piątek, 17 kwietnia 2015

[FF: Świat Dysku] Śmierć w garści cz. 2 - Burza wisi w powietrzu

Pimpuś wylądował na szarawej trawie Siedziby Śmierci. Susan – z pomocą dziadka – zeszła z konia, a chwilę potem Śmierć również stał na ziemi. Albert wyszedł im na spotkanie, trzymając w ręku patelnię.
- Obiad jeszcze nie gotowy – oświadczył – więc jeśli jesteś głodna, musisz poczekać.
- Ciebie też miło widzieć, Albercie – odparła Susan.
MUSISZ BYĆ ZMĘCZONA PO TAK DŁUGIEJ PODRÓŻY. TWÓJ POKÓJ JUŻ NA CIEBIE CZEKA.
- Dziękuję, dziadku. – Susan uśmiechnęła się i ruszyła wraz z Albertem w stronę domostwa.
Śmierć również się uśmiechnął, po czym chwycił uzdę Pimpusia i zaprowadził go do stajni. Radość z wizyty wnuczki zakłóciła mu myśl o tym, że nie wiedział, gdzie znajduje się jej życiomierz. Śmierć był dobry w szukaniu, jednak potrzebował jakiegoś pomysłu co do tego, gdzie zacząć. Domyślał się, co prawda, profesji złodzieja, jednak na Niewidocznym Uniwersytecie w Ankh-Morpolk szwędało się mnóstwo magów. Potrzebował jeszcze jednej wskazówki, która zmniejszyłaby grono podejrzanych. Śmierć nie zamierzał czekać, aż złodziej wykona rytuał AshkEnte. Dlatego zaraz ze stajni Śmierć ruszył do gabinetu.
Zasiadł przed modelem Dysku i zamyślił się. Chwilę potem drzwi do gabinetu się otworzyły i wszedł Albert. Śmierć spojrzał na niego ze zdumieniem.
NIE POWINIENEŚ ROBIĆ OBIADU, ALBERCIE? zapytał.
- Właśnie się gotuje, więc postanowiłem skorzystać z tego, że mam kilka minut dla siebie i sprawdzić, jak sobie radzisz, panie – odparł starzec i usiadł na pobliskim krześle.
WSZYSTKO DOBRZE. PO PROSTU MYŚLĘ NAD DZISIEJSZYM WYDARZENIEM.
- Ja też nad tym myślałem – oświadczył Albert i przechylił się nieco do przodu, w stronę swego pana – i doszedłem do wniosku, że powinniśmy najpierw zacząć od zastanowienia się qui bono, panie.
QUI BONO”, ALBERCIE? Oczy Śmierci przyjrzały się z zainteresowaniem słudze.
- Starożytne powiedzenie, które oznacza tak naprawdę: „Kto na tym korzysta?” – wyjaśnił Albert. – To pytanie zadaje się zawsze, gdy popełnione jest przestępstwo, a sprawcy są nieznani. Co chcę powiedzieć, to to, że musimy ustalić motyw naszego złodzieja. Bo, jak rozumiem, wiesz, panie, jak się tutaj dostał?
JEST TYLKO JEDEN SPOSÓB, ABY KTOŚ Z ZEWNĄTRZ SIĘ TUTAJ DOSTAŁ BEZ POMOCY ŻADNEGO Z NAS. JUŻ RAZ KTOŚ TEGO DOKONAŁ, ALE TY WTEDY BYŁEŚ ZAJĘTY, WIĘC NIE ZAUWAŻYŁEŚ.
Twarz Alberta ułożyła się w wyraz nagłego zrozumienia.
TAK WIĘC ALBO TO, ALBO KTOŚ GO ZAPROSIŁ DO ŚRODKA.
Albert poczuł jak serce podskakuje mu do gardła. Ścisnął mocno oparcia krzesła.
- Chyba nie podejrzewasz, panie, że mógłbym to zrobić? Wiesz przecież, że jestem ci wierny. Zresztą jak mógłbym stąd wyjść, skoro…

SPOKOJNIE, ALBERCIE. WIEM, ŻE TO NIE TY. MUSIAŁBYŚ ZEJŚĆ NA DYSK, A NIE ZOSTAŁO CI ZBYT WIELE CZASU W KLEPSYDRZE.
- Właśnie, właśnie – przytaknął z nerwowym uśmiechem i wyrazem ulgi w oczach, Albert. – Jeśli już, to winne jest to ptaszysko.
JESTEM PRAWIE PEWIEN, ŻE W GRĘ WCHODZI PIERWSZY SPOSÓB, oświadczył Śmierć, po czym mówił dalej: CO DO MOTYWACJI ZŁODZIEJA, JEST TYLKO JEDNA RZECZ, KTÓRĄ MOŻNA CHCIEĆ OD ŚMIERCI. NIE PRAWDASZ, ALBERCIE?
Śmierć podniósł się od biurka i z rękami z tyłu zaczął chodzić po pokoju. Albert przyglądał mu się w napięciu, obawiając się trochę o szykowany w kuchni obiad, ale z drugiej strony mając wewnętrzny przymus, aby nie opuszczać swojego pana, zanim ten nie skończy.
- Władza nad własnym losem – powiedział domyślnie. – Długowieczność, może nawet nieśmiertelność.
ZE SZCZEGÓLNYM NACISKIEM NA TO OSTATNIE, ALBERCIE, odparł Śmierć i westchnął. ŻE TEŻ LUDZIE MUSZĄ ODZNACZAĆ SIĘ TAKĄ PERFIDIĄ. DO CZEGO TO DOSZŁO…? Spojrzał na Alberta i powiedział: LEPIEJ JUŻ IDŹ, BO OBIAD SIĘ POPSUJE.
Albert posłusznie podniósł się z krzesła. Skierował się w stronę drzwi, ale nie śpieszył się zbytnio z wychodzeniem. Jego wzrok był cały czas skierowany na Śmierć, który usiadł z powrotem przy biurku i wydał kolejne ciężkie westchnienie. Albert poczuł nieczęsto spotykane u siebie współczucie wobec swojego pana. Już wcześniej wiedział, że incydent z życiomierzami wywołał w nim ideę niepokoju. Była to już wystarczająco poważna sprawa, że ktoś tu wszedł i dopuścił się kradzieży, ale jeden z tych życiomierzy należał do jego wnuczki, do jasnej cholery! Albert mógł się tylko domyślać, co przeżywał właśnie jego pan i zapragnął nagle podnieść go na duchu.
- Głowa do góry, panie – powiedział, kładąc rękę na klamce, i uśmiechnął się szeroko. – Dopadniemy drania.
Śmierć rzucił mu lekko zdziwione spojrzenie. Albert uśmiechnął się do niego jeszcze szerzej i dopiero wtedy wyszedł, zająć się obiadem.
Przyglądał się z fascynacją życiomierzom i nie mógł się nadziwić, jakimi wspaniałymi przedmiotami były. Te kwadratowe podstawy z ciemnego drewna, które łączyły się czterema kolumnami z identycznymi to podstawek baldachimami; te złote tabliczki, na których ktoś staranną, elegancką wręcz, kursywą wygrawerował nazwiska właścicieli; te łańcuszki, które czyniły życiomierze bardziej poręcznymi do noszenia z miejsca na miejsce; no i ten piasek koloru zboża przesypujący się przez wąskie szyjki, powoli, ale przy bliższym przyjrzeniu się regularnie, nieubłagalnie.
A przynajmniej tak było do dzisiejszego popołudnia. Bo około piętnastej klepsydra z napisem: „Susan Sto Helit” przestała się, ni stąd, ni zowąd, przesypywać. Jakby nagle czas się zatrzymał. To było bardzo interesujące. Zauważył podobne zjawisko, kiedy znalazł swoją klepsydrę. Przyglądał jej się z zadziwieniem, zastanawiając się, czy już udało mu się osiągnąć to czego chciał, zanim jeszcze wprowadził do końca swój plan w życie, ale po krótkim namyśle przypomniał sobie zegar bez wskazówek, brak kurzu na półkach i czarnobiałe niebo, które się nie zmieniało. I wtedy zrozumiał. A nowa wiedza sprawiła, że uśmiechnął się do siebie chytrze. Teraz też się tak uśmiechnął. Tak jak podejrzewał, Susan Sto Helit znajdowała się teraz w Siedzibie Śmierci, może świadoma, może nie, że jej cenny życiomierz był teraz tutaj.
Smukła postać podniosła się powoli od biurka i chwyciła zawieszony na pobliskim wieszaku kapelusz, aby potem założyć go na głowę. Następnie włożyła na siebie płaszcz i wyszła zająć się swoimi zwyczajnymi zatrudnieniami. Jednak potem… potem czekało ją największe wyzwanie.
I nie mogła się już doczekać.
- Jak tam ten młody człowiek, Imp? – zapytał Miódrzekł, latając naokoło Susan, która się rozpakowywała.
- Nie twój interes – odrzekła, wyciągając z bagażu koszulę nocną i zaraz potem wkładając ją do szuflady.
- Nie chcesz pomóc biednej ptaszynie? – zapytał kruk i wylądował na szczycie wielkiej szafy. – Tak bardzo starałaś się ocalić tego biedaka, a teraz nie chcesz mi powiedzieć, co się z nim stało?
Susan nie spędziła nawet pięciu minut w domu dziadka, a to ptaszysko już działało jej na nerwy. Chciała się rozpakować, przebrać w coś suchego i odpocząć, dopóki Albert nie zawoła jej na posiłek. Niestety, Miódrzekł miał inne plany. Nie zamierzał dać jej spokoju, dopóki ona nie zaspokoi jego ciekawości.
- Żyje? Nie żyje? – dopytywał się. – Przecież ostatecznie Śmierć go nie zabrał.
Jeszcze przez kilka minut odmawiała mu informacji. To nie była jego sprawa, stanowczo nie była. Jeśli chciał ploteczek, niech poszuka innych uczennic. Albo niech zaoferuje coś w zamian…
Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Aż dziw bierze, że dopiero teraz o tym pomyślała. Uśmiechnęła się do swoich myśli i popatrzyła na kruka.
- Zawrzyjmy umowę, Miódrzekłu – oznajmiła i nonszalancko powróciła do rozpakowywania się. – Informacja za informację. Ja zaspokoję twoją ciekawość, a ty moją. Zgoda?
Miódrzekł zawahał się na chwilę. Z jednej strony bardzo ciekawiło go, co też stało się z młodzieńcem, którego Susan najwyraźniej bardzo polubiła, no i czy ich znajomość przeszła na wyższy poziom. Z drugiej strony – obawiał się trochę tego, o co mogłaby zapytać Susan, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń. Ale przecież niczego się nie domyślała, prawda? Kto jak kto, ale Śmierć potrafił dochować tajemnicy.
- Umowa stoi – oświadczył kruk, zyskując nagle na pewności siebie.
Cokolwiek chciała wiedzieć, na pewno nie miał się o co martwić. W razie czego skłamie.
- Tak więc co się stało z Impem? – zapytał.
- No cóż – zaczęła Susan i odłożyła walizkę na bok. – Został naszym szkolnym ogrodnikiem.
- Ogrodnikiem? – zdziwił się Miódrzekł. – Przecież był muzykiem.
- Ale teraz jest ogrodnikiem w mojej szkole – oznajmiła.
- Czy w takim razie zamierzasz zawrzeć z nim jakieś bliższe stosunki?
Susan zarumieniła się, co jak zwykle poskutkowało pojawieniem się blizny w kształcie czterech kresek na jej policzku. Przez chwilę rozważała rzucenie czymś we wścibskie ptaszysko, zaraz jednak się opanowała. Rumieniec również szybko zniknął z jej twarzy i znów była bladolicą sobą.
- Nie, nie zamierzam – odparła i usiadła na łóżku. – Moja kolej. I się nie wymiguj.
- Ależ oczywiście. Jestem ptakiem honoru.
Po raz kolejny na twarzy Susan pojawił się uśmiech. Popatrzyła na Miódrzekła, który miał niejasne wrażenie, że powinien się bać szesnastolatki i tego, o co zaraz zamierzała spytać. Jeszcze bardziej się zaniepokoił, kiedy nagle spoważniała.
- Czy dziadek ma ostatnio jakieś problemy? – spytała.
Miódrzekł poczuł jak się poci (jedno z niedogodności bycia zwierzęciem stałocieplnym; na szczęście Susan nie mogła tego zobaczyć), ale udało mu się zachować spokój. Ostatecznie to jeszcze o niczym nie świadczy. To mogło być zwykłe pytanie wnuczki o dziadka i wcale nie oznaczało, że się czegoś domyślała.
- Nie, moja droga – skłamał Miódrzekł. – Radzi sobie tak jak zawsze. To przecież Śmierć.
Susan spojrzała na niego, nie za bardzo wierząc jego słowom. Zawahał się, zanim odpowiedział. Ba – zawahał się nawet zanim zgodził się na układ „informacja za informację”.
- Czy na pewno wszystko dobrze, dziadku?
TAK, WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU.
Może to było coś kłopotliwego dla jej dziadka i reszty. Może Śmierć miał problemy z powróceniem do dawnej funkcji po tak długiej nieobecności. A może… może to było coś gorszego. Coś poważniejszego. Tak czy inaczej, Susan z jednej strony bardzo się martwiła, z drugiej – wzbierała w niej wściekłość. Jak oni mogli trzymać ją od tego z dala, jakby była małą dziewczynką? Przecież jeszcze niedawno pełniła obowiązki dziadka. Miała prawo wiedzieć. Może by nawet spróbowała im jakoś pomóc.
- Jesteś pewien? – odparła i rzuciła krukowi chłodne spojrzenie.
- Całkowicie – oświadczył Miódrzekł. – Poza tym, nawet gdyby coś było nie tak, to ja nic nie wiem.
Susan przyglądała się krukowi przez dłuższy czas. Na pewno był jakiś sposób, aby wyciągnąć od niego prawdę, ale na razie zastanawiała się, czy lepiej byłoby go przekupić, czy też raczej zagrozić głosem Śmierci, że wyrwie mu się skrzydła. Oczywiście nie zamierzała tego robić, ale Miódrzekł na pewno ugiąłby się pod groźbą, bo nie miałby czasu pomyśleć nad tym, czy miałaby sens, czy nie. Byłby zajęty baniem się o własne bezpieczeństwo.
Zanim jednak zdążyłaby zrealizować jeden z tych pomysłów, Albert zawołał ich na obiad.
Komendant Samuel Vimes zapalił cygaro. Ostatnio było bardzo spokojnie… To znaczy, na tyle, na ile może być spokojne Ankh-Morpolk w dni powszednie, w dodatku, jak pracuje się w Straży Miejskiej. Vimes zaryzykowałby stwierdzenie, że ostatnimi czasy nie działo się nic nadzwyczajnego. Żadnego spisku, aby przywrócić monarchię. Żadnego smoka szlachetnego przyzwanego przez jakiegoś nie do końca rozgarniętego knypka. Żadnej serii tajemniczych, nie dających się wytłumaczyć zgonów.
Jednak miał nieodparte wrażenie, że coś wisiało w powietrzu. Vimes wiedział, że to wyświechtany tekst, ale tak po prostu było i choćby zapierał się na milion sposobów, ostatecznie musiał przyznać, że to prawda. Czuł to w  powietrzu, w wodzie, we własnych rozklekotanych kościach – niebawem miało zdarzyć się coś złego. Nie wiedział jeszcze co.
Zasiedli w kuchni do obiadu. Śmierć na najważniejszym miejscu, u szczytu stołu, a Susan po jego prawej stronie. Śmierć Szczurów, Śmierć Pcheł i Miódrzekł mieli własne miski na parapecie, tymczasem Albert położył przed bardziej antropomorficznymi osobami w swojej kuchni talerze z owsianką (dla Susan) oraz smażonym jajkiem i bekonem (dla siebie i Śmierci).
ALBERCIE, zaczął Śmierć, TO CHYBA BARDZIEJ ŚNIADANIE, NIŻ OBIAD.
- Panienka Susan je tylko musli – powiedział złośliwie Albert.
NIE BĄDŹ NIEGRZECZNY, ALBERCIE.
- Zwłaszcza, że owsianka to nie musli – wtrąciła Susan, równie uprzejmie jak starzec.
SUSAN, TO NIEŁADNIE TAK WYBRZYDZAĆ. WIESZ PRZECIEŻ, ŻE ALBERT STARA SIĘ JAK MOŻE.
Wyłączając ten jego duży i potężny głos, Śmierć zabrzmiał prawie jak zwykły dziadek, karcący wnuczkę za jej złe maniery. Żadnej wściekłości, tylko łagodne upomnienie. Susan poczuła się trochę zawstydzona. Przypomniała sobie, że przecież bardzo cieszyła się na przyjazd tutaj. I na pewno jej dziadek także, być może bardziej, niż ona.
Popatrzyła na starego sługę. On też wydawał się skruszony.
- Przepraszam, Albercie.
On również ją przeprosił, choć raczej niechętnie. Widać było, że zrobił to tylko z powodu swego pana.
Obiad przebiegał bardzo spokojnie. Susan od czasu do czasu spoglądała na dziadka. Był milczący, bo choć raz czy dwa zapytał ją o to, jak minął jej rok szkolny (pomijając oczywiście to, że w którymś momencie musiała opuścić internat, aby zająć miejsce Śmierci), to i tak reagował na odpowiedzi z nikłym zainteresowaniem. Jakby jego umysł zajęty był czymś innym. Susan wiedziała, że jest to coś, co go bardzo martwiło. I napawało ją to wściekłością. Musiała w końcu spytać. Musiała się dowiedzieć.
Układała sobie w głowie to, co zamierzała powiedzieć. Nie chciała, żeby to go uraziło, ale jednocześnie gotowa była napierać na niego, dopóki nie odpowie. Musiała być jednocześnie stanowcza i finezyjna.
Postanowiła przystąpić do dzieła, kiedy dziadek właśnie konsumował ostatni kęs bekonu. Zwróciła się do niego całym ciałem, położyła ręce na kolanach i powiedziała:
- Dziadku…
Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
TAK, SUSAN?
I nagle straciła nieco rezonu. Przez chwilę miała trudności z przypomnieniem sobie, co chciała powiedzieć, a wpatrujące się w nią niebieskie ogniki tylko utrudniały jej zadanie. Ale zaraz wzięła się w garść. Tak, to prawda – siedziała przed nią antropomorficzna personifikacja śmierci, ale tak się składało, że ta antropomorficzna personifikacja była też jej dziadkiem. Nie było się o co martwić.
- Ekhm… – odchrząknęła i przeszła wreszcie do sedna sprawy: – Odkąd tutaj przyjechałam, trudno mi nie zauważyć, że… – jej wzrok powędrował na ziemię, aby zaraz znów skierować się na Śmierci – że coś cię trapi, dziadku.
NAPRAWDĘ? WYDAJE CI SIĘ.
- Nie męcz pana, Susan – skarcił ją Albert. – Ma ciężki dzień.
Śmierć spojrzał na niego i twarz starca natychmiast wykrzywił wyraz zakłopotania, jakby powiedział coś nieodpowiedniego.
- Za dużo pracy? – spytała domyślnie Susan.
O, TAK, TAK. PRACA, odparł pośpiesznie Śmierć. WIESZ JAK TO JEST, SUSAN… PODRÓŻ Z JEDNEGO KOŃCA ŚWIATA NA DRUGI… MĘCZĄCY KLIENCI… TAKIE TAM.
Susan nie musiała być telepatką, aby wiedzieć, że kłamie.
Chciała spojrzeć na niego łagodnym wzrokiem i powiedzieć: „Dziadku, naprawdę wyglądasz, jakby zdarzyło się coś złego.” Chciała przekonywać go dalej, aby się otworzył. W końcu byli rodziną. Powinni sobie ufać i w ogóle…
Ale zanim do tego doszła; zanim Albert zdążył zebrać ich naczynia; zanim zakłopotanie Śmierci osiągnęłoby wyższe stadium, nagle stało się coś innego. Powietrze się naelektryzowało i zgęstniało, a wokół siedzącego na krześle Śmierci pojawiło się nagle jasne światło.
O, NIE…
Spojrzał na Susan. Oboje wiedzieli, co się dzieje. Oboje mieli z tym styczność. Ale tym razem jego niebieskie oczy wyrażały coś, czego nigdy wcześniej nie widziała – obawę.
Coś zabrzęczało. W powietrzu rozniósł się zapach rozgrzanej cyny. Powietrze i światło sprawiały, że coraz trudniej było go widać, a na dodatek Śmierć zaczął wirować wokół własnej osi.
NIE! Wołał. NIE, TO ZA WCZEŚNIE!
Próbował się wyrwać, widziała to, mimo że jej dziadek stał się nagle smugą światła i powietrza. Jednak jakaś jego część zmuszała go do posłuszeństwa. Susan chciała mu pomóc i nawet wyciągnęła do niego rękę, ale w całym tym zamieszaniu nie była w stanie określić, co jest czym. Niebawem było już za późno na jakiekolwiek kroki. Śmierć bowiem zniknął, pozostawiając po sobie tylko puste krzesło.
Tak naprawdę walczył jeszcze przez kilka sekund, a potem zdał sobie sprawę z tego, tak szybkie wezwanie może okazać się owocne. Ostatecznie pozna włamywacza, a to mogło dać mu jakie takie pojęcie o tym, kim on jest i do czego jest zdolny. Dlatego pozwolił sobie pójść w kierunku bramy, która prowadziła do tego, który odprawiał właśnie rytuał AshkEnte.

3 komentarze:

  1. Vimes :D Jak miło go widzieć.
    Muszę przyznać, że jakoś bardziej mi się podoba Twoja wersja Susan - sympatyczniejsza się wydaje. ;)
    A akcja się fajnie rozkręca, wiec czekam niecierpliwie na dalszy ciąg. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prawda, gotowy mam jeszcze tylko jeden rozdział, ale ostatnio nawet chciałam spróbować kontynuować tego fika.

      Usuń
    2. Spróbuj :D Opowiadanie jest świetne i aż szkoda by się tak szybko skończyło.

      Usuń