piątek, 21 lutego 2014

[FF: Sherlock] Pękający lód - rozdział 8

Obudziłem się siedząc na krześle, w magazynie, który z jakiegoś powodu wydawał mi się znajomy, nie potrafiłem jednak przypomnieć sobie skąd go znałem. Zdziwiło mnie bardzo, że nie byłem ani przywiązany, ani przykuty do krzesła, ani w jakikolwiek inny sposób skrępowany. Za to bolała mnie głowa (od uderzenia) i kark (od długiego siedzenia w tej samej pozycji). Kiedy dotknąłem potylicy, od razu poczułem, że moje włosy lepią się od zeschniętej krwi. Syknąłem z bólu, gdy moja ręka natrafiła na ranę po niedawnym uderzeniu.
Nagle czyjeś kroki odbiły się echem po magazynie, a po chwili usłyszałem znajomy już, syczący głos:
- „Rzekł Kain do Abla, brata swego: Chodźmy na pole. A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go…”
Stanął przede mną osobliwy człowiek. Miał na sobie długą, czarną pelerynę i nosił na głowie kapelusz z szerokim rondem. Najdziwniejsze było jednak to, że jego twarz kryła się za białą, beznamiętną maską. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to, co na początku wziąłem za bladość snajpera, było w istocie tą właśnie maską.
Ciągnął dalej:
- „Wtedy Bóg zapytał Kaina: Gdzie jest brat twój, Abel? On odpowiedział: Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego? Rzekł Bóg: Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!”
- Ale zawsze zapomina się o tym – zacząłem spokojnie, nawet się lekko uśmiechnąłem – że Bóg dał Kainowi znamię, aby ci, którzy go spotkają, nie ważyli się go zabić. A kto zabiłby Kaina, miał ponieść siedmiokrotnie większą karę niż on.
Spoważniałem i podniosłem się na równe nogi.
- Kim jesteś? – spytałem po raz drugi tego dnia.
- Domyśl się – odparł bezczelnie. – Dałem ci kilka śladów. Wydedukuj kim jestem.

Przyjrzałem mu się od stóp do głów. Był wysoki, trochę niższy niż dwa metry, jeśli odjąć kapelusz. Płaszcz był aksamitny, schludny i zadbany, kapelusz również. Wystające spod płaszcza buty nosiły ślady niedawnej gonitwy, a także błoto (gdyby był tu Sherlock, zapewne mógłby określić dokładnie skąd pochodziło; wyćwiczył się w tym do perfekcji, a ja miałem za mało danych). Maska pochodziła najprawdopodobniej z Wenecji. Kiedy spojrzałem w oczy mojego porywacza, coś wewnątrz mnie kazało mi uciekać.
Popatrzyłem w dół i zastanowiłem się jeszcze nad odpowiedzią. W końcu podniosłem wzrok i zacząłem swój wywód:
- Osoba, która przesłała mi te wszystkie wiadomości, musi wiedzieć bardzo dużo o mnie i o Sherlocku. Przede wszystkim jest to ktoś, kto wie o tym, że przekazałem Moriarty’emu pewne informacje i pośrednio przyczyniłem się do napisania przez Kitty Riley jej niesławnego artykułu. – Przerwałem na mement i westchnąłem. Spojrzałem w przestrzeń i dodałem: – A w związku z tym ten ktoś obarcza mnie winą za śmierć Sherlocka. Ktoś, kto wie o przesłuchaniu Moriarty’ego i kto ma motyw, aby mnie dręczyć. – Znów popatrzyłem na nieznajomego. – Mało jest takich osób. W zasadzie mogę wymienić tylko trzy, z czego dwie dowiedziały się o mojej niedyskrecji dopiero po pierwszych dwóch wiadomościach od ciebie. Zresztą – uśmiechnąłem się złośliwie – nie wyglądasz mi ani na Lestrade’a, ani na panią Hudson. – Spoważniałem. – A więc drogą eliminacji pozostaje nam tylko jedna możliwość. Doktor John Watson.
Ruszyłem z miejsca i zacząłem okrążać mojego prześladowcę.
- Kto pytał o mnie w Klubie Diogenesa i miał sposobność pozostawić tam odtwarzacz MP3? John Watson. Kto mógł zabrać z szafy Sherlocka jeden z jego szalików, aby mi go podrzucić? John Watson. Kto – poza Antheą i kilkoma moimi agentami – zna mój numer na komórkę, a więc był w stanie przesłać mi cytat z Biblii i Makbeta, nie mówiąc już o telefonie w kostnicy? John Watson. Kto za jedyną broń palną ma pistolet i potrafi zastrzelić człowieka przez zamknięte okno w budynku naprzeciwko? John Watson. – Zatrzymałem się tuż przed nim i dodałem cicho: – Kto najbardziej przeżył śmierć Sherlocka, bo musiał na nią patrzeć? I kto zwraca się do mnie z jawną wrogością, ilekroć się spotykamy? – Popatrzyłem mu w oczy i uśmiechnąłem się. – John Watson.
Odwróciłem się do niego plecami i poszedłem przed siebie, wymachując rękoma.
- John Watson! John Watson! John Watson! Niemal każdy twój ruch zdawał się krzyczeć do mnie: „To ja, doktor Watson, ślę ci te wszystkie wiadomości!” – Odwróciłem się twarzą do nieznajomego, po czym szybkim krokiem podszedłem do niego i pochyliłem się bardziej w jego stronę. – Rzecz w tym – zacząłem cicho i uśmiechnąłem się cierpko – że krzyczałeś za głośno.
- Ach, tak? – spytał z nieukrywaną złośliwością w głosie.
Wyprostowałem się i zrobiłem dwa kroki w tył.
- Tak. Po pierwsze – zacząłem wyliczać na palcach – John spędził z Sherlockiem więcej niż rok. Czy po tak długim czasie rozwiązywania zagadek kryminalnych z moim bratem, byłby aż tak głupi, aby popełniać tak kardynalne błędy? Czy na pytanie Lestrade’a o szalik powiedziałby, że poza mną nie mieli żadnych gości? Nie, wymyśliłby jakiegoś tajemniczego intruza albo upozorował włamanie, żeby odciągnąć od siebie podejrzenia. Czy nie powstrzymywałby się od zgryźliwych komentarzy na mój temat? Komentarzy, które od razu zdradzałyby, że ma motyw? Nie, ukrywałby niechęć do mnie przed Lestrade’m, a przynajmniej nie afiszowałby się z nią aż tak bardzo.
Usiadłem na krześle.
- Po drugie – ciągnąłem dalej – John Watson może i uratował Sherlocka, oddając wybitnie celny strzał do Jeffa Hope’a, ale wtedy Hope i Sherlock byli sami w opustoszałej sali uniwersyteckiej i prawie się nie ruszali. Czy doktor Watson ryzykowałby strzelanie do kogoś na zatłoczonej ulicy, gdzie ludzie wciąż się przemieszczają? Czy ryzykowałby trafienie pani Hudson? Nie sądzę. Po trzecie – oparłem się wygodnie na krześle – pierwsze SMS-y zostały wysłane z nowej komórki, która następnie została porzucona na moście. Watson miał problemy finansowe nawet po wprowadzeniu się do Sherlocka. Nie pozwoliłby sobie na nową komórkę ani na odtwarzacz MP3.
- Jest lekarzem – zaargumentował mój porywacz.
- Który zwykle kogoś zastępuje i często zasypia w pracy z powodu swojego kłopotliwego lokatora.
- Mógł wykorzystać pieniądze, które zarobił wraz z Sherlockiem Holmesem.
 - Nie po tym, co się stało. Choćby przez pamięć o Sherlocku, miałby opory z korzystaniem z jego pieniędzy. Zresztą – uśmiechnąłem się znów – regularnie monitoruję konta ich obu. Gdyby kupił coś sobie w sklepie z elektroniką, pierwszy bym się o tym dowiedział.
Znów wstałem i popatrzyłem na swojego rozmówcę.
- Po czwarte – powróciłem do sedna sprawy – może i mógł w każdej chwili zabrać szalik Sherlocka, ale noc, w którą teoretycznie wypisał: „Morderca” na ścianie w moim gabinecie, spędził w barze i powrócił do domu pijany.
- Mógł przyjść do gabinetu wcześniej.
- Kiedy? W czasie, gdy miał dyżur w szpitalu, czy kiedy ja pracowałem przy biurku? To samo z zamknięciem mnie w kostnicy. Kiedy to się stało, zajmował się swoimi pacjentami w prywatnej klinice. Dwa niepodważalne alibi! – Pokazałem mu dwa palce i opuściłem rękę. – No i wreszcie po piąte: Już przy pierwszym spojrzeniu widać, że nie jesteś Johnem. Jesteś za wysoki i masz zupełnie inną postawę niż on.
Zacząłem się przechadzać w tę i we wtę, ciągnąc dalej:
- Tak więc, skoro nie doktor Watson, to kto?
- Molly Hooper? – podsunął.
- Być może była w stanie zamknąć mnie w kostnicy, a nawet przemknąć się do mojego gabinetu, ale ona nie wie nic o przesłuchaniu Moriarty’ego.
- Może Irene Adler? Przecież żyje.
- A więc wiesz? – zatrzymałem się na chwilę, ale zaraz powróciłem do spaceru. – Fakt, ta ladacznica żyje i jak najbardziej ma powód, aby mnie nienawidzić. Ale tak się składa, że odwiedziła mnie wczoraj. Udało jej się mnie nawet unieruchomić, ale nie skorzystała z nadarzającej się okazji, aby mi coś zrobić. Wypiła tylko herbatę i wyszła. Nie wiem, czego chce, ale na pewno nie zemsty.
Stanąłem i spojrzałem za siebie na mojego prześladowcę.
- No, właśnie. Czy rzeczywiście to zemsta była powodem, dla którego wysyłałeś mi pogróżki?  Ten motyw sam się nasuwa na myśl, ale czy nie jest możliwe, że chodziło ci o coś innego? Coś bardziej trywialnego? Może tak naprawdę nie chciałeś wywrzeć pomsty za to, co zrobiłem, tylko zwyczajnie mnie dręczyć. Jeśli przyjmiemy tę hipotezę, to kto nam pozostaje? Stawiałbym na Moriarty’ego, ale raz, że jestem w stu procentach pewien, że zginął na dachu Barts, a dwa – jak już wspomniałem wcześniej, jesteś za wysoki.
- Tak więc kim jestem? – spytał spokojnie nieznajomy.
- Jest kilka możliwości. Możesz być jednym z ludzi Moriarty’ego, który otrzymał rozkaz, aby wysyłać mi anonimy, albo jednym z moich współpracowników, który jest psychopatą i postanowił zabawić się moim kosztem.
- Ale kim jestem? – zapytał nieco popędliwie. – Czy już pan wie, panie Holmes?
Przeniosłem wzrok na podłogę i zamyśliłem się. Rozważyłem wszystkie możliwości i wszystkie tropy w poszukiwaniu odpowiedzi. Przyjrzałem się nawet jeszcze raz mojemu porywaczowi. Bezskutecznie. Ilekroć przychodziła mi do głowy jedna możliwość, od razu znajdowałem przeciw niej z dziesięć argumentów wykluczających. Pomyślałem wtedy, że gdybym miał więcej danych, być może poszło by mi lepiej.
- A więc nie wiesz – podsumował wreszcie mój prześladowca. – Tak myślałem, że nigdy na to nie wpadniesz.
Podniosłem na niego wzrok i czekałem na to, co powie.
- Mam na imię Saturnin i jestem demonem.
Moja brew uniosła się ze zdziwienia, a potem prychnąłem śmiechem.
- Nie wierzę w demony – odparłem.
- To jak wytłumaczysz to, że w noc, w którą otrzymałeś pierwszą wiadomość, twoje kamery nie wyłapały nikogo, kto choćby zbliżył się do twojego gabinetu?
- Mogłeś wykraść również klucze do pokoju ochrony i…
- … i wyciąć ten fragment nagrania? – dokończył z dziwną satysfakcją w głosie. – Za dużo pracy jak na jedną noc. Przecież sprawdzenie kamer było jedną z pierwszych rzeczy, które nakazałeś po odkryciu napisu na ścianie. Twoi ludzie zdążyliby się zorientować, że ktoś u nich myszkował. Rzecz w tym, że drzwi do twojego gabinetu nawet nie zostały tej nocy otwarte. Przeszedłem przez nie i zostawiłem ci małą niespodziankę.
- Skoro potrafisz przechodzić przez ściany, to czemu ukradłeś woźnemu klucz do drzwi, których i tak nie zamierzałeś użyć?
- Żeby sprowadzić cię na manowce, rzecz jasna. Miałeś pomyśleć, że ktoś przedostał się do środka tą drogą. No bo jak inaczej, skoro okno było zamknięte?
- Wszystko da się logicznie wytłumaczyć – odpowiedziałem.
- Ach, tak? W noc po otrzymaniu pierwszych dwóch wiadomości miałeś sen, który zdradzał ci rzeczy, o których nie miałeś prawa wiedzieć. Dopiero Karsten Prevost oświecił cię w tej kwestii. Jak mogłeś śnić o rzeczach, których jeszcze nie poznałeś?
- Pewnie już wcześniej miałem podejrzenia na ten temat i moja podświadomość podsunęła mi ten sen.
- Błąd, to ja ci go zesłałem.
Znów prychnąłem śmiechem i popatrzyłem na Saturnina. Naprawdę chciał, abym uwierzył w tę bzdurę. Prawdopodobnie sam w to święcie wierzył.
Zaśmiał się pod nosem, ruszył z miejsca i zaczął mnie okrążać, tak jak ja wcześniej jego. A ja wodziłem za nim wzrokiem.
- Widzi pan, panie Holmes – podjął nieco głośniej – tak się składa, że ja żywię się bólem i zdradą. Kiedy ludzie się nawzajem zdradzają, ja wzrastam w siłę. – Zatrzymał się tuż za mną, oparł ręce na moich ramionach i zasyczał mi do ucha: – A każda informacja, którą przekazałeś Moriarty’emu na temat brata, była jak słodkie ciastko przed obiadem.
Poczułem chłód w piersiach na wspomnienie przesłuchań Moriarty’ego. Zamknąłem na chwilę oczy, a Saturnin ciągnął dalej:
- Podczas pierwszego dnia w szkole dla chłopców Sherlock wydedukował, że jego nauczycielka ma romans z jednym z uczniów. Kiedy miał sześć lat, Sherlock rozbił ulubiony wazon ciotki Maybelle, który wasza rodzina dostała z okazji przeprowadzki do Londynu. Na studiach Sherlock co roku zmieniał kierunek i obrażał wykładowców…
Przełknąłem ślinę i spojrzałem w dół. Saturnin zrobił krok w bok, a potem stanął naprzeciw mnie.
- Rząd bardzo chciał kod komputerowy. Ale był problem. Moriarty chciał rozmawiać tylko z tobą i tylko, jeśli opowiesz mu coś o Sherlocku. Na początku wahałeś się, miałeś opory przed podjęciem się tego zadania, ale tylko na początku. Wiedziałeś jak cenny dla rządu brytyjskiego jest kod, który otwiera wszystkie drzwi, a twoi zwierzchnicy nalegali. Z każdym dniem stawali się coraz bardziej niecierpliwi. Tak więc udało ci się znaleźć idealny kompromis. A przynajmniej tak ci się wtedy wydawało.
Przerwał, a ja miałem cichą nadzieję, że nie będzie kontynuował. Już i tak wiedział stanowczo za dużo. Ale po krótkiej pauzie Saturnin mówił dalej:
- Myślałeś, że Moriarty chciał dowiedzieć się czegoś o słabościach Sherlocka, o jego zwyczajach, rutynie, stosunkach z ludźmi. Skoro więc Moriarty chciał rozmawiać o Sherlocku, ty opowiadałeś mu nic nieznaczące historyjki. Anegdotki, które przedstawia się w rodzinnym gronie, aby się pośmiać i które nie zawierały w sobie żadnych informacji, mogących zaszkodzić Sherlockowi. Ale on właśnie tego oczekiwał. Właśnie to chciał od ciebie usłyszeć.
Zacisnąłem pięści. Tę prawdę też znałem aż nazbyt dobrze.
- Tak – kontynuował Saturnin. – To była zaiste jedna z najlepszych uczt, jakie miałem. Wielki finał nie był aż tak zabawny, ale cóż, tak się złożyło…
Wziąłem głęboki oddech i popatrzyłem chłodno na mojego rozmówcę.
- Czyli porwałeś mnie tutaj tylko po to, aby nadal się nade mną znęcać? Bardzo oryginalne, nie powiem.
- O, nie! – zawołał Saturnin. – Zabawa dopiero się zaczyna. Widzi pan, panie Holmes, jest tu z nami jeszcze jedna osoba.
Zdziwiłem się i aż rozejrzałem dookoła, ale w promieniu mojego wzroku nikogo nie znalazłem. Kto mógłby tutaj być? Wróg? Przyjaciel? Lestrade? Anthea? A może John?
- No dalej! – odezwał się Saturnin. – Wychodź, drogi gościu! Nie wiesz nawet jak długo na ciebie czekałem…
Cisza. Nadal nic.
- W takim razie widzę, że potrzebujesz bodźca – odparł Saturnin. Wyciągnął ukryty pod płaszczem pistolet i wycelował go we mnie. Od razu poczułem przypływ adrenaliny. – To trochę zaboli, ale trudno.
Wystrzelił. Na chwilę serce zamarło mi w piersi, kiedy pocisk wyleciał z hukiem z lufy pistoletu i poczułem jak mała, rozżarzona kula wbija mi się w lewe ramię. Mimowolnie wydałem z siebie okrzyk bólu i przyłożyłem prawą rękę do rany. Od razu wewnętrzna część dłoni stała się wilgotna od krwi.
Zatoczyłem się trochę na nogach, ale szybko odzyskałem równowagę. Po chwili usłyszałem odbijające się echem czyjeś kroki i zza sterty skrzynek po mojej lewej stronie wybiegł brodaty woźny z Barts, który skierował w stronę Saturnina własny pistolet. Ale dlaczego on? Skąd się tu wziął? Czego tutaj szukał?
- Myślę, że dość już tej maskarady, nie sądzi pan? – rzekł Saturnin.
- Najpierw rzuć broń – odpowiedział woźny. Jego głos był cichy, monotonny i bardzo znajomy.
- Proszę bardzo – oświadczył Saturnin i rzucił pistolet w bok. Broń przejechała kilka metrów i zatrzymała się dopiero przy wózku widłowym. Dopiero wtedy zamaskowany mężczyzna odezwał się znowu: – Teraz broda.
Woźny przez chwilę jeszcze stał nieruchomo, być może rozważając jego propozycję. A potem jedną ręką złapał za brodę i zerwał ją sobie z twarzy. To, co zobaczyłem, wprawiło mnie w osłupienie. Najpierw pomyślałem, że śnię. Ale nie, ból w ramieniu był zbyt prawdziwy, aby uznać to za sen. Tak więc mam zwidy. No, bo przecież to niemożliwie, aby Sherlock tak po prostu stał sobie w tym magazynie. Przyglądałem się jego twarzy, jakbym chciał znaleźć jakąś nieprawidłowość, ale wszystko było na swoim miejscu. Czułem przemożną potrzebę dotknięcia go, sprawdzenia, czy to nie iluzja albo duch, jednak bałem się ruszyć z miejsca. W zasadzie to nie wiedziałem, czy cieszyć się z tego, że mój brat tutaj jest, czy bać.
- Sherlock… – szepnąłem, a on tylko zerknął na mnie kątem oka.
- Tak, żyję. Potem ci wytłumaczę – odpowiedział krótko i przeniósł wzrok na Saturnina. – Tak a propos, pomoc już jedzie.
- Sherlock Holmes – powiedział „demon”, rozwierając szeroko ramiona. – Słynny detektyw, który okazał się oszustem. – Opuścił ręce. – Na pewno jest kilka rzeczy, które chciałbyś powiedzieć swojemu starszemu bratu, zwłaszcza po tym, co przed chwilą usłyszałeś.
Sherlock przyjął bardziej zdecydowany wyraz twarzy.
- Wiedziałem o tym już od jakiegoś czasu – odparł beznamiętnie.
- Zaskakujące, nieprawdaż? – zapytał Saturnin. – A mnie się wydaje, że nareszcie wyszło szydło z worka. Może tak naprawdę Mycroft Holmes chciał się wreszcie pozbyć kłopotliwego braciszka. – Odwrócił się do mnie. – Siedem lat obywałeś się bez niego. Aż tu nagle musiałeś się odtąd wszystkim z nim dzielić, zwłaszcza miłością rodziców.
- To normalne, gdy ma się rodzeństwo – wtrąciłem szybko. – Ale to jeszcze nie znaczy, że chciałem, aby Moriarty coś mu zrobił.
Popatrzyłem na Sherlocka, aby wybadać, czy mi wierzy, czy nie. Rzucił mi beznamiętne spojrzenie i przeniósł wzrok na Saturnina.
- Stało się – zaczął. – Mycroft popełnił błąd. I co w związku z tym? Mam płakać, bo mój brat został przechytrzony przez Moriarty’ego? Nie on pierwszy i nie ostatni. Na jego miejscu pewnie obrałbym tę samą strategię, bo wyszedłbym od podobnych założeń.
Poczułem ulgę, chociaż te słowa niekoniecznie znaczyły, że Sherlock mi wybaczył.
Tymczasem on ciągnął dalej:
- Zresztą doświadczam protekcjonalności Mycrofta od kiedy skończył dziesięć lat. Bywa bardzo upierdliwy, ale zawsze wiedziałem, że na swój pokręcony sposób chce dla mnie dobrze. – Nagle na jego twarzy pojawił się jakiś dziwny smutek. – Za często mi pomagał, abym miał uznać, że przesłuchując Moriarty’ego tak po prostu mnie zdradził.
- „Wszyscy, którzy żyją, umierają, pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga…”! – zawołał Saturnin. – Czy to nie jego słowa?
Przez chwilę Sherlock milczał, ale zaraz potem odparł spokojnie:
- No cóż, jak każdy polityk, mój brat jest hipokrytą. Twierdzi, że nie warto się przejmować, a sam to robi.
- Zawsze zachowuje się jakby był twoim ojcem – wtrącił „demon” równie głośno, co przedtem. – Jakby wiedział, co jest dla ciebie dobre i mógł ci rozkazywać. A przecież nie ma prawa rościć sobie nad tobą władzy. Nie chciałbyś się od niego uwolnić raz na zawsze?
- Fakt – zaczął spokojnie Sherlock – bywa trochę… nadopiekuńczy, ale jest też bardzo użyteczny. Sam przyznasz, że nie ma to jak wpływy.
- A właśnie. – Saturnin przeniósł wzrok z powrotem na mnie. – Co ty z tego masz?
To pytanie zadane tak znienacka, mnie zdziwiło. Sherlocka zresztą też. Kiedy po kilku sekundach nadal nie odpowiedziałem, Saturnin zrobił dwa kroki w moją stronę i ciągnął dalej:
- Cały czas martwisz się o niego. Kiedy wpada w kłopoty, ty wyciągasz go z nich, a kiedy cię o coś prosi, natychmiast wykonujesz jego prośbę. A przecież on nigdy nic dla ciebie nie zrobił. Tak więc co ty z tego masz?
- To mój brat – odparłem po prostu. – Starsi bracia muszą dbać o młodszych…
- Tak, ale co ty z tego masz? – przerwał mi Saturnin. – Kiedy ty go o coś prosisz, broni się przed spełnieniem tej prośby rękami i nogami. Ostentacyjnie okazuje ci swoją niechęć za każdym razem, gdy się spotykacie. Chronisz go i narażasz się dla niego na różne nieprzyjemności, a on ci nawet nie podziękuje. – Stanął obok mnie i szepnął: – W głębi serca wiesz, że nigdy ci się nie odwzajemni. – Zbliżył się jeszcze bardziej, tak bardzo, że poczułem jego oddech na ramieniu. A potem zasyczał mi do ucha jeszcze ciszej: –  A i tak wszyscy wiedzą co zrobić, aby Człowiek-Lód ugiął się pod ich wolą. Jeśli cię rozgrzać, to zaczniesz topnieć, a kiedy uderzyć w odpowiednie miejsce, zaczniesz pękać. Wygląda więc na to, że z twojej troski o Sherlocka nie wynika dla ciebie nic dobrego. Tak więc po co się męczyć?
To pytanie – co ja mam z zajmowania się młodszym bratem? – wprawiło mnie w osłupienie i zmusiło do dłuższej refleksji. No bo rzeczywiście Sherlock nie okazywał mi zbyt wielkiej miłości ani troski, i wydawał się zawsze tylko brać. W przeszłości dość często rozmyślałem o niewdzięczności mojego brata, co było nieraz źródłem moich frustracji. A mimo to pomagałem mu i martwiłem się o niego. Dlaczego? Czy robiłem to tylko z poczucia obowiązku?
Poczułem się słabo. Wiedziałem, że to z powodu utraty krwi i że jeśli pozostanę tu zbyt długo, mogę stracić przytomność, a nawet wykrwawić się na śmierć. Usiadłem na krześle i spojrzałem na Sherlocka. Tym razem to on oczekiwał na odpowiedź. Widziałem ślad niepokoju w jego oczach. Przeniosłem wzrok na Saturnina i prychnąłem śmiechem.
- Sam obaliłeś swój argument. Strzeliłeś do mnie, aby wywabić Sherlocka z ukrycia, a on wyszedł, tak jak przewidziałeś. Czy to już nie dowód, że przynajmniej trochę mu na mnie zależy?
Zerknąłem kątem oka na Sherlocka. Chyba odczuł ulgę, bo przyjął bardziej obojętny wyraz twarzy. Nastała cisza, która była dość denerwująca. Sherlock trzymał Saturnina na muszce, co chwilę zerkając z niepokojem na mnie. I wtedy usłyszeliśmy policyjne syreny na zewnątrz magazynu, a okna zaświeciły się na przemian czerwonymi i niebieskimi światłami.
- Mówi inspektor Lestrade – zabrzmiał głos z megafonu. – Magazyn jest otoczony! Wiemy, że jesteś sam! Wychodź z podniesionymi rękami!
- Zdaje się, że to do mnie – odpowiedział Saturnin z jakąś satysfakcją w głosie i podniósł ręce do góry. Odwrócił się do nas plecami. – No cóż, nie dam im na siebie zbyt długo czekać.
- Mam cię na muszce – odparł Sherlock. – Nie próbuj żadnych sztuczek.
- Za późno, panie Holmes.
Nagle jego peleryna opadła na podłogę, a on sam zniknął. Obaj wpatrywaliśmy się z niedowierzaniem w miejsce, w którym powinien stać. Od tamtego czasu obaj wypracowaliśmy kilka hipotez na temat tego, jak udało mu się uciec, ale nie udowodniliśmy prawdziwości żadnej z nich. Niemniej jednak staliśmy tak oniemiali, dopóki nie usłyszeliśmy znów głosu Lestrade’a:
- To twoja ostatnia szansa! Wychodź albo wyciągniemy cię siłą!
Jeszcze przez chwilę trwała cisza, a potem usłyszeliśmy jak policja dobija się do głównego wejścia. Zwróciłem się do Sherlocka:
- Lepiej się ukryj. Jeszcze dojdą do głupich wniosków.
Przytaknął tylko głową i odwrócił się w stronę, z której wcześniej wyszedł.
- I zabierz tę brodę – syknąłem do niego.
Podniósł ją z ziemi, po czym schował się za pudłami.
Tymczasem drzwi puściły i do środka wkroczył Lestrade wraz z kilkoma policjantami. Zdziwili się bardzo tym, że jestem sam, ale natychmiast zareagowali na widok mojej rany. Jeden z policjantów zawiesił mnie sobie na ramieniu i wyprowadził na zewnątrz, inny zgłosił, że mają rannego, a reszta zaczęła przeszukiwać magazyn.
Wiedziałem, że jeśli powiem, że Saturnin tak po prostu rozpłynął się w powietrzu, uznają to za podejrzane (już i tak pewnie parę osób uważało, że wymyśliłem sobie prześladowcę), a nie mogłem pozwolić, aby przeszukali magazyn, bo mogli znaleźć Sherlocka. Ukrywający się na miejscu zbrodni mężczyzna, do tego z bronią, od razu ściągał na siebie podejrzenia. Dlatego też powiedziałem:
- Nie ma go tu. Uciekł jakieś dziesięć minut temu.
- I tak po prostu pana zostawił? – zapytał Lestrade.
- Może nie był wcale aż taki twardy – odpowiedziałem pierwszym wyjaśnieniem, jakie mi się nasunęło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz