niedziela, 13 lipca 2014

Artykuł: Sam Vimes - Strażnik przez duże "s"

Uwaga! Artykuł zawiera spoilery do Straży! Straży!, Zbrojnych, Na glinianych nogach, Piątego elefanta, Nocnej Straży i Łupsa. Chciałam również zamieścić tutaj wszystkie okładki książek o Straży Miejskiej, ale doszłam do wniosku, że będzie za duży bałagan.

No cóż, omówiliśmy już Śmierć, Moista von Lipwiga i Rincewinda. Czas więc zająć się protagonistą Świata Dysku, który w przeciągu dwudziestu pięciu lat stał się jedną z najsłynniejszych postaci w tym uniwersum. Co więcej, jeśli ktokolwiek szuka przykładów twardzieli na Dysku, Samuel Vimes, komendant Straży Miejskiej w Ankh-Morpolk i diuk Ankh, będzie jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym przykładem. Vimes to bohater, który w kilku książkach wzbił się na wyżyny i do dzisiaj uważany jest przez wielu fanów za przykład postaci praworządnie dobrej napisanej właściwie. Czy słusznie, czy nie, powiemy sobie o tym wkrótce.

Tym, od czego powinniśmy zacząć omawianie Vimesa, jest jednak nie on sam, tylko Straż Miejska, której przewodzi. W zasadzie większość książek z nim jako protagonistą ma też drugiego, zbiorowego bohatera, czyli właśnie Straż Miejską Ankh-Morpolk. We wstępie do pierwszej książki poświęconej Vimesowi (Straż! Straż!) Pratchett pisze tak:
Mogą być nazywani Gwardią Pałacową, Strażą Miejską al­bo Patrolem. Niezależnie od nazwy, racja ich istnienia – w każ­dym dziele fantasy heroicznej – jest taka sama. To znaczy, mniej więcej w rozdziale trzecim (albo w dziesiątej minucie filmu) mają wbiec do komnaty, po kolei i pojedynczo atakować boha­tera i ginąć. Nikt ich nigdy nie pyta, czy mają na to ochotę. 
Książka poświęcona jest tym wspaniałym ludziom.
W rzeczy samej w większości książek, gier komputerowych i filmów, kiedy bohater spotyka jakichkolwiek strażników, nie są oni traktowani jak postaci o własnych osobowościach, ale jako przeszkoda do celu – wnętrza pałacu, wolności albo skarbu. Tak więc bohater musi tę przeszkodę pokonać, siłą albo podstępem. Nikogo też nie obchodzi, czy tych kilku strażników miało rodziny, plany czy marzenia, a także jakie konsekwencje dla nich będzie miało to, że bohater ich przechytrzył. Są kimś, kto musi zostać unieszkodliwiony, więc przyzwyczailiśmy się nad nimi nie roztkliwiać.

I nagle Pratchett wychodzi z takim pomysłem, aby tym przeszkodom nadać osobowość i uczynić ich głównymi bohaterami. Jak sam twierdzi chciał „dać im jeden dzień w słońcu, a wysłał ich na wakacje”, albowiem ten mały oddzialik złożony w Straży! Straży!  z czterech ludzi (kapitana Samuela Vimesa, sierżanta Freda Colona, kaprala Nobby’ego Nobbsa i młodszego posterunkowego Marchewy) z każdą kolejną ksiażką zwiększał się o nowych rekrutów, a do tego z różnych mniejszości etnicznych. W Zbrojnych dołączyli więc do Straży Miejskiej (między innymi) troll Detrytus i wilkołak Angua; w Na glinianych nogach – krasnolud Cudo Tyłeczek, będący alchemikiem, kilka gargulców i Omnianin, Wizytuj Niewiernych z Wyjaśniającymi Pamfletami (a pod koniec dochodzi jeszcze golem); w Piątym elefancie jedną ze spraw prowadzi zombie – Reg Shoe;  a w Łupsie! sporym wydarzeniem jest przyjęcie do Straży wampira. Rzecz w tym, że Straż Miejska w przeciągu tych kilku tomów przeżywa renesans i staje się jednostką, do której wielu chce należeć. Jest to w dużej mierze zasługa Vimesa, jego dowództwa i jego pracy w Straży.

Ale w punkcie wyjścia – czyli Straży! Straży! – jest ona właściwie cieniem dawnej świetności. Vimes, Nobby i Colon właśnie pochowali swojego kolegę, który zginął podczas akcji, bo zbyt późno się wycofał. Sam Vimes – obecnie w stopniu kapitana – jest pełnym rezygnacji, cynicznym pijakiem. Tak jak jego dwaj podwładni, stara się unikać kłopotów i przybywa na miejsce przestępstwa w chwili, kiedy jest już po wszystkim. Nie ma co mówić – Vimes na początku Straży! Straży! to wrak człowieka. Czuje niezadowolenie tym, czym Straż się stała i czym stał się on sam, jednakże jego wewnętrzny strażnik jest uśpiony (powód tego uśpienia zaś zostaje nam przedstawiony dopiero w Straży Nocnej).

I oto jakiś czas po pogrzebie do Ankh-Morpolk przybywa wychowany przez krasnoludy człowiek – Marchewa Żelaznywładsson – który niedawno dowiedział się, że jest adoptowany i za namową przybranych rodziców wyruszył do Ankh-Morpolk, aby tam szukać szczęścia pośród ludzkiej rasy. Wędrowny handlarz, który regularnie odwiedzał jego wioskę, zaofiarował się, że go podwiezie, a w między czasie opowiedział mu o wspaniałości Straży Miejskiej Ankh-Morpolk. Dzięki temu chłopak postanowił, że zostanie członkiem tej wspaniałej jednostki i przez całą drogę nauczył się jej kodeksu postępowania.

Warto tu zaznaczyć, że pierwotnie protagonistą Straży! Straży! miał być właśnie młody, idealistyczny Marchewa, jednak Pratchett ostatecznie doszedł do wniosku, że potrzebuje protagonisty, który był w Straży od kilku lat i dlatego uczynił głównym bohaterem Vimesa.

Niemniej jednak Marchewa staje się dla starszych kolegów ze Straży kimś w rodzaju katalizatora. Postępując tak jak praworządny funkcjonariusz Straży Miejskiej – nie uciekając od obowiązków, aresztując przestępców, stosując się do litery prawa – zadziwia Nobby’ego, Colona i Vimesa. I o ile kapral i sierżant myślą o Marchewie trochę jak o oszołomie, o tyle Vimes czuje, że budzi się w nim jakaś jego zapomniana część – ten wewnetrzny strażnik, który pragnie bronić niewinnych, chronić prawo i karać przestępców; który chce, aby Aknh-Morpolk było bezpieczne. W chwili, kiedy ów wewnętrzny strażnik zostaje w końcu wybudzony, zaczyna krzyczeć z wściekłości, a jego krzyk sprawia, że nagle Vimes postanawia go wreszcie posłuchać i stać się kimś lepszym. A że akurat w Ankh-Morpolk pojawia się smok, który terroryzuje całe miasto, Straż ma poważną sprawę do rozwiązania.

W tym celu postanawiają dowiedzieć się, czegoś o smokach i dlatego Vimes przybywa pod dom księżnej Ankh, Sybil Ramkin, która zajmuje się hodowlą i opieką nad smokami bagiennymi. Lady Sybil jest kobietą w średnim wieku, pulchną i bardzo wysoką, ale z drugiej strony jest księżną Ankh, czyli kimś, do kogo należy pół miasta. Jednocześnie jest też osobą kulturalną i bardzo miłą. Zarówno Vimes, jak i jego ludzie, są pod takim wrażeniem jej osobowości, że również pragną wydać się mili i kulturalni (zwłaszcza Nobby, który pochodzi w zasadzie z marginesu i przejawia skłonności do małych kradzieży). Poza tym lady Sybil posiada ogromną wiedzę na temat smoków, co w dużej mierze będzie pomocne w pokonaniu bestii. W późniejszych tomach pokaże też, że jest dobrym negocjatorem, potrafi postawić na swoim, ma świetny głos i szybko myśli w trudnych sytuacjach.

Mówię o tym wszystkim dlatego, że lady Sybil zostanie później panią Vimes. Już przy ich pierwszym spotkaniu widać, że Vimes wpadł jej w oko, a kiedy zostaje ranny po zetknięciu ze smokiem i budzi się u lady Sybil, wszystkie listy i książki, na które natrafia, uświadamiają mu, że jest ona osobą o wielkim sercu, chcącą pomagać słabszym. I to z kolei sprawia, że on się w niej zakochuje. Później Sybil będzie dla Vimesa ogromną podporą, gdyż z jednej strony jej wpływy dadzą mu możliwość prowadzenia śledztwa tam, gdzie dotąd nie mógł wejść i przeciw tym, których dotąd nie mógł tknąć; a z drugiej strony jej wsparcie moralne i wiara w męża sprawi, że zerwie z alkoholem i w ogóle będzie o wiele szczęśliwszy. Zresztą Vimes kocha bardzo swoją żonę. Nie potrafi jej odmówić (co wychodzi mu raczej na dobre), a jednocześnie jest gotów zrobić bardzo wiele, aby chronić ją i ich małego synka, Młodego Sama.

W hodowli lady Sybil Sam Vimes znajduje małego smoka bagiennego o imieniu Errol, który szybko zyskuje sympatię reszty kolegów i staje się maskotką Straży. Jednakże dla Vimesa Errol jest źródłem refleksji.
Vimes popatrzył sennie nad zwęgloną barierką na małe stwo­rzenie zwinięte w kłębek na podłodze. Było mniej więcej tak po­dobne do pozostałych, jak Nobby do przeciętnej ludzkiej istoty. Ja­kaś cecha przodków dała mu parę brwi rozmiaru niemal dorównu­jącego kikutowatym skrzydłom, które w żaden sposób nie mogłyby go utrzymać w powietrzu. Głowę miał dziwacznego kształtu, podob­ną do łba mrówkojada, a nozdrza jak chwyty powietrza. Gdyby kie­dyś zdołał wzlecieć, hamowałyby go niby dwa spadochrony. 
W dodatku spoglądał na kapitana wzrokiem, w którym jarzyło się więcej ukrytej inteligencji niż u dowolnego innego zwierzęcia, włączając kaprala Nobbsa. 
(…) 
- Hodowca stara się osiągnąć dobry płomień, grubą łuskę, od­powiednią maść i tak dalej – mówiła lady Ramkin. — Czasem jed­nak trzeba się pogodzić z całkowitym ogryzkiem.(…) 
Ogryzek, rzeczywiście, myślał Vimes. Nie był pewien, w jakim znaczeniu lady Ramkin używa tego słowa, ale mógł się domyślać: coś, co pozostało, kiedy człowiek wyciągnął z posiadanej rzeczy wszystko, co wartościowe. Jak Straż, uznał. Same ogryzki, co do jed­nego. I on sam. To jak historia jego życia.
Wspominałam wcześniej, że w Straży! Straży! Vimes nie jest zadowolony z tego, czym się stał i czym stała się Straż. Przez wszystkie książki sobie poświęcone Vimes jest pełen wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o poczucie własnej wartości. Uważa siebie za nieudacznika, za kogoś mało wartościowego. To przeświadczenie sprawia, że tym bardziej boi się o rodzinę – skoro ktoś taki jak on został pobłogosławiony tak wielkim szczęściem, jakaś igraszka losu może mu w każdej chwili to szczęście odebrać. Jest również sprawa jego mrocznej strony, ale tym zajmiemy się potem.

Tak czy inaczej, smok, który terroryzuje Ankh-Morpolk jest istotą wezwaną przez grupkę ludzi chcących wprowadzić znów monarchię. Wkrótce jednak smok podporządkowuje ich sobie i sam ogłasza się królem. Każe nawet przygotować sobie stos złota. Kapitan Vimes w pewnym momencie zostaje pojmany i wtrącony do lochu, gdzie spotyka Vetinariego. Straż! Straż! jest w zasadzie znana z tego, że tam po raz pierwszy Patrycjusz Ankh-Morpolk pokazuje, że jest wyrachowanym i wytrawnym manipulatorem, działającym jednak dla dobra miasta, które mu podlega. Stosunki między Vimesem i Vetinarim są dość ciekawe. Z jednej strony Vimes zdaje sobie sprawę z tego, że bez Vetinariego całe miasto ogarnie chaos. Jednocześnie Patrycjusz zauważa, że Vimes może mu się przydać i stara mu się jak najlepiej ułatwić zadanie, a nawet wysyła go z misją dyplomatyczną, bo Vimes jest szczery i skuteczny. Z drugiej strony jednak, mimo że obaj kochają swoje miasto i chcą je chronić, ich poglądy na świat są całkiem różne. Widać to choćby kiedy po przywróceniu Patrycjusza na tron, zostają sami.
- Dam panu pewną radę, kapitanie — powiedział. 
- Tak, sir? 
- Być może, dzięki temu łatwiej dostrzeże pan jakiś sens w świe­cie. 
- Sir. 
- Moim zdaniem życie sprawia panu tyle problemów, ponie­waż wierzy pan, że są dobrzy ludzie i źli ludzie. Myli się pan, oczywiście. Istnieją wyłącznie i niezmiennie jedynie źli ludzie, ale niektó­rzy stoją po przeciwnych stronach. 
Skinął szczupłą dłonią w stronę miasta i podszedł do okna. 
- Wielkie, falujące morze zła — powiedział niemal z dumą. – Naturalnie, w pewnych miejscach płytsze, ale w innych głębsze, o wiele głębsze. Ale tacy ludzie jak pan budują tratwy z zasad i nieokreślonych dobrych zamiarów, i mówią: to jest przeciwieństwo, to w końcu zwycięży. Zadziwiające! 
(…) 
- Tam, w dole — podjął — żyją ludzie, którzy pójdą za każdym smokiem, będą czcić każdego boga, dopuszczą do każdego występ­ku. A wszystko to ze zwykłej monotonii, codziennego zła. To nie prawdziwie wybitna, twórcza ohyda wielkich grzeszników, ale ro­dzaj masowo produkowanego mroku duszy. Grzech, można powie­dzieć, bez krzty oryginalności. Akceptują zło nie dlatego, że mówią mu „tak", ale dlatego, że nie mówią „nie". Przykro mi, jeśli to pana urazi — dodał, klepiąc Vimesa po ramieniu — ale my naprawdę jeste­śmy wam potrzebni. 
- Tak, sir? - zapytał spokojnie Vimes. 
- Tak. Tylko my wiemy, jak wszystko może działać. Widzi pan, kapitanie, dobrzy ludzie są dobrzy tylko w obalaniu złych ludzi. W tym jesteście naprawdę dobrzy, przyznaję. Kłopot polega na tym, że to jedyna rzecz, w jakiej jesteście dobrzy. Jednego dnia biją dzwo­ny i pada zły tyran, a następnego wszyscy narzekają, że od upadku ty­rana nikt nie wywozi śmieci. Ponieważ źli ludzie umieją planować. To element charakterystyki, można powiedzieć. Każdy zły tyran ma plan, jak rządzić światem. Dobrzy ludzie jakoś sobie z tym nie radzą. 
- Może. Ale myli się pan co do reszty! — zaprotestował Vimes. — Z powodu tego, że ludzie są wystraszeni, samotni i... — Urwał. Na­wet w jego uszach brzmiało to mało przekonująco. 
Wzruszył ramionami. 
- Są tylko ludźmi – dokończył. – I postępują jak ludzie. Sir.
Powyższy wykład Patrycjusza posiada pewną niespójność (być może nawet zamierzoną). Najpierw Vetinari wspomina o tym, że nie ma ludzi dobrych, są tylko ludzie mniej lub bardziej źli, a zaraz potem wspomina, że są ludzie dobrzy, którzy nadają się tylko do obalania złych ludzi i że Vimes jest właśnie takim dobrym człowiekiem. Niektórzy uważają, że w tej scenie Vetinari właściwie nie tyle wygłasza własny pogląd na temat natury ludzkiej, co manipuluje Vimesem w jakimś konkretnym celu. Być może tym celem jest zmotywowanie kapitana do tego, aby on – jako dowódca Straży Miejskiej – udowodnił Patrycjuszowi, że dobry człowiek może także być sprytny i rozsądny, a przede wszystkim – mieć plan.

Niemniej jednak, kiedy później strażnicy zostają zebrani na uroczystości i spytani o to, jaką chcą nagrodę za pokonanie smoka, ich odpowiedź bardzo dziwi Vetinariego. Spodziewał się zapewne, że zarządają jakiejś wielkiej fortuny albo zaszczytów. Tymczasem Nobby i Colon nieśmiało i niepewni tego, czy Patrycjusz zgodzi się na taką zuchwałość, poprosili o podwyższkę pensji z trzydziestu na trzydzieści pięć dolarów, refundację czajnika i tarczę do rzutek, aby im się nie nudziło na komendzie. Tym samym udowodnili, że ludzie potrafią być dobrzy.

W drugiej książce poświęconej Straży Miejskiej – Zbrojnych – kapitan Vimes szykuje się do ślubu z lady Sybil, a ponieważ będzie potem diukiem Ankh, przejdzie zaraz po ślubie na emeryturę. Musi więc wyznaczyć następcę spośród swoich kolegów. Przy okazji czuje, że jednocześnie chce i nie chce kończyć kariery strażnika. Z jednej strony zarobki są marne, a praca stresująca, z drugiej zaś Vimes zdaje sobie sprawę z tego, że będzie mu jej brakowało. Chociaż lady Sybil uważa, że jej przyszły mąż może być kimś więcej niż tylko marnym strażnikiem miejskim, on tak naprawdę nie chce być nikim innym. Mimo więc że po ślubie wycofał się na jakiś czas w zacisze domowe, kiedy tylko pojawia się jego nowomianowany następca (Marchewa), aby omówić coś z Vimesem, lady Sybil zostawia ich samych, widząc, że jej małżonek promienieje. Vetinari z kolei proponuje Vimesowi powrót do Straży na stanowisko komendanta, które to stanowisko (według prawa Ankh-Morpolk) wymaga szlachectwa, tak więc Vimesowi nadany zostaje właśnie tytuł szlachecki.

Trzeba tu jednak zaznaczyć, że tak naprawdę było to przywrócenie szlachectwa. Przodek komendanta Vimesa – Kamienna Gęba Vimes – został go pozbawiony, bo zabił ówczesnego króla. Sprawa ta została napomknięta w Zbrojnych, omówiona szerzej w Na glinianych nogach, zaś w Piątym elegancie wypomniano ją Vimesowi, kiedy czekał na audiencję u dolnego króla krasnoludów. Mimo że ofiara Kamiennej Gęby była tyranem i szaleńcem, została zapamiętana jako dobry i szlachetny władca, tymczasem Kamienna Gęba jako morderca i zdrajca (Pratchett chciał w ten sposób nawiązać do tego, jak Brytyjczycy postrzegają ścięcie Karola II przez Cromwella).  Hańba Kamiennej Gęby doprowadziła do tego, że ród Vimesów stracił swoją świetność. Sam komendant Vimes wychowywał się w dzielnicy nędzarzy, a do tego nigdy nie znał swojego ojca. Odziedziczył po sławnym przodku niechęć do monarchii (rzecz ciekawa, biorąc pod uwagę, że wie o królewskim pochodzeniu Marchewy), ale też gotowość do zrobienia rzeczy właściwiej, kiedy inni się boją.

Małżeństwo z lady Sybil uczyniło Vimesa diukiem Ankh, a co za tym idzie – przyniosło ze sobą liczne obowiązki związane z tym tytułem. Vimes musi uczestniczyć w różnych uroczystościach i bankietach, czasem sytuacja wymaga, aby przebrał się w niewygodny i zbyt rzucający się w oczy strój, jest tytułowany przez większość ludzi „jego łaskawością”… A ponieważ został wychowany w nędzy i przeżył całe życie jako prosty strażnik, nie czuje się komfortowo jako diuk i martwi się, że pewnego dnia zatraci swą tożsamość. Dlatego goli się samodzielnie, nie pozwalając, aby robił to za niego służący; na bankiety i bale zakłada raczej galową zbroję strażnika, niż bryczesy, a strażnicy zwracają się do niego „sir” albo „panie komendancie”.

W Zbrojnych właściwie Vimes zaczyna być tym praworządnym i przyzwoitym Samem Vimesem, który służy prawu, nie bierze łapówek i robi wszystko, żeby jego miasto mogło spać spokojnie. Dowiadujemy się, że mimo wysokiej pensji żyje bardzo skromnie, bo oddaje większość dochodów na wdowy i sieroty po swoich zmarłych kolegach. Wparowuje do Gildii Skrytobójców, aby przeprowadzić w niej śledztwo w sprawie morderstwa. Mówi Detrytusowi i jego krasnoludziemu partnerowi, że w pracy nie są trollem i krasnoludem, tylko strażnikami, a więc wszystkie spory powinni zostawiać za sobą. Jednakże Zbrojni to też pierwsza książka, w której wychodzi na wierzch mroczna strona Vimesa.

Zacznijmy od tego, że głównym wątkiem Zbrojnych są morderstwa dokonywane za pomocą tajemniczej broni ukrytej dawno temu w Gildii Skrytobójców. Owa broń to tak naprawdę rusznic, jednak – tak jak wiele przedmiotów w Świecie Dysku – ma on własną świadomość. W rezultacie każdy, kto weźmie rusznica w ręce, natychmiast usłyszy szepty przemawiające do jego najskrytszych odczuć i namawiające go do zabijania. W przypadku Vimesa broń odwoływała się do jego wściekłości i poczucia sprawiedliwości. Chciała, aby zabił jej poprzedniego użytkownika, więc proponowała mu „oczyszczenie świata”. Przez dłuższy czas opierał się jej podszeptom, jednak potem coraz mniej się nim opiera.
Ale... dlaczego nie? Czemu nie strzelić? Zawsze przecież chciał oczyścić miasto, więc równie dobrze może zacząć tutaj i teraz. A potem ludzie się dowiedzą, co to znaczy prawo... 
Oczyścić świat...
Wcześniej, w siedzibie Straży, Vimes wykrzyczał swój gniew na to, że skrytobójcy i złodzieje nic sobie nie robią z prawa. Frustracja z powodu tego, że przestępcy chodzą na wolności za sprawą swoich wpływów, a strażnicy są wyśmiewani i poniżani, kiedy próbują coś z tym zrobić, sprawiła, że kuszenie rusznica było tym silniejsze. A że po południu miał przejść w stan spoczynku, postanowił, że poczeka i wtedy zabije człowieka, do którego celował. Wtedy właśnie pojawił się Marchewa i przemówił do jego sumienia. Dodajmy, że jakiś czas temu obaj widzieli jak Cruces strzela do dziewczyny, w której zakochał się Marchewa, tak więc Żelaznywładsson ma nawet większe powody, aby zrobić mu krzywdę. Mimo to pozostaje opanowany.
- On zabił Anguę. Czy to cokolwiek dla ciebie znaczy? 
...dzyń... dzyń... dzyń... dzyń... 
Marchewa przytaknął. 
- Tak. Ale osobiste to nie to samo, co ważne. 
Vimes spojrzał wzdłuż swego ramienia. Twarz doktora Crucesa, z otwartymi ze zgrozy ustami, kołysała się na końcu lufy.  
...dzyń... dzyń... dzyń... dzyń... dzyń... 
- Kapitanie Vimes...  
...dzyń. 
- Kapitanie? Odznaka numer 177, kapitanie. Nigdy nie zbrukało jej nic oprócz brudu. 
Niezmożony duch rusznica, płynący wzdłuż ramion Vimesa, napotkał maszerujące z naprzeciwka armie czystej, upartej vimesowości. 
- Na pańskim miejscu odłożyłbym go, kapitanie. Nie jest panu potrzebny – mówił Marchewa, jakby zwracał się do małego dziecka. 
Vimes patrzył na przedmiot, który trzymał w rękach. Teraz krzyk rozbrzmiewał ciszej, stłumiony. 
- Rzućcie to, strażniku! To rozkaz! 
Rusznic uderzył o podłogę. Vimes zasalutował i dopiero wtedy uświadomił sobie, co robi. Zamrugał, patrząc na Marchewę. 
- Osobiste nie jest tym samym, co ważne? – zapytał.
Później, w Łupsie!, Vimes zostaje opętany przez Przyzywającą Ciemność – pradawną siłę z wierzeń krasnoludów, która również wywołuje u niego wściekłość i chce namówić do zabijania. Przez całą książkę ciemność wędruje po umyśle Vimesa, przypominającym uliczki Ankh-Morpolk. W chwili gdy już jest naprawdę blisko swojego celu, napotyka przeszkodę o kształcie strażnika z latarnią. To Ciemność Strzegąca. Na przechwałki obcej ciemności, odpowiada:
(…) Ale chyba nie zrozumiałaś. Nie jestem tu po to, by nie dopuścić ciemności do wnętrza. Jestem po to, żeby jej nie wypuszczać. – Brzęknęło, kiedy mglisty Strażnik uniósł ślepą latarnię i uchylił klapę. Pomarańczowe światło rozcięło czerń. – Możesz mnie nazywać... Strzegącą Ciemnością. Wyobraź sobie, jaki muszę być silny.

Tak, w Samuelu Vimesie kryje się ciemność. Możemy się domyślać, że to ta część jego umysłu, która kipi z wściekłości, pragnie ogniem oczyścić świat z niegodziwców i podporządkować sobie wszystko i wszystkich. Być może to odpowiedź na krzyki uśpionego przez lata wewnętrznego strażnika – ze skrajnej obojętności przejście w skrajną brutalność; być może podświadomość Vimesa, która zgodziła się ze słowami lorda Vetinari na temat natury ludzkiej, a być może jest to efekt wczesnych przeżyć Vimesa, opisywanych w Straży Nocnej. Tak czy inaczej jest to ciemność, którą wewnętrzny strażnik Vimesa trzyma na wodzy. Ciemność Strzegąca zresztą odnosi się do słynnej sentencji: Quis custodiet ipso custodes? – „Kto stoi na straży strażników?” – i odpowiada: „Ja.” Już wcześniej zakodowana potrzeba postępowania zgodnie z prawem, wspomagana w Zbrojnych przez rozsądek Marchewy, a w Łupsie! – obowiązek przeczytania Młodemu Samowi bajki na dobranoc, stanowi niezwykle silną tamę przeciwko ciemności, którą chowa w sobie komendant Vimes.

Ale zaraz powiecie, że przecież w Straży! Straży! Vimes nie przejawiał żadnej zakodowanej potrzeby prawa. Jego wewnętrzny strażnik spał.


Okładka "Straży Nocnej" jest nawiązaniem do obrazu Rembranddta o tym samym tytule.
Jednakże wcześniej, dawno temu, został przecież powołany do życia. Ktoś wpoił młodemu, zaledwie szesnastoletniemu, Vimesowi właściwy kodeks postępowania, a tym kimś był dowódca imieniem John Keel. Rzecz w tym, że na początku Straży Nocnej – kiedy to Vimes i większość jego ludzi ściga wielokrotnego mordercę strażników, Carcera, a Młody Sam już jest w drodze do przyjścia na świat – w wyniku wydarzeń ze Złodzieja Czasu Vimes i Carcer zostają przeniesieni w czasie do początków Vimesa w Straży Miejskiej. Vimes pada ofiarą napadu, tymczasem Carcer zabija Johna Keela i wstępuje do dawnego oddziału Straży odpowiadającego za terror na ulicach. Lu Tze – jeden z mnichów czuwających nad tym, aby historia potoczyła się we właściwy sposób – tłumaczy Vimesowi, że pojawienie się Carcera w przeszłości utworzyło osobną linię czasową i jeśli Vimes chce powrócić do domu, musi postarać się, aby pewne wydarzenia miały miejsce. Może to zrobić tylko w jeden sposób – odgrywając rolę swojego mentora, Johna Keela.

Straż Nocna jest jedną z najbardziej ponurych książek ze Świata Dysku. Opisuje naprawdę mroczną stronicę historii Ankh-Morpolk, kiedy to na ulicach panował terror niemalże faszystowski. To doprowadziło do rewolucji, w której zginęło mnóstwo ludzi, w tym całkiem sporo stojących po stronie rewolucji kolegów Vimesa, Colona i Nobby’ego. W pewnym momencie Vimes przychodzi ze swoją młodszą wersją do miejsca, gdzie chłopak odstawiał ludzi aresztowanych na ulicach, i w środku jest ono wypełnione nie tylko krwią i narzędziami tortur, ale również więźniami w stanie kompletnej katatonii, którym nie można już pomóc.

W punkcie wyjścia Młody Vimes obraca się w towarzystwie strażników, którzy łapią (często niewinnych) ludzi z ulicy, wiozą ich do wyżej wspomnianego miejsca kaźni, wypuszczają po drodze tych dających łapówki i o nic nie pytają. W dodatku wygląda na to, że Carcer nie tyle chce zabić Młodego Vimesa, zanim ten stanie się komendantem Vimesem, ale całkowicie go przekabacić. Młody Vimes jest więc na dobrej drodze, żeby stać się kompletnym draniem. Pierwotnie tym, który miał skierować go we właściwą stronę był John Keel. Vimes wcielił się w rolę Keela najlepiej jak potrafił. Najpierw pojechał razem z nim powozem z więźniami i pouczył go na temat łapówek, pytając go, co by powiedziała na to jego matka. Potem, kiedy już dojechali na miejsce, użył regulaminu przeciwko tamtejszemu strażnikowi, aby uniemożliwić mu odebranie więźniów. W końcu, kiedy już dochodzi do samej rewolucji, otwiera więzienie, uświadamiając Młodemu Vimesowi, do czego się przyczynił, nie interesując się losem więźniów i bezmyślnie wykonując rozkazy. A przy okazji uczy go walczyć, zwraca uwagę na niebezpieczeństwa rewolucji i pomaga rewolucjonistom stawiać barykady, aby cywile nie ucierpieli. Dzięki temu Młody Vimes przyswaja sobie odpowiednie wzorce. John Keel jest dla niego kimś w rodzaju przybranego ojca i ideału, do którego chłopak mógłby dążyć. Tak oto narodził się w bólach wewnętrzny strażnik Samuela Vimesa.

Niestety zarówno widok sali tortur, jak i śmierć przyjaciół i mentora w ostatniej bitwie rewolucji, sprawiły, że Młody Vimes na wiele lat pogrążył się w alkoholizmie i marazmie, żeby tylko zapomnieć o okropnościach, które zobaczył. Jego wewnętrzny strażnik został uśpiony.

Warto jeszcze zaznaczyć, że Straż Nocna jest jednym wielkim nawiązaniem do Nędzników Victora Hugo, jednak z pewnymi znaczącymi różnicami. Najważniejsza to ta, że Carcer jest Valjeanem, ale tylko przeświadczonym o swojej niewinności; i że Vimes do Javert, jednak pojmujący sprawiedliwość jako przede wszystkim obronę niewinnych (nie zaś karę dla winnych). Również do rewolucjonistów Vimes nie przyłącza się dlatego, aby ich infiltrować, ale żeby nie dopuścić do rozlewu krwi.

Przez długi czas zastanawiałam się, która książka o Straży mogłaby być dla Vimesa tym, czym Kosiarz dla Śmierci. Mimo że w Łupsie! możemy podziwiać Ciemność Strzegącą, pojawiajacą się w chwili, kiedy Vimes recytuje Gdzie jest moja krówka?, to jestem skłonna uznać Nocną Straż za najlepiej ujmującą postać znanego nam komendanta. Z jednej strony mamy Vimesa spotykającego Młodego Vimesa i dokonującego przy okazji rozrachunku z latami młodości – przyglądając się młodszej wersji siebie, widzi to, jak naiwny i podatny na wpływy kiedyś był. Jednocześnie kieruje nim tak jak większością młodszych rekrutów, z którymi ma do czynienia – pokazując jak coś działa w praktyce albo rzucając kilka dobrze wymierzonych zdań, mających dać słuchaczowi coś do zrozumienia. Z drugiej strony jest taka scena, w której przygląda się ówczesnej, już wtedy postrzeganej jako pośmiewisko, Straży Miejskiej, i rozmyśla nad tym, czym ona się stanie w przyszłości. W końcu mamy również wielkie wydarzenie – narodziny Młodego Sama po komplikacjach przy porodzie. Najpierw Vimes musi stać się ojcem dla samego siebie – zagubionego i podatnego na złe wzorce siebie – aby potem być ojcem dla Młodego Sama. Ponadto mamy tutaj powód, dla którego przez lata Samuel Vimes znajdował się w stanie stagnacji i obojętności, której świadkiem jesteśmy w Straży! Straży!.

Powodem, dla którego tak wielu ludzi uważa, że komendant Vimes to właściwy przykład postaci praworządnej dobrej, jest niesiony przez niego bagaż – ciemna strona, chcąca siłą poprawić świat; naznaczona krwią przeszłość, walka z nałogiem alkoholowym, to, że ma tyle wątpliwości odnośnie własnej wartości, moralności i ojcostwa… To sprawia, że wydaje się on bardziej ludzki. Z drugiej strony mamy to, że jego praworządność nie jest bezrefleksyjna. W Piątym elefancie lady Sybil zostaje wzięta jako zakładniczka, a tamtejszy kapitan Straży tłumaczy się, że pozwolił na to, bo słuchał rozkazów. Vimes woła więc do siebie Detrytusa.
(…) A, Detrytus. – Troll zasalutował. – Widzę, że masz swoją kuszę. Dobrze cię traktowali? 
- Wołali na mnie tępy troll – oświadczył ponuro Detrytus. – A jeden to mnie kopnął w kamyki. 
- Ten? 
- Nie. 
- Ale to ich dowódca. – Vimes odsunął się od Tantony'ego. – Sierżancie, rozkazuję wam go zastrzelić. 
Jednym płynnym ruchem troll uniósł kuszę na ramię i spojrzał ponad grubą wiązką strzał. Tantony zbladł. 
- No dalej – rzucił Vimes. – To był rozkaz, sierżancie. 
Detrytus opuścił broń. 
- Aż taki tępy to żem nie jest, sir. 
- Wydałem wam rozkaz! 
- No to se pan może z tym rozkazem zrobić to, co Głaz Lintel ze swoim workiem żwiru, sir. Z całym szacunkiem, oczywiście. 
Vimes poklepał roztrzęsionego Tantony'ego po ramieniu. 
- Chciałem tylko coś zademonstrować – powiedział.
Scena z Vimesem uprzykrzającym życie strażnikowi za pomocą regulaminu, pokazuje, że komendant umie wykorzystywać kruczki prawne na własną korzyść i przez to staje się zawadzającym biurokratą w pozytywnym sensie. Z kolei fakt, że biegnie na łeb na szyję, aby przeczytać o określonej godzinie Młodemu Samowi bajkę; że razem ze swoimi ludźmi powstrzymuje zamieszki między trollami i krasnoludami; że, mimo niechęci do pewnych ras, zawsze przykłada się równie mocno do rozwiązania sprawy, niezależnie, kim jest (lub była) ofiara – to wszystko świadczy o jego głębokim poczuciu obowiązku.

Jednocześnie jego spryt, siła woli, a także wojowniczość sprawiają, że Vimes może przetrwać każdą sytuację i pokonać każdego przeciwnika, zewnętrznego i wewnętrznego. Dlatego ludzie go szanują.

10 komentarzy:

  1. Podoba mi się wszystko: zaczynając od tytułu, na treści i ilustracjach kończąc. Sam Vimes jest moim ulubionym bohaterem cyklu "Świat Dysku", cieszę się, że o nim napisałaś.

    Znalazłam tylko jeden błąd: "Małżeństwo z lady Sybil uczyniło Vimesa diukiem Ankh, a co za tym idzie – przyniosło ze sobą liczne obowiązki związane z tym tytułem." Diukiem Vimes został na koniec "Bogowie, Honor, Ankh-Morpork". Przez małżeństwo z Sybil stał się po prostu obrzydliwie bogaty. Za każdym jego awansem stoi Marchewa (od komendanta, który łączył się z tytułem rycerskim do diuka - "Przypomniano mi jednak, że słowem, które oryginalnie oznaczało komendanta, było "Dux".)

    Trochę nie na temat: dawno nie byłam na Twoim blogu, bardzo ładny szablon.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz mi powiedzieć, dlaczego na gmailu masz innego avka, niż tu? Bo już miałam powiedzieć, że także bardzo ładny XD.

      "Bogów, honoru i Ankh-Morpolk" nie mogłam zdobyć. Prawdę mówiąc dopiero niedawno przeczytałam "Niucha". Ale byłam pewna, że przynajmniej od "Zbrojnych" był tym diukiem Ankh, zwłaszcza, że w "Na glinianych nogach" poszedł sprawdzić swój herb.

      Teraz akurat mam jeszcze trzy pomysły na artykuły o Świecie Dysku, w tym jeden o Straży Miejskiej w ogóle.

      Usuń
    2. Nie miałam czasu zmienić avka *ziewa ze zmęczenia*

      Pomiędzy ślubem a nadaniem tytułu komendanta nazywano go po prostu "panem Vimesem", Marchewa zażądał....e....poprosił Patrycjusza o przywrócenie tytułu Komendanta Straży (który przestał istnieć po zabiciu ostatniego króla przez Kamienną Gębę Vimesa). Tytuł komendanta wiązał się z tytułem rycerskim (szlacheckim) - stąd w "Na glinianych nogach" poszedł sprawdzić herb. Z tego co pamiętam ród Vimes stracił do niego prawo i dopiero w "Bogowie..." Kamienna Gęba dostał to na co zasłużył - pomnik w mieście i prawidłową ocenę historii, uznano go za bohatera, który wykonał egzekucję na zbrodniczym królu, kiedy nie chciał tego zrobić nikt inny.

      Koniecznie musisz zdobyć "Bogów...", bo zawierają ważne zmiany w Straży. Zostają przywrócone dawne posterunki i Straż ponownie zwiększa swoją liczbę. :/

      Usuń
    3. No i Vimes zapobiega wojnie, aresztując obie strony konfliktu XD.

      Może mi się uda to znaleźć. Ale i tak mam kilka innych lektur w drodze.

      Usuń
    4. Nie możesz pominąć książki w której Nobby używa swojego seksualnego czaru (sic!) i w którym jest mnóstwo Lorda Vetinariego :<

      Usuń
  2. Rozwalają mnie nazwy własne... x)

    Poprzedni artykuł ze Świata Dysku jakoś bardziej mi podszedł. Może ta lektura jest dla mnie jednak trochę za ciężka. Ale jest tu sporo zachęcających do czytania rzeczy. Kto wie, kto wie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co masz na myśli przez "tę lekturę"? Artykuł, czy cykl o Straży Miejskiej?

      Ale - jak już wspomniałam Hermi - zastanawiam się, czy by nie napisać czegoś o Straży w ogóle. Może chciałabyś poczytać trochę o innych strażnikach?

      Usuń
    2. Nie, artykuł czytało się w porządku - mam na myśli serię Pratchetta. Skoro masz w rękawie jeszcze pomysł na co najmniej trzy dyskowe artykuły, znajdę w końcu coś dla siebie ;)

      Usuń
    3. A tam, jak przetrwasz wstawki o A'Tuinie rodem z National Geographic i niektóre poboczne wątki, to czyta się zwykle bardzo przyjemnie. Bądź co bądź, gość jest znany ze swego poczucia humoru.

      Usuń
  3. "...kiedy później strażnicy zostają zebrani na uroczystości i spytani o to, jaką chcą nagrodę za pokonanie smoka, (...) Nobby i Colon nieśmiało i niepewni tego, czy Patrycjusz zgodzi się na taką zuchwałość, poprosili o podwyższkę pensji z trzydziestu na trzydzieści pięć dolarów, refundację czajnika i tarczę do rzutek, aby im się nie nudziło na komendzie. Tym samym udowodnili, że ludzie potrafią być dobrzy."

    "Tym samym udowodnili"??? A cóż to za dobroć?
    Dobry jest człowiek, który nie potrafi wykorzystać szansy??!!!
    Inaczej mówiąc, dobrzy ludzie nie proszą o podwyżki?
    Ty masz jakąś firmę, czy co?
    Nobby i Colon są przedstawiani konsekwentnie jako durnie o ograniczonej wyobraźni, więc konsekwentnie - zażądali wynagrodzenia mieszczącego się w ich obszarze wyobrażeń. Po prostu nic więcej im się we łbach nie mieściło. I tyle.
    ---
    Lepiej przypomnij sobie, co, jako czytelniczka czułaś w chwili, gdy czytałaś to ich życzenie. Zapewne jak wszyscy: lekką ulgę i lekki zawód. Zastanów się - skąd wziął się ten cień ulgi (bo zawód jest zrozumiały)?

    OdpowiedzUsuń