piątek, 18 kwietnia 2014

[FF: Przygody Merlina] Wyzwanie - część 3

Smok oparł się bardziej na skale, na której siedział, i przyjrzał się bliżej stojącemu przed nim chłopakowi z pochodnią w ręku. Wyglądało na to, że zastanawiał się nad tym, co Merlin właśnie mu opowiedział. Sam czarownik nie był pewien, co właściwie smok teraz myślał i czy wieść o tym, że Merlin zobaczył banshee, a potem został wyzwany na pojedynek, zaniepokoiła gada. Chłopak miał jednak nadzieję, że kiedy stwór się wreszcie odezwie, poda mu jakieś rozwiązanie całej zaistniałej sytuacji. Po dwóch minutach, które dla Merlina trwały niemal wieczność, Wielki Smok nareszcie przemówił:
- Wszystko, co mi powiedziałeś, jest bardzo intrygujące, młody czarowniku. Wygląda na to, że twoje przeznaczenie zostało wystawione na próbę.
Merlin stwierdził w myślach, że ostatnia wypowiedź smoka nie ma w ogóle sensu, ale chłopak zdążył się już do tego przyzwyczaić. Podniósł wzrok na Wielkiego Smoka i zapytał:
- Czy ja zginę?

- Gdybyś to nie był ty, powiedziałbym, że tak, Merlinie. Jeszcze nikt nie umknął banshee, a tym bardziej temu, z którym będziesz musiał się niebawem zmierzyć.
- Kim on właściwie jest, smoku?
- Trzynastym z Dwunastu.
- To już wiem. Ale co to znaczy?
- Jeszcze się nie domyśliłeś, młody czarowniku?
- Nie. Mógłbyś łaskawie mi to wyjaśnić?
- Niestety, Merlinie, będziesz musiał to odgadnąć sam. Jedyne, co mogę ci powiedzieć, to to, że nie jest on człowiekiem. To siła wyższa. Trudno będzie z nią wygrać. Nie jestem pewien, czy to czasem niemożliwe. To, że zobaczyłeś, a potem usłyszałeś banshee, jest ściśle związane z twoim pojedynkiem. Tylko od ciebie zależy, które przeznaczenie okaże się silniejsze: twojej chwały, czy twojej klęski.
- A więc muszę stanąć do tego pojedynku i albo zginę, albo przeżyję?
- Dobrze mnie zrozumiałeś. Udzieliłem ci wystarczających odpowiedzi. Reszta zależy od ciebie, Merlinie.
Zanim Merlin zdążył cokolwiek powiedzieć, smok wzniósł się w powietrze i zniknął w przepastnych skałach kamiennego sklepienia. Merlin wiedział, że wołanie go z nadzieją na więcej informacji, nie ma żadnego znaczenia, toteż chłopak po prostu zawrócił i skierował się na powierzchnię. Przez całą drogę do domu, myślał o tej rozmowie, idąc przez ciemne i ciche ulice Camelotu. Było bardzo późno, jego zmęczone ciało dawało mu do zrozumienia poprzez ból w mięśniach, że już dawno powinien się położyć. Jednak on był zbyt niespokojny, zbyt wiele pytań krążyło w jego umyśle, aby mógł tak po prostu wejść do łóżka, zamknąć oczy i spać.
Powróciwszy do kwatery Gajusza, od razu został zapytany przez starca o swoją rozmowę ze smokiem. Obaj usiedli przy stole i Merlin pokrótce streścił wujowi, co powiedział mu smok. Gajusz zamyślił się przez chwilę, a potem oparł się wygodnie na krześle i powiedział:
- Trzynasty z Dwunastu… Coś mi świta, ale w tej chwili nie mogę sobie przypomnieć, o co chodziło. To chyba było coś związanego z wojskiem.
- Czy wiesz może, co to za „siła wyższa”, o której mówił Wielki Smok? – spytał Merlin.
- Nie jestem pewien – odparł Gajusz i westchnął głęboko. – Ten nieznajomy jest jedną, wielką zagadką. Jako dym przedostaje się do sali bankietowej, aby rzucić wyzwanie służącemu. A do tego jeszcze zabija strażników w trudny do określenia sposób.
- Czyli nadal nie wiesz, co im się stało? – zmienił temat Merlin, spoglądając na Gajusza z niepokojem.
- Niestety, chłopcze. Na ich ciele nie ma żadnych śladów walki. Żadnych sińców, zadrapań i skaleczeń. Ba! Nawet żadnych oparzeń i znaków, świadczących o otruciu albo uduszeniu. Jakby padli od razu bez żadnego powodu. Zrobię im jutro sekcję, ale nie wiem, czy to coś da. – Nagle podniósł wzrok na Merlina i spojrzał mu głęboko w oczy. Coś go martwiło i Merlin dobrze wiedział co. Po chwili milczenia Gajusz powiedział cicho: – Boję się o ciebie, chłopcze. Wszystko wydaje się świadczyć o tym, że jeśli staniesz do tego pojedynku, będziesz zgubiony.
Merlin oparł łokcie na stole i złapał się za głowę.
- Ja też się boję – wyszeptał, a potem jego oczy powędrowały na Gajusza. – Smok powiedział, że to ode mnie zależy, czy zginę, czy przeżyję, ale… – Nagle urwał i jego głowa opadła na stół. – Boję się tego pojedynku. Nie chcę umierać.
Gajusz położył rękę na ramieniu siostrzeńca. Merlin podniósł na niego wzrok. Starzec uśmiechnął się do niego życzliwie, jednak w tym uśmiechu krył się jakiś smutek. Po chwili Gajusz spoważniał i powiedział:
- Spróbuj się przespać. Jest już bardzo późno.
W jego głosie kryła się rozpacz, jakby Gajusz miał zaraz się załamać. Merlin podniósł się ze swojego miejsca. Gajusz zrobił to samo. Młodzieniec przytulił mocno do siebie wuja, szepcząc mu do ucha: „dobranoc”, po czym odszedł do swojego pokoju, aby rzeczywiście się położyć. Kiedy zamknął za sobą drzwi, Gajusz opadł na krzesło i zaczął płakać.
W jego głowie krążył wciąż jedno pytanie: Dlaczego? Dlaczego los chciał mu odebrać Merlina? Dlaczego to właśnie jemu ten tajemniczy mężczyzna rzucił rękawicę? Przecież na sali było tyle innych, gotowych do walki rycerzy. Ta przerażająca istota z innego świata wybrała spośród wszystkich ludzi obecnych na uroczystości niepozornego służącego. Merlin nie jest rycerzem! W ogóle nie powinien przyjmować tego wyzwania!
Ale przyjął. Musiał je przyjąć. Choć Gajusz bardzo chciał, aby było inaczej, wiedział, że Merlin ze swoją lojalnością wobec Artura, musiał podnieść tę rękawicę przed księciem. Jeśli po trzech dniach stanie do tego pojedynku, będzie miał marne szanse na przeżycie. Teraz Gajusz nie miał już wątpliwości – banshee myła koszulę Merlina w związku z tą walką. Po raz pierwszy od dnia, w którym Merlin ofiarował bogom Starej Religii własne życie w zamian za Artura, Gajusz poczuł, jak nad jego siostrzeńcem wisi widmo śmierci. Serce starca łamało się na myśl o tym, że osobie, którą kochał najbardziej na świecie, było przeznaczone umrzeć. Gajusz zrobiłby wszystko, byle tylko ocalić Merlina. Ale nie wiedział jak. W tym momencie jedyne, co mógł zrobić, to płakać.
Ściągając koszulę, Merlin usłyszał dochodzący zza drzwi płacz wuja i zamarł. Mniej więcej domyślał się, co mogło teraz chodzić po głowie Gajusza, a odgłos jego szlochu sprawiał, że sam chłopak upadał na duchu.
 
Kiedy następnego ranka szedł zamkowym dziedzińcem, wszyscy patrzyli na niego dziwnie i szeptali coś między sobą. Spotykał się z tym również na korytarzu i w kuchni, kiedy wstąpił wziąć śniadanie dla Artura. Merlin czuł się nieswojo, co najmniej jakby zrobił coś nieodpowiedniego i wszyscy dookoła go obmawiali. Kiedy się z nimi witał, odpowiadali nerwowym i zdawkowym pozdrowieniem.
Dotarłszy do komnaty Artura i otworzywszy energicznie drzwi, zastał księcia już ubranego i stojącego przy oknie. Słysząc odgłos zamykanych drzwi, Artur odwrócił się do swojego sługi, który tylko się uśmiechnął i postawił śniadanie na stole. Przez chwilę książę się nie ruszał, tylko spoglądał na Merlina, który zabrał się za robienie łóżka. Obaj milczeli przez dłuższy moment, Merlin był zajęty swoją pracą, a Artur obserwowaniem go uważnie. To bardzo Merlinowi przeszkadzało. Czekał ze zniecierpliwieniem aż książę się odezwie. W końcu to zrobił.
- Ty naprawdę zamierzasz stanąć do tego pojedynku?
Merlin zamarł pochylony nad łóżkiem. Po chwili podniósł wzrok na Artura i z nerwowym uśmiechem na ustach odpowiedział:
- Raczej tak.
I wrócił do pracy. Teraz zajął się poprawianiem poduszki. Nie minęło jednak pół minuty, a już usłyszał od Artura kolejne zdanie:
- Nie boisz się, że zginiesz?
Merlin znów zamarł, a potem ścisnął mocno trzymaną w rękach poduszkę. Czy się bał? Ależ to było oczywiste. Bał się nawet bardziej, niż Artur był w stanie sobie wyobrazić. Bo Artur nie wiedział nic o banshee, która myła w jeziorze koszulę jego sługi. Nie wiedział o tym, co wyjawił Merlinowi smok. Książę wiedział natomiast, że człowiek, który wyzwał Merlina na pojedynek nie jest nikim zwyczajnym. Dotąd Merlin starał się nie myśleć o pojedynku, mając nadzieję, że dzięki skupieniu się na pracy jakoś sobie poradzi. Teraz jednak musiał stawić czoła prawdzie.
Popatrzył na Artura, który wciąż cierpliwie czekał na odpowiedź. W oczach służącego tliła się powaga i smutek.
- Czy się boję, czy nie, mam w ogóle jakiś wybór? – oznajmił cicho Merlin.
- To po co podniosłeś tą rękawicę, idioto? – odparł ostro Artur. – Ja miałbym jakieś szanse, aby go pokonać, ale ty…
- Nie miałbyś – przerwał mu Merlin i spuścił wzrok. – Gajusz powiedział, że nie wie, jak zginęli strażnicy. Ten nieznajomy zabija w dziwny sposób i z całą pewnością zna magię.
- A na jakiej podstawie sądzisz, że ty możesz z nim walczyć? – zapytał Artur, tym samym tonem, co wcześniej. – Dlaczego myślisz, że ty jesteś w stanie stawić mu czoła?
Bo ja też mam magię – taka odpowiedź kołatała mu się po głowie, jednak nie zamierzał jej wymówić. Raz, że nie wiedział, co Artur mógłby zrobić z jego sekretem, a dwa, że nie był pewien, czy jego własna magia jest dość silna, aby pokonać tajemniczego Trzynastego z Dwunastu. Merlin musiał więc odpowiedzieć na to pytanie nie tylko księciu, ale i sobie.
- Skoro wybrał mnie – zaczął i znów spojrzał na Artura – musiał uznać, że umiem coś, w czym może się ze mną zmierzyć.
- A jeśli wybrał cię przypadkowo? Jeśli wybrał cię tylko dlatego, że byłeś zwykłym kmiotkiem, który napatoczył mu się pod oczy? – spytał Artur. – Co wtedy?
Merlin przez chwilę milczał, a jego wzrok spoczął na podłodze.
- Nie wiem – odparł w końcu, nie spoglądając na księcia.
Poprawił jeszcze raz poduszkę i położył ją na łóżku. Następnie stanął przy stole z jedzeniem, gotów przyjmować rozkazy. Artur rzucił mu chłodne spojrzenie niezadowolenia i zasiadł do śniadania. Posiłek przebiegł w całkowitej ciszy. Żaden z mężczyzn nie zamierzał się odezwać. Kiedy zaś Artur skończył jeść, Merlin wziął jego talerz z resztkami jedzenia i wyszedł, aby zabrać go do kuchni. Książę znów został sam w swojej komnacie.
Nie na długo jednak. Nim zdążył bez reszty pogrążyć się we własnych myślach, drzwi do jego komnaty znów się otworzyły i weszła Morgana. Artur podniósł wzrok i spojrzał na nią beznamiętnie. Wydawała się być czymś bardzo wzburzona. Zamknęła za sobą drzwi, nawet się do nich nie odwracając, i po chwili ciszy odezwała się do przybranego brata, siedzącego wciąż przy stole:
- Chyba nie zamierzasz do tego dopuścić.
- Do czego? – spytał.
- Do tego pojedynku! – odparła nieco głośniej. – Toż to nie do pomyślenia!
- Spokojnie – oświadczył książę. Był naprawdę opanowany i to właśnie było dziwne. – Służący nie będzie bronił honoru Camelotu.
- Nie o to mi chodzi! – krzyknęła. – Merlin nie ma szans z tym człowiekiem i dobrze o tym wiesz! Z całą pewnością zginie! Jeśli ci choć trochę na nim zależy, za wszelką cenę nie dopuścisz do tej walki!
Artur milczał, spojrzał tylko na Morganę spode łba. Czekała na jego odpowiedź z niepokojem wymalowanym na twarzy, ale książę przedłużaj ciszę, wzmagając tym samym panujące w pokoju napięcie. Morgana powoli zaczęła tracić cierpliwość, aż w końcu wykrzyknęła:
- Na bogów, powiedz coś wreszcie!
Artur podniósł się z krzesła. Z wyrazem obojętności minął ją i zatrzymał się dopiero przy drzwiach, kładąc rękę na klamce. W tym momencie znów usłyszał głos Morgany:
- Wiesz co powiedziała mi Gwen?
Odwrócił tylko głowę. Morgana dodała nerwowo:
- Gwen mówiła mi, że na uczcie Merlin wydawał się czymś przerażony, a kiedy spytała go, o co chodzi, on zapytał ją, czy słyszy płacz.
Przez krótką chwilę widać było na twarzy Artura błysk zdziwienia. Powoli odwrócił wzrok na swoją spoczywającą na klamce rękę. Wydawał się nad czymś dumać. Zaraz jednak powrócił do Morgany i odparł sceptycznie:
- Daj spokój! Chyba nie wierzysz w te banialuki! – Po czym dodał bardziej służbowo: – A teraz wybacz, ale mam obowiązki do spełnienia, więc wyjdź z mojego pokoju, abym mógł go zamknąć.
Oboje wyszli na korytarz i Artur zamknął na klucz swoją komnatę. Zanim jednak on i Morgana się rozstali na korytarzu, ona stanęła przy nim i oświadczyła chłodnym tonem:
- Jesteś nieczułym potworem, Arturze Pendragonie.
- Tak, wiem – odpowiedział znudzonym tonem, nawet na nią nie spoglądając.
Po czym ruszył przed siebie, aby przebrać się w zbroję i rozpocząć trening.

1 komentarz:

  1. Pisz dalej ,bo zapowiada się naprawdę ciekawie:)

    OdpowiedzUsuń