środa, 30 kwietnia 2014

[FF: Przygody Merlina] Wyzwanie - część 5

[Pierwotnie część 5 i 6. Obecnie scalone ze względu na to, że część 5 miała niespełna trzy strony.]

Po przebraniu Artura w zbroję pan i sługa wyszli na polanę, gdzie zwykle odbywały się treningi z rycerzami. Wszyscy wojownicy Camelotu stali w rzędzie, czekając na rozkazy, a służący przywieźli właśnie powozy bojowe. Artur polecił Merlinowi, aby został z boku i był gotów na wezwanie księcia. Sam zaczął przechadzać się w tę i z powrotem, zwrócony twarzą do rycerzy.
- Dzisiaj zamierzam poćwiczyć z wami walkę w powozie. Wiem, że rzadko zdarza się okazja, aby walczyć w zaprzęgu, ale nigdy nie wiadomo, z kim przyjdzie nam się zmierzyć, więc od czasu do czasu dobrze by było się przygotować i na taką ewentualność. Sir Lucan, sir Bedivere i sir Gaheris! – powiedział głośniej i od razu wszyscy trzej rycerze podnieśli głowy. – Wy zajmiecie pozycje przede mną! Sir Girflet, sir Lavaine i sir Colgrevance zajmą pozycje za mną! – wymienieni rycerze przytaknęli na znak zrozumienia. – Sir Kayu i sir Malagancie, wy staniecie po mojej lewej, a wy, sir Tristanie i sir Hektorze po mojej prawej stronie. – Wszyscy czterej przytaknęli, a Artur w zamyśleniu złapał się za brodę i ciągnął dalej: – Teraz potrzebny mi ktoś, kto będzie moim woźnicą.
Artur rozejrzał się po polanie. Na chwilę jego wzrok spoczął na Merlinie, ale zaraz przeniósł się na służącego, który stał obok. Artur podszedł do niego.
- Molberick, prawda? – spytał domyślnie. Służący przytaknął, a wtedy Artur ciągnął dalej: – Słyszałem, że całkiem dobrze radzisz sobie w powozie.
- Tak jest, panie. Tak mówią – odpowiedział Molberick ze wzrokiem utkwionym w niebo.
- Czy to prawda?
- Tak jest, panie.
- W takim razie zostaniesz moim woźnicą na czas ćwiczeń.
- Dziękuję, panie – Pokłonił się.
Artur zrobił dwa kroki w tył, powiedział coś jeszcze do swoich ludzi i rozkazał swoim rycerzom zająć pozycje. Sam wraz z Molberickien wsiadł do powozu zaprzężonego w książęcego konia. Powozy innych rycerzy z formacji były zaprzężone w zwykłe konie ze stajni. Ustawili się tak jak wcześniej ustalił Artur: Lucan, Bedivere i Gaheris znajdowali się przed księciem, Girflet, Lavaine i Colgrevance za nim, Kay i Malagant z lewej, a Tristan i Hektor po prawej. Po drugiej stronie ustawił się podobny szyk wokół innego rycerza, którego najwyraźniej książę wyznaczył wcześniej na swojego oponenta. Merlin stał przy płocie i wszystkiemu się przyglądał, ale jego umysł był zajęty czymś innym.

Chłopak miał mętlik w głowie. Król dał mu możliwość wyboru i Merlin wiedział, że to doskonała okazja, aby ochronić skórę, ale jakaś jego część protestowała przeciwko temu.
Jesteś tylko sługą. Sługa nie jest rycerzem – szeptał jeden głos w jego głowie, a drugi odpowiadał: Musisz przyjąć to wyzwanie. Tu chodzi o twój honor.
A Merlin nie wiedział, którego z nich ma posłuchać. Która z tych dwóch możliwości jest właściwa?
- Merlinie? – Głos Gwen, która nagle pojawiła się obok niego, wyrwał go z rozmyślań. Merlin spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem. Zanim jednak zdążył coś jej odpowiedzieć, ona dodała z lekkim uśmiechem: – Słyszałam, co król postanowił w twojej sprawie i kamień spadł mi z serca.
- Gwen – Spojrzał na nią. – Co według ciebie powinienem zrobić? Iść do tego człowieka, czy zostać tutaj?
Nagle się zmieszała. Najpierw spuściła wzrok, ale zaraz potem zaczęła oglądać się na wszystkie strony, byle nie na Merlina. Przez chwilę milczała, jakby szukała właściwych słów. W końcu odchrząknęła, wyprostowała się i oparła ramiona na płocie, spoglądając na ćwiczących na polanie rycerzy.
- Pamiętasz jak powiedziałam ci dziś rano, że w Camelocie przesądy są dosyć powszechne? – odezwała się. Jej wzrok powędrował z rycerzy na Merlina, który przytaknął. – Jeden z nich jest szczególnie popularny wśród wojowników.
- Tak? I czego dotyczy? – spytał Merlin.
- Policz rycerzy, którzy są po stronie księcia Artura.
Merlin spojrzał w stronę powozu bojowego swojego pana i zrobił, co mu kazała Gwen. Lucan, Bedivere i Gaheris na przedzie – trzech; Girflet, Lavaine i Colgrevance z tyłu – też trzech, razem sześciu. Kay, Malagant, Tristan i Hektor po bokach – to już…
- Dziesięciu – odpowiedział na głos.
- A wliczając samego Artura i jego woźnicę?
Merlin wytrzeszczył oczy, kiedy nagle coś zrozumiał. Musiał to jeszcze raz sprawdzić. Podniósł do góry rękę i zaczął przeskakiwać palcem z jednego człowieka, na drugiego, licząc ich. Trzech z przodu i trzech z tyłu – sześć. Dwóch z lewej i dwóch z prawej – czterech. Cztery dodać sześć to dziesięć. Razem z woźnicą i Arturem – dwunastu.
Dwunastu…
Kim jesteś, aby zakłócać naszą uroczystość?
Jestem trzynastym z Dwunastu, Utherze Pendragonie…
Merlin spojrzał z zaskoczeniem na Gwen, która jednak pozostała spokojna. Odwróciła znów wzrok w stronę rycerzy.
- Ojciec opowiadał mi, że dawniej tak wódz plemienia wyruszał do bitwy. Siedział w powozie bojowym wraz z woźnicą i był otoczony dziesięcioma wojownikami. Podobno czasem jeszcze stosuje się tę formację. Ale wojskowi wierzą wciąż, że zawsze towarzyszy im ktoś jeszcze, owa trzynasta osoba. Ktoś, kto pojawia się podczas każdej bitwy. – Popatrzyła na niego. – Wiesz o kogo chodzi?
- O boginię wojny Machę? – spytał domyślnie. Ta odpowiedź pierwsza przyszła mu do głowy.
Gwen uśmiechnęła się do niego.
- Nie, ale jesteś blisko. – Nagle spoważniała. – Chodzi o…
- Merlinie! – rozległ się ostry głos księcia. – Gwen nie ma czasu na pogaduszki z tobą! Zostaw ją w spokoju!
- Ale panie…! – zawołał Merlin, jednak Artur od razu mu przerwał:
- Nie dyskutuj!
- Tak jest, panie – odpowiedział Merlin i zwrócił się do Gwen. – Powiedz mi tylko o kogo chodzi.
- Trzynastą osobą jest…
- Gwen!
Tym razem to Morgana była tą, która im przerwała. Pojawiła się nagle na polanie i, zauważywszy swoją służkę, szybko do niej podeszła. Wydawała się być czymś zmartwiona. Kiedy jej oczy spoczęły na Merlinie, uśmiechnęła się lekko, ale chłopak mógł od razu spostrzec, że była zdenerwowana. Zwróciła się do Gwen:
- Wszędzie cię szukałam. Co się stało?
- Wybacz, pani – odparła służąca i pochyliła głowę w geście szacunku. – Zauważyłam Merlina i chciałam zamienić z nim parę słów.
- Wybaczam ci, ale musisz posprzątać moją komnatę i pomóc mi z kilkoma rzeczami.
- Już idę, pani – oświadczyła Gwen.
Morgana zaczęła się oddalać. Gwen odwróciła się ostatni raz do Merlina i wyszeptała coś, a właściwie poruszyła bezdźwięcznie ustami. Następnie szybko ruszyła za swoją panią, zostawiając Merlina samego bez odpowiedzi.
Przez resztę dnia zastanawiał się nad tym, co usłyszał, a także nad tym, co powinien zrobić. Tak bardzo go to nurtowało, że zasnął dopiero o drugiej nad ranem i ostatniego dnia przed podjęciem decyzji poszedł do pracy niewyspany. To jednak było nic w porównaniu z wnioskami, do jakich doszedł. Były one bardzo logiczne i teoretycznie powinny ostatecznie rozwiać jego wątpliwości, jednak tylko pogorszyły jego sytuację. Dwa sprzeczne ze sobą głosy w jego głowie jeszcze bardziej optowały za swoimi rozwiązaniami. Merlinowi został tylko jeden dzień do namysłu, ale wydawało mu się do czasem zbyt krótkim na podjęcie tak ważnej decyzji. Miał walczyć czy się wycofać? Miał stanąć do tego pojedynku, mimo jawnych znaków złego losu? Czy też może powinien zostać w domu i się nie narażać? Co byłoby mądrzejszym posunięciem? Co byłoby właściwszym posunięciem? Nie potrafił tego orzec.
Ostatniego ranka przed podjęciem ostatecznej decyzji Merlin wyszedł ze swojej sypialni i od razu zauważył Gajusza pośród stosu książek. Przez cały poprzedni dzień starzec praktycznie nie wychodził z pracowni, tylko siedział i wertował każdą ze swoich ksiąg. Teraz, pochylając się nad ostatnią z nich, westchnął głęboko, w końcu ją zamknął i odłożył na stos po swojej lewej stronie. Potem spojrzał ze zrezygnowaniem na Merlina. Z trudem powstrzymując łzy i zachowując spokój, oświadczył drżącym głosem:
- Sprawdziłem wszystko, co tylko się dało. Każdą książkę przewertowałem od początku do końca, ale to nie przyniosło żadnych efektów. Nigdzie nawet nie wspomniano o magii jaką posługuje się Trzynasty z Dwunastu. Przykro mi, Merlinie. Nie wiem, kim on jest ani w jaki sposób zabija.
- Nie szkodzi – odpowiedział beznamiętnie Merlin. – Ja już to wiem.
Oczy Gajusza rozszerzyły się i starzec aż wstał z krzesła, opierając ręce na stole.
- Wiesz?! Ale… ale jak?
- Trochę mi to zajęło, ale Gwen mi pomogła.
- A skąd ona mogłaby to wiedzieć?
- Nie wiem, czy wiedziała. Niemniej jednak podpowiedziała mi, co trzeba, i wreszcie to pojąłem. Wiesz dlaczego wojownicy uważając liczbę 13 za przynoszącą nieszczęście?
Nagle medyk wszystko zrozumiał. Słowa smoka o Trzynastym z Dwunastu; brak jakichkolwiek śladów wskazujących na sposób, w jaki umarli dwaj strażnicy, nawet same przechwałki Trzynastego. Wszystko stało się jasne, wszystko ułożyło się w jedną, spójną całość. Niemniej jednak Gajusz z trudem mógł w to uwierzyć. To wydawało się być jak z jakiegoś snu. Spojrzał na siostrzeńca z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
- Ale to znaczy, że Trzynasty z Dwunastu jest… – urwał, wciąż nie całkiem wierząc w swoje nagłe odkrycie.
Merlin tylko przytaknął.
- Kiedy zamierzasz oznajmić królowi, że nie idziesz? – spytał Gajusz.
Merlin milczał przez chwilę. Dla niego nie było tak oczywiste, że nie powinien brać w tym udziału. Kiedy spoglądał na wuja, wydawało mu się, że bardzo się o niego martwi. Merlin wiedział, że Gajusz nie chciałby, aby mu się coś stało. Chłopak był świadom tego, że dla tego biednego starca jest najważniejszą osobą na świecie. Gdyby Merlin umarł, Gajusz pewnie by się załamał i kto wie, czy by się kiedykolwiek pozbierał. Merlin nie chciał mu tego robić. Nie chciał przysporzyć cierpień człowiekowi, który był jego mentorem i ojcem.
- Nie wiem – odpowiedział w końcu na pytanie Gajusza. – Zobaczę jak się ułoży.
Merlin nawet nie zjadł śniadania. Wziął tylko ze sobą chleb, pożegnał się i poszedł do pracy. Miał niejasne wrażenie, że jeśli usiądzie do stołu, trudno mu będzie znieść obecność Gajusza.
Na korytarzu nie spotkał nikogo znajomego, ale i tak nie potrafił myśleć o tym, że Gajusz nie był jedynym, kto będzie się o niego martwił, jeśli Merlin wybierze się w las. Chłopak już sobie wyobrażał reakcje Gwen: „Nie idź! Nie możesz! Zginiesz! Nie jesteś rycerzem!” Nie jesteś rycerzem… Zamknął na chwilę oczy i westchnął głęboko, po czym znowu popatrzył przed siebie. Wiele razy wyobrażał sobie tę scenę, a także swoją odpowiedź na błagania przyjaciółki: „Gwen, ja muszę! Podniosłem rękawicę i przyjąłem wyzwanie! Nie mogę się wycofać!” Nie mogę się wycofać… Pewnie nadal będzie go błagać. Pewnie to samo będzie robiła Morgana, ale będzie bardziej poważna i po prostu mu zabroni. A on odpowie, że: „Z całym szacunkiem, pani, ale nie przed tobą odpowiadam.” Zapewne gdyby Merlin zginął, musieliby powiadomić o tym jego matkę. Tak jak Gajusz, Hunith miała tylko jego. Nie była w stanie teraz nic zrobić, ale sama myśl, jaki ból sprawiłaby jej śmierć własnego syna, przyprawiała go o ból serca.
A co zrobi Artur? Artur zapewne też mu zakaże, przy okazji nazywając go kilka razy idiotą. I to wcale nie dlatego, że nie chce, aby zwykły sługa walczył o honor Camelotu. Merlin wiedział, że książę miał go za przyjaciela. Chyba nawet było mu ciężko rozstrzygnąć ten dylemat: przyjaźń czy honor Camelotu?
A sam Merlin, co powinien wybrać? Życie? Przecież mam tyle do zrobienia… Bezpieczeństwo? W końcu stawanie z kimś takim do pojedynku może się skończyć tylko w jeden sposób… Miłość, która go otaczała? Ci wszyscy ludzie chcą, abym żył. Mam tak po prostu ich zawieść, aby za mną płakali?
A może powinien wybrać uczciwość. Jak spojrzę ludziom w oczy, jeśli się wycofam? Odpowiedzialność. To ja podniosłem tę rękawicę. Trzynasty z Dwunastu jest moim przeciwnikiem i nikogo innego… Honor. Honor…
Kiedy Merlin stanął przed drzwiami do komnaty księcia, właściwie podjął już decyzję. I zamierzał ją wkrótce oznajmić Arturowi, a potem królowi. Nic nie mogło jej już zmienić.
Merlin pchnął drzwi i wszedł do komnaty. Artur znów stał i wpatrywał się w okno. Miał na sobie samą bieliznę, toteż od razu rozkazał Merlinowi go ubrać. Jego sługa natychmiast przygotował odzienie i zabrał się do roboty. Zbierał w sobie odwagę i wyczekiwał na odpowiedni moment, aby przekazać mu swoją decyzję, ale nie musiał, bowiem sam książę zagadnął go z typową pewnością siebie:
- Mam nadzieję, że wybiłeś już sobie z głowy pomysł o pojedynku z tym typkiem?
Merlin na moment zamarł, ale zaraz powrócił do pracy, spoglądając w dół.
- Chciałem o tym z tobą porozmawiać, panie – powiedział cicho. Artur spojrzał na niego, ściągając brwi. Merlin tylko raz na niego zerknął, a potem spuścił znów wzrok i oświadczył: – Zamierzam wziąć udział w tym pojedynku.
Przez chwilę Artur nic nie mówił, tylko, oniemiały, przyglądał się swojemu słudze. W końcu jednak odzyskał zmysły. Merlin odczuwał nagłe napięcie. Ponieważ już skończył z ubieraniem księcia, ze spokojem czekał na to, co jego pan zamierzał mu teraz powiedzieć.
- Chcesz się zabić – stwierdził książę spokojnym tonem, ale Merlin wiedział, że Artur nie był spokojny. – Powiedz mi, idioto, dlaczego tak bardzo zależy ci na śmierci?
- Tu nie chodzi o moje życie. Niestawienie się na tym pojedynku byłoby niehonorowe.
- Niehonorowe?! – wykrzyknął Artur, ale zaraz powiedział ciszej, wręcz wysyczał: – Kodeks cię nie obowiązuje. Nie jesteś rycerzem, Merlinie. Jesteś tylko sługą.
Coś w Merlinie zawrzało, ale jedynym, co na to wskazywało, były jego oczy, które nagle przybrały bardziej zacięty wyraz. Merlin, który słyszał te słowa przez prawie trzy dni w swojej głowie, tym razem nie zamierzał pozwolić im wsiąknąć.
- Czy w związku z tym, że jestem sługą, nie mam honoru? – spytał cicho, prawie wyszeptał. Artur podniósł brwi ze zdumienia, ale nic nie odpowiedział. Merlin ciągnął dalej, z o wiele większym wzburzeniem: – Przez niemal rok patrzyłem, jak ty zawsze stajesz do walki, nawet jeśli przeciwnik wydaje się być najgroźniejszym z czarowników! Wbrew zdrowemu rozsądkowi! Wbrew wszystkim, którzy ci to odradzają! Wbrew swoim własnym wątpliwościom… – Ostatnie słowa wyszeptał, ale zaraz zaczął mówić swoim zwykłym tonem: – A teraz ktoś rzucił mi rękawicę. Ktoś wyzwał mnie na pojedynek, w którym mam bronić honoru Camelotu. Czy widząc jak mój własny pan nie uchyla się od walki, mam postąpić inaczej, gdy to mnie rzucono wyzwanie?
Artur milczał przez chwilę, przyglądając się swojemu słudze z poważnym wyrazem twarzy. W końcu uniósł nieco podbródek i oświadczył spokojnym, wywarzonym tonem:
- Ja jestem koronowanym księciem Camelotu. Jeżeli ja się wycofam, będzie to hańbą dla całego królestwa. Poza tym muszę dawać przykład swoim rycerzom i nimi dowodzić. Jeżeli się wycofam, stracę ich szacunek. Ty nie masz takich zobowiązań. Ty masz tylko czyścić moją zbroję, przynosić mi śniadanie, zaprzęgać mojego konia i robić inne rzeczy, które robi sługa. Nie wymagam od ciebie, abyś był jeszcze rycerski.
- Panie – Merlin zrobił krótką pauzę, ale zaraz dodał: – spójrz mi w oczy.
W pierwszej chwili Artur chciał zdzielić Merlina w łeb za rozkazywanie swojemu własnemu panu, ale coś wewnątrz niego zmusiło go do wykonania tego polecenia. Książę podniósł wzrok i spojrzał słudze w oczy. Były smutne, ale zaraz przyjęły bardziej zdecydowany wyraz.
- A teraz odpowiedz mi, panie – zaczął – jakiego chcesz sługę? Sługę, który nie umie odróżnić dobra od zła? Sługę, który jest tchórzem?
- Chcę sługi, który będzie dobrze wykonywał swoje obowiązki. Chcę też, aby był mi wierny. Nic poza tym się nie liczy – odparł Artur.
Merlin milczał. Spuścił wzrok i zamyślił się. A zaraz potem prychnął śmiechem. Właściwie czego się spodziewał po Arturze? Że przestanie myśleć o nim jak o słudze i zrozumie go? Merlin popatrzył znów na Artura, tym razem z ironicznym uśmiechem.
- Podniosłem tę rękawicę tylko po to, abyś ty jej nie podnosił – oświadczył po chwili i spoważniał. – To nie jest przeciwnik dla ciebie. Obaj to wiemy. Pozwól mi więc skończyć to, co zacząłem.
- Zastanów się, Merlinie. Przecież ty też nie masz z nim żadnych szans.
Gdybyś tylko wiedział… – przeszło Merlinowi przez myśl. Dysponował własną mocą, choć i ona mogła okazać się niczym przeciwko komuś takiemu, jak Trzynasty z Dwunastu. Tak czy inaczej, Merlin już podjął decyzję i w tej chwili był jej pewien, jak niczego innego na świecie.
 
- A więc mam rozumieć, że postanowiłeś iść, chłopcze? – zapytał król.
W sali tronowej byli obecni również Artur, Morgana i Gajusz. Merlin wziął głęboki oddech. Nie było mu łatwo powiedzieć im, że tak właśnie postanowił. Był świadom tego, że patrzą na niego w napięciu i że każde z nich wolałoby, aby zaprzeczył. Był świadom tego, co pomyślą i że zapewne będą próbowali zrobić wszystko, aby go od tego pomysłu odciągnąć. Pewnie tak właśnie się to skończy. Po oznajmieniu decyzji zacznie się awantura i przekonywanie Uthera o niedorzeczności posyłania Merlina do lasu.
Merlin podniósł wzrok na króla i oświadczył:
- Tak, Wasza Wysokość. Postanowiłem iść.
Zaczęło się. Merlin zobaczył jak na twarzy Morgany pojawiła się rozpacz. Nie widział Gajusza ani Artura, ale domyślał się, że na czole jego wuja wystąpił zimny pot, a Artur ściągnął brwi, gotów nazwać swojego sługę idiotą. Po chwili Merlin go usłyszał:
- Ojcze, ten kretyn upadł na głowę, kiedy był mały. Chyba nie zamierzasz pozwolić mu się zabić?
- Panie, błagam, nie rób tego – dodał Gajusz. Jego głos na krawędzi załamania przyprawił Merlina o ból serca. Chłopak tylko zamknął na chwilę oczy i przygryzł wargę.
- Miałeś czas, Merlinie, przemyśleć wszystko – zaczął król. – Czy jesteś pewien swojej decyzji?
- Tak – odparł krótko chłopak.
- Jesteś świadom tego, że możesz nie wrócić? – dopytywał się Uther.
Czy ja zginę?
Gdybyś to nie był ty, powiedziałbym, że tak, Merlinie…
Tylko od ciebie zależy, które przeznaczenie okaże się silniejsze: twojej chwały, czy twojej klęski…
Merlin uśmiechnął się do swoich myśli.
- Tak, ale to, czy zginę, czy nie, zależy od tego, czy na to pozwolę – oznajmił.
- Podziwiam twoją pewność siebie, chłopcze – odparł Uther – ale to nie jest takie łatwe.
- Nigdy nie twierdziłem, że jest, Wasza Wysokość. Zamierzam jednak pójść do tego lasu i zrobić wszystko, aby nie ponieść klęski.
Uther milczał przez chwilę, ale po krótkim namyśle odezwał się wreszcie:
- Nigdy wcześniej nie widziałem tak odważnego, a zarazem tak głupiego sługi. Cóż mam teraz z tobą zrobić, chłopcze? Powiedziałem, że jeśli zdecydujesz się zrezygnować, ktoś inny pójdzie za ciebie. Odrzuciłeś właśnie tę możliwość. Czy mam ci pozwolić iść?
Merlin milczał. Patrzył tylko na Uthera, oczekując na to, że król sam odpowie na swoje pytanie i że ta odpowiedź będzie twierdząca.
- A więc dobrze – przerwał ciszę Uther, wprawiając  w zdumienie Morganę, Gajusza i Artura. – Skoro sam zdecydowałeś i skoro jesteś gotów na śmierć, nie mam innego wyjścia. Możesz iść.
Artur, Gajusz i Morgana próbowali go jeszcze przekonać, aby zmienił zdanie, ale Uther był niewzruszony, co tylko ucieszyło Merlina. Sam nie wiedział dlaczego, ale czuł się szczęśliwy takim obrotem sprawy. Co prawda, jego serce wydawało się nagle przytłoczone jakimś ciężarem. Wszak teraz czekało go najtrudniejsze. Następnego dnia będzie musiał wyruszyć do lasu i zmierzyć się z Trzynastym z Dwunastu. Śmierć wydawała mu się pewniejsza, niż zwycięstwo, ale Merlin nie zamierzał tak po prostu przegrać.
Po powrocie do domu Gajusz zrobił mu awanturę. Merlin dobrze go rozumiał, ale próbował sprawić, aby jego wuj zrozumiał również jego. W ostateczności udało mu się go przekonać, choć następnego dnia, kiedy Merlin miał ruszyć w stronę lasu na spotkanie z przeznaczeniem, medyk wręcz wmusił w niego zabranie króliczej łapki i wyściskał go tak mocno, jakby spodziewał się go już nigdy więcej nie widzieć. Gwen i Morgana również go przytuliły i nawet pocałowały w oba policzki. Po ich twarzach mógł poznać, że są bliskie płaczu. Artur tylko poklepał go po ramieniu, ale przez chwilę Merlin miał wrażenie, że książę chciał zrobić coś jeszcze. W końcu dał mu jakiś miecz. Jego sługa przyjął go z lekkim uśmiechem i przypiął do pasa.
Chłopak miał na sobie niebieską koszulę. Specjalnie wziął niebieską, bo pamiętał, że koszula, którą banshee prała w jeziorze, miała kolor czerwony. W plecaku było kilka rzeczy, w tym drugie śniadanie (gdyby szedł przez las bardzo długo i zgłodniał), kilka lekarstw od Gajusza i księga czarów. Merlin oddalił się o kilka kroków. Przystanął dopiero przy wejściu do lasu. Popatrzył jeszcze ostatni raz na swoich przyjaciół, uśmiechnął się do nich przyjaźnie i pomachał im. Oni mu odmachali, ale nieco mniej energicznie, zaś ich uśmiechy były cokolwiek wymuszone. W końcu odwrócił się w stronę wejścia i zagłębił się w las.
Przez pierwsze kilka chwil nie mógł przestać myśleć o tym, kogo za sobą zostawia. Przemknęło mu przez myśl, aby wrócić i pożegnać się z nimi jak należy, ale zwalczył to. Przyprawiłby ich o jeszcze większy ból, a wolał nie okazywać, że spodziewał się nie wrócić. Nie było już odwrotu. Musiał zmierzyć się z Trzynastym z Dwunastu. I choć świadomość tego, że może zginąć, była w nim silniejsza niż kiedykolwiek, Merlin cały czas powtarzał sobie, że jeszcze nie nadszedł jego czas.
Kiedy przechodził koło jeziora, nagle usłyszał znajomy szloch i chlupot. Spojrzawszy w tamtą stronę, ujrzał znów banshee prącą w źródełku zakrwawione ubrania. Wiedziony ciekawością, podszedł bliżej i zamarł. Banshee trzymała w rękach tę samą niebieską koszule, którą teraz miał na sobie. Merlin przyglądał się uważnie jak duch raz po raz macza jego ubranie w wodzie, w której pojawiły się kłęby czerwonego płynu.
- A więc jednak mam zginąć? – przerwał ciszę chłopak.
Banshee odwróciła się do niego. Tak jak się spodziewał, jej twarz była czerwona od łez. Zaraz jednak zjawa powróciła do koszuli.
- Biedny, biedny chłopiec… – zaszlochała. – Zginąć tak młodo…
Merlin nic nie odpowiedział. Po prostu zmusił swoje nogi do odejścia i ruszył dalej przed siebie. Nie szedł jednak zbyt długo, bowiem niebawem znalazł się w dziwnym miejscu. Pośrodku znajdowała się pusta przestrzeń, pokryta trawą i otoczona drzewami. Naprzeciw Merlina stał wielki kamień, o który opierał się Trzynasty z Dwunastu. Na widok swojego przeciwnika uśmiechnął się szeroko, w sposób, który przyprawił Merlina o dreszcze. Odszedł od głazu i zrobił kilka kroku wprzód. Kiedy stanął, od Merlina oddzielał go zaledwie metr.
- A więc przyszedłeś. Spodziewałem się tego. Nie jesteś tchórzem, Merlinie. Wiele razy zdążyłem się o tym przekonać. Zanim zaczniemy nasz pojedynek, chciałbym cię o coś spytać. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, kim jestem naprawdę?
- O, tak – powiedział ze spokojem Merlin, po czym oznajmił: – Jesteś Śmiercią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz