sobota, 8 marca 2014

Moje 7 ulubionych postaci kobiecych

Kiedy byłam mała, był taki czas, kiedy dołączałam do listy swoich ulubionych postaci w danym serialu czy filmie różne kobiety i dziewczynki. Na przykład lubiłam bardzo Daphne ze Scooby Doo i Kimberly z Power Rangers. Mimo wszystko było to lubienie na zasadzie: „Ja jestem dziewczynką, ona jest dziewczynką, więc czuję wewnętrzną potrzebę by ją lubić.” Później, kiedy stałam się nastolatką, lubiłam głównie postaci męskie, a praktycznie od klasy maturalnej, kiedy to zainteresowałam się bardziej anime, postaci żeńskie w najlepszym razie były mi obojętne, jeśli nie irytowały mnie (zwłaszcza takie „silne” kobiety). Teraz potrafię docenić wiele dziewcząt i kobiet w fikcji za to, co sobą reprezentują i jak są skonstruowane. Jednakże postrzeganie je jako jedne z moich ulubionych postaci byłoby naciągane.

Postanowiłam więc – jako że mamy Dzień Kobiet – przedstawić moją listę ulubionych postaci kobiecych. Aby uniknąć wspomnianego wyżej naciągnięcia, wybrałam takie kobiety, które lubiłam za nie same, a nie za to, jakimi są kobietami; postaci, które zawsze lubię oglądać/czytać, tak jak to mam z wieloma bohaterami męskimi.

Nie przedłużając, zapraszam do lektury.

Miejsce 7: Izyda (mitologia egipska)
Kociara81, która służy mi swoją wiedzą z egipskiej mitologii przy pracy nad Tysiącami żywotów Seta, nie lubi Izydy. Uważa ją za manipulantkę, która kłamie i wykorzystuje innych bogów do swoich celów. Choć trudno się w wielu kwestiach nie zgodzić z kociarą, ja jakoś od chwili, kiedy zainteresowałam się kulturą starożytnego Egiptu, ze wszystkich bogów tej cywilizacji polubiłam najbardziej Izydę.

Zdaję sobie sprawę z tego, że mitologia Egipcjan jest niejednolita i to, co ja kiedyś czytałam o Izydzie, całkowicie kłóci się z jej wersjami w innych miejscach kultu i okresach historii tej cywilizacji, niemniej jednak w moich źródłach Izyda jest mądrą boginią, nieodrodną córką swojego ojca, Thota. Potrafi sobie poradzić po śmierci swojego męża, Ozyrysa – szuka jego szczątków, aby móc je potem ożywić; ukrywa się przed Setem, a podczas procesu o schedę po Ozyrysie, stoi wiernie przy swoim synu i stara się mu pomóc w odzyskaniu tronu. Jednocześnie dwa razy lituje się nad Setem. A we wcześniejszym micie, kiedy to otruła Re, aby wyciągnąć z niego sekret jego mocy, zrobiła to dla jego przyszłego dziedzica, czyli swojego syna, Horusa.

Była patronką rodziny i stawiano ją jako wzór do naśladowania dla egipskich kobiet (za lojalność wobec męża i miłość do syna), a jednocześnie była mistrzynią magii, kimś, kto odegrał niemałą rolę w procesie między Horusem a Setem. Co by nie mówić, to wspaniała postać i do dzisiaj nie znalazłam boga egipskiego, którego bym lubiła bardziej od Izydy.

Miejsce 6: Bernadette Rostakowska (Teoria wielkiego podrywu)
O Bernadette mówiłam już przy okazji Dnia Niepodległości. Ja jednak zdałam sobie w pełni sprawę z tego, że Bernadette jest Polką dopiero po jakimś czasie i moja sympatia do tej postaci wynika nie tyle z patriotyzmu, co z zalet jej samej. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo lubię sceny, w których Bernadette, Amy i Penny siedzą sobie i ze sobą rozmawiają (ba – moim ulubionym odcinkiem Teorii wielkiego podrywu jest ten, w którym panie postanawiają przeczytać kilka komiksów, aby dowiedzieć się, co ich połówki w nich widzą, i niespodziewanie zaczynają rozmawiać o Thorze), Bernie zawsze zdradza podczas tych rozmów, zarówno swoją miłą i słodką stronę, a jednocześnie potrafi postawić na swoim.
Wspominałam o tej dwoistości Bernadette już poprzednim razem. To postać pełna kobiecości i empatii – wobec Howarda, swojej teściowej, Raja i innych. Z drugiej strony łatwo wyprowadzić ją z równowagi, nie lubi dzieci, potrafi poważnie wciągnąć się w rywalizację i ma potrzebę dominacji, ponieważ miała duże rodzeństwo i musiała nauczyć się stawiać na swoim.

Nie bez powodu Howard czasem jej się boi, jednocześnie jednak zdaje sobie sprawę z tego, że dzięki Bernadette stał się lepszym człowiekiem. Relacje między nimi są bardzo ciekawe i sprawiają, że serial sporo zyskuje. To w końcu trochę też serial o tym jak geeki zawierają związki, a fakt, że Howard nie tylko zaprzestał swoich wygłupów dla Bernie, ale też ona bardzo wspiera jego marzenie i chce, aby przeszłość go nie prześladowała, sprawia, że ich związkowi chce się kibicować. Ba – ich ślub był nawet kulminacją czwartego sezonu.

Cóż więcej powiedzieć? Bernadette jest tak cudownie złożoną postacią, że oglądanie jej sprawia przyjemność. I choć mogłaby być bardziej „geekowa” i pokazać, że w tej subkulturze zdarzają się również kobiety, i tak nie zamieniłabym jej na nikogo innego.

Miejsce 5: Hortensja (Śpiąca królewna)
Pomijając być może tytułową bohaterkę i jej matkę, Śpiąca królewna Disneya ma w sumie kilka ciekawych postaci kobiecych. Po pierwsze – jest niesamowity czarny charakter, czyli czarownica Diabolina, która nie tylko jest zagrożeniem, ale też posiada charyzmę i specyficzny urok, nadający jej nie tylko powagi, ale też gracji. Po drugie – mamy trzy wróżki, które najpierw obdarowują małą królewnę Aurorę, a potem starają się ją chronić, a poza tym ich osobowości i relacje są bardzo wyraziste. Te cztery kobiety – Diabolina, Flora, Hortensja i Niezawódka – są jednymi z naczelnych powodów, dla których ludzie oglądają ten film.

Jako mała dziewczynka od razu polubiłam Hortensję, czyli środkową wróżkę. Flora i Niezawódka mnie trochę denerwowały brakiem skupienia i ciągłymi kłótniami, Hortnesja zaś wydawała mi się po prostu  lepsza od nich w tym względzie. Sprawiała wrażenie bardzo sympatycznej. Tak po prawdzie, to jej twarz przypomina bardzo przeróżne animowane staruszki, które są miłe i współczujące. Sama Hortensja ma łagodne usposobienie i zawsze siedzi z boku, kiedy Flora i Niezawódka kłócą się między sobą. Gdy one spierały się nad kolorem sukienki dla Aurory, Hortensja w oddzielnym pokoju piekła królewnie tort urodzinowy. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to Hortensja wyważała je swoim zachowaniem.

Podobały mi się jej manieryzmy, jej spokojny, miły dla ucha głos, jej pokojowe nastawienie do wszystkiego i to, że zieleń tak się ładnie komponuje z jej twarzą (zwłaszcza, kiedy ukrywała się pod przebraniem wieśniaczki i miała taką uroczą, zieloną chustę na głowie). Nawet jej imię tak mi się jakoś miło kojarzy. Jeśli miałabym wybierać, jaka ma być moja wróżka, powiedziałabym, że właśnie taka jak Hortensja, a najlepiej, żeby to była właśnie ona. Taka wróżka może mi wyczarować, co tylko jej się żywnie podoba.

Miejsce 4: Clara Clayton (Powrót do przyszłości, część III)
Clara jest jednym z powodów, dla których lubię trzecią część Powrotu do przyszłości. Prawda, kiedyś wątek romansowy mi średnio pasował, ale teraz jest mi obojętny, głównie dlatego, że zdałam sobie sprawę z tego, jak dobraną parą jest Clara i doktor Brown (ale scena, kiedy ona go policzkuje, wciąż jest jedną z najbardziej znienawidzonych przeze mnie w samej trylogii).

Zacznijmy od tego, że Clara jest nauczycielką, a więc ona i doktor Brown mogą ze sobą rozmawiać na naukowe tematy. Co więcej – w scenie, kiedy oglądają razem niebo, to on słucha jej, a nie ona jego. Poza tym im bardziej ich związek się rozwija, tym bardziej widać, że są przez to o wiele odważniejsi. Emmett Brown staje w obronie Clary, gdy zaczyna ją napastować Wściekły Pies Tannen (człowiek, przypomnijmy, który ma w przyszłości zabić doktora), a Clara wdrapuje się na pędzącą lokomotywę, aby być z ukochanym. W przeciwieństwie do Lorraine (która robi tylko maślane oczy do Marty’ego) czy Jennifer (która po jakimś czasie tak po prostu mdleje) jest o wiele bardziej aktywną postacią, nie mówiąc już o tym, że jednocześnie raz czy dwa zadaje cios i nie jest przy tym znienawidzonym przeze mnie typem „silnej” kobiety. Jest zaradna i rozsądna (rys, który jest wyraźny również w kreskówce na podstawie trylogii), a przy tym stanowi wspaniałego kompana do rozmowy na tematy naukowe i potrafi zachować zimną krew w momentach kryzysowych (czy wspominałam, że wdrapuje się na pędzący pociąg?).

Prawda, nie jest kobietą z prerii, która potrafi strzelać z pistoletu ani się bić. Prawda, rozpatrywana jest głównie jako love interest. Prawda, wiele z jej czynów umotywowane jest uczuciem jakie żywi do doktora Browna. Ale jakaż wspaniała to kobieta… Idealna do podróży w czasie i nie tylko. Trochę żal, że w animowanym Powrocie do przyszłości nie ma odcinków poświęconych głównie jej, a w Back To The Future: The Game jest tylko wspominana, jednak mimo wszystko cieszę się, że jest.

Miejsce 3: Wioletka Baudelaire (Seria Niefortunnych Zdarzeń)
Trzynastotomowa Seria Niefortunnych Zdarzeń jest po prostu dobrym kawałkiem literatury. Po pierwsze – mamy ciekawą konwencję polegającą na tym, że na trójkę głównych bohaterów spadają wciąż nieszczęścia, a oni sami nie tylko sobie radzą, ale też odnoszą pewne zwycięstwa nad swoim przeciwnikiem. Po drugie – mamy wspaniałą, wielopoziomową intrygę, która od piątego tomu pobudzała szare komórki czytelników i sprawiała, że miało się ochotę na więcej. Po trzecie – mamy te wspaniałe Easter Eggi, nawiązujące do kultury wysokiej. Po czwarte – mamy bardzo sprytne, bardzo zaradne dzieci jako głównych bohaterów (jak i ich pomocników). Wszak każde z rodzeństwa Baudelaire ma pewien szczególny talent, który okazuje się pomocny w ich przygodach.

Moimi ulubionymi postaciami w Serii Niefortunnych Zdarzeń są Klaus i Wioletka, czyli starsza część rodzeństwa Baudelaire. Oboje uwielbiam za to, że są właśnie tacy kompetentni i robią trochę więcej, niż ich siostrzyczka, Słoneczko (z racji tego, że jest niemowlęciem i jej umiejętności do tomu dziesiątego ograniczały się tylko do gryzienia). Klaus to mól książkowy, który posiada ogromną wiedzę, a Wioletka… No cóż, Wioletka jest genialna.

Zacznijmy od tego, że jej główną cechą jest zdolność do tworzenia wynalazków. Za każdym razem, kiedy Lemony Snicket opisuje w swoich książkach trójkę swoich bohaterów, wspomina, że Klaus dużo czyta, Słoneczko lubi gryźć, a Wioletka jest wynalazcą. Mało tego – ma ona zwyczaj, kiedy nad czymś intensywnie myśli, wiązać sobie włosy wstążką, aby powiewające na wietrze kosmyki nie przeszkadzały jej w myśleniu. I wielokrotnie wynalazki Wioletki pomagają rodzeństwu w niweczeniu planów Hrabiego Olafa, a także w wybrnięciu z tarapatów.

Kiedy zaś w Tartaku Tortur Klaus zostaje zahipnotyzowany i jedyny sposób na to, aby przywrócić go do normalności, znajduje się w wielkiej, specjalistycznej książce okulistycznej, Wioletka jest zmuszona zastąpić brata w poszukiwaniu odpowiedzi. Zajmuje jej to trochę czasu, ale nie tylko odnajduje odpowiedni rozdział, ale też rozumie go w miarę dokładnie. Udaje jej się także odszukać w pamięci słowa wprawiające Klausa w trans i wyprowadzające go z niego, dzięki czemu podczas wielkiej walki na końcu Tartaku Tortur Klaus zostaje uratowany.

Ponadto przez cały cykl właściwie Wioletka pozostaje wierna przysiędze danej rodzicom, że będzie opiekować się Klausem i Słoneczkiem. Tak więc dla odmiany to nie starszy brat opiekuje się i chroni młodsze rodzeństwo, tylko starsza siostra (choć, jakby się nad tym głębiej zastanowić, nie zdarza to się aż tak rzadko w fikcji, jak można by przypuszczać). Nie zapomnijmy też, że przez dłuższy czas autor nie znajdował jej kogoś, kogo można by określić jako jej love interesta. Dyrektor z Akademii Antypatii sugeruje, co prawda, że pomiędzy nią a Duncanem Bagiennym coś jest, no i w Groźnej Grocie Wioletka martwi się o pewnego młodzieńca, ale generalnie występuje jako starsza siostra i wynalazca, a nie czyjaś dziewczyna.

Miejsce 2: Daenerys Targaryen (Gra o tron)
George R. R. Martin generalnie pisze bardzo ciekawe postaci kobiece. Chociażby wśród Starków można wyróżnić lady Catylin, która najpierw szuka zleceniodawców niedoszłego zabójstwa jej młodszego syna, a potem pomaga starszemu synowi w zdobyciu popleczników; Sansę Stark, która zostaje zakładniczką Lannisterów, i jej siostrę Aryę, która udaje chłopca i uczy się walczyć. Następnie mamy królową Cersei Lannister-Baratheon, prostytukę Shae, w której zakochał się Tyrion Lannister; kobietę-rycerza Brianne i wiele, wiele innych pań. Ja jednak – spośród wszystkich tych kobiet w Grze o tron – najbardziej ochoczo czekałam na sceny z Daenderys Targaryen.

Daenerys (znana też jako Dany) i jej brat, Viserys, to ostatni potomkowie dynastii Targaryenów, którzy jako dzieci musieli udać się na wygnanie. Viserys przez całe życie snuł przed siostrą wizję odzyskania tronu i był gotów wykorzystać Dany do swoich celów, a konkretnie – wydać ją za khala Drogo, przywódcę nomadycznego plemienia, w zamian za armię.

Coś, co niewątpliwie chwali się Martinowi, to to, że opisuje niesztampowo pewne rzeczy. Zwykle w fikcji aranżowane małżeństwa przedstawiane są jako tragedia dla młodej dziewczyny. Zapomina się przy tym o sytuacjach, kiedy para w takim małżeństwie faktycznie się w sobie zakochuje, czy choćby zaprzyjaźnia się ze sobą. Martin pokazuje, że może być i tak, i tak. Oto więc Dany na początku boi się swojego męża, potem jednak stają się sobie coraz bliżsi. Po jego śmierci zaś bierze los w swoje ręce i staje się pierwszą kobietą-khalem w historii. Tak więc Daenerys, w przeciągu całego pierwszego tomu, z przerażonej dziewczyny, zdominowanej przez swojego zaborczego brata, zmienia się w pewną siebie khaleesi gotową do odbicia tego, co uważa za swoje. W drugim tomie również sobie radzi, choć wysyłani są za nią mordercy, a jej dobroczyńca chce ją wykorzystać.

Uwielbiam Daenerys Targaryen za wiele rzeczy – za to jak się rozwinęła, za jej relacje z khalem Drogo, za to, że zamiast zachowywać się jak dumna księżniczka biadoląca, że musi przebywać wśród barbarzyńców, zainteresowała się ich kulturą i traktowała ją z szacunkiem (w przeciwieństwie do Viserysa… tym bardziej aż miło się patrzy, kiedy chłopak dostaje za swoje)… Ogólnie rzecz biorąc, jest to ciekawa postać kobieca i jedna z wielu postaci w Grze o tron, o których zawsze czytało mi się z wypiekami na twarzy.

Miejsce 1: Saphira (cykl Dziedzictwo)
Najlepszym elementem Dziedzictwa były dla mnie zawsze relacje między Eragonem a jego smoczycą, Saphirą. Za każdym razem, kiedy zauważałam na stronie powieści rządek zdań pisanych kursywą, wiedziałam, że czeka mnie dialog pomiędzy Eragonem i Saphirą – być może zabawny, być może wzruszający, niemniej jednak dialog, będący sympatycznym momentem smoka i jego Jeźdźca.
Właściwie od pierwszego rozdziału, kiedy to Eragon znajduje smocze jajo, najważniejszą relacją w całej serii Christophera Paoliniego jest ta, która łączy głównego bohatera ze smokiem, który się z tego jaja wykluwa. Przez kilka rozdziałów, zanim przechodzimy do właściwej akcji, widzimy jak Eragon przywiązuje się do małej Saphiry, jak zaczyna ją rozumieć i jak spędza z nią wolny czas. Oczywiście nadaje jej też imię i jest świadkiem tego, jak smoczyca uczy się latać. Z czasem Saphira rośnie do takich rozmiarów, że Eragon mógłby na niej jeździć i ukrywanie jej jest coraz trudniejsze.
Jednak właściwy rozwój postaci Saphiry zaczyna się z chwilą, kiedy siłą wyciąga Eragona z Carvahall, aby ochronić go przed szukającymi ich obojga zausznikami Galbatorixa, którzy chcą zdobyć smoka dla swojego pana. Bohaterom towarzyszy Brom, starzec, który sam był kiedyś Jeźdźcem i stara się wyszkolić Eragona na tyle, na ile się da. Przez całą podróż Saphira nie tylko spędza czas na treningu z Eragonem, ale też wykazuje się rozsądkiem i mądrością, bądź co bądź, wykraczającą poza jej wiek. Jest przy tym bardzo niezależna (pomijając zależność od Eragona, rzecz jasna), bywa wojownicza i protekcjonalna wobec swojego Jeźdźca (i vice versa). Łatwo się domyśleć, że takie muszą być wszystkie smoki. Prawdopodobnie, gdyby Saphira była samcem zachowywałaby się podobnie.

Z drugiej strony fakt, że jest samicą, ma duże znaczenie, bo tak się składa, że w Alagaesii smoki zostały wybite i (przypuszczalnie, bo potem Eragon i Saphira odkrywają jeszcze jednego Jeźdźca) pozostał tylko smok Galbatorixa i trzy jaja (w tym – wspomniane wyżej jajo Saphiry). Tak więc gdzieś tak od drugiego tomu Dziedzictwa Saphira czuje presję spowodowaną tym, że musi odnowić swoją rasę z odpowiednim partnerem. Próbuje zainteresować sobą starszego smoka, Galaedra (należącego właśnie do wyżej wspomnianego Jeźdźca), ale zostaje gwałtownie odtrącona ze względu na swój młody wiek.

Cóż więcej powiedzieć? Podczas gdy wątek z Aryą mnie denerwował, a Nasuadę uważałam za dystrakcję, wszystkie sceny z Saphirą sprawiały mi przyjemność. Mimo że od Roxanne Ritchi zauważyłam, że postaci kobiece nie irytują mnie tak jak kiedyś, to właśnie od Saphiry odkryłam, że właściwie mogę znaleźć takie, które śmiało mogę dorzucić do grona ulubionych bohaterów. Potem ta lista się powoli powiększała i oto co z niej wyszło. Kto wie – może za kilka lat wzbogacę ją o nowe pozycje. Zwłaszcza, że powoli zaczynam dostrzegać dobrze zrobione postaci kobiece.

1 komentarz:

  1. Zabawne, ja jak się zastanowię, to jakoś nigdy nie dzieliłam postaci na męskie i kobiece :) Lubiłam głównych bohaterów jednej animacji, drugiej... Raz był to Królik Bugs, raz Carmen Sandiego, raz całe rodzeństwo Bros razem z Księżniczką... Inna sprawa, jak z ich zarysowaniem. To chyba jednak tylko sympatia :p

    OdpowiedzUsuń