piątek, 7 lutego 2014

[FF: Sherlock] Pękający lód - rozdział 6

Stałem naprzeciw schodów, na korytarzu naszego rodzinnego domu. Strumienie światła przedzierały się przez zamknięte okna, potęgując tym samym wrażenie, że wiktoriański budynek na przedmieściach Londynu jest opustoszały. Było bardzo cicho. Jedynie deski skrzypnęły mi pod stopą, kiedy powoli ruszyłem z miejsca.
A potem usłyszałem chichot. Chichot więcej niż jednego dziecka, dochodzący z pokoju po mojej lewej stronie, który kiedyś należał do mnie. Otworzyłem ostrożnie drzwi i zajrzałem do środka. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu, zobaczyłem dwóch małych chłopców – jednego pięcioletniego o czarnych, kędzierzawych włosach, drugiego dwunastoletniego, którym zapewne byłem ja. Siedzieli na podłodze, a w zasadzie to ja siedziałem, a Sherlock leżał i był łaskotany przez młodszą wersję mnie. Ten mały ja miał na twarzy złośliwy uśmieszek i w równie złośliwy sposób chichotał pod nosem. Z każdą chwilą Sherlock śmiał się coraz głośniej, przekręcając z boku na bok, aby uciec moim zwinnym palcom, które ani na chwilę nie opuszczały okolic jego pach.
- My… croft… prze… stań! – krzyczał przez śmiech i łzy mój młodszy braciszek.
- O nie, Sherlock – powiedział mały ja. – Wyłaskoczę cię na śmierć.
- Po… wiem… mamie…
Przed moimi oczami odgrywało się stare wspomnienie – zwyczajna, rodzinna scena z czasów, kiedy ja i Sherlock byliśmy niewinni. Ja nie zajmowałem się polityką, a on nie rozwiązywał zagadek kryminalnych. Z czasów, w których ja chciałem być superbohaterem, a on piratem. Przyglądałem się temu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony obraz małego Sherlocka przyprawiał mnie o ból serca, bo było to jedno z tych wspomnień, które przychodziło do mnie, kiedy miałem jakieś problemy z Sherlockiem i dziwiłem się, że z takiego wesołego chłopca wyrósł tak kłopotliwy, złośliwy, zażywający narkotyki i włamujący się do tajnych baz mężczyzna. Z drugiej strony, było coś uspokajającego w tej scenie z życia rodzinnego. Wolałem zostać tutaj, gdzie mój brat nie tylko żył, ale i nie miał całego tego bagażu niemiłych doświadczeń, które przyniosło mu jego dorosłe życie. Obawiałem się, czy czasem chłopcy nie zdadzą sobie sprawy z mojej obecności i wtedy ich sielanka się skończy. Ale nie. Mimo że stałem w drzwiach, żaden z nich nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi.
Nagle – tak po prostu i bez żadnego ostrzeżenia – nie stałem już z boku, tylko byłem tym małym, dwunastoletnim chłopcem. Widziałem wszystko jego oczami, jego ciało było moim ciałem. Odkrycie to sprawiło, że na chwilę zaprzestałem łaskotania Sherlocka. Pięciolatek wydał z siebie westchnienie ulgi. Po chwili usiadł i zaczął łapać oddech. Spojrzałem w stronę drzwi, w których powinienem stać. Nikogo tam nie było.
Zaraz jednak usłyszałem skrzypnięcie starych desek i w korytarzu pojawiła się niska, męska sylwetka w garniturze. To nie był nasz ojciec. To nie był nikt, kogo znaliśmy w tamtym czasie, ale kiedy tylko podszedł bliżej i stanął w drzwiach, od razu go rozpoznałem. Moriarty oparł się rękoma o framugę drzwi i spojrzał na nas tymi swoimi złośliwymi oczkami, w których tliły się iskierki szaleństwa. Uśmiechnął się do nas tym pewnym siebie uśmiechem, którym raczył mnie podczas przesłuchań, a Sherlocka – zapewne podczas każdego z ich wspólnych potyczek.
Poczułem jak ciarki przechodzą mi po plecach. Obaj z Sherlockiem podnieśliśmy się na równe nogi.
- Dzień dobry – przywitał się dziarsko Sherlock, po czym spytał: – Kim pan jest?
- To zły człowiek – odpowiedziałem, nie spuszczając wzroku z Moriarty’ego.
- W rzeczy samej – odparł i wszedł do pokoju – przyszedłem zrobić wam krzywdę.

- Schowaj się za mną, Sherlock – powiedziałem, ale i tak stanąłem przed nim, aby zatarasować Moriarty’emu drogę.
- Gdzie jest mamusia i tatuś? – jęknął z przerażenia mój braciszek.
Sam zadawałem sobie to pytanie. Nie pamiętałem, aby zostawiali nas samych. Z drugiej strony już wcześniej zdałem sobie sprawę z tego, że oprócz mnie i Sherlocka nie było nikogo w domu.
Moriarty zrobił krok do przodu, potem kolejny i stanął tuż przede mną. Spoglądał na mnie z góry, wciąż mając na twarzy ten okropny uśmiech. A ja czułem jak z każdą chwilą opuszcza mnie odwaga.
- I znów odgrywasz rolę opiekuńczego brata – odezwał się w końcu. Pochylił się nieco, aby nasze oczy się spotkały i dodał szeptem: – Nie mogłeś ochronić go, kiedy byłeś dorosły i miałeś wpływy. Chcesz to zrobić teraz, kiedy jesteś nic nieznaczącym dzieckiem?
- Cokolwiek, aby cię powstrzymać – odparłem stanowczo.
Poczułem jak małe rączki Sherlocka ściskają moje nogawki i jak mój brat przytula się do mnie ze strachu przed obcym, który wtargnął do pokoju. Serce waliło mi jak szalone. Byłem świadom tego, że, jako dwunastolatek, mogę niewiele. Moriarty przewyższał mnie siłą fizyczną. Byliśmy sami, więc było małe prawdopodobieństwo, że ktokolwiek usłyszy nasze wołania o pomoc. Czy było w ogóle jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji?
Moriarty wyciągnął rękę i dotknął mojego policzka. Po chwili pogłaskał go, przyprawiając mnie o dreszcze, i uśmiechnął się znów w ten sam złośliwy sposób.
- Biedny, mały Mycroft. Tak bardzo się starasz, a ciebie tak łatwo oszukać.
Wyprostował się, ale ja stałem jak oniemiały. Jakbym doznał nagłego zaćmienia i mój umysł nie odbierał żadnych bodźców z zewnątrz. Kilka sekund później poczułem silne uderzenie w wątrobę i padłem na podłogę. Sherlock natychmiast podszedł do mnie, ale Moriarty chwycił go oburącz i wziął pod pachę. Zbliżył się do okna, które jeszcze przed chwilą było zamknięte, a teraz nie wiadomo kiedy zostało otwarte na oścież. Moriarty rzucił mi kolejne złośliwe spojrzenie. A ja natychmiast zrozumiałem, co zamierza zrobić i podniosłem się na równe nogi. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Pamiętaj, Mycrofcie Holmes: to ty popchnąłeś swojego brata w stronę przepaści.
Tymczasem Sherlock wiercił się jak mógł, ale nie był w stanie się wyrwać. Popatrzył na mnie błagalnym tonem.
- Mycroft! – zawołał, a w jego oczach pojawiły się łzy. – Mycroft, pomocy!
Chciałem go uratować, ale nagle nie mogłem się ruszyć. Całe moje ciało – od stóp po place rąk – było sparaliżowane. Moriarty chwycił Sherlocka za boki i ostrożnie wystawił przez okno. Próbowałem zmusić nogi i ręce do posłuszeństwa, nakazać siłą woli, aby kończyny wreszcie wzięły się do roboty, ale były jakby martwe. Mogłem jedynie patrzeć jak ten zwyrodnialec trzyma mojego wierzgającego i przerażonego brata w oknie, z którego odległość od ziemi wynosiła jakieś cztery piętra. Musiałem coś zrobić, inaczej Sherlock zginie. A ponieważ opór ani walka nie wchodziły w grę, pozostawała jeszcze jedna możliwość.
- Proszę, nie rób tego – powiedziałem. Głos mi drżał, ale nie obchodziło mnie to. – Zrobię wszystko, tylko zostaw go w spokoju.
- O, ja wiem, że zrobisz wszystko. Gdybyś mógł, oddałbyś za niego swoją duszę albo zamieniłbyś się z nim miejscami. Problem polega na tym, że jest już za późno. – Zwrócił się do Sherlocka: – Co powiesz, mały? Twój kochany, starszy brat sprzedał cię za kilka cyfr. Leć więc w dół i niech ta myśl będzie ostatnią, która pozostanie w twojej głowie, zanim rozbijesz się o bruk.
Zamachnął się rękami, jakby zamierzał rzucić Sherlocka na podłogę i – ku mojej wielkiej zgrozie – puścił go. Najpierw usłyszałem krzyk Sherlocka, a potem dźwięk uderzającego o chodnik ciała. Dopiero wtedy odzyskałem czucie w rękach i nogach. Natychmiast rzuciłem się do okna i spojrzałem w dół. Sherlock – dorosły i ubrany tak jak w dniu swojej śmierci – leżał w tej samej pozycji, co wtedy.
 
Obudziłem się, tym razem z krzykiem. Nie był to jakiś rozdzierający powietrze krzyk, prawdę mówiąc był to raczej krzyk, jaki wydaje się, kiedy ktoś wyskoczy znienacka z szafy z „Buu!” na ustach. Za oknem deszcz delikatnie uderzał o szybę, za którą jeszcze nie wzeszło słońce. Nawet nie patrząc na zegar, zdawałem sobie sprawę, że musi być około czwartej-piątej rano. Przetarłem twarz ręką i od razu zarejestrowałem wilgoć na czole. Zaschło mi też w gardle.
Strasznie chciało mi się pić.
Ale bałem się ruszać się z łóżka. Nie chciałem pójść ani do kuchni, aby zrobić sobie herbatę, ani do łazienki, aby napić się wody z kranu. Bałem się, że jeśli wstanę i wejdę do któregokolwiek z pomieszczeń, zastanę kolejną wiadomość od mojego prześladowcy. Prawdę mówiąc, zastanawiałem się, czy czasem nie siedzi gdzieś w sąsiednim budynku i nie przygląda się moim mękom. Zaraz jednak zaśmiałem się na tę myśl. To przecież ja zwykle podglądałem ludzi, a nie oni mnie. Zresztą, to na pewno był jakiś amator, który nie potrafił poprawnie ustawić pluskwy.
Chyba ta wesoła myśl wystarczyła, abym odzyskał motywację do wyjścia z łóżka, bo wstałem i poszedłem do łazienki przemyć twarz i napić się wody. Kiedy włączyłem światło, od razu poraziło ono moje oczy. Po kilku sekundach potrzebnych, aby przyzwyczaić się do nagłej jasności, stanąłem naprzeciw lustra i odkręciłem kran. Uzbierałem w dłoniach trochę wody i prysnąłem ja sobie w twarz. Dopiero wtedy przyjrzałem się swojemu odbiciu.
Bladość nie była niczym nadzwyczajnym w rodzinie Holmesów, zresztą Sherlock był wręcz biały jak ściana. Nigdy jednak, kiedy się na nas spoglądało, nie miało się wrażenia, że jesteśmy chorzy albo bliscy śmierci. Gdy zaś spoglądałem na swoje własne odbicie w lustrze, odniosłem właśnie takie wrażenie. Moja bladość przywodziła na myśl człowieka, który zapadł na jakąś śmiertelną chorobę, a ciemne worki pod oczami tylko ten obraz nędzy i rozpaczy dopełniały. Sam nie wierzyłem w to, że trzy dni bez snu wystarczyły, abym wyglądał jak żywy trup.
Wlałem sobie do szklanki (w której trzymam szczoteczkę i pastę do zębów) wodę z kranu i od razu wypiłem pół. Czułem się niedobrze, jakbym zaraz miał zemdleć. Postanowiłem więc wrócić do łóżka i spróbować zasnąć. Kiedy jednak położyłem się i otuliłem kołdrą, nie byłem w stanie spać. Myślałem o swoim niedawnym śnie i zdaniu, które wypowiedział Moriarty do Sherlocka, zanim wyrzucił go przez okno: „Twój kochany, starszy brat sprzedał cię za kilka cyfr. Leć więc w dół i niech ta myśl będzie ostatnią, która pozostanie w twojej głowie, zanim rozbijesz się o bruk.”
Czy było możliwie, że Sherlock wiedział o mojej zdradzie? Czy domyślał się skąd Moriarty wziął wszystkie te informacje na jego temat? Istniało spore prawdopodobieństwo, że tak. Skoro John na to wpadł od razu po przejrzeniu artykułu Kitty Riley, Sherlock mógł się domyślić jeszcze wcześniej. Przecież był detektywem.
Skoro się tylko dowiedział, co czuł? Czy nienawidził mnie jeszcze bardziej niż dotąd? Czy z trudem przełknął wiadomość o tym, że zdradził go jego własny brat? Czy myśl ta towarzyszyła mu, kiedy spadał w dół, ku nieuchronnej śmierci? Być może zasłużyłem sobie na wszystko, co zgotował mi mój prześladowca. Moją karą miało być życie w wiecznym poczuciu winy i hańbie. Moim własnym znamieniem Kaina była świadomość tego, że sprzedałem własnego brata, i pogarda ze strony jego przyjaciół.
Leżałem tak, bezskutecznie próbując zasnąć, aż do szóstej. Potem doszedłem do wniosku, że równie dobrze mógłbym wstać, więc podniosłem się z łóżka i zacząłem swoją zwyczajną rutynę – herbatę, śniadanie, mycie zębów, ubranie się w garnitur… Wszystko to robiłem mechaniczne, wciąż jednak myśląc o swoim śnie, o Sherlocku, o Moriarty’m i o moim prześladowcy. Co jakiś czas miałem wrażenie, że zaraz zasnę na stojąco, ale zmuszałem się do zachowania świadomości. W końcu za niecałą godzinę musiałem zacząć pracę. Pomyślałem sobie, że najwyżej potem się zdrzemnę.
Wychodząc z domu i idąc przez ulicę, czułem wzrok mojego prześladowcy. Przekraczając próg gabinetu albo Klubu Diogenesa, oczekiwałem, że zastanę czekającą na mnie kolejną wiadomość. Bezustannie myślałem o tym, kim może być tajemniczy autor anonimów i nieraz doszukiwałem się go w twarzach znajomych mojego brata. Szczególnie jedna twarz ciągle przychodziła mi na myśl. Wszystkie okoliczności zdawały się przemawiać za tą możliwością, ale daleki byłem od skłaniania się ku niej.
Mimo to, udało mi się załatwić prawie wszystko, jeśli chodzi o pogrzeb (moi zwierzchnicy byli tak myli, że zaraz po moim przybyciu do biura dali mi dwa wolne dni na uporządkowanie tych spraw) – czarny nagrobek ze złotym napisem: „Sherlock Holmes” (wiedziałem, że Sherlock nie chciałby, aby jego nagrobek zdradzał zbyt wiele), mszę (wikary, który miał ją poprowadzić, był znajomym naszej rodziny i nie wierzył w to, że Sherlock był oszustem) i autokar na stypę. Teraz pozostawało tylko przenieść ciało z domu pogrzebowego na cmentarz.
Z tym, że (a dowiedziałem się tego około czternastej) ciało Sherlocka jeszcze nie trafiło z kostnicy do domu pogrzebowego. Próbowałem dodzwonić się w tej sprawie do Molly, ale chyba miała wyłączoną komórkę. A ponieważ wiedziałem, że raczej nie ma dzisiaj wolnego dnia, wyglądało na to, że musiałem przyjechać do Barts i zapytać ją o to osobiście. Tak więc kazałem się zawieźć do szpitala i niebawem szedłem już korytarzem kostnicy w poszukiwaniu pani patolog. Zastałem ją w laboratorium, jak rozmawiała z jakimś młodym człowiekiem. Na mój widok bardzo się zdziwiła, ale zaraz przeprosiła swojego znajomego i wyszła ze mną na korytarz.
- Jeśli chodzi o ciało Sherlocka – zaczęła – to były małe problemy z dokumentacją, ale udało nam się wszystko uporządkować. Niech pan teraz przyśle panów z usług pogrzebowych.
Po raz kolejny zauważyłem, że unika mojego wzroku i uśmiecha się do mnie w bardzo nerwowy sposób. Jednak kiedy dobrze jej się przyjrzałem, zauważyłem tylko sierść kota na jej ubraniu, ślady zadrapań na rękach, resztki spaghetti na wewnętrznej stronie fartucha i lekki makijaż, świadczący o tym, że zamierzała poderwać młodego człowieka, z którym wcześniej rozmawiała.
- Na pewno wszystko w porządku? – spytałem dla pewności.
Spojrzała na chwilę na coś, co znajdowało się za mną. Natychmiast odwróciłem się, ale zobaczyłem tylko kilku ludzi w fartuchach i znanego mi już z poprzedniej wizyty woźnego, który zajęty był czyszczeniem podłogi. Popatrzyłem znów na Molly, a ona uśmiechnęła się i powiedziała:
- Ta-tak, wszystko dobrze. Przepraszam, że musiał się pan fatygować, ale dzwonek komórki w takim miejscu bywa uważany za niestosowny.
- Mogła pani ustawić wibrację – odparłem, a ona zaśmiała się nerwowo.
- No, tak. Najwidoczniej zapomniałam.
Mogłem wyczytać z jej twarzy zdanie: „A kto by do mnie zadzwonił?” Nagle odchrząknęła i jej twarz spoważniała.
- A teraz wybaczy pan. – Molly odwróciła się w stronę laboratorium. – Mam trochę pracy i muszę do niej wrócić.
- Oczywiście, panno Hooper. Ten mężczyzna ma dwa koty, jeden z nich to pers. Jest też wegetarianinem. Powodzenia – odrzekłem z uprzejmym uśmiechem.
- Oh… – zdziwiła się, ale zaraz rzuciła mi kolejny nerwowy uśmiech. – Dziękuję.
Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl. Dziwna, ale w tamtym momencie wydawała się na swój sposób właściwa. Zamiast pójść w stronę wind i wyjść z Barts, skierowałem się do wyjścia awaryjnego, które prowadziło na dach. W zasadzie nogi same mnie tam prowadziły, wiedzione pamięcią tego dnia, kiedy przybyłem zbadać okoliczności śmierci mojego brata.
Wspinałem się po schodach. Zwykle nie przepadam za takim wysiłkiem fizycznym, ale tym razem nie przeszkadzało mi to za bardzo, zważywszy na to, że nie miałem do przejścia zbyt wielu pięter. Z każdym krokiem było mi coraz ciężej, nie tylko z powodu zmęczenia (to pojawiło się dopiero jak miałem za sobą jedno piętro), ale i z powodu ciężaru na sercu. Bo im bliżej byłem celu, tym więcej myśli i wspomnień krążyło w mojej głowie.
Zawsze agresywny. Nie dociera do ciebie, że jesteśmy po tej samej stronie?
O dziwo, nie…
To twój własny brat, a ty wypaplałeś cały jego życiorys temu psychopacie…
Rodzina jest wszystkim, co mamy, Mycrofcie Holmes!
Stanął mi przed oczami obraz Sherlocka grającego na skrzypcach tę piosenkę z Fullmetal Alchemist. Przypomniały mi się jego oczy, przyglądające mi się w ten obojętny, chłodny sposób. Słyszałem w uszach tę smutną, melancholijną melodię wraz ze słowami, które wyrażały, to co leżało mi na sercu. Od tamtej chwili wspomnienia przeplatały mi się z tą piosenką.
Tyle razy grał na skrzypcach, żeby mnie zirytować. Raz nawet posunął się do wykonania God save the Queen. Ilekroć się spotykaliśmy, wydawało mi się, że robił wszystko, abym się zdenerwował. Bywał jednym wielkim utrapieniem.
Czy naprawdę martwisz się o brata?
Oczywiście…
A mimo to, jeśli mnie o coś prosił, zawsze to dostawał. Jeśli groziło mu coś, z czym sam by sobie nie poradził, starałem się go przed tym chronić. Bezustannie się o niego martwiłem. Tylko przed jednym nie potrafiłem go ochronić…
Biedny, mały Mycroft. Tak bardzo się starasz, a ciebie tak łatwo oszukać…
Dotarłem do końca schodów i znalazłem drzwi na dach. Serce waliło mi jak młot, a oddech był ciężki. Położyłem rękę na klamce i wyszedłem na zewnątrz. Niebo było pokryte białymi chmurami, które zwiastowały bliski deszcz. Było bardzo cicho, nie licząc odgłosów dochodzących z ulicy, i wiatru, który świszczał mi w uszach, kiedy rozglądałem się po okolicy. Wszystko wyglądało tak, jak w moim „proroczym” śnie, wręcz widziałem oczami wyobraźni Moriarty’ego próbującego przekonać Sherlocka do skoku.
Trzy kulki, trzech strzelców, trzy ofiary…
Zdawało mi się, że słyszałem jak drzwi na dach się zamykają, ale kiedy rozejrzałem się dookoła, nikogo nie było.
Spojrzałem przed siebie i wyobraziłem sobie jak Sherlock staje na krawędzi dachu i rozmawia przez telefon z Johnem. Co wtedy myślał, kiedy żegnał się ze swoim najlepszym przyjacielem? Czy było mu trudno? Czy bał się śmierci? Czy wahał się choć przez chwilę skoczyć w przepaść, aby ocalić przyjaciół?
Czy przeklinał mnie za to, co zrobiłem?
Przynajmniej nie umierał sam. Przynajmniej umierał z przeświadczeniem, że jego śmierć nie pójdzie na marne. Ale czy pocieszał się tą myślą, kiedy jego ciało spadało z dachu szpitala? I wtedy wytwór mojej wyobraźni – stojący na krawędzi, odwrócony do mnie tyłem Sherlock – przechylił się do przodu i zniknął w otchłani ulicy na dole. A ja znów poczułem znajome ukłucie winy i przemożny smutek.
Oczy same zaszkliły mi się od łez, których nie byłem w stanie już dłużej powstrzymywać. Zacząłem płakać – nad sobą i nad Sherlockiem. Nad tym, że już go nigdy nie zobaczę, a on nigdy nie dowie się jak bardzo żałuję tego, co zrobiłem. Nad tym, że mój brat pozostawił po sobie zaledwie kilkoro kochających ludzi, a reszta świata niesłusznie uważała go za oszusta. Nad tym, że jego śmierć była gwałtowna i przedwczesna. Nad tym, że mógł tyle jeszcze dokonać na polu zawodowym, ale Moriarty mu na to nie pozwolił. W końcu nad tym, że ze swoim poczuciem winy, żałobą i rozpaczą musiałem radzić sobie sam.
Czy tak właśnie będzie wyglądało życie bez Sherlocka? Pełne smutku, żalu i wyrzutów sumienia? Noce wypełnione koszmarami, a dni – pustką i ciągłym udawaniem? Oto straciłem ostatniego członka bliskiej rodziny. Członka rodziny, którego dotąd chroniłem na różne sposoby. Sherlock, mój mały braciszek, nie żył. Zostałem sam. Jak ja miałem żyć dalej, zajmować się sprawami państwa, skoro byłem sam jeden? Równie dobrze mógłbym stanąć na tej samej krawędzi, co mój brat, i rzucić się z dachu na tę samą ulicę. Ale nie – pewnie i tak nie trafiłbym po śmierci tam, gdzie Sherlock.
Płakałem długo i w ciszy, chociaż od czasu do czasu wydałem z siebie mimowolny, nieco głośniejszy szloch. Czułem jak płoną mi policzki. Musiałem wyglądać okropnie, ale byłem sam na dachu szpitala Barts. Nikt mnie nie widział, nikt tutaj nie wchodził, więc dałem upust rozhuśtanym emocjom. Ilekroć przecierałem oczy, aby pozbyć się łez, zaraz przypływ znajomych uczuć wywoływał nowe. Miałem nadzieję, że nikt do mnie nie zadzwoni, bo wiedziałem, że w tym momencie nie byłem w stanie stawić czoła swoim zwierzchnikom, jak również podwładnym, policji, czy komukolwiek. Człowiek-Lód zniknął. Pozostał tylko pogrążony w rozpaczy i poczuciu winy Mycroft Holmes.
Na moje czoło spadła kropla zapowiadanego na tamten dzień deszczu. Prychnąłem pustym śmiechem. Płacz w deszczu – zupełnie jak w tej starej piosence. Co za banał… Otworzyłem swój parasol i schowałem się pod nim, ale jeszcze nie opuszczałem dachu. Jednak to co mówią o katharsis to prawda – czułem się o niebo lepiej, kiedy się wypłakałem, chociaż nadal nie chciałem ruszać się z tego miejsca.
Ale zaraz usłyszałem czyjeś kroki dochodzące od strony wejścia i ujrzałem znajomego woźnego. Przyglądał mi się z zainteresowaniem, a być może nawet pewnym współczuciem. Ja jednak poczułem przemożną chęć jak najszybszego zejścia mu z oczu i opuszczenia tego miejsca. Przeprosiłem tego człowieka i szybkim krokiem ruszyłem w stronę drzwi, aby zejść po schodach na dół, a potem wydostać się na zewnątrz przez wyjście pożarowe.
Reszta dnia minęła mi – ku mojemu wielkiemu zdziwieniu – raczej spokojnie. Zadzwoniłem do przedsiębiorców pogrzebowych, aby zabrali ciało Sherlocka z kostnicy, a potem wybrałem się na obiad do restauracji. Co prawda, przez cały czas miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, ale mój prześladowca się nie odezwał. Nie było żadnych napisów na ścianach i lustrach, żadnych SMS-ów z biblijnymi cytatami, żadnych telefonów ani niespodzianek pozostawionych dla mnie w Klubie Diogenesa.
Niemniej jednak byłem zmęczony. Chyba nawet bardziej niż we wcześniejszych dniach. Brak snu i wysiłek fizyczny, który musiałem podjąć nie tylko udając się z jednego usługodawcy do drugiego, ale również przy wchodzeniu na schody prowadzące na dach – to wszystko sprawiało, że czułem się wręcz wykończony. Trochę bałem się snu – kto wie jakie koszmary mogły mnie nawiedzić tym razem.
Kiedy przekręcałem klucz w zamku, marzyłem już tylko, aby napić się gorącej herbaty, a potem położyć w ciepłym i miękkim łóżku, i miałem nadzieję, że nie zastanę jakichś niemiłych wiadomości od swojego prześladowcy. A nawet gdyby takowe były, wolałem je zignorować do następnego dnia. Spodziewałem się spokojnego wieczoru bez żadnych niespodzianek.
Włożyłem płaszcz do szafy, a parasol zawiesiłem na ramieniu (lubię mieć go przy sobie; czuję się wtedy pewniej). Rozluźniając krawat, skierowałem się do swojej sypialni. Włączyłem światło i zamarłem w miejscu, nie wierząc własnym oczom.
- Witaj, Mycroft.
Irene Adler siedziała na moim łóżku, ubrana w moją najlepszą piżamę i jedwabny szlafrok (podwinięty prawy rękaw – śpieszyła się, kiedy się przebierała; w kieszeniach ani śladu po sławetnej komórce, ale ta ladacznica mogła tam schować coś mniejszego). Wstała i zaczęła iść w moją stronę. Powoli, z uwodzicielskim uśmiechem na pomalowanych ustach. A ja przyglądałem się jej z niedowierzaniem. Przecież ona powinna nie żyć! Terroryści ucięli jej głowę! Nie było sposobu, aby się z tego wykaraskała, chyba, że…
Oh…
- Sherlock – powiedziałem na głos.
- Tak, Sherlock – odpowiedziała i nagle zalotny uśmiech zniknął z jej twarzy. A potem mnie spoliczkowała. –  Wiesz, jak na człowieka, który pracuje dla rządu i tajnych służb, nie umiesz trzymać języka za zębami.
- A ty wiesz o tym skąd? – spytałem, starając się ukryć zdziwienie.
- Znam jednego z gości, który ci asystował. Wiem, co lubi – odparła nonszalancko.
No, tak. W sumie powinienem się tego spodziewać.
- I przyszłaś tu po co? – zadałem kolejne pytanie. – Bardzo ryzykujesz, pojawiając się tutaj, zwłaszcza po naszym ostatnim spotkaniu. Zgaduję, że Sherlock oddał ci komórkę wraz z całą zawartością?
- Nie był aż tak miły. Nie pamiętasz, że dałeś mu ją tuż po mojej rzekomej śmierci? A tak się składa, że nie mieliśmy przyjemności spotkać się po tym małym incydencie. Akurat byłam w mieście i miałam nadzieję na małą kawkę w knajpce za rogiem, kiedy usłyszałam, co zaszło. Co za niefortunny zwrot wypadków…
Najpierw policzkowała mnie za to, że przyczyniłem się do śmierci Sherlocka, a teraz zachowywała się jakby nic ją to nie obchodziło. Albo była niesłychanie zimną suką, albo chciała coś osiągnąć. Znając ją, obstawiałem i to, i to.
- Byłam ciekawa – zaczęła nagle, chwyciwszy mnie za krawat i poprawiwszy go –  kto pociesza Mycrofta Holmesa w żałobie. Spodziewałam się zastać tę twoją niezastąpioną asystentkę, a tu niespodzianka! Dom pusty jak cela mnicha. Musisz się czuć bardzo, bardzo samotny w tej swojej małej twierdzy. – Znów złapała mnie za krawat, po czym zbliżyła swoją twarz do mojej. – Od pewnego czasu chciałam coś sprawdzić. Pozwolisz mi na mały eksperyment, prawda? – Oplotła mnie spojrzeniem. – Kto wie, może ci się nawet spodoba.
Zamknęła oczy i zbliżyła swoje usta do moich, gotując się do pocałunku. Zapewne oczekiwała, że jej na to pozwolę, ja jednak natychmiast chwyciłem za parasol i rączką odsunąłem od siebie Irene Adler, wprawiając ją w zdziwienie. Cofnęła się o krok.
- Wybacz, moja droga – odparłem, uśmiechając się złośliwie – ale romans z dziewczyną zmarłego brata byłby strasznie banalny, nie sądzisz? Poza tym nie jestem w nastroju na twoje gierki. Wiesz, żałoba i te sprawy.
Wyszedłem na korytarz i rzucając jej kolejny, tym razem bardziej uprzejmy uśmiech, spytałem:
- Herbaty?
Przez chwilę milczała, ale szybko odzyskała głos.
- Nie, dziękuję. Przyszłam tylko na chwilę i już muszę iść.
- Myślisz, że ci pozwolę?
- Tak, właśnie tak – odparła ze złośliwym uśmieszkiem.
Wyszła mi naprzeciw, po czym włożyła rękę do prawej kieszeni szlafroka i wyciągnęła z niej małą, czarną strzykawkę. Zanim zdążyła ją jednak we mnie wbić, zamachnąłem się parasolką, zmuszając tę ladacznicę do cofnięcia się. Trzymałem ją na dystans parasolką. Przez kilka sekund staliśmy tak naprzeciw siebie, czekając aż to drugie zaatakuje.
- No, dalej, rzuć to – powiedziałem do niej, wskazując strzykawkę końcem parasolki. – Jeśli będziesz bardzo grzeczna, to cię nie zabiję.
- I tak byś tego nie zrobił. Ale proszę bardzo. – Rzuciła strzykawkę na podłogę.
- Tę z drugiej kieszeni też – dodałem.
Przewróciła oczami i zrobiła to. Obie strzykawki leżały teraz na podłodze, obok moich ulubionych kapci.
- Wobec wszystkich dziewczyn jesteś taki nieufny?
- Tylko wobec tych, które zagrażają mojemu życiu lub zdrowiu.
Ponieważ nadal jej nie ufałem, podszedłem do niej i zacząłem przeszukiwać kieszenie szlafroka. Kiedy nic tam nie znalazłem, postanowiłem wziąć się za piżamę.
- Uroczo, rewizja osobista – skomentowała.
- Zdejmij szlafrok – powiedziałem, a ona uśmiechnęła się złośliwie. Westchnąłem głęboko i dodałem: – Wiesz, że nie o to mi chodzi.
Powoli, prowokacyjnie rozwiązała pasek, a potem pozwoliła, aby mój szlafrok zsunął się na podłogę.
Nagle usłyszałem dźwięk SMS-a. Odruchowo wyjąłem komórkę i odblokowałem ją, ale zaraz spojrzałem nieufnie w stronę  Irene. Od razu podeszła do mnie, aby podejrzeć. Położyła nawet ręce na moich ramionach, ale mi to specjalnie nie przeszkadzało (choć również nie odczuwałem z tego powodu przyjemności). Otworzyłem wiadomość (numer zastrzeżony, tak jak poprzednio) i moim oczom ukazało się zdanie: Nie zaśniesz, nie zaśniesz już więcej!
- Ktoś cię nie lubi – skomentowała Adler. – Ciekawe dlaczego…?
Nie zwracałem na nią uwagi, za to zwróciłem uwagę na to, że trzęsą mi się dłonie. Cały ten dzień był jednym wielkim koszmarem. Naprawdę bardzo chciałem już zostać sam. Ale nie mogłem pozostawić Adler na wolności… A może mogłem? Przecież teraz i tak na nic by mi się nie przydała. Poza tym…
I wtedy – korzystając z mojego zamyślenia – wbiła mi strzykawkę w prawe ramię. Najpierw nastąpiło zdziwienie i pomyślałem sobie, że znowu popełniłem kardynalny błąd, nie pilnując swojego więźnia. Potem poczułem jak kręci mi się w głowie, a nogi słabną. Jeszcze przez chwilę udało mi się ustać w miejscu, ale Irene jednym, szybkim ruchem wyrwała mi z ręki parasolkę i podcięła nogi. Upadłem jak długi na podłogę. Próbowałem podnieść się, ale Adler nadepnęła butem na moje plecy. Poczułem jak koniec trzymanej przez nią parasolki ociera się o mój policzek.
- Wybacz, Mycroft, że wykorzystałam moment twojej słabości, ale wiesz… samotna kobieta musi sobie radzić z takimi jak ty. Dobra wiadomość jest taka, że jednak sobie tej nocy pośpisz, i to bardzo długo.
Nie widziałem jej, ale słyszałem jej głos. Wydawał się dobiegać jakby z oddali, podczas gdy mi dwoiło i troiło się w oczach. Adler ściągnęła nogę z moich pleców i oparła parasol o łóżko, ale jeszcze nie wychodziła. Mnie chciało się spać i, szczerze mówiąc, nie broniłem się przed tym. Po prostu zamknąłem oczy i utonąłem w błogim śnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz