piątek, 14 lutego 2014

[FF: Sherlock] Pękający lód - rozdeział 7

Nie pamiętam, co mi się wtedy śniło. Pamiętam tylko, że na początku czułem jak jakieś dwie osoby kładą mnie na łóżku, a potem ściągają ze mnie garnitur, aby następnie przebrać w piżamę. Potem, kiedy już całkiem oderwałem się od rzeczywistości i pogrążyłem w marzeniach sennych, od czasu do czasu słyszałem dwa głosy, rozmawiające ze sobą szeptem, ale uznałem je za część snu, kolejne tortury ze strony mojej podświadomości.
Nie wiem jak długo spałem. Kilka razy budziłem się do świadomości i zaraz znów pogrążałem się we śnie, jakbym był przywiązany do łóżka. Kiedy się w końcu obudziłem, na początku wszystko było jakby zamazane, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że jest już dzień. Po kilku chwilach obraz w moich oczach się wyklarował. Ostrożnie usiadłem na łóżku i od razu poczułem się tak, jakbym zeszłą noc spędził na opróżnianiu barku w Klubie Diogenesa. Kręciło mi się w głowie i martwiłem się, czy będę w stanie w ogóle coś dzisiaj zrobić.

Przypomnienie sobie, co wydarzyło się poprzedniej nocy, zajęło mi kilka sekund, ale kiedy już zdałem sobie sprawę z tego, że miałem gościa, a cisza wokoło świadczyła, że tego gościa już nie było, stanąłem przed problemem prawdopodobnej kradzieży. Musiałem sprawdzić, czy czasem ta ladacznica nie myszkowała mi po domu, ale stan, w jakim się teraz znajdowałem, nie zachęcał mnie do tego. Jeszcze przez kilka minut siedziałem na łóżku, próbując dojść do siebie.
A więc Irene Adler żyje. Co więcej, wie o mojej zdradzie. Co teraz miałem począć z tą wiedzą? Czy powinienem się jej obawiać? Skoro Sherlock uratował ją przed dekapitacją z ręki terrorystów w Karaczi, istniało spore prawdopodobieństwo, że wciąż coś do niego czuła. Być może nawet wymieniali jakąś korespondencję, o której nie wiedziałem. Śmierć Sherlocka musiała ją wstrząsnąć. Adler miała powód, aby się na mnie mścić. Czy było możliwe, że moim prześladowcą była właśnie Kobieta?
Z drugiej strony – jej wczorajsze zachowanie było cokolwiek dwuznaczne. Najpierw mnie policzkowała, potem chciała uwieźć, a potem ogłuszyła tylko po to, aby zostawić w spokoju. Gdyby chciała mi coś zrobić – zabić, skrzywdzić, odegrać się w jakiś sposób – czemu nie zrobiła tego, kiedy byłem nieprzytomny, tylko tak po prostu opuściła moje mieszkanie? Być może szykowała mi jakąś niespodziankę w niedalekiej przyszłości, ale dlaczego do mnie przyszła? W końcu o wiele lepiej byłoby dla niej, gdybym myślał, że nie żyje. Miałaby pozbyć się przewagi z czystej bezczelności?
I skąd wiedziała, gdzie mieszkam? Odpowiedź na to pytanie w zasadzie sama się nasuwała. Skoro dowiedziała się o przesłuchaniach Moriarty’ego śpiąc z jednym z moich agentów, równie dobrze mogła odnaleźć tą drogą mój adres. Ale skąd miała klucze? A może użyła spinki jak bohaterka jakiegoś taniego komiksu szpiegowskiego?
Podniosłem się wreszcie na równe nogi i, choć nadal kręciło mi się trochę w głowie, nieśpiesznie zacząłem sprawdzać szuflady, szafki i tajne schowki. Przejrzałem wszystkie dokumenty, na papierze i w komputerze (większość najważniejszych informacji i tak trzymałem w głowie). Sprawdziłem również swój portfel i albumy rodzinne. Wyglądało na to, że Adler nie interesowało nic z rzeczy, które posiadam, za to w kuchni zastałem w zlewie dwa niedawno myte kubki, a w śmietniku – zużyte torebki po herbacie. Domyśliłem się od razu, że Kobieta i jej wspólnik (albo wspólniczka) raczyli się moją herbatą.
I tak oto stanąłem przed pytaniem: Co zrobić z faktem, że Irene Adler żyje? Rozsądek nakazywał natychmiast poinformować o tym tajne służby, ale najpierw musiałem upewnić się co do jej motywów i stanu wiedzy. Czy miała kompromitujące zdjęcia albo informacje, które mogły zagrozić rządowi? Czy też może zamierzała zostać tylko na pogrzebie Sherlocka, a potem opuścić Anglię?
Jako że głowa mi ciążyła jak po kilku szklaneczkach whiskey i czułem się jeszcze trochę słaby, aż chciałem wrócić do łóżka. Spojrzałem jednak na zegar i zdałem sobie sprawę z tego, że do umówionego spotkania w domu pogrzebowym pozostało niecałe półgodziny. Tak więc zadzwoniłem po kierowcę i w niemal ekspresowym tempie doprowadziłem się do stanu używalności. Wychodząc z domu, udało mi się uchwycić kątem oka bezdomnego, którego widziałem koło moich drzwi dwa dni wcześniej. Od razu odwrócił wzrok i ja zrobiłem to samo.
 
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy wychodząc z wyżej wymienionego spotkania, usłyszałem dzwonek komórki i na jej ekranie ukazał się numer domowy Baker Street. Było to o tyle osobliwe, że Sherlock i John zwykli do mnie dzwonić wyłącznie z komórek, nawet kiedy byli w domu, a z telefonu stacjonarnego nie korzystali prawie wcale. Domyślałem się, kto do mnie dzwoni, chociaż nigdy wcześniej tego nie robiła. Przystanąłem na ulicy i odebrałem, nie czując się zbyt pewnie (od kiedy tego dnia przekroczyłem próg domu, nie czułem się pewnie; wrażenie bycia obserwowanym nie opuszczało mnie ani na chwilę).
- Mycroft Holmes, słucham. W czym mogę służyć, pani Hudson?
- Skąd wiedziałeś, że to ja? Chociaż nie. Nie powinnam się dziwić. W każdym razie – przeszła wreszcie do sedna sprawy – dzwonię do ciebie, bo tak się zastanawiam, czy nie zechciałbyś wybrać się ze mną na kawę do jakiejś małej knajpy?
To pytanie mnie zaskoczyło. Zwykle to ja zapraszam ludzi na kawę, i to tylko po to, aby coś omówić albo czegoś się dowiedzieć. Aż tu nagle dzwoni do mnie pani Hudson i mówi mi, że chciałaby się ze mną spotkać w kawiarni. Bycie po raz pierwszy od bardzo długiego czasu zaproszonym na miasto – to było dość dziwne uczucie. I bardzo ciekawe, nie powiem.
- To bardzo miło z pani strony, pani Hudson – odpowiedziałem po chwili zastanowienia. – Akurat mam wolną chwilę.
Umówiliśmy się w Speedy’m za piętnaście minut, ale mój kierowca zawiózł mnie tam w dziesięć. To jednak nie miało większego znaczenia, bo pani Hudson i tak wyszła, aby się ze mną przywitać. Miała na sobie czarną spódnicę, od razu zauważyłem, że była stara i wiele razy przerabiana. Prawy rękaw był nieco podwinięty, wyglądało więc na to, że oderwałem panią Hudson od zmywania naczyń.
W pierwszej chwili, kiedy pojawiła się na ganku, miała na twarzy lekki uśmiech, ale on zniknął kilka sekund potem. W jej oczach malowało się zmartwienie. Pani Hudson podeszła do mnie i powiedziała:
- Mój Boże, Mycroft, wyglądasz okropnie. Czy aby dobrze sypiasz?
- Tak, jestem trochę zmęczony, ale… – zacząłem odpowiadać pani Hudson, ale natychmiast wzięła mnie pod rękę, mówiąc:
- Żyjesz w strasznym stresie. Chodź ze mną.
Zapewne zaciągnęłaby mnie do Speedy’ego i posadziła przy którymś stoliku, ale nagle dźwięk strzału przebił powietrze, a chwilę potem kula przeleciała tuż obok nas, rozbijając szybę i zmuszając wszystkich dookoła do schronienia się na różne sposoby. Jedni schowali się za samochodami, inni padli na ziemię, a jeszcze inni uciekali pieszo bądź samochodem (jeśli znajdowali się w środku albo w pobliżu). Było mnóstwo krzyku i przepychanek, każdy chciał jak najszybciej umknąć tajemniczemu strzelcowi z linii ognia. Ja i pani Hudson najpierw pochyliliśmy głowy i przykucnęliśmy, a potem padł kolejny strzał i pocisk trafił w plastikową nogę stolika, stojącego tuż obok nas.
- Niech ktoś wezwie policję! – zakrzyknął jakiś mężczyzna.
Zaraz potem rozległ się huk wystrzału i druga szyba Speedy’ego puściła. Ruch na ulicy całkiem zamarł. Mimo to usłyszałem jak ktoś w pobliżu mnie dzwoni na komórkę.
- Policja? Przyślijcie jakiś radiowóz na Baker Street… Szaleniec strzela do ludzi z dachu…
Miliony myśli przeszło mi przez głowę. Najpierw pomyślałem: „Pięknie, akurat tutaj jakiś szaleniec zdecydował się pobawić bronią…” Zaraz potem przyszło mi do głowy, że może owym snajperem jest mój prześladowca. Fakt, że kolejny pocisk przemknął mi tuż koło nosa, a następny tylko cudem nie trafił mnie w rękę, zdawał się potwierdzać tę tezę. Czyli jednak zamierzał mnie zabić… A może celowo nie trafiał, aby mnie zastraszyć?
Musiałem coś zrobić i to szybko. Jakoś wyjść z tej sytuacji. Ale co miałem zrobić? Zadzwonić do Anthei? Tak, powiadomić ją o tym, co się właśnie dzieje – to wydawało się rozsądne. A zdążyłbym wyjąć komórkę? Zresztą, pewnie już i tak wiedziała, co zaszło. Kamery musiały to wyłapać.
Mimo wszystko wyjąłem telefon i szybko wybrałem numer mojej asystentki. Czekając na połączenie, popatrzyłem na mojego kierowcę. Schował się pod autem, tak więc już wiedziałem, że nie będzie z niego wielkiego pożytku.
- Tak, panie Holmes? – odezwała się po chwili Anthea.
- Wiesz, co się dzieje na Baker Street? – zapytałem.
- Tak. Policja już jedzie. Wezwać kogoś jeszcze?
Zastanowiłem się przez chwilę. Starałem się myśleć jasno, mimo stresu spowodowanego faktem, że ktoś do mnie strzelał.
- Nie. Przyjrzyj się mu i sprawdź kim jest.
- Tak jest.
I wtedy zaświszczał kolejny pocisk i trafił prosto w moją komórkę. Odruchowo upuściłem ją, a ona opadła z trzaskiem na obsypany pozostałościami po szybie chodnik. Czyli tyle, jeśli chodzi o łączność z Antheą w tym momencie. Jeśli przeżyję, będę musiał osobiście pójść do niej po odpowiedzi.
Ale co miałem teraz zrobić?
Spojrzałem na panią Hudson. Siedziała otoczona szkłem i trzymała ręce na głowie, aby chronić się przed tym, co jeszcze mogło na nią spaść. Nie miała łez w oczach, ale widziałem doskonale, że jest śmiertelnie przerażona i zdezorientowana. I nagle wiedziałem jakie były moje priorytety.
- Pani Hudson, musimy wejść do środka – powiedziałem i, stając na czworakach, otworzyłem drzwi do Speedy’ego, gdzie już ukryło się kilka osób.
Kolejny strzał, tym razem przeleciał nad głową pani Hudson i wbił się we framugę drzwi frontowych.
- Tam jest! – zawołała jakaś kobieta.
Szybko wepchnąłem panią Hudson do środka, a sam ostrożnie podniosłem wzrok, aby przyjrzeć się snajperowi. Stał na dachu budynku naprzeciwko Baker Street. Był ubrany na czarno, ale z tak daleka nie widziałem dobrze jego twarzy, jedynie to, że jest nienaturalnie blada. W rękach trzymał pistolet, co mnie zaintrygowało. Przecież do takiej roboty bierze się raczej karabin. No i nie stoi się na dachu, aby wszyscy przechodnie go widzieli.
W oddali słychać było dźwięk policyjnych syren. Ale radiowóz miał problemy z przedostaniem się przez zatłoczoną ulicę.
