windle’a Poone’a w Kosiarzu, czy Impa w Muzyce duszy) sprawiały, że książki z cyklu o Śmierci mi się strasznie dłużyły. Dlatego właśnie nie przeczytałam dotąd Złodzieja Czasu. Po zapoznaniu się z kilkoma powieściami, gdzie wątek Śmierci i jego rodziny rozkręca się strasznie długo z powodu wątków pobocznych, Złodziej Czasu był już ponad moje siły.

Po jakimś czasie zapragnęłam przeczytać coś jeszcze ze Świata Dysku i akurat sobie przypomniałam, że mój brat wygrał kiedyś w jakimś szkolnym konkursie Na glinianych nogach w oryginale. To, że książka była po angielsku wcale mnie nie zraziło, w końcu od ponad pięciu lat z ogonem czytuję regularnie teksty w tym języku i to nawet opowiadania, tak więc Na glinianych nogach nie sprawiło mi jakiegoś wielkiego problemu. I tak oto zapoznałam się ze Strażą Miejską Ankh-Morpolk i komendantem Vimesem. Co prawda byłam trochę skonfundowana tym, że kapitan Marchewa zachowuje się jak krasnolud, ale tak jakby nie jest krasnoludem… jednak lektura tej książki – ogólna fabuła, intryga kryminalna, Samuel Vimes – doprowadziły do tego, że zapragnęłam dowiedzieć się więcej o Straży Miejskiej, która wydawała mi się wcześniej mało interesująca, jako bohater (no bo na pierwszy rzut oka, kogo interesowaliby jacyś strażnicy?). Tak więc poszłam do Empiku, kupiłam Straż! Straż! i zaczęłam od początku. Potem przeczytałam Zbrojnych i Straż Nocną… tak, tak właśnie napisałam. Po drugiej książce z serii o Straży Miejskiej wzięłam się od razu za szóstą. Po prostu Piąty elefant oraz Bogowie, honor i Ankh-Morpolk nie wydawały mi się wtedy ciekawe, w przeciwieństwie do Sama Vimesa podróżującego w czasie. Tak po prawdzie to cykl o Straży Miejskiej czytałam zawsze nie chronologicznie. A przy Łupsie! przerwałam w momencie, kiedy Vimes rozmawia z Ottonem Chriekiem, ponieważ postanowiłam zapoznać się z Prawdą, gdzie nasz wampir-ikonograf pojawia się po raz pierwszy.

Samuel Vimes niejako zdetronizował Śmierć, w tym sensie, że odtąd Kosiarz Świata Dysku nie był jedyną postacią w tym szalonym uniwersum, która stała się moją ulubioną. Wydaje mi się, że spośród wszystkich bohaterów Świata Dysku Sam Vimes jest najbardziej złożonym. Wychowany w ubogiej dzielnicy dziedzic pozbawionego szlachectwa rodu; człowiek, który brał udział w rewolucji w mrocznych czasach Ankh-Morpolk, co odbiło się tak bardzo na jego psychice, że popadł w stagnację i alkoholizm; kochający mąż i ojciec, uczciwy i dobry w swojej pracy strażnik, któremu Straż Miejska zawdzięcza swoją świetność; a jednocześnie człowiek zmagający się ze swoimi traumatycznymi przeżyciami, kompleksem niższości i ciemnością, która chce się wydostać na zewnątrz. Vimes stał się tą postacią w przeciągu ośmiu książek i do dzisiaj jest jednym z najważniejszych, najbardziej ikonicznych protagonistów Świata Dysku, nie mówiąc już o tym, że ludzie postrzegają go jako postać praworządną dobrą napisaną właściwie, o czym już Wam mówiłam.

Lubię też sposób, w jaki przedstawione zostały relacje między Vimesem a jego żoną, lady Sybil. Sybil jest tak wspaniałą postacią, a stosunek komendanta do niej jest tak uroczy, że właściwie nie wyobrażam sobie, aby oni nie mogli być razem. To jeden z wielu tych sympatycznych pairingów, które napawają nadzieją.

W przeciwieństwie też do powieści o Śmierci, powieści poświęcone Vimesowi i Straży Miejskiej zawsze były bardziej skupione i nie miałam takiego wrażenia dłużyzn. To też zasługa Straży Miejskiej jako takiej – tego zbiorowego bohatera, który w każdej książce powiększał się o kolejnych członków, a każdy z nich miał własną osobowość i historię. Reg Shoe stał się zombie po tym jak go zabito; Cudo Tyłeczek to krasnoludka, która postanowiła zostać alchemikiem, a po zaprzyjaźnieniu się z Anguą postanowiła bardziej eksponować swoją kobiecość; troll Detrytus był swego czasu zabijaką, ale postanowił się zmienić i wstąpić do Straży Miejskiej; w końcu Marchewa Żelaznywładsson jest człowiekiem (a do tego prawowitym królem Ankh-Morpolk) wychowanym przez krasnoludy. A są jeszcze kapral Nobby Nobbs i sierżant Fred Colon, którzy byli z Vimesem niemal od samego początku.

Niejako też po przeczytaniu Straży Nocnej zdecydowałam się ruszyć książki o Moiście von Lipwigu. Tak jak już wspominałam wcześniej, chciałam przejść od razu do Świata finansjery, jednak postanowiłam przeczytać Piekło pocztowe na wypadek, gdyby były tam zawarte jakieś ważne szczegóły, których nie zawarto w serialowej adaptacji. I rzeczywiście – książkowe Piekło pocztowe różniło się pod wieloma względami od miniserialu. Przede wszystkim miniserial skupia się głównie na tym, jak Moist zdaje sobie sprawę z tego, że jego oszustwa miały swoje mroczne konsekwencje i poniekąd odkupuje swoje winy jako poczmistrz, tymczasem lektura książki daje większy wgląd w postać samego Moista – w jego mentalność, w to, dlaczego na początku uważa, że nie da się oszukać uczciwego człowieka, i w to, że jest on trochę uzależniony od mocnych wrażeń.

Później przeczytałam Prawdę, gdzie głównym bohaterem był William de Worde – założyciel pierwszej gazety w Świecie Dysku – i pomyślałam sobie, że Vimesa, Moista i Williama bardzo wiele łączy. Po pierwsze wszyscy trzej wykorzystują słowa, aby osiągnąć pożądane efekty (Vimes stosuje literę prawa, Moist panuje nad tłumem poprzez spektakularne przemowy, a de Worde nagina prawdę, chociaż nie potrafi kłamać). Po drugie – wszyscy trzej odpowiadają w ten czy inny sposób przed Patrycjuszem Vetinari, a jednocześnie w interesie Patrycjusza jest, aby oni mieli swobodę działania. Dlatego wyobrażałam sobie wszystkich trzech panów siedzących razem w jakimś barze i rozmawiających o problemach z Vetinarim. Myślałam nawet, czy by nie napisać serii małych one-shotów w tym właśnie klimacie, ale jak zwykle – weny zabrakło. Ale Para w ruch (najnowsza książka ze Świata Dysku, do tego z Moistem w roli głównej) do pewnego stopnia spełnia tę moją małą fantazję, bo tam właściwie Moist i Vimes nie tylko rozmawiają, lecz także współpracują i to w bardzo miłej atmosferze. Widać między nimi chemię i aż chce się, aby panowie częściej łączyli siły.

Parę w ruch w ogóle uważam za bardzo szczególną część serii Świata Dysku. Przede wszystkim jest to ostatnia książka z tej serii (przynajmniej dopóki Rhianna Pratchett nie napisze kolejnych części) i w kontekście niedawnej śmierci Terry’ego Pratchetta można ją odczytać jako pożegnanie Pratchetta ze swoim dziełem – ostatnim wielkim występem przed zejściem ze sceny. Para w ruch nie tylko zawiera najwięcej nawiązań do pozostałych części cyklu, niż jakakolwiek inna książka ze Świata Dysku, ale też wprowadza to uniwersum w Wiek Pary. W naszym świecie kolej żelazna stanowiła punkt zwrotny w dziejach – od pociągów rozpoczęła się pierwsza rewolucja przemysłowa. A Świat Dysku pierwotnie był parodią fantasy jako takiego i powoli był wzbogacany o nowe rzeczy – turystykę (Kolor magii i Blask fantastyczny), film (Ruchome obrazki), nowoczesną muzykę (Muzyka duszy), telegram (Piąty elefant), prasę (Prawda), papierowe pieniądze (Świat finansjery)… Co prawda, wiele z tych nowych rzeczy wprowadzało zbyt wielki zamęt poprzez swoje konotacje z magią, aby pozostać na stałe, niemniej jednak pociąg wydaje się być takim zwieńczeniem tego procesu, wejściem Świata Dysku w nową erę. Nie wiem, czy Pratchett spodziewał się, że niedługo umrze, dlatego zdecydował się na taki ruch, czy też może planował ciąg dalszy, ale jednak los sprawił, że Para w ruch nabrała dodatkowego, wzniosłego znaczenia, przynajmniej dla mnie.

Kiedy pisałam artykuł o Moiście, Para w ruch nie miała jeszcze polskiej premiery, więc elementów tej powieści związanych ściśle z postacią Moista nie mogłam uwzględnić (a szkoda, bo się okazało, że nasz były oszust ma w sobie nieco sprawiedliwego gniewu, który mogą w nim uwolnić goblińskie używki), ale kiedy wreszcie wyszła, a ja ją w końcu przeczytałam, zapragnęłam przeczytać te książki Świata Dysku, które dotąd omijałam szerokim łukiem.

I tak oto postanowiłam zapoznać się z powieściami o magu Rincewindzie. Nawet nie wiecie jakie dziwne było dla mnie czytanie Koloru magii – pierwszej powieści ze Świata Dysku – kiedy miałam już za sobą większość późniejszych części i wiedziałam, co się będzie działo potem. Na przykład, w scenie, w której Rincewind zostaje postawiony przed Patrycjuszem, bo zawarł z Dwukwiatem umowę i próbował uciec z zapłatą, wspominany jest kapitan straży, a ja, czytając ten fragment, od razu pomyślałam, że to Vimes. Później, po tym jak w barze, w którym zatrzymał się Dwukwiat, miała miejsce rozróba, pojawia się gruby funkcjonariusz milicji (który specjalnie się spóźnił, aby przybyć kiedy było już dawno po walce) i ja od razu nazwałam go sierżantem Colonem. No, a jak Dwukwiat robił obrazki ikonografem od razu przypomniałam sobie o Ottonie Chrieku z Prawdy.

Tak czy inaczej, nie byłam specjalnie zainteresowana czytaniem Koloru magii (i będącego jego bezpośrednią kontynuacją Blasku fantastycznego), pamiętając adaptację SkyOne. Ponadto Rincewind jako postać mnie nie za bardzo pociągał. Ja rzadko kiedy lubię bohaterów, którzy są tak tchórzliwi, że przy pierwszej okazji zdradzają swoich towarzyszy podróży. Niemniej jednak po przeczytaniu obu książek przekonałam się do Rincewinda i wzięłam się za pozostałe powieści z nim w roli głównej.

Rincewind jest zupełnie inny niż pozostali protagoniści Świata Dysku, choć pod pewnymi względami jest też do nich podobny. Nie jest takim kozakiem jak Samuel Vimes, chociaż jeśli chodzi o wolę przetrwania, panowie mogliby iść łeb w łeb; i w przeciwieństwie do Moista von Lipwiga, stara się trzymać jak najdalej od ryzykownych sytuacji, chociaż obaj mają talent do improwizacji w trudnych sytuacjach. Jednak tak naprawdę dzięki Rincewindowi zdałam sobie sprawę, że większość protagonistów Pratchetta podpada pod ten schemat, o którym wspominałam już w poświęconym magowi artykule, a konkretnie w tym fragmencie:
Można powiedzieć, że większość protagonistów Świata Dysku zaczyna najpierw w odcieniu szarości, a przynajmniej po stronie raczej neutralnej. I tak Rincewind jest tchórzem, kapitan Samuel Vimes pijakiem, Moist von Lipwig oszustem… Potem jednak zdarza się coś, co wywraca ich świat do góry nogami i zmusza do bycia czymś więcej, niż dotąd. W przypadku Vimesa było to pojawienie się Marchewy Żelaznywładssona; w przypadku Moista – propozycja Vetinariego, a w przypadku Rincewinda – podróż z Dwukwiatem. Od tego momentu zwykle postacie Pratchetta zaczynają swój rozwój, który trwać będzie przez całą książkę i przez kilka następnych.
Przekonałam się też (o czym wspominałam również w wyżej wspomnianym artykule), że tchórzostwo Rincewinda jest czymś więcej niż tchórzostwem – to jego instynkt przetrwania i skłonność do unikania niepotrzebnego rozlewu krwi – i że Rincewind jako taki zdolny jest do współczucia, a nawet poświęceń, czego dowiódł zwłaszcza w Czarodzicielu i Ciekawych czasach.

W ogóle mam takie wrażenie, że naczelne przesłanie wszystkich powieści Świata Dysku jest takie, że ludzie są pełni wad, ale również zdolni do wielkich rzeczy. Prawda, są ludzie źli do szpiku kości – szaleni, przeświadczeni o swojej wyższości sadyści, którzy nie dbają o życie innych – ale większość ludzi nie jest zła. Większość ludzi robi złe rzeczy ze strachu, głodu, ignorancji albo pychy. U Pratchetta nawet najbardziej cyniczny, najbardziej skoncentrowany na sobie bohater w końcu decyduje się – czy to z powodu szoku i przerażenia wywołanego przez jakieś wielkie zło, czy to przez zetknięcie z kimś bardziej idealistycznie patrzącym na świat – przestać myśleć o sobie i zdobyć się na jakiś szalony, heroiczny czyn, o który wcześniej by się nawet nie podejrzewał. Co więcej – może też walczyć z własnymi wadami i chcieć być lepszy.

Dobrym tego przykładem jest chociażby wspomniany wyżej William de Worde. William wychowywał się w rodzinie szlacheckiej „z tradycjami”, więc całe życie wpajano mu różne rzeczy do głowy, jak chociażby, że krasnoludy i trolle są gorsze od ludzi, a każdy nieumarły to potwór. Jednak redaktor „Pulsu Ankh-Morpolk” odrzuca te przekonania i stara się zwalczać w sobie bigoteryjne postawy, które jego rodzina uznawałaby za właściwe.

W ogóle, jeżeli miałabym robić ranking książek ze Świata Dysku, które uważam za najlepsze, Prawda byłaby gdzieś w pobliżu Kosiarza. Przeczytałam ją z ciekawości, aby dowiedzieć się więcej o Ottonie Chrieku – wampirze, którego pasją jest robienie obrazków i uchwycenie na nich światła – a dostałam opowieść o naturze prawdy. Sam William de Worde nie przypadł mi specjalnie do gustu, ale – jak mówiłam – chętnie widziałabym go wraz z komendantem Vimesem i Moistem von Lipwigiem popijającego w barze (chociaż pewnie Vimes nie chciałby z nim gadać z powodu cyrku, jaki czasem „Puls Ankh-Morpolk” odstawia). Z drugiej strony jednak William stara się dochodzić do prawdy i dba o to, aby „Puls” nie zawierał kłamstw.

Na listę najlepszych powieści Świata Dysku wstawiłabym również Pomniejsze bóstwa, chociażby przez to, jak wiele nawiązań w sobie zawiera. Są tam nawiązania i do Biblii, i do filozofii starożytnej, i do świętych chrześcijańskich, i do Galileusza… No po prostu mogłabym o nich opowiadać godzinami. Ale Pomniejsze bóstwa – powieść poświęcona religii – zawiera w sobie również mnóstwo wniosków na temat wiary, fanatyzmu i religijności. Wystarczy choćby przyjrzeć się samej fabule: Wielki Bóg Om, który próbuje powrócić do dawnej świetności, z powodu posiadania jedynego prawdziwego wyznawcy, prostego mnicha Bruthy, jest uwięziony w ciele jednookiego żółwia. Tymczasem Omnia, państwo wyznaniowe, czczące Oma, szykuje się do wojny z Efebem, będącym dyskowym odpowiednikiem starożytnej Grecji. Przywódca omniańskiej Kwizycji (inkwizycji), Vorbis, wyjeżdża do Efebu pod pozorem misji dyplomatycznej i zabiera ze sobą Bruthę z powodu jego ejdetycznej pamięci.  Młodzieniec z jednej strony musi dogadać się z własnym bogiem, a z drugiej – przetrawić filozofię efebiańską, która zmusza go do spojrzenia na pewne sprawy z innej perspektywy… Jak już kiedyś wspominałam, chciałam napisać artykuł na temat Pomniejszych bóstw, ale raz, że po jakimś czasie straciłam wenę (znowu), a dwa – bałam się, że pod spodem pojawi się mnóstwo antyreligijnych komentarzy, które nic nie wniosą i tylko mnie zdenerwują. Widziałam, co się dzieje z ludźmi, kiedy poruszane są takie tematy. Nie wiem, czy się kiedykolwiek zdecyduję na napisanie tego tekstu. Z jednej strony są te dwa problemy, o których właśnie wspomniałam, a z drugiej – no, czasem mnie kusi, aby wziąć i te wszystkie moje przemyślenia o Pomniejszych bóstwach spisać.

Poza Prawdą i Pomniejszymi bóstwami, przeczytałam jeszcze dwie „jednoczęściówki” Świata Dysku: Zadziwiającego Maurycego i jego edukowane gryzonie, oraz Ruchome obrazki. Ruchome obrazki, wyobraźcie sobie, przeczytałam też dla wątku magów z Niewidocznego Uniwersytetu, który w innych powieściach mnie zwykle denerwuje, jednak byłam wtedy po Panach i Damach, gdzie się okazało, że Nadrektor Munstrum Ridcully był kiedyś zakochany w Babci Weatherwax, więc wzięło mnie na zaznajomienie się z książką, w której Ridcully (wraz z Myślakiem Stibbonsem) pojawia się po raz pierwszy.

Cykl o Wiedźmach z Lancre był ostatnim, który poznałam (nie licząc, być może cyklu o Tiffany Obolałej, ale zaliczyłam tylko pierwszą część, a na następną już nie miałam siły). Wielokrotnie wspominałam już, że uważam Terry’ego Pratchetta za jednego z tych twórców, którzy piszą wspaniałe postaci kobiece. Generalnie większość pań w Świecie Dysku mnie nie irytuje (ba – przepadam niezmiernie za Babcią Weatherwax, Adorą Belle Dearheart i lady Sybil), ale jest jeden wyjątek – Angua ze Straży Miejskiej. Jej postać wydaje się krążyć wokół trzech rzeczy – tego, że jest wilkołakiem; tego, że jest zakochana w Marchewie i tego, że angstuje nad tymi dwoma faktami. Tak samo jak w przypadku magów z Niewidocznego Uniwersytetu, wątek Anguy w powieściach poświęconych Straży Miejskiej uważałam za dłużyzny, które może i coś wnoszą, ale nadal są dłużyznami. Zresztą sam pairing Anguy i Marchewy wydawał mi się zawsze dość nudny i męczący, zwłaszcza w porównaniu z innymi parami Świata Dysku – Moistem i Adorą Belle; Błaznem i Magrat, czy choćby Vimesem i lady Sybil (tych ostatnich shippuję tak bardzo, że po przeczytaniu sceny w Niuchu, gdzie arystokraci obgadują Vimesa i stwierdzają, że lady Sybil wyszła za komendanta z desperacji, a on ożenił się z nią dla pieniędzy, moją pierwszą reakcją było: „Co wyście powiedzieli, łajzy?!”).

To wcale nie znaczy, że kiedy obejrzałam znów po latach Piekło pocztowe, Angua wraz z innymi strażnikami mnie nie ucieszyła. Trochę szkoda, że Straż Miejska nie doczekała się jeszcze pełnoprawnej adaptacji i że w Wiedźmikołaju Nobby i funkcjonariusz Wizytuj są tylko pobocznym wątkiem, a w Piekle pocztowym Angua i spółka pojawiają się tylko dwa razy. Co prawda, były plotki o serialu, który sam Pratchett określił jako CSI: Ankh-Morpolk, ale nadal nie wiadomo, czy są jakieś postępy w produkcji. To samo się zresztą tyczy adaptacji Niewidocznych Akademików (powieści poświęconej piłce nożnej i regulacji rządzących nią zasad) przez SkyOne; i Morta przez Disneya (pierwszej części cyklu o Śmierci; jak to mówi Nostalgia Critic: „Wiecie – dla dzieci!”). Osobiście ucieszyłabym się, gdyby każdy z tych projektów doszedł do skutku, jednak najbardziej chciałabym ten serial o Straży Miejskiej, chociaż nie wiem, czy to miałyby być ekranizacje powieści o Vimesie i reszcie, czy też może zupełnie nowe przygody Straży.

Cóż więcej powiedzieć? Tak jak Agatha Christie, Terry Pratchett stał się nie tylko moim ulubionym autorem, ale także wzorem do naśladowania. Pratchett potrafił wymieszać w umiejętny sposób elementy humorystyczne i dramatyczne; wykorzystywać motywy kultury, zarówno wysokiej, jak i niskiej; kreować kolorowe, wielowarstwowe postaci; opowiedzieć wspaniałą historię, przekazując jednocześnie uniwersalne prawdy i wiarę w to, że nawet najbardziej niedoskonały człowiek może wzbić się na wyżyny. Spodziewałam się, że sir Terry jeszcze przez jakiś czas z nami zostanie i zaszczyci nas jeszcze kilkoma dziełami, ale niestety odszedł od nas w zeszłym miesiącu. Zaraz po dowiedzeniu się o tym, najpierw napisałam krótką notkę, potem zmówiłam modlitwę za jego duszę, a w końcu zrobiłam małe wideo ku jego pamięci. A teraz poświęcam mu cały miesiąc. Nawet jeśli Rhianna Pratchett nie będzie w stanie kontynuować dzieła ojca, wiem, że Świat Dysku nie zaginie. To zbyt niesamowita literatura, aby miała zostać tak po prostu zapomniana.

4 komentarze:

  1. Hahaha, normalnie jestem w szoku. Nie sądziłam, że mamy aż tak podobne gusta. U mnie też Kosiarz jest zdecydowanie moją najukochańszą książką, tak samo jak uwielbiam postać Śmierci.
    Co do Złodzieja Czasu. Przeczytaj! Ja mam wypisanych z niego kilka cytatów na ścianie, bo książka jest z podobną głębią co Kosiarz. Oczywiście Śmierć nie ma tutaj tak dużej roli jak w innych częściach, ale zawiłości i paradoksy czasowe, są genialne. Do tego bardzo nietypowa historia miłosna i ciekawy wątek z Susan. Mnie najbardziej zachwycił wydźwięk książki podobny do Kosiarza. Tak jak w Kosiarzu mamy motyw czasu, tak tutaj pojawia się Czas w formie antropomorficznej personifikacji. Refleksja też jest podobna, chociaż o ile esencją Kosiarza była metafora ludzi i czasu - jako kłosów, tak tutaj całą wymowę książki można zamieścić w cytacie "moment absolutnej perfekcji jest teraz, ciesz się nim". W tej książce też trochę inaczej spojrzałam na Susan, zwłaszcza kiedy spotkała kogoś podobnego do siebie, będącego potokiem równie potężnego dyskowego bytu. Mówię Ci, jeśli chodzi o cykl Śmierci to Kosiarz i Złodziej Czasu najlepsze. Koniecznie przeczytaj, bo jestem ciekawa Twoich przemyśleń odnośnie książki. ;)

    Moist jest świetny. A u mnie zaczęło się od Morta. I na początku miałam podobną sytuację co Ty, z tym, że uważałam Świat Dysku za kolejne fantasy, czyli gatunek którego nie trawię. Wolałam właśnie się zaczytywać w hard sci-fi. I nigdy bym po świat Dysku nie sięgnęła gdyby nie Mort. Miałam fazę na książki i filmy z motywem personifikacji Śmierci i tak trafiłam na "Morta". Pochłonęłam książkę w pół dnia i potem poszła lawina. Nawet już nie pamiętam co czytałam potem, bo to było dość dawno. Chyba jakoś na początku szkoły średniej... Zachwycił mnie cięty humor, parodie znanych motywów, różne smaczki nawiązujące do dzieł literatury, do historii, nauki itp. No i przede wszystkim pokochałam tą pratchettowską złośliwość. ;)
    A "Piramidy" czytałaś? Bo mnie jako właścicielkę żółwia, ta książka ujęła. :D
    Cudny tekst, aż się cieszę, że mam tu tyle nowych postów do czytania...


    W ogóle dopiero teraz się skapnęłam, że od dawna obserwuję Twojego bloga, a nie ma mnie w okienku z obserwatorami google...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *potomkiem.

      Ta autokorekta mnie dobija :P

      Usuń
    2. Może kiedyś ruszę "Złodzieja Czasu", kiedy się wreszcie przemogę. "Piramidy" kiedyś próbowałam czytać, ale jakoś mi nie przypasiła początkowa narracja. Wiem, jestem dziwna.

      Już o tym mówiłam, ale "Kosiarza" uważam za książkę, która najlepiej przedstawia charakter Śmiercia (hehe). Próbowałam nieraz znaleźć książki, które robiłyby to samo dla pozostałych protagonistów Świata Dysku i doszłam do taki wniosków: dla Samuela Vimesa - "Straż Nocna" (bo to książka o przeszłości i - poniekąd - przyszłości Vimesa), dla Rincewinda - "Czarodziciel" (bo Rincewind pokazuje w nim, że nie tylko mimo wszystko jest magiem, ale też zdobywa się na bohaterski czyn), dla Moista i Babci Weatherwax - trudno powiedzieć, bo przy Babci waham się między "Panami i Damami", "Carpe Jugulum" i "Wyprawą czarownic", za to przy Moiście... jak na razie najlepiej jego postać pokazało "Piekło pocztowe", ale to tak głupio podawać pierwszą część z cyklu o nim.

      A Ty nie wiesz jak się ucieszyłam na widok twojej ikonki w "Obserwatorach".

      Usuń
    3. Polecam "Złodzieja"! W "Piramidach" racja. Początek trochę dziwny, ale potem jak się zaczęły żółwie i skomplikowane życie pozagrobowe to już poszło super. ;)

      Zdecydowanie. To w sumie chyba nawet jedyna znana mi książka ze świata Dysku, która obok typowego humoru była tak bardzo poważna i momentami wręcz smutna, końcówka na przykład mnie nawet wzruszyła. Najlepsza książka o Śmierciu ;)
      "Straż Nocną" znam i kocham. Dzięki tej książce zaraziłam moją najlepszą przyjaciółkę Światem Dysku, więc podwójny sukces. A "Czarodziciela" akurat nie czytałam. W ogóle jeśli chodzi o cykl Rincewinda mam trochę braków, bo szłam w kolejności - Śmierć, Wiedźmy, Straż i Niewidoczny Uniwersytet, więc tak trochę dziwnie. W wypadku Babci to praktycznie każda książka z jej udziałem genialnie ją pokazuje, więc ciężko wybrać, ale też się skłaniam ku "Panowie i Damy" i "Carpe Jugulum". "Świat finansjery" też był niezły. Moją mamę zachwycił. Chociaż jej ulubioną książką jest "Niuch". Kupiłam sobie niedługo po premierze, pożyczyłam mamie i książka do mnie już nie wróciła. ;>

      Dopiero teraz zauważyłam, że mam coś namotane w ustawieniach konta, ale tez się cieszę, że masz tutaj już moją ikonkę.

      Usuń