wtorek, 13 stycznia 2015

Pięć filmów biograficznych, które polecam

Na początku tego roku wspominałam, że chciałabym się zająć bardziej ambitnymi rzeczami. Pod tą kategorię podchodzą niejako filmy biograficzne, ponieważ opowiadają o prawdziwych ludziach i o prawdziwych wydarzeniach, i siłą rzeczy próbują przekazać coś głębszego – a to na temat polityki, a to na temat obyczajów, a to wreszcie na temat roli artysty. Czasem nawet pokazują widzom coś, o czym nie mieli dotąd pojęcia, bo pewne fakty z życia postaci historycznych nie są powszechnie znane; a czasem autorzy filmów starali się ukazać jakieś wydarzenie z innej perspektywy. Dlatego właśnie tak lubię tego typu produkcje.

Biorąc to wszystko pod uwagę, postanowiłam ułożyć listę filmów biograficznych, które chciałabym Wam polecić. Niektóre możecie znać, bo swego czasu robiły wielką furorę w kinach i zdobyły nawet kilka nagród; inne przeszły bez echa i do dzisiaj są mniej znane szerokiej publiczności. Pierwotnie ta lista miała zawierać pełną dziesiątkę, ale Marzyciel, Królestwo demonów, Hitchcock, Amadeusz i Piękny umysł wydawały mi się wstawione na siłę, zwłaszcza, że nie sądzę, aby udało mi się napisać o nich nic w miarę sensownego. Na tej liście nie pojawi się także Agata, z tej prostej przyczyny, że już ten film omawiałam w Ze wspomnień fana…

Tak czy inaczej, pięć filmów biograficznych, które polecam do zapoznania się.

Miejsce piąte: Hannah Arendt (reżyser: Margarethe von Trotta)
Zaczynamy od mojej dziedziny, czyli filozofii. Hannah Arendt była przedstawicielką nurtu fenomenologii, uczennicą Husserla i Heideggera (w pewnym momencie nawet łączył ją z nim romans). Przeżyła piekło wojny i osiedliła się w Ameryce, gdzie prowadziła pracę naukową i została nawet profesorem na uniwersytecie w Chicago i Nowym Jorku. Arendt jest znana z tego, że napisała książkę Korzenie totalitaryzmu, gdzie stwierdziła wprost, że zło nie jest tylko jawnym okrucieństwem, ale może też mieć źródło w bezmyślności i ślepym wykonywaniu rozkazów; że zło może być banalne.

Film von Trotty opowiada o tym, jak Arendt doszła do tego wniosku. Otóż, kiedy Adolf Eichmann, główny koordynator Holocaustu, został wreszcie złapany i postawiony przed sądem za zbrodnie przeciwko ludzkości, Hannah Arendt zaproponowała wydawcy „New Yorkera”, że wybierze się do Izraela i napisze serię reportaży na temat procesu Eichmanna. Wydawca, zachwycony tym, że słynna uczona chce dla niego pisać, zgodził się. Na miejscu, przyglądając się zeznaniom samego Eichmanna, Arendt odkryła, że tak naprawdę jest on urzędnikiem; że zło w jego wykonaniu to zło banalne, będące domeną większości ludzi. W zasadzie pierwsza połowa filmu poświęcona jest właśnie temu, jak Arendt to odkrywa i przygotowuje się do napisania reportaży.

Druga część z kolei opowiada o tym, co dzieje się, kiedy wreszcie owe reportaże zostają opublikowane. Ponieważ Arendt napisała w nich, że przywódcy żydowscy również popadli w owe banalne zło, bo nie zrobili wystarczająco dużo, aby pomóc swojemu ludowi, została oskarżona o antysemityzm i o to, że zrzuca winę na ofiary Holocaustu. Arendt zaczęła otrzymywać anonimy, wiele osób ze środowiska akademickiego zarzucało jej zarozumiałość, a nawet nazistowskie sympatie; jeden z jej dobrych znajomych się od niej odwrócił. Wydaje się, że mało kto zrozumiał, co chciała powiedzieć, czy choćby wczytał się w szerszy kontekst wypowiedzi. Tak więc przez większość czasu Arendt po prostu znosiła to, co się wokół niej działo. W końcu, dzięki staraniom swoich wiernych studentów, Arendt wygłosiła dla władz uczelni i dla wszystkich chętnych wykład, w którym wyjaśniła, co miała na myśli.

Film jest więc z jednej strony właśnie o banalności zła, a z drugiej – o tym, że trzeba bronić swoich przekonań właściwą argumentacją przed ludźmi, którzy odczytują je pobieżnie i bez namysłu. To także obraz wspaniałej, dzielnej kobiety, która wywarła wpływ na późniejszą etykę i filozofię polityczną.

Miejsce czwarte: Królowa (reżyser: Stephen Frears)
Królowa przedstawia śmierć księżnej Diany w zupełnie innym świetle, niż zazwyczaj to wydarzenie jest przedstawiane. Zwykle, kiedy mówimy o Dianie Spencer, traktujemy ją trochę jak świętą, Królową Serc, kochającą matkę, wiecznie szukającą miłości, zdradzaną przez księcia Karola i pokrzywdzoną przez rodzinę królewską. Królowa pokazuje nam perspektywę właśnie rodziny królewskiej, a konkretnie – tytułowej królowej Elżbiety II – a także dopiero co zaprzysiężonego premiera Tony’ego Blaira.

Perspektywa ta przedstawia nam Dianę jako skandalistkę, od której Elżbieta stara się odciąć. Przez pewien czas królowa jest nawet przeciwna temu, aby Pałac Buckingham wziął na siebie pogrzeb Diany, ponieważ księżna rozwiodła się z Karolem i w związku z tym teoretycznie nie jest już członkiem rodziny królewskiej. Poza tym Elżbieta stara się zachować powściągliwość, bo przez całe życie uczono ją, że królowa nie powinna okazywać emocji.

Jednakże opinia publiczna i zwykli ludzie od razu rzucają na rodzinę królewską oskarżenia o cierpienia jakie przysporzyła Dianie, a fakt, że Elżbieta nie wyraża żalu z powodu śmierci księżnej, tylko te nastroje potęguje. Obserwujący wszystko z boku Tony Blair z jednej strony stara się załagodzić sytuację, a z drugiej – staje po stronie królowej Elżbiety, zdając sobie sprawę z tego, co ona i jej rodzina musieli poświęcić dla własnego kraju (wspominany jest nawet ojciec Elżbiety, Jerzy VI) i co królowa przeżyła w przeciągu swojego bardzo długiego panowania. W pewnym momencie Blair ma już dość ciągłej nagonki na Elżbietę i staje w jej obronie, wykrzykując mowę, która jest – moim zdaniem – najlepszą sceną w całym filmie.

Królową warto obejrzeć ze względu na tę nową perspektywę – perspektywę, o której się zwykle nie myśli, kiedy wspomina się Królową Serc, Dianę Spencer, i jej śmierć. Warto ten film obejrzeć także dlatego, że porusza stary jak świat temat samotności i wyrzeczeń, jakie spotykają ludzi na szczytach władzy.

Miejsce trzecie: Miss Potter (reżyser: Chris Noonan)
Tytułowa panna Potter to angielska pisarka, Beatrix Potter, autorka książeczek dla dzieci, między innymi Królika Piotrusia. Film zaś opisuje historię wydawania jej opowiadań, wybijania się na samodzielność i zażyłości z Normanem Warne’m, który uwierzył w pannę Potter i zadbał o to, aby jej dzieła zostały wydane tak, jak autorka sobie tego życzyła.

Beatrix Potter przedstawiona jest w tym filmie jako kobieta z jednej strony zadziorna i pewna siebie, a z drugiej – osoba o bogatej wyobraźni i nieraz rozmawiająca ze swoimi własnymi tworami (zresztą wszystkie sceny, w których malowane przez nią obrazki zaczynają się poruszać, dodają całemu filmowi dodatkowego uroku… ale i dramatyzmu, zwłaszcza, kiedy pannę Potter spotyka tragedia). Można to odczytywać jako objaw oderwania od rzeczywistości, a można też uznać, że po prostu, tak jak dla wielu pisarzy, tak i dla panny Potter stworzone przez nią postacie są równie prawdziwe, jak cała reszta świata.

Norman Warne, który został wysłany przez swoich starszych braci (właścicieli wydawnictwa, które zgodziło się pannę Potter publikować), aby zajął się zabawną kobietką z książeczkami o gadających zwierzątkach, jest trochę marzycielem, ale jest też zdeterminowany, aby opublikować jej książeczki, bo uważa je za interesujące. Współpraca Potter i Warne’a przynosi owoce, zarówno w postaci kolejnych sukcesów wydawniczych, jak i budującego się między pisarką i wydawcą uczucia. A jest to uczucie niewinne, pełnie wzajemnego zrozumienia, uczucie między dwojgiem ludzi, którzy wydają się do siebie pasować.

Już choćby przez te relacje między dwojgiem bohaterów, Miss Potter jest filmem ciepłym i uroczym, choć nie brakuje mu też elementów dratamtycznych. Na pewno nie jest to film dla każdego, ale jeśli szukacie czegoś, co podniesie Was na duchu i jeszcze połechta uszy piękną piosenką Katie Meluy, Miss Potter jest dla Was.

Miejsce drugie: Einstein i Eddington (reżyser: Philip Martin)
Tu z kolei mamy film o nauce i tym, czym może się ona stać. Einstein i Eddington opowiada o niezwykłej współpracy dwójki naukowców – Alberta Einsteina i Artura Eddingtona – która to współpraca zaowocowała udowodnieniem i rozpowszechnieniem w środowisku naukowym teorii względności. Kraje obu uczonych były wtedy w stanie konfliktu (rzecz dzieje się podczas pierwszej wojny światowej) i cały film przeskakuje z Niemiec do Anglii i z powrotem, pokazując nam, co dzieje się nie tylko z ojczyznami obu protagonistów, ale również z ich życiem osobistym.

Eddington właśnie został przydzielony na zlecenie swoich zwierzchników do zbadania prac naukowych Einsteina (rząd brytyjski dowiedział się, że Einstein otrzymał stanowisko na Uniwersytecie Berlińskim, i dlatego zlecił Eddingtonowi zbadanie jego dotychczasowych osiągnięć… kto wie, czy nie robi właśnie dla Niemców jakiejś broni, która przeważy losy wojny). Anglikowi udało się znaleźć tylko jeden, w dodatku bardzo stary, artykuł autorstwa Einsteina. Zainteresował się jednak nim w takim stopniu, że postanowił skontaktować się z jego autorem.

Tych dwóch naukowców dzieli prawie wszystko – od narodowości poprzez poglądy religijne, orientację seksualną i stan cywilny, aż po odległość geograficzną. Łączy ich jedno – pragnienie wiedzy i miłość do uprawianej nauki.

Jak wspomniałam, jest to film o nauce. Nauka potrafi sprowadzić na ludzi cierpienie, jeśli zostanie wykorzystana do złych celów. Wielkim szokiem, tak dla Eddingtona, jak i dla Einsteina, jest atak gazowy pod Ypres. Podczas gdy Eddington pogrążony jest w cichej żałobie, zrozpaczony Einstein zarzuca swoim kolegom z uniwersytetu, że tak wielkie umysły, przyszłość niemieckiej nauki, stworzyły coś tak potwornego i nawet nie myślą o konsekwencjach swoich działań.

Z drugiej strony nauka jest czymś ponad podziałami; czymś niezależnym od narodowości ludzi, którzy się nią zajmują. Eddingtona nie obchodzi to, że Einstein jest Niemcem i że ich kraje toczą ze sobą wojnę. On zauważył coś ciekawego w pracy Einsteina, coś co może odmienić oblicze fizyki, i chce z nim o tym porozmawiać, nawet jeśli twierdzenia Einsteina mogą zagrozić jego własnemu systemowi wierzeń. W finale filmu zaś wreszcie dochodzi do spotkania obu uczonych i jest to scena obfitująca w emocje.

Nauka – jak wszystko inne – może więc nieść śmierć, ale i zrozumienie. Może dzielić i łączyć. Wszystko zależy od tego, w jakim celu ją wykorzystamy. To właśnie pragnie przekazać Einstein i Eddington.

Miejsce pierwsze: Jak zostać królem (reżyser: Tom Hooper)
Film wybitny, opowiadający o brytyjskim królu Albercie Windsorze (czyli Jerzym VI, ojcu obecnie panującej królowej Elżbiety), który przez całe życie zmagał się z jąkaniem, a mimo to zdołał podnieść na duchu swój naród przemowami wygłaszanymi podczas drugiej wojny światowej. Jak zostać królem (polskie tłumaczenie jak zwykle bardzo adekwatne; oryginalny tytuł to King’s speech, czyli Królewska mowa) jest z jednej strony filmem o lekkim zabarwieniu komediowym; a z drugiej strony mimo wszystko przedstawiającym smutny obraz życia człowieka, który doświadczył cierpienia w dzieciństwie, a potem został zmuszony do tego, aby pełnić rolę publiczną i przejąć tron po abdykującym bracie.

Albert i jego żona, Elżbieta, szukali pomocy u wielu specjalistów, jednak żaden z nich nie potrafił przyszłemu królowi Jerzemu tej pomocy udzielić. Pewnego dnia jednak Elżbieta znalazła Lionela Logue, byłego aktora, który pomagał wielu ludziom w walce z jąkaniem i innymi problemami w mowie, i osiągał całkiem dobre efekty. Logue miał niekonwencjonalne metody, oparte z jednej strony na technikach aktorskich, a z drugiej – na psychologii. W istocie jąkanie się Alberta ma swoje korzenie w przemocy, jaką doświadczył w dzieciństwie ze strony ojca i opiekunki.

Dużo miejsca w Jak zostać królem jest poświęcone relacjom między Albertem i Logue’m, i to jak się rozwija ich współpraca. Obaj mężczyźni są skrajnie różni: Albert jest cichym, nieśmiałym człowiekiem o konserwatywnych poglądach, kimś nienawykłym do publicznych wystąpień; Logue zaś jest energiczny, buńczuczny, czasem nawet bezczelny (już choćby przez to, że każe członkowi rodziny królewskiej mówić do siebie per „ty” i tak też sam się do niego zwraca). I dobrze, bo tylko ktoś energiczny, buńczuczny i bezczelny jest w stanie zmusić zahukanego Alberta do walki o swoje. Z drugiej strony Lionel Logue wykazuje się również zrozumieniem i wspiera Alberta w jego walce. Między oboma bohaterami dochodzi do kilku tarć, nieraz przyszły król opuszcza Logue’a obrażony, zawsze jednak wraca.

A wszystko to zwieńczone jest monumentalną sceną, w której nowokoronwany król Jerzy VI wygłasza przez radio mowę o przystąpieniu Wielkiej Brytanii do drugiej wojny światowej; mowy, której w skupieniu słucha cały naród. Jak zostać królem to film o walce z przeciwnościami i własnymi słabościami; także trochę o przyjaźni, która pomaga te walkę stoczyć i odnosić w niej małe zwycięstwa, dzięki wiedzy i wsparciu właściwych ludzi (warto go też obejrzeć ze względu na wątek brata Alberta, Edwarda VIII, i Wallis Simpson; zwykle przedstawia się ich jako wspaniałą parę, którą łączy prawdziwa miłość, a w Jak zostać królem Edward VIII to rozrzutny i lekkomyślny władca). Jest to film podnoszący na duchu.

I tym optymistycznym akcentem kończę tę listę polecanych przeze mnie filmów biograficznych. Być może ktoś z Was sięgnie po któryś i da mu on do myślenia w ten czy inny sposób. A może macie swoje własne ulubione filmy biograficzne, o których chcielibyście opowiedzieć. Zachęcam do dyskusji.

2 komentarze:

  1. Nie oglądam zbyt często filmów biograficznych, ale miejsce pierwsze, racja - film wybitny. Miss Potter kompletnie mi nie podpadła pomimo tego, że zagrała w nim dwójka moich ulubionych aktorów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówiłam - to nie jest film dla wszystkich.

      A co myślisz o pozostałych pozycjach? Zgaduję, że ich nie oglądałeś.

      Usuń