Snajper przeładował, ale wbrew moim oczekiwaniom nie wycelował we mnie i nie strzelił, tylko zamarł na kilka sekund, jakby dopiero teraz zorientował się, że go zobaczyłem. A potem odrzucił broń na bok i co sił ruszył w stronę schodów pożarowych. Biegiem zaczął schodzić w dół, a ja podjąłem najdziwniejszą i chyba najniedorzeczniejszą decyzję w swoim życiu. Kiedy teraz o tym myślę, nie mogę się nadziwić nad tym, jaki byłem nierozważny.
Podniosłem się na równe nogi, przemanewrowałem przez stojące na jezdni i zaparkowane na chodniku samochody, i ruszyłem w pogoń za snajperem. Usłyszałem za sobą głos pani Hudson (nic specjalnie dramatycznego; po prostu wołała do mnie: „Mycroft!”), ale odwróciłem się tylko do niej i krzyknąłem:
- Niech pani się stąd nie rusza!
Kiedy przekroczyłem ulicę, on zdążył już zeskoczyć ze schodów i pobiegł przez wąski zaułek, przewracając kosz na śmieci. Musiałem zwolnić, aby go ominąć albo chociaż przeskoczyć. To dało mojemu uciekinierowi kilka sekund przewagi. Pokonawszy przeszkodę, przyśpieszyłem kroku, mijając jakiegoś żebraka, który siedział na ziemi i wszystkiemu się przyglądał. Usłyszałem za sobą dźwięk policyjnego radiowozu, który właśnie dotarł na miejsce, ale uznałem, że jest już za późno, aby włączyć ich do pościgu. Musiałbym się wrócić i wszystko im tłumaczyć, a nie miałem na to czasu. Najważniejsze było teraz, aby go złapać.
Dlaczego uciekał? Skończyła mu się amunicja? Nie, dobrze widziałem, że przeładowywał broń na dachu. Dlaczego rzucił broń? Bał się mnie? A może nie chciał mnie zabić, tylko chciał zwrócić na siebie moją uwagę. Ale to wciąż nie tłumaczyło, dlaczego uciekł, jak tylko zdał sobie sprawę, że go widzę. Chciał, żebym go gonił? Im dłużej o tym myślałem, tym gorsze przeczucia miałem. To mogła być pułapka. W zasadzie wiedziałem, że była, ale nie obchodziło mnie to. Potrafiłem się bronić i miałem przy sobie pluskwę, która wskazywała, gdzie jestem. Poza tym – chciałem wpaść w tę pułapkę. To nie było zbyt rozsądne, ale wtedy najważniejsze było dla mnie, abym wreszcie spotkał się z moim prześladowcą.
Przed nami rozpościerał się ślepy zaułek zwieńczony wysokim płotem. Snajper wspiął się nań, kiedy jeszcze dzieliły mnie od niego dwa metry.
- Stój! – krzyknąłem za nim, ale on nawet na mnie nie spojrzał, tylko przeszedł na drugą stronę płotu i zeskoczył.
Zakląłem w myślach. Ostatni raz wspinałem się na płot, kiedy miałem dwanaście lat i typową chłopięcą zwinność. Zdawałem sobie sprawę z tego, że zarówno moja obecna kondycja, jak i wrodzona niechęć do ruchu mogły mi utrudnić zadanie. Poza tym garnitur i eleganckie buty, które miałem na sobie, nie nadawały się za bardzo do wspinaczek. Niemniej jednak byłem zdeterminowany, aby złapać snajpera, który nawet jeśli nie był moim prześladowcą, to mógł coś o nim wiedzieć. Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu przedostałem się na drugą stronę, przy okazji brudząc sobie rękawy białej koszuli i rozrywając prawą nogawkę.
Znalazłem się w zaułku prowadzącym wprost na ulicę. Zrobiłem dwa kroki do przodu i rozejrzałem się po okolicy w poszukiwaniu jakichś śladów mojego uciekiniera. A potem poczułem lufę na plecach i momentalnie pożałowałem swojej decyzji.
- Nareszcie się spotykamy, panie Holmes. – Od razu rozpoznałem syczący głos, który usłyszałem przez telefon, będąc zamkniętym w kostnicy.
- Kim jesteś? – spytałem, tak jak wtedy.
- Nigdy w życiu nie zgadniesz – odparł.
Chciałem się odwrócić, aby na niego spojrzeć, ale kiedy tylko przekręciłem odrobinę głowę, mój prześladowca uderzył spodem pistoletu w moją potylicę, ogłuszając mnie. Poczułem jak moje ciało opada na zapiaszczone podłoże, a potem zobaczyłem ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz