czwartek, 8 stycznia 2015

Top 10 moich najlepszych fanfików

Rok temu postanowiłam, że tegoroczny post urodzinowy będzie dotyczył mojej twórczości fanfikowej; że pochwalę się Wam fikami, z których jestem najbardziej dumna. Zadanie wybrania dziesięciu najlepszych fików spośród tych kilkudziesięciu zamieszczonych na Polskiej Bazie Fanfiction i fanfiction.net okazało się jednak trudne, bo tak naprawdę z całkiem sporo swoich fanfikowych wypocin jestem bardzo dumna z powodu wysiłku jaki weń włożyłam, końcowego efektu i mojego osobistego doń stosunku. Z samych fików do Hetalii mogłabym ułożyć oddzielną listę (być może nawet kiedyś to zrobię), toteż postanowiłam kierować się następującymi kryteriami: Po pierwsze – jeden fanfik na fandom; po drugie – musi tam być scena lub dialog, który lubię czasem sobie poczytać (mam taki ździebko egocentryczny zwyczaj czytania fragmentów własnych tekstów, nic na to nie poradzę) i po trzecie – musi to być coś, nad czym długo pracowałam.

Z mojego długiego rozmyślania zaś powstała ta mała, dziesięciopunktowa lista, która, mam nadzieję, przypadnie Wam do gustu. Postaram się nie powtarzać, zwłaszcza, że wiele zamieszczonych tu pozycji opatrzyłam słowem wstępnym na tym blogu albo wspomniałam o nich w Ze wspomnień fana… Tak czy inaczej, zapraszam, bo nie ma to jak egocentryczny pisarz nawijający o własnych tekstach.

Miejsce dziesiąte: Thief’s shame (Strażnicy Galaktyki)
Jak już wspominałam tutaj, Thief’s shame powstał dzięki jednoczęściówce Of father figures. Owa jednoczęściówka była moją próbą analizy relacji między Peterem Quillem i przywódcą Ravagersów, Yondu Udontą. Pisząc Of father figures, od razu wiedziałam, że wspomnę o sytuacji, w której przyszły Star-Lord zostałby porwany i Yondu przyszedłby, aby go uratować, jednakże kiedy już ten oneshot został napisany i zamieszczony na fanfiction.net, czułam, że nie wykorzystałam tego pomysłu w pełni, dlatego zapytałam ludzi, czy chcieliby przeczytać fanfika właśnie o porwaniu małego Petera Quilla. Reakcje były w miarę pozytywne i tak oto niebawem wzięłam się za pracę nad Thief’s shame, w którym szef mafii z Xandaru, Phalbar, „kradnie” Petera, aby wymusić na Yondu zwrócenie rzeczy, którą Centaurianin mu kiedyś wykradł.

Mimo że Of father figures poniekąd spoilerowało zakończenie Thief’s shame, sam fanfik był w stanie utrzymać czytelnika w napięciu. Była to zasługa z jednej strony tej wielkiej tajemnicy: „Co takiego ukradł Yondu, że Phalbar porwał Petera?”; a z drugiej samego czarnego charaktera. Nie ukrywam, Phalbar jest trochę sztampowy – to w końcu wyrachowany, wyrafinowany manipulator, traktujący wszystkich przedmiotowo (i Peter tak go postrzega, a Yondu nawet mówi o tym naszemu antagoniście) – niemniej jednak jest to psychopata, więżący małego chłopca; psychopata, który nie cofnie się przed niczym, aby dostać to, czego chce. To prawda, niektórzy czytelnicy mogli wiedzieć jak cała sytuacja się skończy, ale to była sytuacja, w której Petera przetrzymywał człowiek bezwzględny i pozbawiony sumienia, a więc czekając na ratunek, chłopiec nadal mógł doznać jakiejś krzywdy.

Zresztą, najlepszy (moim zdaniem) rozdział w całym Thief’s shame nosi tytuł Alone with the psycho i przedstawia scenę, w której Peter i Phalbar zostają sami. Peter, chcąc udzielić swoim wybawcom wsparcia, próbuje dowiedzieć się czegoś na temat miejsca, w którym się znajduje, toteż proponuje Phalbarowi pewną grę – każdy z nich będzie mógł zadać pytanie, na które drugi musi szczerze odpowiedzieć. Yondu słyszy całą konwersację przez pluskwę, tak więc zdaje sobie sprawę z pewnych rzeczy, chociaż, na przykład, tego, czy Peter jest przerażony, tylko się domyśla. Tak więc Peter zadaje swoje, bardziej praktyczne, pytania, podczas gdy Phalbar robi mu Wykład Hannibala i próbuje sprawić, że morale chłopca nieco podupadnie. Jestem dumna z tego, jak ten rozdział został rozegrany.
Bardzo dobrze wyszedł też przedostatni rozdział, w którym Peter Quill zostaje wreszcie uratowany, chociażby z powodu rozmów między Yondu a Phalbarem (Phalbar próbuje gierek umysłowych z Yondu, a Centaurianin stara się je odeprzeć); a także rozdział ostatni, gdzie wreszcie wychodzi na jaw, co takiego ukradł Yondu, że Phalbar chciał to odzyskać w zamian za Petera.

Zastanawiałam się czy motywu z porwaniem dziecięcego bohatera nie powtórzyć w fanfikach do The Flash i Gotham, z tym, że zakładałam, że mały Barry Allen zostanie wzięty za zakładnika przez zdesperowanego bandytę, a mały Bruce Wayne – po prostu porwany dla okupu. Nie chciałam, aby porywaczami obu chłopców był przypominający Phalbara wyrachowany psychopata. Jak dotąd wszystko pozostaje w sferze rozważań, ale kto wie, czy kiedyś nie uda mi się czegoś z tym zrobić.

Miejsce dziewiąte: Opowieści hermesowe (Herkules)
Opowieści hermesowe napisałam po odkryciu, że na podstawie disnejowskiego Herkulesa powstał serial animowany. Opowieści hermesowe w założeniu miały być raczej lekkie, łatwe i przyjemne, a jednocześnie nawiązywać i do mitologii, i do kultury antycznej w ogóle. Ba! – tu i tam udało mi się nawiązać do mojej dziedziny, czyli filozofii (zwłaszcza w Problemie z Kritiaszem). Zaś głównym bohaterem miał być mój ukochany grecki bóg, czyli Hermes.

Z czasem jednak Opowieści hermesowe poszły w tak dziwnym kierunku, że poza humorem, nawiązaniami do antyku i ogólnego lekkiego tonu, trafiały się tam również elementy dramatyczne. Już pierwsze dwa opowiadania dotyczą sytuacji, w której Hermes postanawia zrobić sobie dzień wolny, bo nie czuje się doceniany; i o tym, jak potem zostaje ukarany za porzucenie swoich obowiązków. A potem mamy, między innymi, nawiązanie do wygnania Hermesa po kradzieży pioruna (chciałam ten wątek kontynuować w którymś z przyszłych opowiadań, ale weny zabrakło), retrospekcję o tym jak Hermes podarował Apollinowi lirę, a ten w zamian dał mu kaduceusz; pojawienie się Hermafrodyta, czyli syna Hermesa; a także pojedynek Marsjasza z Apollinem.

Właśnie opowiadanie Marsjasz uważam za najlepsze z całego zbioru. We wcześniejszych opowiadaniach relacje między Hermesem i Apollinem zarysowały się w taki sposób, że obaj bogowie byli nie tylko braćmi, ale i najlepszymi przyjaciółmi, którzy lubią spędzać razem czas i którzy wiele razem przeszli. I tak oto pewnego dnia Apollo zostaje wyzwany na pojedynek przed satyra, który twierdzi, że jego własnej konstrukcji instrument jest lepszy niż lira. Apollo dostał lirę od Hermesa, który sam ją skonstruował, jednak bóg złodziei rzadko kiedy ma okazję jej słuchać, bo jest zawalony robotą. Tak więc bóg sztuki chce z jednej strony pokonać Marsjasza w pojedynku i go potem oskórować, a z drugiej – pokazać swojemu bratu jaką wspaniałą rzecz stworzył.

Marsjasz jest moim najlepszym opowiadaniem z Opowieści hermesowych z dwóch powodów. Po pierwsze – wydarzenia w Lirze, krowach i kaduceuszu, gdzie opisane jest powstanie liry i pierwsze spotkanie między oboma braćmi, zyskują nowego znaczenia w Marsjaszu, gdzie Hermes nie tylko ma rzadką okazję wysłuchać swego wynalazku, ale też zdaje sobie sprawę z tego, co zamierza zrobić jego brat i to go niepokoi. Stąd jedna z moich najlepszych scen – mowa Hermesa do Apollina. Po drugie – jak już wielokrotnie wspominałam, musiałam opisać dźwięki aulosa i liry. Musiałam opisać nie tylko to, jak oba te instrumenty brzmią i jak się od siebie różnią, ale też to, jakie uczucia wzbudzają w słuchaczu. Wydaje mi się, że udało mi się to zrobić całkiem nieźle.

Zanim moja wena do Opowieści hermesowych się skończyła, planowałam w bliżej nieokreślonej przyszłości kilka rzeczy, między innymi: opis filmowej bitwy o Olimp z punktu widzenia Hermesa; Hermesa oskarżonego o kradzież i Atenę próbującą dowieźć jego niewinności; a w końcu Hermesa broniącego Hermafrodyta przed lwem, którego spotkał na swoim wygnaniu. Pewna wizja do Opowieści hermesowych zainspirowała mnie do pewnego dzieła autorskiego, które czeka na realizację, jak tylko odwiedzę Grecję (powiem tylko, że jest to coś połączonego z innym moim dziełem autorskim, Tysiącem żywotów Seta).

Miejsce ósme: Jaki ojciec taki…(Avengers)
O mojej starkomanii na punkcie ojca Iron Mana już Wam wielokrotnie opowiadałam. I też Jaki ojciec, taki… powstał niejako z mojego pragnienia napisania czegoś z Howardem Starkiem z Kapitana Ameryki: Pierwszego Starcia. Po jakimś czasie zaczął mi w głowie kiełkować pomysł na fanfika, w którym młody Howard przenosi się do naszych czasów, z tym, że pierwotnie miał tam jeszcze występować wątek jakiegoś podróżującego w czasie złoczyńcy, pragnącego pozbyć się Iron Mana i dlatego próbującego zabić jego ojca. Ponadto marzyła mi się scena, w której Howard wspomagałby Mścicieli, pilotując samolot. Ostatecznie jednak postanowiłam skupić się na samej sytuacji, w której młody Howard Stark znajduje się w naszych czasach i co w związku z tym czują i myślą ludzie, którzy mieli z nim styczność. Z kolei motyw ludzi podróżujących w czasie w celu zabicia ojca Iron Mana pojawił się w sequelu Jakiego ojca, takiego…, czyli Jabłoni (jeśli zaś chodzi o scenę z samolotem, wciąż czeka na realizację). Nie przeczę też, że wrzucenie Howarda z lat czterdziestych do fika było z mojej strony takim małym autofanserwisem (co ja poradzę, że Dominic Cooper jest gorący w tych trzyczęściowych garniturach?).

Z jednej strony Jaki ojciec, taki… jest fanfikiem, w którym dużą rolę odgrywają relacje między Howardem Starkiem a innymi postaciami – wiecznie żyjącym w jego cieniu synem, przyjacielem z czasów wojny, współtwórcą TARCZY, a także ludźmi, którzy nie znali Howarda za życia, ale słyszeli o nim coś niecoś. Właściwie to najlepsze sceny w Jaki ojciec, taki…, to rozmowa Howarda z Kapitanem Ameryką (to nagłe zapewnianie, że starszy ze Starków szukał Steve’a wszędzie, ale nie mógł znaleźć, i odpowiedź Kapitana, że być może nie było przeznaczeniem Howarda go znaleźć), rozmyślania Fury’ego o relacjach Starków i o tym, że pamiętał twórcę reaktora łukowego w późniejszych czasów, kiedy był już trochę sterany życiem, podczas gdy mężczyzna sprowadzony z przeszłości miał całe życie przed sobą; spotkanie Howarda i Pepper, a w końcu rozmowa, którą Howard i Tony Stark przeprowadzają, kiedy starszy z nich wreszcie wyrwał się ze swojego więzienia.

Z drugiej strony to mój pierwszy fanfik (nie licząc tych do Powrotu do przyszłości), w którym pojawia się motyw podróży w czasie i w którym musiałam zastanowić się nad takimi rzeczami jak sposób działania wehikułu czasu i efektu zmian w czasoprzestrzeni (na przykład pomysł ze zmianami pojawiającymi się po pięciu godzinach, był właśnie wynikiem moich długich rozmyślań nad tym, jak mają w tym fiku działać podróże w czasie); a także nad tym jak ma zachowywać się ktoś osadzony w innej epoce, niż on sam (to, że Howard bierze Tony’ego i Bruce’a Bannera za radzieckich szpiegów). Sam fakt, że po byciu zamkniętym z dala od bodźców, które mogłyby mu coś powiedzieć o przyszłości, Howard próbuje się jakoś wydostać i dowiedzieć się jak najwięcej, daje spore pole do popisu. Oto genialny wynalazca, człowiek, który stworzył reaktor łukowy, jest zamknięty w czterech ścianach, ale jest również zdeterminowany, aby dowiedzieć się czegoś o przyszłości. Oczywiście będzie się próbował wydostać, używając sprytu.

Obecnie, jak już wiecie, jestem w trakcie pisania Jabłoni (zabawny fakt: niedawno dowiedziałam się, że istnieje fanfik o tym samym tytule, ale do Harry’ego Pottera i z pairingiem SnapexHarry), jednak czekam aż nawenią mnie Agent Carter i Avengers: Age of Ultron. Wiele razy zastanawiałam też nad stworzeniem takiej małej trylogii, chociaż pomysły na trzecią część wahają się między Howardem przeniesionym w daleką przyszłość a Howardem zmuszonym chronić nowonarodzonego Tony’ego przed zabójcami. Może jednak uda mi się zamieścić w niej scenę z Tatą Starkiem pilotującym samolot.

Miejsce siódme: Gloomy Sunday (Axis Powers Hetalia)
Gloomy Sunday zostało zainspirowane którymś z kolei fanfikiem, w którym Włochy Południowe ma myśli samobójcze i Hiszpania musi go pocieszać. Czytając go, pomyślałam sobie: „A co by było, gdyby to właśnie Hiszpania chciał się zabić?” Potem dowiedziałam się o Gloomy Sunday, czyli Węgierskiej Piosence Samobójców i o jej historii, i tak oto miałam już wyklarowany pomysł na fanfik, w którym Antonio Fernandez Corriedo chce umrzeć. Jest to mój trzeci fanfik, w którym tematem są myśli samobójcze, i czwarty, w którym pojawia się scena w kościele.

Ponadto jest to fanfik, w którym zawarłam kilka moich własnych doświadczeń z myślami samobójczymi. Nie wszystko, co tam opisałam, zdarzyło się również mnie (uległam bowiem durnej modzie i napisałam, że angstujący Antonio się ciął… no i nigdy nie odważyłam się, aby jednak spróbować popełnić samobójstwo, co Hiszpanii w Gloomy Sunday się jednak zdarzyło), ale na przykład starałam się oddać nastrój, w którym tkwiłam przez kilka miesięcy – kiedy wszystko dookoła mnie przygnębiało, każdy ostry przedmiot kusił mnie, abym coś sobie zrobiła, a myśl o śmierci wciąż mnie nie opuszczała. Poza tym scena w kościele zawiera sytuację z mojego własnego życia, kiedy tym, co pomogło mi się jakoś pozbierać, był werset z Nowego Testamentu… Dobra, porzućmy już ten temat i powróćmy do samego fanfika.

Gloomy Sunday różniła się od moich pozostałych dwóch fików o samobójstwie tym, że Antonio właściwie chciał, aby jego cierpienie było dostrzeżone. W pozostałych dwóch fikach bohaterowie nie szukali pomocy (choć jeden z nich zawahał się przed wypiciem trucizny). Ze wszystkich trzech jest też moim najlepiej obmyślonym i najbardziej dobitnym fanfikiem o myślach samobójczych, zwłaszcza, że Hiszpania nie pozbywa się tych myśli, kiedy tylko zostaje odratowany przez Prusy, Francję i Włochy Południowe. Myśli o śmierci towarzyszą mu przez cały czas, również za sprawą tytułowej piosenki.

Jest w tym fiku nawet taka scena, w której Hiszpania budzi się późno w nocy. Chodzi w ciemności po domu, słysząc w swojej głowie Gloomy Sunday i powoli, powoli zbliża się do szafki, gdzie przechowuje broń. Lubię tę scenę, bo jest bardzo introspektywna i buduje napięcie. Jeśli chodzi o inne dobre sceny w tym fiku, opierają się one właściwie na relacjach Hiszpanii z innymi ludźmi – z trójką przyjaciół, która postanawia pomóc mu się jakoś pozbierać; z Austrią, który przychodzi do szpitala, aby dowiedzieć się, co takiego popchnęło Hiszpanię do jego desperackiego czynu; z przypadkowymi postaciami, które przyszły Antonia pocieszyć, chociaż nieudolnie… I chodzi mi tu zarówno o dialogi między poszczególnymi bohaterami, jak i o przeżycia wewnętrzne, które im towarzyszą.

Gloomy Sunday kończy się na rozdziale ze sceną w kościele, ale gdybym jeszcze miała wenę, opisałabym powolny powrót Hiszpanii do zdrowia psychicznego. Niestety, pozostał to jeden z tych fików, których prawdopodobnie nigdy nie dokończę.

Miejsce szóste: I hope you will die a long and painful death (Megamocny)
Ten tytuł brzmi bardzo sympatycznie i przyjaźnie, wiem. Fabuła fanfika jest w mniej więcej podobnym klimacie… przynajmniej na początku. I hope you will die a long and painful death powstał z mojego pragnienia napisania czegoś z Minionem i Metro Manem... czegoś, co mnie samą doprowadziłoby do płaczu. Po jakimś czasie wymyśliłam coś takiego: jeszcze w czasach, kiedy Megamocny zajmował się przestępczością, po kolejnej porażce ze swoim nemezis, Metro Manem, upadł na duchu tak bardzo, że wyznał Minionowi, iż chce umrzeć. To przeraziło i oburzyło Miniona tak bardzo, że postanowił napisać do Metro Mana gniewny list. Nie został on wysłany, a do tego następnego dnia Megamocnemu poprawił się nastrój, ale lata później, kiedy obaj byli superzłoczyńcy robili porządki w swojej tajnej bazie, Roxanne Ritchi odnajduje list i (nie znając jego treści) postanawia go dostarczyć do byłego superbohatera. Wkrótce Roxanne, Megamocny i Metro Man poznają treści listu i w każdym z nich wywołuje ona inne reakcje. Co więcej, w Minionie budzą się stare uczucia do Metro Mana i ma trudności z wybaczeniem mu jego dawnych uczynków.

Jestem szczególnie dumna z dwóch rzeczy w tym fanfiku. Po pierwsze – ze sceny, w której Metro Man zaprasza do siebie Miniona i przeprowadza z nim rozmowę na temat listu. Podczas tej rozmowy wychodzą na jaw różne rzeczy związane z tym, jak Minion czuł się przez te wszystkie lata, kiedy jego podopieczny był odtrącany przez rówieśników i karany przez nauczycieli za rzeczy, które po prostu poszły źle, ale nie wynikały z jego złych intencji. Przy okazji Metro Man zdaje sobie sprawę z własnej ignorancji (tak, to jeden z tych fików, w których były bohater Metrocity przeżywa epifanię odnośnie swojego wkładu w kiepskie dzieciństwo Megamocnego) i prosi Miniona o przebaczenie, jednak tamten mu go nie udziela. Po drugie – jakiś czas po tej rozmowie Metro Man pisze własny list, w którym odpowiada na to, czego się dowiedział od Miniona. I tak jak poprzedni list, tak i ten jest czytany przez więcej niż jedną osobę, a i jego konsekwencje są nieco inne. W ogóle list Metro Mana jest bardzo ciepłym i głębokim tekstem, z małym nawiązaniem do Traktatu o przyjaźni Elreda z Rievauxa, a konkretnie – cytatem: „Czy myślisz, że istnieje jakiś śmiertelnik, który nie chce być kochany?”.

Generalnie I hope you will die a long and painful death jest moim drugim fanfikiem poruszającym temat przebaczenia. Osobiście uważam, że ten pierwszy – Forgiveness do fandomu Hetalii – porusza go lepiej, jednak I hope you will die… udaje się przekazać to, co najważniejsze – że przebaczenie jest procesem i, żeby zaistnieć, jedna strona musi być gotowa do proszenia o przebaczenie, a druga – do przyjęcia go. A i tak trzeba do tego sporo czasu, pracy i dobrej woli.

Miejsce piąte: Pękający lód (Sherlock)
Jak już kiedyś wspominałam, jestem świadoma wielu niedociągnięć Pękającego lodu, ale jestem też dumna ze sposobu w jaki Mycroft Holmes jest psychicznie torturowany w tym fanfiku. Nie chodzi tylko o anonimy, które Mycroft dostaje, ale też o to, co przeżywa i co mu się śni. Widzicie, ten fik powstał jakiś czas po tym, jak obejrzałam Reichenbach’s Fall i przeglądając fanfiction.net, odkryłam, że większość Post-Reichenbachowskich fanfików skupia się raczej na Johnie Watsonie i jego żałobie po Sherlocku. A przecież Mycroft, brat detektywa, też na pewno musiał go opłakiwać, zwłaszcza, że poniekąd sam się przyczynił do jego upadku. Dlatego doszłam do wniosku, że powinnam napisać fanfika właśnie o Mycrofcie po śmierci Sherlocka. Chciałam też, aby to był kryminał, w którym starszy z braci Holmes byłby detektywem, toteż dodałam wątek anonimów.

Jeśli chodzi o anonimy, to wiedziałam, że niektóre rzeczy na pewno będą miały miejsce. Fragment z Biblii o Kainie i Ablu był niemalże obowiązkowy, a Makbet, jako straszak, miał pojawić się w innym fiku (fragmentami z Makbeta, w tym: „Glamis sen zmorzył, przeto Kawdor nie zaśnie; Makbet nigdy już nie zaśnie.”, miał być straszony… Sknerus McKwacz), jednak potem zabrakło mi pomysłów. Potrzebowałam nawiązań do bratobójstwa, toteż zapytałam o to na Polskiej Bazie Fanfiction i zaproponowano mi m. in. Antygonę (ze względu na konflikt między Polinikiem i Eteoklesem). Jeśli chodzi o Bratję, to wahałam się, czy ją uwzględnić, potem jednak doszłam do wniosku, że pasuje do ogólnej tematyki bardzo dobrze.

Jednak Mycroft w Pękającym lodzie jest torturowany również przez własną podświadomość. Ma trzy sny, każdy w mniejszym lub większym stopniu oskarżający go o to, że przyczynił się do śmierci Sherlocka, a przy tym wywołujący u niego niechciane uczucia (w zasadzie mogłabym napisać oddzielny artykuł o tym, jak wyglądają i co oznaczają marzenia senne w niektórych moich fikach). To zaś nie sprzyja jego żałobie, bo Mycroft stara się (ze względu na pracę) zachować pozory, że jest opanowany, i odwleka moment, w którym wreszcie zacznie opłakiwać brata.

Ten moment wreszcie przychodzi i scena na dachu Barts, w której Mycroft daje upust emocjom, jest jedną z najlepszych w całym Pękającym lodzie. Pozostałe to: scena konfrontacji Mycrofta z prześladowcą i właściwie cały ostatni rozdział, ze względu na dialogi. Jestem też niesamowicie dumna z tego, jak wyszło spotkanie Mycrofta z Irene Adlter; i z tego cytatu: „I jak lód, jeśli cię rozgrzać, to zaczniesz topnieć, a kiedy uderzyć w odpowiednie miejsce, zaczniesz pękać.”

Miejsce czwarte: Jego dziedzictwo (Powrót do przyszłości)
Jego dziedzictwo to fanfik, z którego jestem dumna z powodu pracy, jaką przy nim wykonałam. Aby odpowiednio opisać pobyt Klary Clayton-Brown w 1917 i jej spotkanie z rodziną męża, musiałam najpierw dowiedzieć się czegoś o sytuacji niemieckich imigrantów w Ameryce z czasów pierwszej wojny światowej; potem wyobrazić sobie jak wyglądałby słynny plac Hill Valley w tym właśnie okresie historycznym, dojść jak wyglądały wtedy lodziarnie i jak podawano lody; opisać plakat propagandowy, a w końcu przypomnieć sobie niemiecki do sceny dialogu między Erhardtem Brownem a wujkiem Oliverem.

I właśnie z tej sceny jestem najbardziej dumna. W końcu cały fik miał być takim odniesieniem do niemieckiego pochodzenia doktora Browna, do tego, że jego ojciec musiał wyprzeć się własnej kultury, aby móc żyć normalnie ze swoją rodziną w obcym kraju; że mimo to patrzono na Brownów krzywo i że nieraz spotykali się oni z wrogością wobec Niemców. Co więcej – pierwotnie chciałam też nawiązać do linczu na Robercie Pragerze w 1918 roku (Erhardt albo William McFly mieli wspomnieć, że doszło do tego incydentu), jednak zależało mi, aby z jednej strony Klara przeniosła się do czasów, kiedy jej mąż miał zaledwie trzy lata, a z drugiej – aby koniec wojny jednak nie był zbyt blisko.

Tak czy inaczej, pod sam koniec Jego dziedzictwa Klara płacze nad tym, że jedyną rzeczą, która łączy Emmetta Browna z krajem przodków, to niemiecka kołysanka śpiewana pod kompozycję Brahmsa. I zdaje sobie sprawę z tego, jak wielka to tragedia.

Miejsce trzecie: Wyzwanie (Przygody Merlina)
Na tej liście nie mogło zabraknąć Wyzwania, z tej prostej przyczyny, że uważane jest za jeden z moich najlepszych fanfików. Będące połączeniem dwóch pomysłów – Merlina spotykającego banshee; oraz tajemniczego człowieka wyzywającego czarownika na pojedynek – Wyzwanie ma specyficzną atmosferę ciągłego zagrożenia.

Merlinowi przepowiedziano śmierć, ale, dzięki interwencji Gajusza i Artura, los zaoferował mu możliwość wycofania się z pojedynku. Przez cały fanfik młodzieniec zastanawia się, czy to zrobić, czy nie. Nie chce umierać, wie, że ma dużo do zrobienia i wie, że jego śmierć byłaby ciosem dla wielu ludzi… ale z drugiej strony ma przeświadczenie, że powinien stanąć do walki z Trzynastym z Dwunastu, bo tego wymaga od niego jego honor; że tak jak Artur nigdy nie wycofał się z pojedynku, tak i Merlin nie może tego zrobić.

Bardzo lubię sceny, w których Merlin jest targany tym dylematem, a także niektóre dialogi (na przykład rozmowę między Merlinem a Trzynastym z Dwunastu w ostatnim rozdziale), jednak poza tymi bardzo poważnymi elementami powieści, bardzo podoba mi się mały wątek komiczny, który ma miejsce, kiedy Merlin wchodzi do pracowni Gajusza akurat w trakcie przeprowadzania przez medyka sekcji zwłok. Poza tym do dziś jestem dumna z tego, w jaki sposób rozwiązałam problem opisu lamentu banshee. Postanowiłam poszukać jakichś materiałów w Internecie i trafiłam między innymi na zwiastun do Cry Of The Banshee, filmu z 1970 roku. Kiedy usłyszałam tytułowe wycie banshee w tym trailerze, wiedziałam, że to jest to. I opisując scenę bankietu korzystałam z tego filmiku, a za każdym razem, kiedy Merlin słyszał banshee, miałam ten zwiastun w pamięci.

Miejsce drugie: Koniowatość (Lucky Luke)
Powodów, dla których powstała Koniowatość, było wiele. Po pierwsze chciałam napisać wreszcie coś do Lucky Luke’a, po drugie – chciałam, aby to było coś o relacjach między Lukiem a Wesołym Skoczkiem, w końcu po trzecie – chciałam, aby to coś pokazywało, co by było, gdyby Wesołkowi coś się stało. Potem zaczęły przychodzić kolejne pomysły: kulawizna Wesołka, moje dwa OC, czyli Artur McGee i jego koń, Horacy; wreszcie Bob Antagonista i motyw z filozoficznymi rozważaniami nad tytułową koniowatością. Pierwotnie jednak myślałam nad tym, czy by nie zawrzeć w tym fanfiku sceny, w której Wesołek zostaje porwany, a Luke, Artur i Horacy przybywają, aby go uratować. Zrezygnowałam z tego, bo wiedziałam, że nie uda mi się tego dobrze napisać, a i do reszty fika by nie pasował.

W gruncie rzeczy Koniowatość to fanfik refleksyjny, skupiający się na studium postaci i na relacjach między bohaterami. Kurujący się z kulawizny Wesoły Skoczek z jednej strony martwi się o Luke’a, bo uważa, że jest mu potrzebny, z drugiej strony słucha wykładu, który filozofujący kowboj Artur McGee wygłasza w stajni, na temat tego, czy zwierzęta rozróżniają swoich właścicieli spomiędzy innych ludzi. Wesołek dotąd definiował siebie jako konia Lucky Luke’a; jednocześnie narzekał na swój los i uważał, że jest swojemu kowbojowi niezbędny. Ponadto, jeśli przyjrzeć się wielu koniom w Lucky Luke’u, ich osobowości są jakoś związane z tym, gdzie i dla kogo pracują (w samej Koniowatości przytoczyłam kilka przykładów).

Z drugiej strony, ponieważ pisałam wszystko z punktu widzenia właśnie Wesołka, starałam się zachować zarówno jego sarkastyczną naturę, jak i humor z komiksów, tak więc fanfik pełen jest elementów komediowych.

Wyobraźcie sobie, że próbowałam napisać drugą część Koniowatości, a właściwie – napisać, o tym, co robił i jak odczuwał rozłąkę z wiernym rumakiem sam Lucky Luke. W tym fiku pojawia się również Joe Widzący Puchacz, a jak pamiętacie ze słowa wstępnego, Joe Widzący Puchacz miał być towarzyszem Artura McGee w moim autorskim westernie. Aczkolwiek różni się on bardzo od swojej wersji pierwotnej, gdzie był po prostu Indianinem, którego Luke spotkał w trakcie pościgu za Bobem Antagonistą; i który oburzał się, że Luke nie wierzy w jego szamańskie moce (w wersji ostatecznej Joe jest oszustem, sprzedającym bladym twarzom cudowne lekarstwa). Ostatecznie doszłam do wniosku, że Koniowatość jest dobra taka jaka jest – jako jednoczęściówka.

Miejsce pierwsze: Przygody Rudowłosego Shanksa (One Piece)
Powiem szczerze – układając tę listę nie chciałam, aby Przygody… były na pierwszym miejscu. Jednak po głębokim namyśle doszłam do wniosku, że powinny się na nim znaleźć. Już dawno wspominałam, że Przygody Rudowłosego Shanksa, będące sequelem do Wielkiego Spotkania, są fanfikiem, dzięki któremu kształtował się mój styl pisarski; a także jedynym moim fikiem, w którym pojawiają się poszczególne sagi. Poza tym jest to fanfik pełen moich pierwszych razów – pojawiają się tam: pierwsza scena erotyczna, pierwsze sceny batalistyczne, pierwsze headcanony, pierwsze budowanie postaci, o których prawie nic nie wiadomo w dziele macierzystym…

W dodatku gdybym miała napisać o tym, które sceny Przygód Rudowłosego Shanksa uważam za najlepsze i z których jestem najbardziej dumna, musiałabym zrobić całą oddzielną listę. No bo jak mogę porównywać ze sobą scenę operacji Shanksa (operacji, w której uczestniczyli i członkowie załogi Rudowłosego, i Klauna Buggy’ego, i – choć niebezpośrednio – Słomianego Kapelusza…) z więcej jak czterema rozdziałami pojedynków, które tę operację poprzedzały? Albo z rozmową między Shanksem a Monkey D. Dragonem na temat natury rewolucji? Albo z retrospekcją ukazującą egzekucję Gol D. Rogera z punktu widzenia nastoletniego Rudowłosego?

Przygody Rudowłosego Shanksa to mieszanka fluffu, angstu, dramatu i refleksji filozoficznych. Zawarte są w nich relacje między Shanksem a jego załogą, pierwszym oficerem, dawnymi kompanami, a nawet wiceadmirałem Garpem. Poruszane w nich tematy to między innymi: rodzina, przebaczenie, zemsta, władza, inkwizycja i tortury. I choć pisałam tego fanfika, kiedy w One Piece trwała saga Thriller Bark, a potem Impel Down, więc siłą rzeczy znajdą się tam różne niezgodności z kanonem, trudno mi zaprzeczyć, że Przygody Rudowłosego Shanksa zasługują na pierwsze miejsce na tej liście, już poprzez to, że odegrały tak wielką rolę w moim życiu.

I na tym kończę moją małą listę. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was moim małym egocentryzmem. A kot wie – może jednak dowiedzieliście się czegoś interesującego i zapragnęliście coś z tych moich fanfikowych wypocin ruszyć.

1 komentarz:

  1. Uważam, że w top10 nie powinny się znaleźć fanfiki, które nie zostały skończone. A tak poza tym podziwiam cię, że chciało ci się tak wnikliwie to wszystko opisać.

    OdpowiedzUsuń