wtorek, 14 stycznia 2014

Ze wspomnień fana: One Piece

Moje pierwsze zetknięcie z One Piece jest ściśle związane z pewną stroną hostingową, która zawierała kilka oddzielnych stron, poświęconych poszczególnym anime (między innymi Fullmetal Alchemist, Naruto i właśnie One Piece). Byłam wtedy w fandomie Króla Szamanów i głównie na jego stronie spędzałam najwięcej czasu, ale pewnego dnia postanowiłam z ciekawości zobaczyć o czym są pozostałe. I o ile Fullmetal Alchemist z ogólnego opisu wydawało mi się nawet ciekawe, o tyle zawarte w opisie One Piece słowo „pirat” oraz generalnie bardzo dziwna kreska sprawiły, że to konkretne anime wydawało mi się niezbyt zachwycające.

Jakiś czas potem, kiedy miałam pierwsze konto na YouTubie, zaczęłam szukać jakichś AMV-ek z bardzo pocieszną piosenką You Are A Pirate i jakoś tak wyskoczyło mi kilka z One Piece. Obejrzałam pierwszą z brzegu i to, co zobaczyłam, wydawało się być lekkie, łatwe i przyjemne. Wyszukałam więc pierwszy odcinek i zaczęłam oglądać. Tak od czwartego odcinka (w którym pojawia się po raz pierwszy Shanks) wpadłam w fazę na One Piece i w ciągu jednego wieczora przeszłam przez dwie pierwsze sagi i być może poszłabym dalej, gdyby nie zmęczenie i to, że miałam trudności ze znalezieniem odcinków trzeciej. Te problemy z brakującymi odcinkami, a także to, że niektóre z nich nie wydawały mi się ciekawe, sprawiły, że nie wszystkie linie fabularne udało mi się poznać od początku do końca. Zdarzyło się też, że w którymś  momencie (gdzieś tak po maturze) moja faza na One Piece zamarła i zapłonęła potężnym płomieniem dopiero na studiach. Wtedy utrzymała się przez dwa lata i wydała kilka owoców, a konkretnie – fanfików i mojego obecnego pseudonimu. Ale o tym potem.

Dzięki liście poświęconej moim ulubionym postaciom pobocznym wiecie, że moim ukochanym bohaterem w tym anime jest Shanks, jednakże poza nim darzyłam sympatią jeszcze kilka innych postaci. Pierwszą z nich był protagonista całej serii, czyli Monkey D. Luffy, nazywany później Słomianym Kapeluszem. Niektóre jego cechy były, co prawda, bardzo irytujące (choćby jego bezdenna głupota), ale koniec końców Luffy był bardzo sympatycznym bohaterem. Z jednej strony pełnym radości życia i przyjacielskim, z drugiej – zdeterminowanym nie tylko, aby zostać Królem Piratów jak Gol D. Roger, ale też aby chronić swoich przyjaciół i to, co dla nich cenne. Luffy ma kompas moralny, właściwie jak tylko spotyka kogoś w kłopotach, próbuje mu pomóc, choćby musiał walczyć z bardzo silnymi przeciwnikami. Dlatego kiedy robi się poważny, wtedy należy się go bać, bo potrafi być nieprzewidywalny. Jednocześnie jego cel sprawia, że siłą rzeczy musi ciągle szukać przygód, toteż zapuszcza się coraz bardziej na nowe lądy, przy okazji psując krwi innym piratom, Marynarce i rządowi.

Drugą postacią, którą bardzo lubiłam, był kuk Luffy’ego, Sanji. Jego właściwie polubiłam już z opisu, który wyczytałam ze wspomnianej wyżej strony hostingowej (a z której zawartością się zapoznałam na początku mojej przygody z fandomem). Dowiedziałam się stamtąd, że Sanji jest chłodny wobec mężczyzn, ale zachowuje się po dżentelmeńsku wobec kobiet. Z tego powodu czekałam na to, aby go wreszcie poznać w samym anime. Niestety, z powodu wyżej wspomnianych problemów z dostępem do odcinków, sagę Don Kriega, w której pojawia się po raz pierwszy Sanji, zaczęłam oglądać w samym środku fabuły, ale udało mi się załapać na epizod poświęcony historii o wyspie. Sanji okazał się nie być do końca taki, jak go sobie wyobraziłam, ale i tak szybko trafił na moją listę ulubionych postaci.

Przy okazji polubiłam samego Zeffa, kapitana piratów będącego jednocześnie kukiem własnej załogi, który najpierw zaatakował statek, na którym mały Sanji był kuchcikiem, potem – z powodu tego, co chłopiec powiedział – rzucił się za nim do wody, kiedy ten wypadł za burtę; nastepnie, już na wyspie, oddał mu swoje jedzenie i odkrył przed nim, że stracił nogę (w anime – kiedy próbował uratować Sanjiego i noga ugrzęzła mu w olinowaniu; w mandze – kiedy to zdecydował się ją zjeść, bo nie miał innego jedzenia), a w końcu, gdy już przybył ratunek, zaczął go uczyć gotowania i walki i założył z nim pływającą restaurację „Baratie”, która miała nieść ratunek tym, którzy cierpią głód na morzu. Relacje obu kucharzy są z pozoru bardzo napięte, obaj lubią się powyzywać, a Zeff do tego ciągle krytykuje Sanjiego i jego kuchnię, ale mimo wszystko się o siebie troszczą. Sanji zawdzięcza Zeffowi życie i umiejętności, z kolei dla Zeffa chłopak jest kimś, z kim przeżył piekło i kto pracował z nim na „Baratie” od samego początku. W dodatku obaj mają to samo marzenie – zobaczyć legendarne All-Blue – i dlatego właśnie Zeff zmusza Sanjiego, aby popłynął z Luffy’m i zobaczył świat.

Kolejną postacią, którą lubiłam w tym fandomie, chociaż dopiero po jakimś czasie, był Tony Tony Chopper – mały renifer, który dzięki Diabelskiemu Owocowi zyskał możność ludzkiej mowy i który dzięki konowałowi Hirulukowi postanowił zostać lekarzem. Chopper jest z jednej strony słodziutki, puszysty i trochę dziecięco niewinny, a do tego zawstydza się pod wpływem komplementów na swój temat; ale z drugiej strony jest wykwalifikowanym lekarzem i posiada ducha walki, a jego przeszłość jest bardzo smutna. Najpierw Chopper został odtrącony przez własne stado z powodu niebieskiego nosa, potem – kiedy już myślał, że znalazł nową rodzinę i sens życia w domu Hiruluka – Hiruluk zachorował, a Chopper wyruszył w długą i niebezpieczną drogę, aby odnaleźć zioło, które mogłoby go uleczyć, a i tak się w końcu okazało, że jest ono trujące i tylko skróciło czas, jaki Hirulukowi pozostał. Na końcu zaś – w akcie buntu przeciwko despotycznemu królowi – Hiruluk wysadził się w powietrze, zanim Chopper mógł go powstrzymać. W rezultacie renifer trafił do doktor Kurehy, która spełniła ostatnią prośbę Hiruluka i nauczyła go prawdziwej medycyny. I właśnie w terminie u Kurehy zastaje Choppera Luffy i po wspólnie stoczonej walce przeciwko wyżej wspomnianemu królowi zyskuje lekarza pokładowego.

W zasadzie jednym z wątków pobocznych One Piece, które ciągną się niemal przez całą serię, jest to poszukiwanie przez Luffy’ego członków załogi, a każdy z członków tej załogi ma ciekawą, trochę zakrapianą goryczą przeszłość. Zoro chce zostać najlepszym szermierzem na świecie z powodu obietnicy złożonej swojej zmarłej tragicznie rywalce. Nami kradnie skarby innych piratów, aby spłacić okup za swoją wioskę u pirata, który zabił jej przybraną matkę. Usopp od dziecka kłamał, że do brzegów jego rodzinnej wyspy przybijają piraci, ponieważ podświadomie marzył o tym, że jego ojciec-pirat przybędzie i go ze sobą weźmie. Robin była traktowana jak potwór z powodu mocy swojego Diabelskiego Owocu i widziała jak jej własne miasto zostaje puszczone z dymem. Cutty Flam (Franky) zbudował statki dla Marynarki, które potem stały się narzędziem zniszczenia, i widział śmierć własnego mistrza. Brook patrzył jak umiera jego załoga, a potem błąkał się przez kilka lat na opustoszałym statku. Nawet Luffy – choć nikogo nie stracił i miał relatywnie szczęśliwe dzieciństwo – najpierw został zaatakowany przez bandytę, a potem przeżył tylko dlatego, że Rudowłosy Shanks przegonił morskiego potwora, ale stracił ramię.

One Piece jest pełne smutnych i dramatycznych scen. Jedną z nich jest chociażby pełne wykonanie Bink’s Sake. Jest ono bardzo wzruszające, bo sama piosenka śpiewana jest jednocześnie w teraźniejszości przez załogę Luffy’ego i innych piratów; przez umierających towarzyszy Brooka, próbujących pokazać, że nawet w ostatnich chwilach są pełni życia, a także samego Brooka, który siedzi całymi dniami na statku i doskwiera mu samotność. Pod koniec zaś powoli zaczyna brakować muzyków wśród umierających piratów i Brook mówi: „Cóż to? Został tylko kwartet?” Jakiś czas później gra już solo.

Jednocześnie oglądając retrospekcje z dzieciństwa bohaterów, przekonujemy się o tym, że te doświadczenia wpłynęły na ich postrzeganie świata oraz cele życiowe. Każdy członek załogi Słomianego Kapelusza ma swoje własne wielkie marzenie i podąża za nim. Niejako każdy z nich podróżuje z Luffy’m ponieważ wierzy, że dzięki temu przy okazji może osiągnąć to, o czym najbardziej marzy. Sanji chce odnaleźć All-Blue, czyli morze, w którym pływają wszystkie ryby z pozostałych czterech oceanów, Zoro chce zostać największym szermierzem na świecie, Nami – narysować mapę całego świata, Usopp – stać się dzielnym wojownikiem mórz, Chopper – być piratem i znaleźć sposób, aby w jego zimowej ojczyźnie zakwitła wiśnia, Robin – znaleźć Penniglyth, czyli zapis starożytnej cywilizacji, opisujący Zaginiony Wiek; Franky – być po prostu piratem, a Brook – spotkać jeszcze raz wieloryba Laboona i przekazać mu nagranie swoich zmarłych towarzyszy, wykonujących ostatnią piosenkę.

Marzenia wydają się być jednym z głównych motywów przewodnich One Piece, ponieważ już w pierwszej przygodzie Luffy’ego po opuszczeniu rodzinnego domu, spotyka on Coby’ego – młodego chłopaka, który chciałby trafić do Marynarki – i umożliwia mu zaciągnięcie się. Jest również cały zastęp piratów, który podąża za tytułowym One Piece, czyli skarbem pozostawionym przez Gol D. Rogera i gwarantującym jego znalazcy możliwość zostania Królem Piratów. Królem Piratów chce być także Luffy, ale w przeciwieństwie do wielu swoich przeciwników nie chce nikogo skrzywdzić ani nie posuwa się do jakichś nieczystych zagrań, aby wykluczyć rywali.

W One Piece jest wiele kolorowych postaci, zwłaszcza jeśli chodzi o piratów. Czasami załogę łączy jeden wspólny motyw (jak na przykład Piraci Klauna Buggy’ego, którzy są cyrkowcami, czy Piraci Rumbar, którzy kochają muzykę), inne niekoniecznie, ale i tak są zbiorem unikalnych osobowości. Dodatkowo w uniwersum One Piece istnieją tak zwane Diableskie Owoce, każdy z nich nadający unikalną moc, ale za to uniemożliwiający temu, kto go spożył, pływanie w morskiej wodzie. Moce Diabelskich Owoców są różne – sam główny bohater może się rozciągać, bo zjadł gumowy owoc, Chopper (jak już wspomniałam) zyskał zdolność ludzkiej mowy, a Robin może tworzyć dodatkowe ręce. Smoker, dowódca Marynarki, wytwarza ogromne ilości dymu, Crocodile włada mocą piasku, a Czarnobrody – ciemności, która może pochłonić wszystko dookoła. Zresztą i bez Diabelskich Owoców, w One Piece można znaleźć ciekawe postaci (czasem wyglądające dziwnie, tak, niemniej jednak ciekawe), choćby Zeffa, który nie tylko za pirackich czasów był jednocześnie kapitanem i kukiem swojej załogi, ale też walczył jedynie nogami, bo uważał, że ręce to życie kucharza i nie wolno ich uszkodzić; albo doktor Kurehę, która ubiera się jak nastolatka mimo bycia stulatką i potrafi zadać naprawdę silny cios, jeżeli pacjent, mimo jej zaleceń, rusza się z łóżka.

Drugim motywem przewodnim serii jest kamractwo. W zasadzie najważniejszym słowem występującym w One Piece jest „nakama”, które oznacza i więzi rodzinne, i przyjaźń, i kamractwo, i przynależność do jakiejś konkretnej społeczności. Nakama jest święta, jeżeli zdradzisz swojego kamrata, jesteś skończoną łajzą i możesz liczyć się z tym, że dla reszty załogi już nie istniejesz. W związku z tym One Piece oferuje wiele różnych relacji. Sam Luffy podchodzi pod wszystkie trzy moje ulubione motywy, bo łączy go silna więź z Zoro (męska przyjaźń), z Ace’m (braterska miłość) i z Shanksem (szeroko pojęte relacje ojcowsko-synowskie). Podobnych i innych relacji można doszukać się także u innych członków załogi Słomianego Kapelusza, nie mówiąc już o tym, że wszyscy oni są bardzo lojalni wobec swojego kapitana i siebie nawzajem. Zoro zyskał bardzo w moich oczach, kiedy po walce z Morią postanowił wziąć na siebie cały ból, który Luffy przyjął podczas walki. I dlatego – choć nadal za nim nie przepadam – doceniam Zoro jako postać.

Także bardzo fajną rzeczą było to, że każdy statek piracki miał swojego Wesołego Rogera. W ogóle oglądając One Piece interesowałam się jakoś bardziej morzem, żeglugą i wszystkim, co z tym związane. Tak po prawdzie, to było nawet kilka osób, które dzięki tej serii zaczęło żeglować.

Muszę jednak przyznać, że od sagi Ennis Loby zaczęłam tęsknić za starą estetyką serii. Właściwie od tamtego czasu design bohaterów mnie odstręczął. Był taki jakiś kanciasty.

Wspominałam kiedyś, że jednymi z fików, które pisałam do tego fandomu, są Wielkie Spotkanie i będące jego kontynuacją Przygody Rudowłosego Shanksa, ale to nie są moje jedyne fanfiki do One Piece. Zacznijmy od tego, że choć pierwsze fanfiction, jakie napisałam, dotyczyło Naruto, a pierwsze, które zostało opublikowane – Fullmetal Alchemist, to od One Piece naprawdę zaczęłam istnieć jako fanfikowiec. Najpierw moje prace były zamieszczane na jednej polskiej stronie internetowej poświęconej temu anime, a potem na funkcjonującym obok forum. Wielkie Spotkanie pojawiło się później, zadebiutowałam w tym fandomie właściwie Czerwonymi Kapturkami i serią o Czerwonym Kapeluszu (o której opowiem potem). Pierwsze z nich były w zasadzie o tym, jak poszczególne postaci z One Piece opowiadają baśń o Czerwonym Kapturku, obsadzając rolę Kapturka, wilka, babci i gajowego swoimi znajomymi i znosząc ciągle przerywanie ze strony swoich słuchaczy, którzy ciągle o coś pytają albo czepiają się szczegółów. Udało mi się napisać Czerwone Kapturki wszystkich członków załogi Słomianego Kapelusza, a także kilku postaci pobocznych, w tym admirała Garpa, Klauna Buggy’ego i Shanksa, jednak z góry zakładałam, że Luffy będzie na samym końcu. Nigdy nie udało mi się jednak napisać jego Kapturka, chociaż wielu na niego czekało.
Moja faza na One Piece trwała w najlepsze i udało mi się do niej napisać kilka innych fanfików, w tym jednoczęściówkę Dzień Dziecka na Baratie. Jak można się domyśleć, jest to fik o dzieciństwie Sanjiego. Opowiada właściwie o tym, jak 1 czerwca Zeff postanawia być dla odmiany miły dla swojego kuchcika, chociaż średnio mu to wychodzi. Jest to raczej lekka, łatwa i przyjemna lektura.

Lekki, łatwy i przyjemny zdaje się być na pierwszy rzut oka mój pierwszy de-agingfik, czyli (Nie)słodkie urwisy, opowiadający o tym jak cała załoga (poza Brookiem, Chopperem i Franky’m) została zamieniona w dzieci, tak fizycznie, jak i mentalnie. W pewnym momencie przestaje to być fik o bawiących się, uroczych dzieciach, a zaczyna zagadka kryminalna, w której Brook i spółka próbują dociec, co się właściwie stało i jak to odwrócić. Z jednej strony mali Luffy, Zoro, Nami, Robin, Sanji i Usopp przypominają sobie z trudem coś ze swojej przeszłości, a z drugiej – Brook przejmuje dowodzenie i wraz z Chopperem i Franky’m prowadzi śledztwo, zajmując się jednocześnie dziećmi. Wielu moich czytelników mówiło mi, że Brook jest w tym fiku za poważny jak na siebie, ale im to nie przeszkadzało jakoś bardzo, ponieważ taki odpowiedzialny Brook był nawet sympatyczny. Niestety, nie udało mi się doprowadzić (Nie)słodkich urwisów do końca, bo w którymś momencie zajęłam się innymi projektami aż do końca mojej fazy na One Piece.

Był taki okres czasu, kiedy napisałam trzy jednoczęściówki o treści erotycznej i tak po prawdzie to poszło mi tak katastrofalnie, że nie próbowałam brać się za erotykę już nigdy więcej. Wszystko zaczęło się od rozdziału Przygód Rudowłosego Shanksa pod tytułem Cena, gdzie pokusiłam się o scenę seksu między Shanksem a Imperatorką Boa Hancock. Scena była tak pokraczna, że wielu ludzi wytykało mi błędy w komentarzach, więc postanowiłam trochę poćwiczyć. Napisałam jednoczęściówkę o tym, jak barmanka Makino z rodzinnej wioski Luffy’ego żegna w specjalny sposób Shanksa, który ma odpłynąć następnego dnia. Niestety również wtedy mi nie wyszło. W końcu wzięłam się w garść i napisałam swoje pierwsze (i ostatnie) w życiu yaoi, tym razem o tym, jak na początku swojej podróży Shanks jest sam na morzu ze swoim przyszłym bosmanem, Benem Beckmanem, obaj panowie się nudzą i mają ochotę na seks, więc postanawiają się rozerwać. Specjalnie ściągnęłam od Vampirci niektóre jej doujinshi, aby tym razem zrobić to dobrze, i nawet Vampi stwierdziła, że jak na amatorkę wyszło mi nieźle (kilka lat potem, kiedy miałam już za sobą przeczytaną masę tego typu fanfików do Hetalii, zapoznałam się z nim jeszcze raz i wydał mi się okropny). Miałam w planach fik o nocy poślubnej Usoppa, który miał być raczej zabawny, niż podniecający, ale udało mi się napisać tylko jedną czwartą tego, co chciałam napisać. Tak czy inaczej, wspominam moje fiki erotyczne raczej niezbyt dobrze.

Teraz przyszedł czas,  aby omówić Czerwonego Kapelusza. Przed zarejestrowanie się na stronę główną One Piece przesyłałam odcinki tego fanfika jednej dziewczynie z YouTuba, która robiła AMVki do tego fandomu. Fik opowiadał o Meg, młodszej siostrze Shanksa, nazywanej również Czerwonym Kapeluszem, która zostaje wysłana przez brata na łódce w poszukiwaniu Luffy’ego, aby zostać członkiem jego załogi. Wiem, co myślicie i pewnie macie rację, to wygląda jakby Meg była Mary Sue, a fakt, że przyjęłam pseudonim RedHatMeg tylko pogłębiał to wrażenie… ale było coś, co ratowało tę postać przed losem Mary Sue. Otóż Czerwony Kapelusz ani nie była potężniejsza od innych członków załogi Luffy’ego, ani się za taką nie uważała. Wręcz przeciwnie – przez większość część fika myślała, że jest bezużyteczna i próbowała jakoś sobie z tym radzić, aż w końcu zdecydowała się nauczyć zaklinania węży. Nie było też tak, że męska część załogi Słomianego Kapelusza od razu się w niej zakochała. Wszyscy raczej zapałali do niej sympatią, a wątek miłosny pojawił się dopiero wtedy, kiedy moja pierwsza recenzentka wyraziła pragnienie jakiegoś pairingu z Meg w roli głównej. Nie chciałam, żeby ani Zoro był jej partnerem, ani Sanji, ani tym bardziej Luffy. Franky i Usopp raczej mnie nie kręcili, więc zdecydowałam się na bardzo niszowego w tym względzie Choppera.

Z czasem przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wprowadziłam do historii dwie nowe postacie – aroganckiego i nieco zboczonego księcia Hiro i jego cichego, oczytanego sługę, Aki. Oni i Meg mieli przeżyć wspólnie jedną przygodę, a potem oddzielić się od Luffy’ego i reszty, aby Meg założyła własną załogę. Na to też mi nie starczyło weny, ale wielokrotnie chciałam wykorzystać ponownie Hiro i Akiego w jakimś dziele autorskim. Ba – był to jeden z moich pierwszych pomysłów na powiastkę filozoficzną! Mimo wszystko fik został porzucony i pozostał mi po nim tylko pseudonim, który wykorzystuję do dzisiaj.

Niemniej jednak fandom One Piece sprawił, że nie tylko pisałam i publikowałam fanfiki, ale też czytałam je na poważnie. Zaczęłam od tych, które były na polskiej stronie serii, a potem odnalazłam fanfiction.net i poznałam różne fanfiki po angielsku. Głównie koncentrowałam się na tych z Shanksem jako bohaterem, z czasem jednak przeniosłam się również na inne postaci i tak zaliczyłam pierwsze fluffy, hurt/comforty, angsty, AU, a także gore. A po jakimś czasie Vampircia wysłała mi zaproszenie na Polską Bazę Fanfiction i od tamtego czasu tam między innymi publikuję. Tak więc One Piece odpowiada za moje głębsze zainteresowanie fanowską twórczością i z tego względu (jak również paru innych) do dziś wspominam ten okres bardzo nostalgicznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz