piątek, 9 stycznia 2015

Recenzja: Endeavour

Jeśli śledzicie tego bloga albo od czasu do czasu zaglądacie na Polską Bazę Fanfiction, być może spotkaliście się już z moją opinią, że najlepsze kryminały (przynajmniej te klasyczne) robią Brytyjczycy. Brytyjczycy potrafią budować interesującą, wielowarstwową intrygę, której rozwiązanie jest zawsze zaskakujące. Dotyczy to zarówno książek, jak i seriali i filmów (Wielka Brytania ma zresztą długą tradycję serialowych adaptacji powieści i opowiadań kryminalnych). Przy czym wspominałam Wam wielokrotnie o tym, że coraz bardziej denerwuje mnie takie nachalne moralizatorstwo kryminałów osadzonych w czasach innych niż współczesne (opowiadania, jak to dawniej było źle, bo obyczajowość była zupełnie inna i o wiele mniej otwarta). I tak jakiś czas temu odkryłam serial, który z jednej strony powiela najlepsze tradycje brytyjskich kryminałów, a jednocześnie unika tego błędu, o którym mówię, mimo że jest osadzony w latach sześćdziesiątych. Tym serialem jest zaś Endeavour.
Dwóch Endeavourów Morse'ów.
Po lewej - Shaun Evans z Endeavoura.
Po prawej - John Thaw ze Spraw inspektora Morse'a.
Trzeba tutaj jednak zaznaczyć, że zanim pojawiło się Endeavour, była seria książek Colina Dextera o inspektorze Endeavourze Morsie, które potem, w latach osiemdziesiątych, zostały przeniesione na mały ekran w serialu Sprawy inspektora Morse’a z Johnem Thawem w roli tytułowej. Produkcja cieszyła się popularnością i doczekała nawet spin-offu w formie serialu Lewis.

Endeavour jest tak naprawdę prequelem do Spraw inspektora Morse’a. Dzieje się dwadzieścia lat przed wydarzeniami w tamtym kryminale i opowiada o początkach młodego Morse’a w policji w Oksfordzie pod skrzydłami inspektora Freda Thursday’a. Przyznam, że nigdy nie oglądałam Spraw inspektora Morse’a. Właściwie przed zainteresowaniem się Endeavourem, wiedziałam o Morsie tylko to, że jest melomanem i że jego terenem działania jest Oksford. Być może kiedyś obejrzę oryginalny serial, aby zapoznać się bardziej z uniwersum, na razie jednak nie jestem jeszcze na to mentalnie gotowa. Powróćmy zatem do Endeavoura.

Najpierw wyemitowany został pilot, który traktuje się jak odcinek zerowy, poprzedzający właściwy sezon pierwszy. Pilot cieszył się takim zainteresowaniem, że wkrótce pojawiły się kolejne cztery odcinki, a jakiś czas potem premierę miał drugi sezon serialu. W Polsce pilot nie był emitowany, w przeciwieństwie do obu dotychczasowych sezonów, które zawdzięczamy stacji Ale Kino!.

Fabuła pilota zarysowuje się tak: młody, introwertyczny posterunkowy Endeavour Morse od dłuższego czasu pragnie wycofać się z policji, jednak próbę dostarczenia swojej rezygnacji przełożonym przerywa mu wezwanie posiłków przez posterunek w Oksfordzie w związku ze sprawą zaginięcia pewnej nastoletniej dziewczyny. Pracowitość i przenikliwość Morse’a sprawia, że zwraca na niego uwagę inspektor Fred Thursday, który dostrzega w młodzieńcu potencjał i korzysta z jego pomocy w śledztwie. Sprawa zostaje rozwiązana, a Morse przeniesiony na stałe do Oksfordu i w kolejnych odcinkach towarzyszy Thursday’owi w postępowaniu śledczym, nawiązuje relacje zawodowe z posterunkowym Strange’m i z sierżantem Jakesem. Sam Thursday zaś pełni wobec Morse’a rolę mentora.

Z jednej strony Morse jest bardzo oczytanym i inteligentnym człowiekiem, zdolnym do łamania szyfrów. Swego czasu studiował na Oksfordzie literaturę (musiał jednak zrezygnować ze studiów z powodów osobistych), a podczas drugiej wojny światowej był łącznościowcem (stąd jego znajomość szyfrów). Do tego słucha nagrań operowych i śpiewa w chórze.
No popatrzcie na tę mordkę!
Aż chce się go przytulić.

Z drugiej strony robi wrażenie takiego szczeniaczka. Chodzi mi o to, że jest cichym, ździebko nieporadnym, a przede wszystkim zagubionym młodzieńcem, który wzbudza w widzu instynkty opiekuńcze. Powierzchowność Shauna Evansa (z tymi jego wielkimi, szarymi oczami i chudą sylwetką), a także fakt, że na Morse’a spada ilość nieszczęść równa dziesięciu fanfikom Hurt/Comfort, tylko to wrażenie potęguje. W przeciągu dwóch sezonów Morse’owi przydarzają się takie rzeczy, jak: omdlenie, pchnięcie nożem, postrzał, zespół stresu pourazowego… Poza tym tu i ówdzie wspomina się o tym, że chłopak miał kiedyś ukochaną, ale coś się z nią stało. Patrząc na wszystko, co mu się przydarza, chcemy, aby ktoś się nim zaopiekował.
Fred Thursday grany przez Rogera Allama.

Tym kimś jest właśnie inspektor Thursday. Thursday jest drugim protagonistą Endeavoura. To człowiek o twardym charakterze, były żołnierz, uczciwy glina, dobry ojciec i mąż. W chwili, kiedy spotyka Morse’a, jego posterunek jest skorumpowany i inspektor nie wie, komu może ufać, a komu nie. Postanawia zaufać Morse’owi, bo widzi, że jest to uczciwy, a zarazem bystry młody człowiek. Kiedy na początku pierwszego sezonu zmienia się kierownictwo (ale niekoniecznie na lepsze; nowy komendant stara się podlizywać ważnym ludziom, aby uniknąć nieprzyjemności), Thursday bierze Morse’a pod swoje skrzydła, jednocześnie słuchając jego teorii i dbając o to, żeby niedoświadczony posterunkowy czegoś się nauczył.

Właściwie relacje między Morse’m a Thursday’em są jednym z najlepszych elementów tego serialu. Obaj mężczyźni stanowią dobrze naoliwioną maszynę, są dla siebie nawzajem podporą, ufają, że temu drugiemu uda się zrobić to, co należy. W pewnym momencie ma się wrażenie, że inspektor traktuje Morse’a trochę po ojcowsku, a Morse staje się częścią rodziny Thursday’ów (dostaje nawet własne kanapki od pani inspektorowej, inną na każdy dzień tygodnia).

Max DeBryn, grany przez Jamesa Bradshawa.
Jednakże Endeavour oferuje również inne ciekawe postaci, poczynając od sarkastycznego patologa, Maxa DeBryna; sympatycznego posterunkowego Jima Strange’a i pracującej w banku córki Thursday’a; a na postaciach epizodycznych kończąc. Jak to w kryminałach bywa, każda zagadka oferuje nam ofiarę i zestaw potencjalnych podejrzanych. Mamy na przykład rodzinę, która prowadzi firmę produkującą bomby i pociski dla Wielkiej Brytanii; starą znajomą Thursday’a z czasów wojny, pracującą w centrum handlowym; uczennice szkoły, znajdującej się w rezydencji, w której kiedyś zamordowana została trójka dzieci wraz ze służącymi; seryjnego mordercę odtwarzającego sceny ze słynnych oper; brzuchomówcę, który potrafi mówić o swoim traumatycznym dzieciństwie tylko poprzez swoją lalkę.

Każdy odcinek zaczyna się w taki sposób, że w tle leci muzyka klasyczna, a postaci są nam przedstawiane w krótkich, przeważnie pozbawionych dialogów scenkach (choć przynajmniej jedna z tych scenek to jakiś wykład, związany mniej lub bardziej z tym, co zobaczymy w samym odcinku). I już te scenki sprawiają, że jesteśmy zaintrygowani. Kim są ci ludzie? Czemu pokazywani są nam w takich okolicznościach? Co te okoliczności w ogóle znaczą? W przeciągu całego odcinka zdążymy się tego dowiedzieć.

Zwykle też jest tak, że prowadzonych jest kilka różnych spraw, pozornie w ogóle ze sobą nie związanych, jednak w miarę rozwoju akcji odkrywamy, że jednak się ze sobą łączą w ten, czy inny sposób. W tym względzie ten serial jest wtórny, ale że wszystko inne trzyma poziom, mogę mu tę małą wtórność wybaczyć. Zwłaszcza, że intryga trzyma w napięciu, zarówno ze względu na rozwój akcji, jak i na relacje między postaciami. Czasami zawiera ona różne zagadki, szyfry i anagramy, i tutaj przydaje się doświadczenie Morse’a z wojny. Kiedy indziej ze dwa razy zdarza się, że w sprawę wplątana jest masoneria, a fakt, że miejscem akcji Endeavoura jest miasteczko uniwersyteckie sprawia, że wielokrotnie podejrzanym albo ofiarą jest wykładowca albo student, i na wierzch wychodzą różne brudne interesy uczelni, do której swego czasu uczęszczał także główny bohater.

Wspominałam, że czas akcji to lata sześćdziesiąte, jednak przedstawiane są raczej jako mniej kolorowe niż w innych filmach czy serialach, dziejących się w tym okresie. Mimo wszystko Endeavourowi, w przeciwieństwie do Zagadek kryminalnych panny Fisher, udaje się uniknąć moralizatorstwa. Serial nie próbuje nas edukować ani o realiach, ani o obyczajowości tamtych czasów. Te rzeczy wychodzą na jaw tylko w chwili, gdy jest to istotne ze względu na historię postaci albo intrygę w ogóle. Tu i tam pojawia się jakiś anachronizm, jednak twórca Endeavour twierdzi, że to zamierzony zabieg, mający na celu sprawdzić spostrzegawczość widza. Tak czy inaczej, poczułam ulgę, bo po raz pierwszy od bardzo dawna oglądałam osadzony nie w naszych czasach współczesny serial kryminalny, który odpuścił sobie edukowanie widowni i skupił się na tym, co najważniejsze – na samej zagadce kryminalnej. Muszę jednak przyznać, że bardzo fajnie ogląda się ludzi w strojach z epoki, nie mówiąc już o sprzętach. Endeavour ma swoją duszną, ponurą atmosferę, ale jest tam miejsce na zachwycanie się tym małym retro-klimatem.

Mimo to, trudno uświadczyć w tym serialu przebojów z tamtej dekady. Tak jak mówiłam – przeważa tam muzyka klasyczna, zwłaszcza operowa, ponieważ Morse jest miłośnikiem tego właśnie gatunku muzycznego, a nawet ma do opery bardzo osobisty stosunek (jak zostaje ujawnione w pilocie). Ponadto Endeavour zawiera instrumentalną ścieżkę dźwiękową, wykonywaną przez orkiestrę symfoniczną, nie mówiąc już o tym, że wykorzystuje motyw muzyczny ze Spraw inspektora Morse’a (ów motyw muzyczny zaś trafił do listy moich ulubionych utworów z seriali kryminalnych, tuż obok muzyki do Sherlocka, Poirota, Detektywa Murdocha czy Detektywa Foyle’a).

Cóż więcej powiedzieć? Endeavour liczy sobie dziewięć odcinków – pilota i dwa sezony po cztery epizody – w typowym formacie brytyjskich seriali kryminalnych, czyli mniej więcej półtorej godziny na odcinek. Jeśli macie ochotę na dobry kryminał z interesującą i wzruszającą relacją między mentorem i protegowanym, a nie spieszy Wam się za bardzo, sięgnijcie po Endeavour. Zwłaszcza, że niebawem premierę będzie miał zapewne trzeci sezon serialu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz