piątek, 9 maja 2014

[FF: Przygody Merlina] Wyzwanie - część 6 (ostatnia)

Trzynasty z Dwunastu uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym zaczął powoli, ale rytmicznie klaskać. Merlin czuł się nieswojo, ale starał się tego nie okazywać.
- Bezbłędnie, jestem pod wrażeniem. – Trzynasty z Dwunastu zaśmiał się, wstrzymawszy oklaski, i mówił dalej: – Ale powiedz mi, Merlinie: Jak się domyśliłeś? Smok ci powiedział?
- O, nie. W każdym razie nie wprost – oznajmił Merlin i pozwolił sobie na lekki uśmiech. – Kiedy mu opowiedziałem o tym, że wyzwałeś mnie na pojedynek, nie był skory do wyjaśnień. Wszystko ujął ogólnie, abym sam się domyślił. Moim głównym tropem był sposób, w jaki się przedstawiłeś. Trzynasty z Dwunastu. Na początku tego nie rozumiałem, ale potem przyjaciółka opowiedziała mi o starym przesądzie wojskowych.
- Trzech przed wodzem, trzech za nim, czterech po bokach i tak dalej? – spytał domyślnie Trzynasty z Dwunastu.
- Tak. Razem dwunastu ludzi. Ale zawsze podróżuje z nimi ów niechciany, trzynasty pasażer. Śmierć. Gwen chciała mi to powiedzieć i powiedziała na tyle, na ile mogła. To mi wystarczyło, żeby połączyć wszystko ze sobą. Twoje przechwałki podczas uczty…
Nie jestem czarownikiem. Jestem kimś o wiele potężniejszym. Prawdę mówiąc, nie spotkałem jeszcze czarownika ani rycerza, który mógłby mnie pokonać.
- Słowa smoka, kiedy zapytałem go o to, kim jesteś…
Jedyne, co mogę ci powiedzieć, to to, że nie jest on człowiekiem. To siła wyższa. Trudno będzie z nią wygrać. Nie jestem pewien, czy to czasem niemożliwe.
- Również to, jak zginęli strażnicy. Gajusz nie znalazł żadnych śladów, wyjaśniających ich zgon, a przecież robił im sekcję. Nawet czarownik, kiedy kogoś zabija, musi użyć zaklęcia, które powoduje zgon z określonej przyczyny, która ma określone znaki. Ale wystarczy, że ty – uosobienie Śmierci – kogoś dotkniesz, a ten ktoś padnie martwy. Tak właśnie ich zabiłeś, kiedy zagrodzili ci drogę. Dotknąłeś ich i pozbawiłeś życia.
- Brawo, brawo – odpowiedział Trzynasty i znów zaklaskał z uznaniem. Kiedy przestał, posłał Merlinowi kolejny złowrogi uśmiech i spytał: – Skoro teraz już wiesz, kim jestem, co zamierzasz z tym zrobić?
- Czy to nie oczywiste? – spytał Merlin, znów się rozpromieniając. – Zamierzam cię pokonać.
- Pokonać Śmierć? – Trzynasty z Dwunastu aż prychnął śmiechem. – Nikomu się to jeszcze nie udało.
- W takim razie ja będę pierwszy – odpowiedział spokojnie czarownik. Wyciągnął z pochwy miecz i przyjął pozycję bojową. – Przejdźmy wreszcie do pojedynku.

Śmierć zachichotał cicho. Wskazał otwartą ręką kamienny stół z dwoma drewnianymi krzesłami, którego jeszcze wcześniej tam nie było.
- W takim razie spocznij, czarowniku.
Merlin nie wiedział, czego się spodziewać. Im bardziej przedłużał się moment próby, tym bardziej niepewnie się czuł. Mimo to wsunął miecz do pochwy i usiadł, oczekując, że lada chwila rozpocznie się pojedynek. Śmierć zajął miejsce naprzeciwko niego i teraz obaj wpatrywali się w siebie.
- Już raz mi się wymknąłeś, pamiętasz? – odezwał się nagle Śmierć. Kąciki jego ust ułożyły się w lekki uśmiech.
- Na Wyspie Błogosławionych? – zapytał domyślnie Merlin. Jego gardło było jakby ściśnięte, więc z trudem wydobył z siebie głos. Śmierć mówił dalej:
- Twoje życie w zamian za życie Artura. Czekałem na ciebie. Czekałem aż wpadniesz w moje ręce. Ale nie przyszedłeś.
- Przyszedłem – odparł Merlin. – To ty nie wyszedłeś mi na spotkanie.
Uśmiech Trzynastego z Dwunastu nagle osłabł i Śmierć spojrzał na młodzieńca przed sobą w sposób, który zdradzał głębokie zamyślenie. Tymczasem Merlin zaczynał się niecierpliwić.
- To na czym ma polegać nasz pojedynek? Jak to sobie wyobrażasz?
- Powiedz mi, Merlinie – zaczął znów Trzynasty – czy lepiej jest żyć dla króla, czy za niego zginąć?
To pytanie zaskoczyło Merlina, ale zaraz chłopak odzyskał rezon. Miał już dość gierek, miał już dość tego, że Śmierć grał mu na nerwach. A pamięć niedawnych wydarzeń tylko pogłębiała jego złość. Na razie jeszcze powstrzymywał się przed wszelkimi nierozsądnymi działaniami. Ani na moment nie zapominał o tym, kto przed nim stoi; ani co ten ktoś może z nim zrobić.
- Przecież śmierć za króla jest najwyższym zaszczytem dla poddanego – odpowiedział po chwili namysłu czarownik.
- Ach tak? – Brew Śmierci podniosła się i po chwili Trzynasty zaczął znów: – Gdyby tak było, Merlinie, królestwa stałyby puste. Nie miałby kto bronić króla, kto leczyć jego ran ani kto mu służyć. Nie byłoby rolników, którzy orzą pole, kuglarzy, który pocieszają ludzi, kowali, którzy naprawiają wozy i wykuwają broń… Nie byłoby poddanych, o których król ma się troszczyć. Masz oczywiście rację, Merlinie. Śmierć za króla jest zaszczytem, ale nie dla wszystkich.
Merlin zamyślił się przez chwilę. Przypomniał sobie jak był gotów oddać swoje życie za Artura w Labiryncie Gedref i na Wyspie Błogosławionych. Pamiętał jak stał naprzeciw Nimue, a ona pytała go, czyje życie zamierzał dać w zamian za księcia i pamiętał jak bez mrugnięcia okiem, bez zająknięcia i bez żadnych wątpliwości wskazał swoje własne. Pamiętał jak się żegnał z księciem, kiedy szykował się na własny zgon. Pamiętał jak leżał w łóżku, oczekując na śmierć. I pamiętał te wszystkie myśli i uczucia, które go tamtej bezsennej nocy nachodziły. Żal za ludźmi, których zostawia; lęk o to, co może czekać go po drugiej stronie, i smutek, że nie zobaczy tego wspaniałego świata, który Arturowi było pisane zbudować. Ale przede wszystkim pewność. Pewność, że wszystko będzie dobrze. Pewność, że Artur sobie poradzi. Pewność, że robi dobrze, oddając życie za księcia.
- Dla mnie tak – odrzekł w końcu chłopak. – Jestem gotów na śmierć za Artura.
- Spodziewałem się większej mądrości po największym magu na świecie. – Śmierć oparł ramiona na blacie stołu i przechylił się odrobinę w stronę gościa. – Posłuchaj mnie, Merlinie. To rycerze i wojowie mają umierać za króla. A ty jesteś sługą. Sługa nie jest rycerzem.
Znów te słowa. Czy nawet czekając na śmierć miał je wciąż słyszeć?
- A kto tak mówi? – Merlin podniósł się z krzesła. – Przecież zdarzało się, że słudzy umierali za swoich panów. Słudzy również mają chronić pana za wszelka cenę. Pić za niego truciznę, odwracać od niego uwagę zabójców, aby mógł uciec, albo stawać na drodze ostrza, które ma go przebić.
- Prawda, ale mogą go chronić w o wiele lepszy sposób. Mogą ostrzegać go, prowadzić po bezpiecznych drogach, ubezpieczać tyły i doradzić, kiedy zachodzi taka potrzeba. To powinni robić słudzy. Służyć.
Merlin popatrzył na Trzynastego z Dwunastu. Powoli zaczynał rozumieć, co Śmierć miał na myśli, pytając czy lepiej jest żyć dla króla, czy za niego zginąć. Merlin zawsze wiedział, że jego miejsce jest przy Arturze. Zawsze wiedział, że jego przeznaczeniem jest chronić go przed magią, która mogła mu zagrozić, i służyć radą, gdy tego potrzebował.
- I to właśnie robię – powiedział, niemal szepnął, Merlin. – Zawsze to robiłem.
- Ach – Śmierć znów się uśmiechnął – widzę, że wreszcie zaczynasz pojmować. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś najważniejszą linią obrony Artura przed jego wrogami?
O tak. Merlin zdawał sobie sprawę z  tego aż za dobrze. Nie było dnia, w którym by o tym nie myślał; nie było dnia, w którym nie myślałby o niebezpieczeństwach czyhających na księcia i o przeznaczeniu, które czekało na nich obu. Problem polegał na tym, że Artur prawie nigdy go nie słuchał, nawet kiedy potem okazywało się, że Merlin miał rację. Wiele razy bolało czarownika, że książę mu nie ufa i że tak nisko ceni sobie jego zdanie. Gdyby tylko wiedział…
- W takim razie sam widzisz, że lepiej jest żyć dla króla niż za niego zginąć – podsumował Trzynasty z Dwunastu.
Nagle Merlin zaczął się zastanawiać, dlaczego Śmierć mówi do niego te wszystkie rzeczy. Przecież spotkali się tutaj, aby stoczyć pojedynek. Przecież jeszcze niedawno widział jak banshee pierze jego koszulę w rzece. Więc dlaczego Trzynasty z Dwunastu zapewniał go o tym, że musi żyć? To było bardzo dziwne uczucie – słyszeć ust samego Śmierć, że powinien żyć.
Ni stąd ni zowąd, Trzynasty podniósł się na równe nogi i stanął obok stołu. Domyślając się oczekiwań przeciwnika i tego, że wreszcie nadszedł czas na ich pojedynek, Merlin również powstał. Teraz stali naprzeciwko siebie, a Śmierć badał wzrokiem chłopaka przed sobą, od stóp do głów. A potem zrobił coś całkiem niespodziewanego. Wyciągnął w stronę Merlina obleczoną w rękawicę rękę.
- Podaj mi dłoń, czarowniku – powiedział po chwili.
Merlin przyglądał się Trzynastemu ze zdumieniem, ale również z podejrzliwością. On znów się uśmiechnął i odparł:
- Nie martw się. Przecież widzisz, że noszę rękawiczki. – Nagle spoważniał. – A tylko poprzez uścisk jest sens się z tobą pojedynkować.
Merlin nie rozumiał, na czym miał polegać pojedynek poprzez uścisk ręki. Im dłużej przebywał sam na sam ze Śmiercią, tym bardziej absurdalne wydawało mu się jego zachowanie. Bo mimo jego zapewnień, młodzieniec nadal miał wrażenie, że umrze, jeśli spełni rozkaz Śmierci. Trzynasty z Dwunastu miał przecież rękawiczki również na uczcie z okazji urodzin Morgany, a strażnicy i tak umarli.
- Co jest, Merlinie? Wszak przyszedłeś się tutaj pojedynkować. Pojedynek polega na tym, abyś uścisnął mi dłoń. Jeżeli tego nie zrobisz, stracisz honor, a wraz z tobą straci go również Camelot.
- Co takiego miałby sprawdzać taki pojedynek? Wyższości  w czym miałby udowodnić? – spytał Merlin, po części z ciekawości, po części aby zyskać czas do namysłu.
- O, ma dowieść całkiem sporo. Ale ty dowiesz się tego, gdy do niego przystąpisz.
Merlin wahał się jeszcze przez chwilę. Z jednej strony skąd miał wiedzieć, że uściśnięcie dłoni Śmierci go nie zabije? Z drugiej – przecież przyszedł tu stoczyć pojedynek. Przyszedł tu walczyć za Camelot i za swojego przyszłego króla. Na to czekał, rozmawiając z Trzynastym z Dwunastu. Z Trzynastym z Dwunastu, który zapewniał go, że powinien żyć i służyć Arturowi, a nie umierać za niego. Czy więc uścisk ręki ze Śmiercią był ukrytym testem charakteru? Czy pojedynek miał polegać na tym, że Merlin zrobi to lub nie? Ale idea pojedynku polega na tym, że przeciwnicy mierzą się w potyczce, aby udowodnić sobie i innym, który z nich jest lepszy. Wyższości w czym miał udowodnić uścisk ręki?
Był tylko jeden sposób, aby się dowiedzieć. Jeżeli jego przeznaczenie było prawdziwe, wyjdzie z tego obronną ręką.
Niepewnie, ostrożnie wyciągnął dłoń w stronę Trzynastego z Dwunastu. Sam nie wierzył, że to robi. Jakaś część jego krzyczała, aby cofnął rękę i nazywała go idiotą (może nawet brzmiała trochę jak Artur). Mimo to jakiś wewnętrzny głos zapewniał go, że to właśnie powinien zrobić; że to właśnie jest właściwe. A kiedy jego ręka spoczęła w ręce Śmierci, wiedział, że nie ma już odwrotu.
Na początku poczuł się słabo. Jakby nagle zaczęła ulatywać z niego energia, czy też raczej – jakby palce Śmierci wysysać z niego życie. Podobnie czuł się, kiedy wypił truciznę za Artura. Jego nogi zaczęły nawet dygotać, kręciło mu się w głowie i Merlin miał wrażenie, że zaraz padnie nieprzytomny na ziemię. Albo – co było bardziej prawdopodobne – umrze. Pomyślał, że jednak jego wewnętrzny głos go zwiódł i że przez swoją głupotę zaraz umrze. Jednakże potem stało się coś bardzo dziwnego. Poczuł jak energia znów do niego wraca – przechodzi z palców Trzynastego z Dwunastu i wpływa z powrotem do jego żył. I nagle poczuł się tak, jakby obudził się po długiej (niemal za długiej) drzemce – poczuł się prawie tak samo, jak po wypiciu wywaru z morteusa.
W tym właśnie momencie Trzynasty z Dwunastu uśmiechnął się lekko i puścił jego dłoń.
- No cóż. Wygląda na to, że w końcu przegrałem.
Merlin ledwo był w stanie pojąć, że to już koniec. Co się przed chwilą wydarzyło? W jaki sposób udało mu się dotknąć Śmierci i nie paść trupem? Z całą pewnością nie spodziewał się czegoś takiego, kiedy szedł Trzynastemu na spotkanie.
- Tak jak powiedziałem, możesz prosić o cokolwiek chcesz, Merlinie. Cóż więc takiego może dla ciebie zrobić Śmierć?
Merlin znów się zastanowił. Taka okazja nie nadarzała się zbyt często. Mógł poprosić o coś istotę, która miała we władzy przeznaczenie. Mógł poprosić o to, aby wszyscy wrogowie Artura umarli; i mógł poprosić o wieczne życie. Ale czy powinien? Nigdy nie chciał żyć wiecznie (w przeciwieństwie do wielu czarowników). Zawsze wyobrażał sobie, że takie życie po jakimś czasie robiło się smutne i nudne. Miał szansę i powinien wybrać mądrze. Nasuwał się tylko jeden rozsądny wybór.
Merlin podniósł wzrok i w końcu przemówił:
- Chcę, abyś mi pomógł w wypełnieniu mojej misji. Chcę żyć na tyle długo, aby zobaczyć jak Artur spełnia swoje przeznaczenie, i nie chcę zginąć, nie ochroniwszy mojego pana.
- Tego się właśnie spodziewałem – odparł Śmierć i jego uśmiech rozszerzył się. – Skoro tego właśnie chcesz, tak właśnie się stanie. Nie spotkasz mnie, dopóki nie wypełnisz swojego przeznaczenia. Do tego czasu żegnaj, Merlinie.
Tak jak podczas uczty, tak i teraz owionął Trzynastego z Dwunastu fioletowy dym, który niebawem opadł, pozostawiając tylko pustą przestrzeń. Merlina ogarnęło dziwne uczucie ulgi wymieszanej ze zdumieniem. Jego pojedynek ze Śmiercią zakończył się w tak osobliwy i niespodziewany sposób… Do tego udało mu się wygrać i zapewnić sobie i Arturowi gwarancję, że nie spotka ich przedwczesna śmierć. Niemniej jednak wiedział, że niebezpieczeństwa nadal się czają, a jego zadaniem jest nie dopuścić do tego, aby dosięgły Camelotu. Są wszak gorsze rzeczy niż śmierć.
Niemniej jednak postanowił w końcu powrócić do domu. Przez całą drogę do zamku zastanawiał się, co powiedzieć o swoim pojedynku królowi, księciu i innym. Kiedy doszedł już do bram zamku, a zdziwieni jego powrotem strażnicy wpuścili go do środka, miał już gotową wersję wydarzeń.
- Szachy? – zdziwił się książę, kiedy Merlin mu ją przedstawił. – Czarownik, który był w stanie zabić strażników w niewyjaśniony sposób, wyzwał cię na pojedynek szachowy?
- A co w tym dziwnego? To, że nigdy razem nie graliśmy, nie znaczy, że nie umiem.
- Ależ ty nie masz za grosz zmysłu strategicznego, Merlinie – prychnął śmiechem Artur. – Nie mówiąc już o tym, że jesteś idiotą.
- Jak zawsze jesteś pełen wiary we mnie, panie – odparł z sarkazmem Merlin.
- No, ale przecież przegrałeś z nim, czyż nie?
- No prawda – przyznał sługa. – A miałem kilka pomysłów na życzenia… Na przykład, abyś przestał być ćwokiem.
- Aż dziw bierze, że postanowił cię jednak nie zabijać. Czyżbyś był tak żałosny, że postanowił nie marnować na ciebie magii?
- Po prostu uznał, że mimo iż przegrałem, wykazałem się odwagą i honorem. A skoro prosty sługa jest odważny i honorowy, to jakież musi być całe królestwo?
Artur przyjrzał się Merlinowi w sposób, który zdradzał zamyślenie. A potem książę nagle przemówił bardzo poważnym, ale również bardzo ciepłym tonem:
- Cieszę się, że do nas wróciłeś. Myślałem, że już cię nigdy nie zobaczę.
Ja też… Pomyślał Merlin i powrócił do pracy.
- I jeszcze coś – powiedział Artur. Merlin przerwał swoją robotę i spojrzał na niego. – Trzynasty z Dwunastu miał rację. Wiedz, że nigdy nie wątpiłem w twój honor, Merlinie.
- Dziękuję, panie. – Merlin uśmiechnął się. – To wiele dla mnie znaczy.
- No już nie szczerz się tak. Moje łóżko samo się nie zrobi.
Wersja o szachach obiegła cały Camelot (kilka razy nawet jakiś sługa albo rycerz śmiał się z Merlina, że przeszedł taki szmat drogi, aby przegrać w szachy) i po kilku tygodniach ucichła w miarę jak Camelot zaczął żyć nowymi sprawami i nowymi historiami. Tymczasem prawdziwy przebieg pojedynku poznali tylko Wielki Smok i Gajusz (poza życzeniem Merlina; to chłopak postanowił zatrzymać dla siebie). Obaj cieszyli się z takiego obrotu sprawy, a smok stwierdził nawet, że tego się właśnie spodziewał. Gajusz tuż po powrocie Merlina do domu uściskał go tak mocno, że chłopak myślał, że zostanie zgnieciony albo się udusi. Mimo wszystko cieszył się z powrotu do domu.
Czas tylko miał pokazać jak bardzo ów pojedynek Merlina z Trzynastym z Dwunastu wpłynął na przeznaczenie nie tylko księcia i jego wiernego sługi, ale i całego Albionu. Bo choć wiele razy Merlin był bliski śmierci, nigdy nie umarł; i choć Artur poniósł śmierć pod Camlann, tak naprawdę nie zginął, tylko pogrążył się we śnie do czasu, aż Albion znów będzie go potrzebować – do czasu, aż wypełni się przeznaczenie dwóch mężczyzn, będących dwiema stronami tej samej monety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz