piątek, 13 czerwca 2014

[FF: Avengers] Jabłoń cz. 5 - Bezsenna noc

Rezydencja Starków, godzina 01:03
Howard specjalnie ulokował swoich gości na tym samym piętrze, na którym znajdowała się jego sypialnia. Po części po to, aby ewentualnie móc porozmawiać z którymś z nich, a po części dlatego, że był ciekaw. Ta sama ciekawość skłoniła Howarda do tego, aby wybrać Tony’emu pokój, który znajdował się tuż obok sypialni ojca. Mimo że Howard spotkał swoich tymczasowych lokatorów już wcześniej i miał świadomość tego, że w przyszłości spłodzi syna, wciąż nie mógł wierzyć w to, że ten syn przeniósł się w czasie i teraz spał w jego domu. Być może nawet jakaś część wynalazcy chciała mieć Tony’ego na oku, tak dla pewności, że wszystko z nim dobrze.
Choć Howard był bardzo zmęczony i pragnął już tylko się porządnie wyspać, to ten obfitujący w wydarzenia dzień sprawił, że przedsiębiorca nie był w stanie pogrążyć się we śnie. Nie co dzień twoje własne dziecko wraz z dawno zaginionym przyjacielem przybywają z przyszłości, aby oznajmić ci, że ktoś chce cię zabić. Howard był z jednej strony bardzo podekscytowany zaistniałą sytuacją, a z drugiej – bał się. Przedtem również miał pewne obawy – co do tego, jak sobie poradzi przed widownią złożoną z kilku wrogich mu hipisów i tego, jak jego śmiały krok zostanie odebrany. Teraz obawiał się również tego, że nie przeżyje. Po ostatniej podróży w czasie widział rzeczy, które zaparły mu dech w piersiach i napełniły nadzieją. Jeżeli zamachowcom się powiedzie, ta przyszłość może nigdy nie nastąpić.
Tony może się nigdy nie urodzić.
Dlatego Howard nie mógł spać, chociaż jego ciało domagało się snu. Wkrótce miał się przekonać, że nie tylko on miał tej nocy problemy z zaśnięciem.
Bo oto usłyszał dochodzące z pokoju obok dziwne odgłosy. Na początku miał wrażenie, że to ciche ziewnięcie, ale kiedy usłyszał je po raz kolejny, zabrzmiało jak pomruk. Howard przybliżył się nieco bardziej do ściany i zaczął nasłuchiwać, trochę z ciekawości, trochę z troski. Przez pierwsze kilka sekund trwała cisza, po czym nastąpiły kolejne niewyraźne mruknięcia. No, a potem… Potem Howard usłyszał krzyk.

Niezbyt głośny, nie aż tak, aby obudzić cały dom i nie aż tak, aby zmrozić krew w żyłach. Był to krzyk, który zwykle wyrzuca się z siebie bo miało się zły sen i nagle zdaje sobie sprawę z tego, że był to tylko sen. Krzyk, który pod koniec nagle cichnie, a nawet się urywa. Niemniej jednak był to krzyk. A krzyki mają to do siebie, że zwracają uwagę.
Kiedy tylko Howard go usłyszał, usiadł gwałtownie i już był gotów wstać i zapytać swojego syna czy wszystko dobrze, gdy nagle do jego uszu doszedł odgłos otwieranych drzwi, a następnie kroków na korytarzu, które stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu ucichły.
Osobą, do której należały owe kroki, był Bruce Banner, który również tego dnia miał problemy ze spaniem. Wcześniejsza rozmowa z Tony'm i wspomnienia, które przywołała, teraz nie dawały mu spokoju, powracając w tej dziwnej, nocnej porze, kiedy nic już nie odwraca uwagi od własnych myśli i człowiek zostaje z nimi sam na sam. Zwykle Bruce starał się nie myśleć o ojcu, myślenie o nim było bolesne i groziło obudzeniem Tego Drugiego. Zwykle pomagała medytacja i techniki relaksacyjne, których nauczył się w Indiach. Tej nocy jednak nie był w stanie opróżnić umysłu i nie myśleć o człowieku, który nie tylko bił go, ale też nazywał potworem...
Wstał i wyszedł na korytarz.
Z tego, co Bruce wiedział, w roku 1965 jego ojciec pracował w jakiejś bazie wojskowej pod kierownictwem majora Rossa. Doktor Banner w sumie cieszył się, że nie będzie obecny na prezentacji. Kto wie co by się stało, gdyby spotkał nie tylko przyszłego prześladowcę, ale też człowieka, który uczynił jego dzieciństwo piekłem.
Z zamyślenia wyrwał go krzyk, który znał aż nazbyt dobrze z tych wszystkich nocy, kiedy Tony próbował zasnąć, ale wspomnienia nie dawały mu spokoju. W chwili, kiedy Bruce usłyszał krzyk Tony’ego, jakaś jego część poczuła ulgę, że jego myśli zostały przeniesione na inny tor. Niemniej jednak ruszył swojemu przyjacielowi na pomoc. Widać nie tylko Bannera dręczyły tej nocy demony.
Zapukał i, nie czekając na odpowiedź, nacisnął klamkę.
Howard usłyszał jak drzwi do sypialni jego syna się otwierają i do środka ktoś wchodzi. Wtedy wynalazca zdał sobie sprawę również z tego, że z pokoju obok dochodził dźwięk szarpanego oddechu, jakby Tony miał problemy ze złapaniem tchu.
- Tony – szepnął nagle doktor Banner. Przez chwilę jeszcze Tony nie odpowiadał, tylko jakby uspokajał oddech, tak więc Bruce ciągnął dalej: – Tony, wiem, że znowu miałeś atak, ale już wszystko dobrze.
Howard zdziwił się. Atak? Czyżby Tony cierpiał na jakąś chorobę?
Tymczasem oddech Tony’ego się nieco unormował. Mężczyzna wciąż trzymał się za pierś, w której kołatało jego serce. Miał mętlik w głowie, ale i tak prychnął śmiechem.
- Tak, wiem, ironia losu. – Bruce uśmiechnął się. – Ale jak na kogoś, kto prawie zginął i ma z tego powody stany lękowe, trzymasz się całkiem nieźle.
Prawie zginął? Stany lękowe? O co chodzi? Howard niepokoił się coraz bardziej. Słyszał o stanach lękowych, ba – swego czasu nawet spotkał się z kilkoma psychologami, którzy opowiedzieli mu o tym co nieco. Wniosek był prosty – jego syn musiał przeżyć coś bardzo strasznego. I mimo że teoretycznie jeszcze się nie urodził, Howard poczuł z tego powodu smutek, a nawet – chęć pomocy swojemu dziecku.
Tony z kolei już się uspokoił i westchnął z ulgą. Ostatnimi czasy dość często rozmawiali na ten temat z Bruce’m. Być może Bruce czuł potrzebę, aby odwdzięczyć się za to, że Tony też słuchał o jego problemach, a może miał wrażenie, że jego ataki paniki są bardzo podobne do tego, co poprzedza przemianę w Hulka. Tak czy inaczej, rozmowy z Bruce’m – który był przy całym zajściu (a nawet uratował Iron Manowi życie) i widział to samo, co Tony – były o wiele bardziej skuteczne, niż rozmowy z Pepper, która obserwowała wszystko z bezpiecznej odległości. Poza tym spokój Bannera zawsze udzielał się Tony’emu, kiedy tylko jego kompan w nauce pojawiał się tuż obok.
Uśmiech Tony’ego zrzedł.
- Zastanawiałem się nad tym już wcześniej… Chociaż może to tylko moja durna wyobraźnia. Jak wtedy, kiedy poszliśmy na sushi i wydawało mi się, że widzę Spider-mana, który do mnie macha.
- Nad czym się zastanawiałeś? – zapytał Bruce.
Tony spojrzał przed siebie i powiedział cichym głosem:
- Przeszło mi przez myśl – odwrócił się znów do Bruce’a – że może ci kosmici, którzy umożliwili zamachowcom podróż w czasie, to Chituari.
- Myślisz, że mają aż tak zaawansowaną technologię?
- Czemu nie? Nam udało się zbudować wehikuł czasu.
Kiedy Howard dowiedział się, że zamachowcy mogli przenieść się w czasie dzięki wsparciu kosmitów, z trudem był w stanie w to uwierzyć. Im dłużej jednak Tony i reszta mu o tym opowiadali; im częściej przypominał sobie, że niespełna dwadzieścia lat temu przeniósł się w czasie do przyszłości, tym bardziej zawieszał swoją niewiarę. W zasadzie nie myślał o owych kosmitach i skupiał się bardziej na ludziach, którzy chcieli go zabić. Teraz jednak musiał pomyśleć i o tych, którzy tym ludziom pomogli.
- I sądzisz, że Chituari chcieliby zabić twojego ojca?
- A dlaczego nie? Mają motyw. Mogliby zechcieć zabić tatę, abym się nigdy nie narodził, a TARCZA nigdy nie powstała.
Howard nie wiedział kim byli Chituari. Skoro jednak Tony i doktor Banner sądzili, że mogliby zechcieć jego śmierci, to musiał im uwierzyć. Czuł się trochę jak tamtego dnia w „Charlotte’s”, kiedy nie wiedział, o czym rozmawiają ze sobą Bruce i Tony i próbował jakoś to wszystko poskładać do kupy.
Ostrożnie wstał i wyszedł na korytarz, starając się, aby nie narobić hałasu. Był tak pochłonięty tym, że przez ten cały czas nie nasłuchiwał, w rezultacie czego nie usłyszał dalszej wypowiedzi doktora:
- To się nie trzyma kupy. Przecież zamachowcy chcą też zniszczyć reaktor łukowy. Skoro Chituari mieliby im pomóc po to, aby nie dopuścić do twoich narodzin, to po co niszczyć jeszcze reaktor? Szansa na to, aby ktokolwiek powtórzył twój wyczyn, jest jak jedna na milion, więc to nie tak, że obawiają się, że ktoś zbuduje zbroję Iron Mana. Poza tym skoro już mieliby zabijać Howarda z powodu nas, to musieliby cofnąć się jeszcze bardziej i zabić go przed Projektem „Odrodzenie”.
Howard stanął przy drzwiach i przytknął ucho do ich drewnianej powierzchni, a rękę położył na klamce.
- Niekoniecznie – odrzekł Tony. – Wystarczyłoby, aby Steve nigdy nie został odnaleziony. Zresztą nie znamy stanu wiedzy naszych kosmitów.
- A może ci Chituari – odezwał się za nimi głos, którego nie spodziewali się tej nocy usłyszeć – chcą zniszczyć reaktor, bo w dalszej przyszłości będzie dla nich niebezpieczny?
Bruce i Tony odwrócili się i popatrzyli na stojącego w progu Howarda, który po chwili wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i podszedł do nich.
- Tato, dlaczego ty zawsze musisz się czaić za ludźmi, kiedy rozmawiają o przyszłości?
- Wybacz, ściany są cienkie – odparł Howard. – Ale i tak nie podsłuchałem wszystkiego. – Po chwili dodał nieco poważniej: – A teraz powiedzcie mi coś więcej o tych Chituari.
- Chyba nie za bardzo jest sens – stwierdził Bruce. – Pojawią się na długo po pana śmierci. Poza tym, wątpię, aby to oni przekazali zamachowcom wehikuł czasu. W czasach, z których pochodzimy, minął rok od ich ataku. Gdyby mieli maszynę do podróży w czasie, już dawno by ją wykorzystali.
- To jednak kosmici i wypadałoby się przygotować na ich przybycie – oznajmił Howard.
- Zostaw to nam, tato. Już my ich przywitamy – powiedział Tony. – A teraz wracaj do łóżeczka, bo będziesz rano marudził.
Mimo że Howard miał jeszcze kilka pytań, postanowił zachować je dla siebie. Zbyt dobrze pamiętał swoje bezowocne próby wyciągnięcia od nich, od Steve’a i panny Potts czegokolwiek na temat przyszłości. Ponieważ obaj siedzieli na łóżku, Howard postanowił się do nich przysiąść. Teraz Iron Man znajdował się pomiędzy swoim ojcem a doktorem Bannerem i czuł się z tego powodu trochę nieswojo, zwłaszcza kiedy Howard popatrzył na niego, a jego twarz wyrażała najprawdziwszą troskę. I wtedy Tony zdał sobie sprawę z tego, że jego ojciec mógł usłyszeć także jego atak paniki.
Nagle wszyscy trzej usłyszeli za sobą odgłos otwieranych drzwi, a kiedy się odwrócili, ujrzeli Steve’a.
- Proszę, proszę, co my tu mamy? Robicie sobie piżama party?
- Wiem, że chciałbyś, abyśmy ci pomalowali paznokcie – zaczął Tony – ale nic z tego. Nie jesteś zaproszony, bo obmawiałeś mnie z przewodniczącą pomponiar. – Kiedy Steve rzucił mu zdziwione spojrzenie, Iron Man dodał: – No co? Ty zacząłeś ten dowcip, to postanowiłem go pociągnąć.
- Czy jest coś o czym nie wiem? – zapytał Howard.
- Nie, Tony tak zawsze – odparł Bruce i się uśmiechnął.
- Ja też mam problemy ze zrozumieniem połowy z tego, co on gada – wyjaśnił Steve. – A już jak on i doktor Banner zaczynają rozmawiać o fizyce, wiem, że trzeba się zmyć. W każdym razie – zwrócił się znów do Tony’ego i Bruce’a – Tony, czy już wszystko dobrze?
- Tak myślę, Steve – odparł Iron Man. – Dzięki za troskę.
- Będziesz w stanie zasnąć?
- Spróbuję, Kapitanie, ale nic nie obiecuję.
- W zasadzie wszyscy powinniśmy się położyć – powiedział Howard. – Jutro czeka nas ciężki dzień.
- Co racja, to racja – stwierdził Steve i otworzył drzwi. – Howardzie, doktorze, idziecie?
Howard i Bruce niechętnie podnieśli się z łóżka, ale wyraz twarzy Tony’ego zapewnił ich o tym, że mogą spokojnie iść spać, bo ich syn i przyjaciel sobie poradzi. Mimo to, żaden z czwórki mężczyzn nie spał tej nocy zbyt dobrze.
12 października 1965, godzina 9:30
Następnego ranka spotkali się na śniadaniu. Bruce i Steve zadali sobie trud przybycia w świeżych ubraniach, jednak Tony miał na sobie swoją piżamę, a Howard jeszcze szlafrok. Jarvis przygotował im w jadalni masło, wędliny, sery i pieczywo. Niebawem dostali też do popicia kawę (oprócz Bruce’a, on zażyczył sobie herbaty). Jarvis oddalił się, aby zająć się innymi sprawami, a Howard wziął kromkę chleba i zaczął smarować ją masłem.
- Jak się spało, panowie?
Odpowiedzieli mu pomrukami, które zapewne miały znaczyć, że dobrze, choć tak naprawdę każdy z nich – łącznie z pytającym – spędził tę noc albo rozmyślając z otwartymi oczyma wpatrzonymi w sufit, albo próbując z niemałymi trudnościami zasnąć. Howard nadal zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Wyglądało na to, że im dłużej Tony i reszta przebywali w tych czasach, tym więcej on się dowiadywał o swoim synu. A to, czego się dowiadywał, bardzo go martwiło, nie mówiąc już o tym, że napawało zdumieniem.
Postanowił zmienić tok swoich myśli i zająć głowę czymś innym.
- Powiedz mi taką rzecz, Tony – zaczął powoli, kończąc robienie kanapki z szynką. Wszyscy trzej spojrzeli na niego z zaciekawieniem, a Howard przeszedł do sedna sprawy: – Ta cała Natasha… Ona jest z Rosji?
- Tak – odparł spokojnie Tony.
- Przynajmniej tak nam się wydaje – dodał Bruce. – Nie mówiła skąd pochodzi.
- A dlaczego pytasz, Howard? – zapytał Steve, kiedy jego stary przyjaciel ugryzł kęs kanapki. Howard przełknął go, po czym mówił dalej:
- Tak się zastanawiam, jak wyglądają relacje między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi w waszych czasach. Bo, jak pewnie wiecie, obecnie nie są zbyt obiecujące. Nie miałbym nic przeciwko jakiejś małej współpracy obu państw. Na przykład naukowej.
- Tak jak między tobą a Antonem Vanko? – spytał domyślnie Tony. Poczuł gorycz na myśl o tym, co miało się zdarzyć za dwa lata.
Nagle Howard zamarł. Następnie podniósł się z krzesła i szybkim krokiem wyszedł na korytarz, gdzie znajdował się telefon.
- Tato? – zawołał za ojcem Tony.
Howard szybko podniósł słuchawkę i wykręcił na tarczy już dobrze znany sobie numer. Czekając na połączenie, słyszał w uszach bicie swojego serca. Jaki on był głupi… I do tego samolubny… Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Oni przybyli do jego czasów, aby zniszczyć reaktor łukowy; aby nie dopuścić do jego powstania. Dotąd skupiał się tylko na sobie, a przecież reaktor nie był tylko jego dziełem. W przeciągu tych kilku godzin zamachowcy już dawno mogli zabić Antona. Dlatego oczekiwanie na to, aż ktoś podniesie słuchawkę, było dla Howarda bardzo stresujące. Wynalazca wręcz modlił się o to, żeby jego rosyjski współpracownik odezwał się niebawem po drugiej stronie linii. Howard czuł też na sobie wzrok swoich gości, którzy podnieśli się ze swoich krzeseł, stanęli w przejściu i właśnie obserwowali go z bezpiecznej odległości.
- ‘Alo… znaczy: halo – odezwał się wreszcie znajomy głos. – Anton Vanko, w czym mogę pomóc?
Howard odetchnął z ulgą.
- Dobrze cię słyszeć, Anton – oznajmił z lekkim uśmiechem. Zaraz jednak spoważniał. – Posłuchaj, dowiedziałem się, że ktoś chce zniszczyć reaktor łukowy i przeprowadzić zamach na moje życie. Dzwonię do ciebie, bo podejrzewam, że ciebie też mogliby chcieć zabić.
- A ty nie masz czasem całego mnóstwa ochroniarzy, aby nas chronili, Howard – odparł Anton – nie mówiąc już o ludziach majora Rossa? Czyżby wojsko amerykańskie zeszło na psy, mimo że zaopatrujesz ich w swoją najlepszą broń?
Howard nie wiedział, co odpowiedzieć. A musiał coś odpowiedzieć, bo inaczej Anton zacznie się niepokoić. Po raz kolejny od wczorajszego dnia Howard miał mętlik w głowie. To wszystko było takie dziwne…
- Tak, masz rację, Anton – oznajmił powoli, bez przekonania. Pokusił się o lekki uśmiech, chociaż jego rozmówca nie mógł zobaczyć jego twarzy. – Ale mimo wszystko bądź czujny.
- Będę, Howard. A ty się zajmij organizacją prezentacji.
Anton rozłączył się. Howard odłożył słuchawkę i odwrócił się z powrotem do swoich gości, którzy nadal stali w drzwiach do jadalni i mu się przyglądali.
- Rozmawiałeś z Antonem Vanko, tato? – odezwał się po chwili ciszy Tony.
- Czy on też ma jutro zginąć? – zapytał Howard. – To przecież możliwe. Reaktor łukowy jest tworzony przez nas obu.
- Raczej nie było nic o żadnym Antonie Vanko – stwierdził Steve. – Założyliśmy, że zginiesz tylko ty.
- Więc może będą chcieli go zabić wcześniej… albo później – wyraził przypuszczenie Howard, odwracając wzrok w bok.
Znów ten mętlik w głowie. Mętlik, który z każdą chwilą mieszał się coraz bardziej z lękiem i wzmożonym poczuciem zagrożenia. Howard bał się tego, co miało nastąpić jutro. A jeszcze wczoraj po południu jego jedynym zmartwieniem było to, czy hipisi go wybuczą albo czy major Ross będzie marudził. Martwił się, że jeden z najważniejszych momentów zwrotnych w jego życiu – moment, w którym obnaży duszę – skończy się kompletną porażką. Teraz martwił się o to, czy przeżyje, aby zrobić to wszystko, co zamierzał zrobić nie tylko 13 października 1965 roku, ale też potem.
Nagle dało się usłyszeć dzwonek do drzwi. Jarvis szybko podszedł i sprawdził kto to. Chwilę potem zwrócił się do swojego pracodawcy:
- Panie Stark, to panna Hill. Przyszła na umówione spotkanie.

1 komentarz:

  1. Tu nie było aż tyle gadania, niepotrzebnie straszyłaś :P Końcówka bardzooo interesująca.

    OdpowiedzUsuń