piątek, 11 kwietnia 2014

[FF: Przygody Merlina] Wyzwanie - część 2

Kiedy Merlin obudził się następnego ranka, leżał przez dłuższy czas w swoim łóżku, gorąco pragnąc, aby zdarzenia poprzedniego dnia były tylko snem. Jednak wiedział, że to niemożliwe, że rzeczywiście spotkał wczoraj banshee, która prała w jeziorze jego zakrwawioną koszulę. Jak mógł wstać z łóżka i wypełniać swoje obowiązki, będąc jednocześnie świadomym tego, że jego koniec jest już bliski? Czy ktokolwiek na świecie byłby do tego zdolny?
Ale zaraz pomyślał, że przecież nie jest aż tak źle. W końcu co jest silniejsze: starożytne proroctwa, które przepowiedziały mu wspaniałą przyszłość u boku króla Artura, czy też byle zjawa z lasu? A z tego, co Merlin wiedział, Artur jeszcze nie zasiadł na tronie i nie zjednoczył całego Albionu. Jest jeszcze nadzieja. Merlin nie powinien upadać na duchu. Dopóki nie upewni się, że nie da się nic zrobić, nie zamierzał się poddawać.
Tak więc wziął się w garść, wstał z łóżka, przebrał się i wyszedł do Gajusza. Przy śniadaniu nie rozmawiali o tym, co się wczoraj stało, ale to wcale nie znaczyło, że rozmowa im się kleiła. Wymienili tylko kilka słów, co pewien czas jeden z nich chciał rozpocząć konwersację na jakiś lekki, niezobowiązujący temat, ale byli zbyt zdenerwowani i zajęci własnymi, ponurymi myślami, aby pociągnąć rozmowę dalej. W końcu Merlin skończył jeść, podziękował i poszedł do pracy, zostawiając Gajusza samego.

Przechodząc korytarzem do komnaty Artura, natknął się na Gwen, która niosła w rękach wielki wazon białych róż.
- To na bankiet? – zapytał, jakby nigdy nic. Gwen zatrzymała się i wysunęła głowę zza wazonu, aby na niego spojrzeć.
- Tak – odparła i uśmiechnęła się. – Sala bankietowa będzie gotowa po południu. Będziesz na przyjęciu?
- No jasne. Ktoś musi przecież obsługiwać Artura – oświadczył. Uśmiechnął się nawet w swoim stylu, ale temu uśmiechowi czegoś brakowało. – A ty?
- Ma się rozumieć, że będę. Lady Morgana mnie potrzebuje. Ale wracajmy do pracy. Ten wazon się sam nie zaniesie, a Artur znów cię okrzyczy za spóźnianie się.
- Racja. Do widzenia, Gwen.
Pomachał jej na do widzenia i ruszył w swoją stronę. Od razu kiedy wszedł do komnaty Artura, książę rzucił w niego butami, które Merlinowi udało się złapać. Pierwszym zadaniem Merlina tego dnia było wyczyścić obuwie Artura na nadchodzący bankiet. Tak więc chłopak usiadł na podłodze i zabrał się do roboty, podczas gdy Artur otworzył swoją szafę i zaczął się głośno zastanawiać nad tym, co powinien na siebie włożyć. Co chwila wyciągał z szafy jakąś szatę i przyglądał się jej uważnie, po czym odkładał ją na miejsce.
Merlin w ciszy zajmował się butami Artura, jednak jego myśli wciąż oscylowały wokół banshee. W gruncie rzeczy trudno było o tym nie myśleć. A jeśli banshee mówiła prawdę? Ile w takim razie czasu mu pozostało? Miesiąc? Tydzień? A może miał zginąć dzisiaj? Ta niepewność była równie przerażająca jak perspektywa śmierci.
Dopiero krzyk Artura wyrwał go z rozmyślań.
- Merlinie? Merlinie. MERLINIE!
Merlin podniósł wzrok.
- Tak, panie?
- Pytałem cię, co sądzisz o tym stroju – powiedział Artur i wystawił przed siebie odświętną, błękitną szatę.
- Ładny – odpowiedział krótko Merlin, uśmiechając się lekko, i powrócił do pracy.
- A więc odpada – oznajmił Artur i zaczął szukać dalej. Po chwili wyciągnął kolejną szatę. – A ten?
Merlin jednak nie dosłyszał, pochłonięty znów myślami nad przeznaczeniem. Artur westchnął głęboko, podszedł do swojego sługi i pstryknął mu palcami przed nosem. Merlin mrugnął oczami, po czym spojrzał na Artura ze zdziwieniem.
- Nie wiem, czy jesteś tak upośledzony, że musisz skupiać całą uwagę na jednym zadaniu, czy też może myślisz o jakichś głupotach, ale jak twój pan zadaje ci pytanie masz na nie odpowiadać.
- Przepraszam – odparł Merlin. – Jestem trochę rozkojarzony.
- To lepiej weź się w garść, zanim rozpocznie się bankiet. Jeśli z powodu rozkojarzenia wylejesz wino na Morganę, spędzisz całą noc w dybach. Zrozumiano?
- Tak, panie.
- To teraz wracaj do pracy i powiedz mi, co sądzisz o tym ubraniu.
- Myślę, że twój uroczysty, czerwony strój powinien pasować, panie – oświadczył Merlin, nawet nie ściągając wzroku z butów.
Artur tylko kiwną głową ze zrozumieniem, dochodząc do wniosku, że Merlin ma rację.
Bankiet rozpoczął się bardzo dobrze. Na urodziny Morgany zostali zaproszeni przedstawiciele najznamienitszych rodów królestwa oraz najdzielniejsi rycerze. Sama solenizantka była tego dnia ubrana w przepiękną atłasową suknię o szafirowym kolorze, wyszywaną złotymi nićmi, i witała swoich gości szerokim uśmiechem. Reszta uczestników również wyglądała imponująco w swoich uroczystych szatach, a Merlin cieszył się, że tym razem Artur nie kazał mu ubrać oficjalnego stroju służących Camelotu, bo jeśli Merlin miał zginąć tego dnia, to lepiej nie w głupawym kapeluszu z piórkiem.
Co nie znaczyło, że chłopak był tego wieczora spokojny. Starał się skupić na pracy – nalewał gościom wino, wskazywał miejsca i przynosił różne rzeczy, jeśli czegoś potrzebowali. Jednak kiedy na chwilę przystawał, czekając na kolejny rozkaz, jego myśli znów wracały do banshee. Gajusz chyba to zauważył i czekał na odpowiedni moment, aby odejść od stołu i powiedzieć coś siostrzeńcowi. Na razie obaj nie mogli pójść na stronę, dopóki nie pojawi się reszta gości a Uther nie wygłosił mowy, rozpoczynając bankiet. Na oko brakowało jeszcze trzech-czterech osób, więc Merlin czekał.
Obok niego stanęła Gwen, uśmiechnięta jak zawsze. Pochyliła głowę w jego stronę i szepnęła:
- Coś taki ponury dzisiaj? Rozchmurz się!
Dźgnęła go delikatnie łokciem, wyrywając przyjaciela z rozmyślań o śmierci. Spojrzał na nią ze zmieszaniem, co sprawiło, że twarz dziewczyny przybrała zatroskany wyraz.
- Ach, Gwen… – odpowiedział po chwili, zakłopotany. Zaraz potem westchnął głęboko. – Przepraszam. Od wczoraj jestem trochę zdenerwowany.
- Dlaczego? – Popatrzyła na niego z jeszcze większym niepokojem.
- To… skomplikowane – odparł, uśmiechając się nerwowo.
Choć wcześniej Gajusz stwierdził, że dobrze byłoby powiedzieć Gwen o banshee, Merlin nie był pewien, czy to właściwe posunięcie.
Ale zanim zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, usłyszał nagle coś dziwnego. Mimo że sala tętniła życiem, do jego uszu doszedł odgłos cichego szlochu, trochę podobnego do tego, który usłyszał poprzedniego dnia. Dochodził jakby z korytarza. Był przeciągły, przypominał zawodzenie wilka, ale był bardziej przepełniony rozpaczą i melodyjny. Merlin poczuł jak jego całym ciałem owładnął emanujący z wnętrza chłód i paraliż. Nagle chłopak stał się głuchy na wrzawę w sali bankietowej i słyszał jedynie ten potworny szloch i nadzwyczaj głośne bicie własnego serca.
Tymczasem stojąca obok niego Gwen przyglądała mu się z niepokojem. Oddychał głęboko, niespokojnie, spoglądał przed siebie szeroko otwartymi oczyma, pełnymi potwornego przerażenia.
- Merlinie? – zaczęła, odwracając się do niego całym ciałem. – Merlinie, co się stało?
Nie odpowiedział. Oparł się tylko o ścianę i dalej łapał głębokie hausty powietrza. Melodyjny szloch nadal rozbrzmiewał w jego uszach, wywołując w nim dreszcze. Nie miał wątpliwości – to była banshee. Ale czy to oznaczało, że ona tu gdzieś jest? A jeśli tak – to czy w takim razie nadeszła jego godzina?
- Merlinie? – Gwen spróbowała jeszcze raz. – Co ci jest?
Niepewnie położyła rękę na jego ramieniu. Jej dotyk przywrócił chłopakowi zmysły, mimo że wciąż słyszał w uszach płacz banshee. Powoli odwrócił głowę w stronę Gwen i przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, zanim się nie odezwał:
- Słyszysz to co ja?
- Czyli co? – zapytała, wciąż patrząc na niego z niepokojem.
- Ten płacz – wyjaśnił.
- Płacz? – zdziwiła się.
Ale zanim zdążyła powiedzieć, że nie, nie słyszała żadnego płaczu (co i tak było dla Merlina jasne), Uther podniósł się z miejsca z kielichem w dłoni i z szerokim uśmiechem na twarzy. Rzucił siedzącej po jego prawej stronie Morganie życzliwe spojrzenie, po czym objął wzrokiem salę bankietową. Merlin zdał sobie sprawę z tego, że płacz ustał.
- Wydaje mi się, że przybyli już wszyscy, tak więc mogę rozpocząć uroczystość. Serdecznie witam was, przyjaciele, na tej wyjątkowej uroczystości. Obchodzimy dzisiaj dwudzieste trzecie urodziny mojej drogiej wychowanicy, Morgany.
Na sali rozległy się gromkie brawa, a kiedy ucichły, król mówił dalej:
- Morgana jest osobą niezwykłą. Z biegiem lat stała się dla mnie kimś w rodzaju córki, której nigdy nie miałem, toteż świętuję jej urodziny jak każdy ojciec: ciesząc się każdym spędzonym z nią rokiem. Dlatego też pozwolę sobie wznieść pierwszy toast. – Podniósł kielich wyżej, reszta gości wstała i zrobiła to samo. Po czym król oświadczył: – Za Morganę. Oby jej życie zawsze obfitowało w szczęśliwe wydarzenia.
Goście potrząsnęli lekko kielichami i upili łyk, aby zaraz wrócić na swoje miejsca. Jedynie król spoczął na swoim krześle dopiero po tym, jak oznajmił:
- Bankiet uznaję za rozpoczęty.
Goście zaczęli nakładać sobie różne rzeczy na talerze i rozmawiali ze sobą przy posiłku. Gwen została wezwana przez swoją panią do stołu, a Gajusz nachylił się w stronę Artura i coś mu powiedział. Książę tylko przytaknął głową i powrócił do jedzenia, a nadworny medyk pomaszerował do Merlina, który na widok opiekuna, przestał opierać plecy o ścianę. Gajusz szybko stanął tuż przy siostrzeńcu, wziął go za ramię i szepnął:
- Przed chwilą pobladłeś. Coś się stało?
Wzrok Merlina był bardzo poważny, kiedy chłopak oznajmił:
- Słyszałem płacz.
- Płacz banshee? – spytał Gajusz, spoglądając na niego z szeroko otwartymi oczami. Merlin przytaknął powoli głową.
- Tak. Był taki… smutny, a jednocześnie przerażający. Gajuszu, czy ja dziś umrę?
- Niekoniecznie – odparł medyk. – To tylko ostrzeżenie. Mam jednak dla ciebie złe wieści, chłopcze. Przeszukałem każdą książkę o duchach i stworzeniach nadprzyrodzonych w mojej bibliotece. Poszedłem nawet do Geoffreya, aby sprawdzić w jego kronikach, jednak nic nie znalazłem. Wygląda na to, że będziesz musiał porozmawiać ze smokiem.
- Pójdę do niego, kiedy bankiet się skończy – zapewnił wuja Merlin.
- Dobrze. Poradzisz sobie sam, czy mam tu z tobą zostać?
- Nie, wracaj na swoje miejsce. Jakoś dam sobie radę do końca uroczystości.
- Trzymaj się, chłopcze.
Gajusz rzucił mu zatroskane spojrzenie i odszedł.
Chwilę potem Artur machnął ręką, aby Merlin do niego przyszedł. Chłopak natychmiast ruszył służyć swemu panu. Niebawem stał już u jego boku, gotowy przyjąć rozkazy. Siedzący po prawej stronie Morgana i Uther zajęci byli swoimi talerzami, jednak solenizantka posłała Merlinowi przyjazny uśmiech. Merlin odpowiedział również lekko się rozpromieniając, ale zaraz spoważniał, słuchając tego, co mówił do niego Artur.
- Nalej mi wina. Migiem.
- Tak jest, panie.
Ale kiedy tylko Merlin rozejrzał się za butelką, nie mógł jej znaleźć. Na stole królewskim nie było wina. Merlin już chciał to powiedzieć Arturowi, kiedy książę oświadczył ostrym tonem:
- Skoro się skończyło, idź do kuchni, idioto.
- Aha…
Merlin poszedł więc gdzie mu kazano. Po dwóch minutach powrócił z nowym dzbankiem wina, które nalał do kielicha księcia. Artur polecił mu jeszcze zatroszczyć się o innych gości, tak więc Merlin zaczął krążyć po sali i nalewać wino tym, których kielichy były już prawie puste.
Gdy był już na samym końcu stolika, nagle przez cienkie szczeliny zamkniętych drzwi do sali bankietowej zaczęły wyłaniać się ciemnofioletowe opary, które jednak nie opanowały całego pomieszczenia, tylko – ku przerażeniu wszystkich obecnych – osiadły tuż przed drzwiami i uformowały długi, acz gruby słup dymu. Powoli dym rozwiał się sam i oczom ludzi zgromadzonych w sali bankietowej ukazał się blady jak ściana, ubrany w czarny płacz z kapturem, wychudły człowiek.
Powolnym krokiem zaczął kroczyć w stronę królewskiego stołu. Uther natychmiast zareagował i podniósł się z krzesła.
- Kim jesteś, aby zakłócać naszą uroczystość?
Dziwny mężczyzna zatrzymał się jakiś metr przed stołem i pochył głowę w geście szacunku. Twarz Uthera wyrażała jednak niezadowolenie, a nawet niepokój. W całej sali bankietowej zrobiło się nagle zimno, choć był środek lata. Wszyscy goście i służący zamarli w swoich miejsca i przyglądali się uważnie przybyszowi, który podniósł głowę i spojrzał na króla. Uther, Artur i Morgana mogli teraz zobaczyć jego wielkie, białe oczy, w których ziała pustka.
- Jestem Trzynastym z Dwunastu, Utherze Pendragonie – odezwał się w końcu spokojnym tonem mężczyzna. Jego głos był głęboki i przyprawiał o dreszcze.
- Nie mów zagadkami – warknął król. – Jeśli przybyłeś tutaj, aby mnie zabić, czarowniku…
- Cóż za pomysł? – Nieznajomy prychnął śmiechem. – Nie jestem czarownikiem.
- Przecież widzę, że jesteś – odparł król. – Użyłeś magii, aby się tu dostać.
- Nie jestem czarownikiem – powtórzył przybysz, tym razem poważniej. – Jestem kimś o wiele potężniejszym. Prawdę mówiąc, nie spotkałem jeszcze czarownika ani rycerza, który mógłby mnie pokonać.
- Straż! – wrzasnął Uther. – STRAŻ!
- To nic nie da, Utherze Pendragonie – oświadczył mężczyzna w czerni, uśmiechając się złośliwie. – Twoje straże właśnie ucięły sobie drzemkę i trudno ich teraz będzie obudzić.
- Po co tutaj przyszedłeś? – tym razem odezwał się Artur.
Nieznajomy zrobił dwa kroki wstecz, obrócił się dookoła z podniesionymi do góry ramionami (wtedy wszyscy zauważyli w końcu, że ma na rękach czarne rękawiczki), aż w końcu stanął znów naprzeciw króla i powiedział donośnym głosem:
- Przyszedłem tutaj wyzwać na pojedynek jednego z obywateli Camelotu! – Zrobił krótką pauzę, a potem mówił dalej: – Chwała waszego królestwa dotarła również do mnie! Jak już wspomniałem, nie znalazł się jeszcze nikt, kto mógłby mnie pokonać, toteż postanowiłem poszukać godnego siebie przeciwnika spośród was! – Znów przerwał i opuścił ręce. W izbie rozległ się cichy szmer ludzkich szeptów. A potem nieznajomy podjął znów swoja mowę: – Wybiorę spośród osób tu się znajdujących tego, który przybędzie za trzy dni do lasu i się ze mną zmierzy! Konkurencję wyznaczę mu sam. Jeśli mój przeciwnik przegra, zabiję go! Jeśli wygra… cóż… ochroni honor Camelotu i będzie mógł prosić o co zechce!
- Po co czekać? – spytał Artur, podnosząc się z miejsca, i wyciągnął miecz. – Jestem gotów zmierzyć się z tobą teraz.
Wielu rycerzy na sali również podniosło się z krzeseł i wyraziło gotowość do walki. Nieznajomy tylko się uśmiechnął.
- Nie do was należy ta decyzja. Aczkolwiek dobrze wiedzieć, że przy tym stole zasiada tylu samozwańców.
- Dlaczego mamy się zgodzić na twoją propozycję?! – spytał Uther. – Wchodzisz tutaj, psujesz urodziny mojej podopiecznej i śmiesz stawiać nam warunki?!
Na twarzy przybysza znów zajaśniał uśmiech.
- Czyżbyś aż tak nie ufał swoim ludziom, Utherze Pendragonie? Czyżbyś, mimo wszystko, uważał, że nie są godni, aby się ze mną zmierzyć? W takim razie honor Camelotu nie jest ci specjalnie bliski, panie.
- Moi ludzie mogą cię pokonać – oświadczył król. – I zrobią to, obojętnie kogo wybierzesz.
- A więc pozwól, panie, że wybiorę swojego przeciwnika.
Mężczyzna powoli zdjął z prawej dłoni rękawiczkę, a następnie odwrócił się w stronę drzwi i zaczął przechadzać się przez środek sali, przyglądając się siedzącym po obu stronach rycerzom. Napięcie narastało. Na czołach wielu wojowników, a także ich dam serca, króla, obecnych członków rodziny i osób pobocznych pojawił się pot. Merlin stał nieruchomo, wciąż trzymając w ręku dzban z winem. Wodził wzrokiem za przybyszem, który jak dotąd nie rzucił jeszcze nikomu rękawicy. Cieszył się jednak, że nieznajomy nie wyzwał Artura. Merlin wiedział, że przeciwko komuś takiemu, książę miał raczej marne szanse przeżycia.
I wtedy to się stało. Nieznajomy zatrzymał się przy samym końcu stołu, tuż przed Merlinem. Podniósł przed siebie swoją rękawicę i po chwili opadła ona pod nogi osłupiałego służącego. Chłopak spojrzał na nią, oniemiały, a potem podniósł wzrok na przybysza. Niebawem poczuł na sobie oczy reszty osób obecnych w sali. Kątem oka dostrzegł Gajusza, na którego twarzy malowała się nieopisana groza. Usta starca wypowiedziały tylko bezdźwięcznie słowo: „Nie”. Gwen i Morgana również patrzyły na młodzieńca z przerażeniem. Artur z kolei spoglądał na swojego sługę z szeroko rozwartymi oczyma. Reakcja reszty ludzi nie za bardzo Merlina interesowała, ale domyślał się, że muszą być bardzo zaskoczeni tym, co właśnie się stało.
Merlin po raz drugi tego dnia usłyszał głośne bicie własnego serca. Człowiek, który przed nim stał, przyglądał mu się tymi białymi oczami i Merlin nie potrafił określić, co on myśli albo czuje. Oczywiście domyślał się, że przybysz oczekiwał od niego podniesienia rękawicy, ale Merlin tego nie robił. Był zbyt sparaliżowany, aby się ruszyć. Jedyne na co jego odrętwiałe ciało mogło się zdobyć, to nerwowy uśmiech i wypowiedziane drżącym głosem słowa:
- Pomyliłeś się, panie. Ja nie jestem rycerzem.
- Właśnie. Merlin jest tylko sługą – wtrącił się Artur.
- Wiem – odparł krótko nieznajomy. – Ale ja nie chciałem walczyć z rycerzem, książę.
- A więc jesteś tchórzem – oznajmił książę. – Wybrałeś sługę, bo nie chcesz mierzyć się z wyszkolonym wojownikiem.
- Nie, książę – odparł mężczyzna i odwrócił się w jego stronę. – Powiedziałem wszak, że chcę wyzwać na pojedynek obywatela Camelotu. Nie sprecyzowałem, jakiego stanu ten obywatel ma być. – Odwrócił się w stronę Merlina i spojrzał na niego z pode łba. – Poza tym uważam, że nie tylko rycerzom powinno zależeć na ochronie królestwa i jego honoru.
- Mówiłeś, panie, że szukasz godnego ciebie przeciwnika – odpowiedział Merlin, dygocząc z nerwów. – Naprawdę uważasz, że pachołek, taki jak ja, zadowoli twoje ambicje?
- O, tak – stwierdził z uśmiechem nieznajomy. Przybliżył się do ucha Merlina i szepnął: – Wiem kim jesteś. Czekałem właśnie na kogoś takiego, jak ty. – Po chwili cofnął się o krok, aby spojrzeć chłopakowi w twarz. Rzucił mu chłodne spojrzenie i syknął: – No dalej, Merlinie. Podnieś rękawicę.
Merlin wciąż ani drgnął. Trzymał tylko kurczowo dzbanek, jakby to było jego ukochane dziecko, i przyglądał się przybyszowi, który nadal nie spuszczał z niego swoich białych oczu. Ten tajemniczy mężczyzna, który pojawił się znikąd na zamku, w jakiś niewyjaśniony sposób wiedział o tym, że Merlin ma magię. Teraz już wszystko było jasne. Ten człowiek od początku zamierzał wyzwać właśnie jego – Merlina. Chłopak nie wiedział, co robić. Nigdy w życiu nie wyzwano go na pojedynek. Dotąd widział tylko jak Artur albo któryś z jego rycerzy podnosił z ziemi rzuconą rękawicę, gotowy zaraz stanąć na placu boju. Ale on sam – Merlin – nigdy w życiu nie wyobrażał sobie nawet tego, że przyjdzie dzień, w którym ktoś wyzwie właśnie jego. I pewnie dlatego nie chciał podjąć wyzwania. Przynajmniej nie bez pełnej jasności, w co właściwie się pakuje.
- Merlinie, podnieś rękawicę – powtórzył nieznajomy.
Oczy Merlina przebiegły się po sali. Kiedy spoczęły na Gajuszu, starzec potrząsnął stanowczo głową, aby jego siostrzeniec nie podnosił rękawicy. Wzrok chłopaka powędrował dalej, na twarz Artura. Książę wydawał się czekać w napięciu na ruch swego sługi. Merlin bardzo chciał wiedzieć, czego właściwie oczekiwał od niego jego pan, jednak twarz Artura wyrażała tylko niepokój i napięcie. Toteż Merlin spojrzał znów na przybysza i – aby zagrać na zwłokę – powiedział głośno i wyraźnie:
- Na czym miałoby polegać wyzwanie? Walczylibyśmy na miecze? Na broń obuchową? A może na pięści?
- Zobaczysz za trzy dni. O ile honor twój i Camelotu jest ci na tyle drogi, abyś podniósł wreszcie rzuconą ci rękawicę.
- Człowiek honorowy nie podejmuje się wyzwania, nie będąc pewnym swoich szans w nim! – zawołał Artur i natychmiast ruszył w ich stronę. – Ja podejmę to wyzwanie!
Na dźwięk tych słów oczy Merlina rozszerzyły się. Książę szedł chyżym krokiem i dzieliło go od sługi zaledwie kilka metrów, które pokonywał bardzo szybko. Z każdą chwilą Merlin miał coraz mniej czasu.
- Nie rób głupstw, synu! – krzyknął za Arturem Uther, ale książę szedł mimo wszystko.
Merlin ostrożnie spojrzał w stronę nieznajomego, który uśmiechnął się do niego lekko, jakby chciał powiedzieć: „Wiesz, co się stanie, jeśli on ją podniesie. Chcesz narazić swojego pana na niebezpieczeństwo?” Nie, nie, w żadnym razie! Merlin wiedział, że nie powinien pozwolić Arturowi podnieś tej rękawicy. To by się równało z posłaniem go na śmierć. Mając przed sobą wybór między sobą samym a przyjacielem, którego miał obowiązek chronić, Merlin wiedział, że jest dla niego tylko jedna opcja.
Artur już stanął przed nieznajomym i schylił się, aby podnieść rękawicę, ale czyjaś blada ręka zrobiła to przed nim i po chwili Merlin staną na równe nogi, trzymając ją w dłoni. Artur także powstał, przyglądając się swojemu słudze z niedowierzaniem, ale Merlin skupił teraz całą swoją uwagę na bladolicym mężczyźnie przed sobą, który po raz kolejny tego dnia rozpromienił się.
- Przybądź za trzy dni do lasu. Idź przed siebie, dopóki się nie spotkamy. Wtedy rozpocznie się nasz pojedynek. Do tego czasu, żegnaj, Merlinie.
Jednym, sprawnym ruchem odebrał od młodzieńca swoją własność. Fioletowy dym, jak ogień, pochłonął go w mgnieniu oka, a kiedy równie szybko wyparował, tajemniczego intruza także nie było. Wszyscy dokoła zaczęli szeptać między sobą, Uther rozkazał otworzyć drzwi i dwóch rycerzy to zrobiło, aby goście mogli ujrzeć na korytarzu leżące na podłodze bezwładne ciała dwóch strażników. Kilka osób poderwało się z miejsca, w tym Gajusz, Uther i Morgana, jednak Merlin nie zwracał większej uwagi ani na to, co się wokół niego działo, ani na to, że wciąż trzyma w rękach dzbanek. Jedyne o czym teraz był w stanie myśleć, było to, że właśnie przyjął wyzwanie i to dzień po tym, jak zobaczył banshee.
- Merlinie – odezwał się nagle głos Artura. Merlin spojrzał na swojego pana, a ten dodał: – Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego nie dałeś mi jej podnieść?
- Nie mogłem – wyszeptał Merlin.
- Dlaczego? – dopytywał się książę.
- To było moje wezwanie.
- Panie – odezwał się nagle do Uthera Gajusz, który pochylał się nad strażnikami. Wszyscy, łącznie z Arturem i Merlinem spojrzeli w tamtą stronę, a wtedy medyk oznajmił: – Oni nie żyją.
- W taki sposób? – spytał król.
- Rzecz w tym, panie, że nie wiem. Nie ma żadnych śladów walki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz