środa, 25 marca 2015

Krótka notka o "postgeekizmie"

O co chodzi? Podobno wszystko zaczęło się od notki inauguracyjnej niejakiego Marcina Zwierzchowskiego, na którą niejaki Michał Radomił Wiśniewski odpowiedział w tym wpisie, wygłaszając opinię, że obecnie panuje "postgeekizm" - postrzeganie popkultury powierzchownie, bez wczytywania się w to, co dane dzieło chce powiedzieć. Wkrótce potem Mistycyzm popkulturowy wprowadził własną, w sumie podobną perspektywę, tymczasem Rusty Angel stanęła po przeciwnej stronie dyskusji.
 
Jako że (teoretycznie) Planeta Kapeluszy jest blogiem o fanostwie, doszłam do wniosku, że powinnam się tej sprawie przyjrzeć i wypowiedzieć na temat "postgeekizmu".

Zacznę może od tego, że należę do osób, które prędzej czy później przystępują do analizowania filmu, książki, gry itd., którym się akurat jarają. Doszukuję się nawiązań do innych dzieł kultury (tak wysokiej, jak i niskiej); drugiego dna, studium postaci i tym podobnych rzeczy. Jeżeli czytaliście którykolwiek z moich artykułów, na pewno to zauważyliście.
 
I wiem, że nie jestem jedyna, bo w trakcie mojej krótkiej przygody z tumblrem znalazłam takie opinie jak:

- przywódca Hunów z Mulan, po odkryciu, że jest ona kobietą, nie zdziwił się tym, ponieważ wśród Hunów istniała równość płciowa;
 
- scena, w której Killiemu wydaje się, że przywidziała mu się Tauriel, świadczy o jego niskiej samoocenie, ponieważ jest on krasnoludem pozbawionym brody;
 
- scena w bufecie w Agent Carter i to jak Peggy reaguje na kradnące jedzenie koleżanki przedstawia dwa różne doświadczenia - brytyjskie i amerykańskie - związane z niedostatkiem w czasach drugiej wojny światowej.
 
Tak więc nie, panowie - analityczne zdolności fanów nie umarły. Mają się całkiem dobrze.
 
Właściwie co oznacza ów termin "postgeekizm"? Jak dla mnie brzmi to trochę tak jakby to była jakaś postmodernistyczna koncepcja. "Kultura geekowa umarła. Teraz nadszedł postgeekizm." Rozumiem, że postgeekizm oznacza jakąś degenerację intelektualną, ponieważ dzisiejsi fani interesują się memami i gifami; ponieważ podchodzą bardziej emocjonalnie czy nawet powierzchownie do danego dzieła, zamiast wczytywać się w idee przezeń prezentowane.
 
Zacznijmy może od tego, że sztuka operuje głównie na emocjach - przemawia do naszych uczuć i wrażeń estetycznych. To nie oznacza, że wyłącza myślenie, wręcz przeciwnie - myślimy, jednocześnie czując. Czasem jednak oglądamy/czytamy/gramy w coś, bo szukamy zabawy, czegoś do "odmóżdżenia się". Chcemy się pośmiać z dialogów, zachwycić aktorami i aktorkami, porozczulać nad uroczymi stworzonkami.
 
Zawsze tak było, nawet w czasach przed internetem. Ludzie wzdychali do aktorów i fikcyjnych postaci, chodzili na kabarety, oglądali filmy i potem jarali się efektami specjalnymi. Głębsze refleksje przychodziły potem. I tak jest też teraz. To żaden "postgeekizm". To po prostu jeden z aspektów geekostwa, tak jak analizowanie danego dzieła pod kątem drugiego dna.

4 komentarze:

  1. Przeczytałam większość wpisów traktujących o postgeekiźmie i w sumie zgadzam się z tym co napisała Rusty Angel. Obecne pokolenie geeków wychowało się w nieco innych warunkach i dlatego nieco inaczej odbiera popkulturę. I tyle.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe. Ale podlinkowane artykuły mnie trochę zdołowały, wykazując że jestem stara i nie rozumiem młodych. :P
    Z jednej strony to ja mam wrażenie, że cały świat głupieje, ale jak to pisał Wells, to nasza nieunikniona przyszłość.
    Z drugiej kwestia jednak tych pokoleń. Patrzenie krytycznie na dzieciaki i z czterech liter wzięty postgeekizm to bzdura. Bo jednak jak my byliśmy w ich wieku to czy nie byliśmy szurniętymi fanami wzdychającymi do postaci itp? Bez sensu jak dla mnie.
    Z trzeciej nie można się nie wkurzyć jak się patrzy na rebooty. Tutaj sztandarowy przykład - Star Trek. Kiedyś coś niesamowitego i z przekazem, dzisiaj mamy star trekowe rebooty, gdzie zamiast przekazu mamy chamstwo i bucerę...
    A z czwartej, jak dla mnie to Twoja opinia na tle tych przytoczonych jest najzdrowsza. Na własnym przykładzie wiem, że jakbym czasem nie podchodziła do filmów/książek/seriali luźno i dla zabawy to prawie nic bym nie oglądała, bo poczucie poprawności naukowej zepsułoby mi prawie wszystko.
    Więc po co Ci ludzie toczą o to dyskusje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja rebooty lubię... ale to ma też związek z tym, że dla mnie Star Trek i jego załoga z lat 60-tych były jedynie słusznym Star Trekiem (nigdy nie ruszyłam Next Generation i spółki, chociaż Voyagera akurat chciałam), więc oglądanie młodszych wersji Kirka, Spocka i reszty było dla mnie jednym wielki fangazmem.

      Usuń
    2. Dla mnie istnieje oryginalna seria i Next Generation, do reszty się zabrać nie mogę, choć chciałabym zobaczyć kiedyś Deep Space 9 ;)
      Taaa... Tylko robić z cudownego kapitana Kirka chamskiego, przygłupiego gimbusa to "lekka" przesada. Tak jak rozemocjonowany Spock czy Emo-Khan. W sumie tylko Bones i Scotty mają coś wspólnego z Bonesem i Scottym. Należę raczej do tej grupy fanów co by Abramsa spalili na stosie za bezczeszczenie postaci kapitana Kirka. Mnie ten ichniejszy kapitan Jerk boli. Odmładzanie - ok. Mam wielki niedosyt Star Treka z lat 60, pomysł na młodsze wersje jest nawet fajny, ale niech to będą młodsze wersje bohaterów, a nie jakieś karykatury, które łączy z oryginałem tylko imię. Może jakby wymienili Kirk, reżysera i scenarzystę na takich co obejrzeli chociaż jeden odcinek oryginału to może by coś z tego wyszło...
      W sumie sorki, że się tak rozpisałam. Pamiętam jak kiedyś krytykowałam takich fanów-konserwatystów, a teraz sama jestem takim fanem. Hahaha to znak, że jestem już za stara xD

      Usuń