środa, 8 stycznia 2014

Moich 7 ulubionych postaci pobocznych

Nie wiem jak wy, ale mnie się zdarzyło nieraz adorować postaci, których częstotliwość występowania w dziele macierzystym jest niezbyt duża. Czasami jest to wyjątkowo uciążliwe, bo nie tylko muszę szukać z wykazem odcinków scen, w których owe postaci pełnią jakąś większą rolę, ale też fanfiki i fanarty z tym konkretnym bohaterem bywają bardzo ograniczone. Jak wena pozwoli, udaje mi się nieco wzbogacić fandom o odpowiedniego fika, a jeśli nie – muszę ograniczyć się tylko do własnych rozważań na temat tej postaci. Z drugiej strony zdarza mi się także polubić postać poboczną, która jednak jest znana, i wtedy moje zapotrzebowanie na prace fanowskie z nią zostaje zaspokojone.

Tak czy inaczej, z okazji swoich urodzin przedstawiam wam listę moich ulubionych postaci pobocznych. Przy wyborze kandydatów kierowałam się kilkoma kryteriami. Po pierwsze – musiała to być postać, której wcześniej nie omawiałam (tak więc darowałam wam Tchin-Tchina, Howarda Starka, Gajusza i Diodaka). Po drugie – musiałam napisać i opublikować gdzieś fanfika z nią w roli głównej, a to dlatego, że zwykłam w takich fikach „wgryzać się” w postać, jej przeszłość, relacje z innymi itd. (tak więc na liście nie pojawią się Tyrion Lannister, wspomniany Tchin-Tchin, George Crabtree z Detektywa Murdocha, Short Round z Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady i wiele innych postaci pobocznych). Po trzecie – musiałam w pewnym momencie mieć (mniejszą lub większą) obsesję na punkcie tego konkretnego bohatera. Poniekąd nawet to, jak długo ta obsesja się utrzymała, jest powodem, dla którego porządek na liście jest taki, a nie inny.
Nie zwlekając już dłużej, przejdźmy do sedna.

Miejsce siódme: Otto Chriek (Świat Dysku)
Oto mój kandydat przeciwko Edwardowi Cullenowi. Co ciekawe, Otto jest jedną z tych postaci, które przy pierwszym zetknięciu mi nie przypasowały, ale kiedy poznałam je bliżej, od razu się w nich zakochałam. Moje pierwsze spotkanie z Ottonem Chriekiem – ikonografikiem „Pulsu Ankh-Morpolk” i zreformowanym wampirem z obsesją na punkcie światła – miało miejsce przy lekturze Piekła pocztowego, gdzie tylko próbował robić obrazki Moistowi von Lipwigowi. Wydawał mi się taką sobie postacią, a do tego mówił w dziwny sposób (tak zwane Vampire Vords; strasznie nie cierpię tego motywu). Potem jednak zaczęłam czytać Łupsa!, gdzie przy okazji afery związanej z przyjęciem do Straży pierwszego wampira Vimes przeprowadza rozmowę z Ottonem o tym, czy czuje się zagrożony ogólną wrogością wobec wampirów. Wtedy Otto odkrywa przed komendantem, że jest zbyt śmieszny i stereotypowy, żeby ludzie chcieli go zabić. Kiedy przeczytałam ten fragment, postanowiłam porzucić Łupsa! i zapoznać się z Prawdą – powieścią poświęconą powstaniu „Pulsu Ankh-Morpolk”, w której Otto Chriek pojawił się po raz pierwszy i w której poświęcono mu jak dotąd najwięcej miejsca.

Trudno mi znaleźć cokolwiek, czego nie lubię w Ottonie. Cieszyłam się z każdej sceny, w której się pojawiał. Otto ma wiele twarzy – jest kimś, kto kocha robienie obrazków, nawet jeśli wiąże się z tym silne światło, które może sprawić mu ból albo tymczasowo zamienić go w stertę popiołu; jest czarnowstążkowcem, czyli wampirem, który przysiągł nie pić krwi, i z tego powodu za każdym razem, kiedy jest wystawiony na pokusę, musi walczyć sam ze sobą (dopóki nie znajdzie niczego do gryzienia, śpiewa piosenkę, której nauczył się na spotkaniach czarnowstążkowców… są to sceny tyleż ciekawe, co jednocześnie smutne i śmieszne), a z drugiej strony jest imigrantem, który uciekł z Uberwaldu przed prześladowaniami ze strony tamtejszej ludności; w końcu Otto to ktoś, kto jest jednocześnie bardzo miły, kulturalny i niewprawny w walce, ale ostatecznie również ktoś, kto w kulminacyjnej scenie Prawdy przybywa na pomoc głównemu bohaterowi, wykazując się walecznością, przy okazji wygarniając temu złemu. Nawet Vampire Vords w jego wykonaniu mnie nie denerwowało i nie chodzi o to, że w polskiej wersji językowej nie jest ono wyczuwalne, bo jak czytałam fragmenty jego wypowiedzi po angielsku, też mi to nie przeszkadzało (co więcej – kiedy pisałam fika z Ottonem, pisanie jego kwestii sprawiało mi dużą przyjemność).

Otto Chriek (nigdy nie wiem, jak się czyta jego nazwisko; „Chrik”? „Krik”? „Kryjek”?) jest tak przemiłą postacią, że od razu dopisałam go do listy ulubionych bohaterów Świata Dysku, toteż bardzo się zdziwiłam, kiedy nagle odkryłam, że o ile nie miałam problemów ze znalezieniem fanartów z Ottonem, o tyle fanfik był tylko jeden. Postanowiłam więc naprawić tę niesprawiedliwość. Miałam już kilka pomysłów i – o dziwo – większość była w stylu „zróbmy mu kuku, a potem idźmy w angst i hurt/comfort”. Jeden z nich i tak wiązał się z wcześniejszym pomysłem, w którym z powodu narastających anty-uberwaldzkich nastrojów zostaje zaatakowany Moist, więc kolejną ofiarą byłby Otto. Kiedy indziej Otto i William (albo Sacharissa) byliby korespondentami wojennymi i w którymś momencie Otto zostałby bez krwi, która mogłaby go przywrócić do właściwej postaci po zmianie w proch, i jego towarzysz musiałby dać mu własnej, aby go ratować. W każdym razie postanowiłam pójść w inną stronę – najpierw Otto miał zrobić sobie obrazek przy pomocy ciemnego światła (które to światło ukazywało nieraz ukrytą prawdę, czasem przyszłość, czasem przeszłość, a czasem coś metaforycznego). Fik nosił tytuł Alone in the woods (Sam w lesie), bo w którymś momencie wampir zaginąłby w obcym miejscu i musiał zmierzyć się ze swoimi lękami.

Wydaje mi się, że można go rozważać pod różnymi kątami – chociażby przeszłości. W którymś momencie Otto wspomina, że jego przyjaciel, Borys, został zabity przez tłum, mimo że pokazywał im swoją czarną wstążkę. Zaś konfrontując antagonistę, ikonografik odpowiada: „V domu też mamy takich jak ty (…) To ci, którzy móvią tłuszczy, co robić.” No i nie zapomnijmy też o tym, że ten spokojny wampir nieraz musi nieźle się namęczyć, aby nie powrócić do dawnego życia krwiopijcy, a śpiewanie nie zawsze wystarcza. Prawda, Otto Chriek jest Przyjaznym Wampirem z Sąsiedztwa i to tym bardziej ugrzecznionym, ale sto razy bardziej ciekawszym niż co poniektóre wampiry tego typu, które spotykałam w fikcji (na ciebie patrzę, Edziu).

Miejsce szóste: Gwaine (Przygody Merlina)
Po raz pierwszy poznałam dogłębnie legendy arturiańskie w książce Margaret Simpson z serii Złota Dziesiątka. Moją ulubioną legendą była ta o Sir Gwainie i Zielonym Rycerzu, która sprawiła, że sir Gwain z miejsca stał się moim ulubionym Rycerzem Okrągłego Stołu. Toteż, kiedy zaczęłam oglądać Przygody Merlina, czekałam grzecznie na pojawienie się Gwaina w serialu. I choć po odcinku The Sins of a Father (gdzie pojawiło się nawiązanie do legendy o Zielonym Rycerzu) zaczynałam już tracić nadzieję, czwarty odcinek trzeciej serii znowu mnie nią napełnił.

Gwain w serialu różnił się diametralnie od swojego legendarnego odpowiednika, ale w fajny sposób. Nadano mu bardziej zabawowy charakter – Gawine był wesołym, lubiącym popić i rozerwać człowiekiem, a przy tym nie pozbawionym głębi. Ponieważ król, któremu służył ojciec Gwaine’a, będący rycerzem, po śmierci wasala nie pomógł jego owdowiałej żonie, Gwaine ma niskie mniemanie o szlachcicach i ocenia ludzi po ich czynach, a nie po tytułach. Sam ukrywa przed ludźmi swoje pochodzenie.

Między nim a Merlinem szybko nawiązuje się silna więź. Tak silna, że Gwaine po pijaku wyznaje, że Merlin jest najlepszym przyjacielem jakiego miał, a potem staje w jego obronie, atakując zbirów, którzy podszyli się pod szlachciców. Tym samym naraża się na gniew Uthera, ale dzięki interwencji Artura zamiast egzekucji, zostaje skazany na wygnanie z Camelotu. Wyrok zostaje podtrzymany nawet wtedy, kiedy Gwaine ratuje księciu życie, ale w Eye of the Phoenix na prośbę Merlina przybywa na pomoc Arturowi na Jałowej Ziemi, a pod koniec sezonu trzeciego staje się jednym z Rycerzy Okrągłego Stołu.

Zanim pojawił się Gwaine miałam swoją nieoficjalną wielką trójkę bohaterów – Merlina, Artura i Lancelota (no właśnie – zwykle Lancelot mnie w różnych retellingach wkurza, a w Przygodach Merlina go normalnie uwielbiam) – której zabawne i mniej zabawne perypetie sobie wyobrażałam. Kiedy jednak pojawił się Gwaine, musiałam im go doczepić i stworzyć z nich wielką czwórkę. I choć Merlin, Artur i Lancelot najlepiej wykazali się w fiku Trzej mężczyźni i trzej chłopcy, Gwaine nie tylko sprawował się świetnie w ich towarzystwie podczas Bolesnego poranka i Wesołej przygody Lancelota i przyjaciół, ale też radził sobie świetnie w alternatywnym zakończeniu czwartego odcinka trzeciej serii (jakoś nie mogłam przeboleć tego, że Lancelot zna sekret Merlina, a Gwaine nie… w ogóle zawsze wyobrażałam sobie, że rycerze wiedzieliby o jego magii wcześniej niż sam Artur), a także w zdziebko zbyt udramatyzowanym Wolnym duchu o poranku.

W dwóch późniejszych sezonach jego charakter został trochę stonowany, ale i tak pozostaje on jednym z moich ukochanych bohaterów w serii. I w sumie nikt mi nie może odebrać jego kozackości w trzecim sezonie.

Miejsce piąte: Hermes (Herkules)
Przez długi czas mój stosunek do mitów greckich był raczej ambiwalentny, głównie z powodu powszechnego rozwodzenia się nad wspaniałością kultury starożytnej Grecji przy jednoczesnym demonizowaniu kultury starożytnego Rzymu. Toteż przez długi czas mity greckie traktowałam jak coś, co musiałam znać, ale co mi nie za bardzo podchodziło.

Potem pojawił się disnejowski Herkules, który jednak nadal nie wzbudzał we mnie zainteresowania. Pewnego dnia ktoś (nie pamiętam kto, ale albo jedna znajoma, albo kuzyni) pokazał mi grę Herkules na licencji i tam od razu w menu pojawia się ten specyficzny Hermes disnejowski o niebieskiej skórze i w różowych okularkach. Wtedy się w nim niejako zakochałam i odtąd kiedy wyobrażałam sobie mitycznego Hermesa, miałam przed oczami jego disnejowską wersję. Uwielbiałam go w samym filmie, a kiedy dowiedziałam się, że istnieje serial na podstawie Herkulesa (taki jak na podstawie Małej Syrenki i Aladyna), z przyjemnością oglądałam posłańca bogów w trakcie wykonywania codziennych obowiązków na Olimpie.

W ogóle Olimp w Herkulesie jest bardzo kolorowym miejscem, jeśli chodzi o osobowości, jednakże Hermes wydaje się być tym sympatycznym, wyluzowanym i pełnym energii gościem, który mówi jak jazzman a jednocześnie potrafi być poważny i sumienny. W serialu wielokrotnie pełni rolę kogoś, kto dba o zachowanie zasad i wyznacza porządek obrad. Kiedy Zeus postanawia przez jakiś czas być śmiertelnikiem, Hermes zwraca mu uwagę na to, że powinien pozbyć się na jakiś czas swoich mocy, bo śmiertelnicy nie mają supersiły, jak on. Kiedy Hekate przybywa do Olimpu wraz ze swoimi wilkami, bóg złodziej pilnuje, aby zostawiła je przed bramą w ramach polityki „żadnych pomagierów na Olimpie”. Wreszcie w odcinku Bacchanal Hermes najpierw decyduje się zaopiekować się Herkulesem pod nieobecność Phila, potem doprowadza do porządku puszącego się swoją imprezą Adonisa, a w końcu – kiedy Herkules urządza Bachanalia i tak bardzo złości tym Posejdona, że ten pogrąża dom Phila w wodzie – pomaga chłopakowi w naprawieniu szkód przed powrotem jego trenera. Bacchanal jest zresztą moim ulubionym odcinkiem serialu, mimo że pojawia się tam strasznie nielubiany przeze mnie motyw łańcucha przysług. No coż, sam łańcuch przysług pojawia się w drugiej części fabuły i przez to nie wydaje mi się jakiś rozwlekły. Poza tym jest to odcinek, w którym w zasadzie Hermes ma swoje pięć minut jako odpowiedzialny, a przy tym potrafiący załatwić wszystko dorosły.

W każdym razie od dawna już Hermes jest moim ulubionym bogiem greckiego panteonu. Im więcej się o nim dowiadywałam, tym bardziej go lubiłam. Przeczytałam nawet homerycki hymn do Hermesa. To jeden z tych bogów podchodzących pod archetyp oszusta – trochę psotnik, ale budzący sympatię. Poza tym dyplomata przemawiajacy w imieniu bogów, przewodnik umarłych i wynalazca wielu rzeczy. Kiedy czytałam te wszystkie rzeczy na temat mitycznego Hermesa, przyszło mi do głowy, że to doskonały materiał na fanfiki z jego disnejowskim odpowiednikiem. Tak też powstały Opowieści hermesowe, z którymi mogliście się niedawno zaznajomić i które stanowią jedną z moich najlepszych prac. Są takie fragmenty tekstów, z których jestem szczególnie dumna i dlatego lubię je od czasu do czasu sobie przeczytać. Tak na pewno jest w przypadku konfrontacji między Hermesem a Apollinem w Marsjaszu. Przez wiele tygodni miałam ją w myślach i czekałam na to, aż ją wreszcie przeniosę na papier, a kiedy już to zrobiłam, wyszła fantastycznie.

Miejsce czwarte: Russel i Fletcher Tringhamowie (Fullmetal Alchemist)
Bracia Tringham nie spodobali mi się w swoim debiucie w 11 i 12 odcinku starego Fullmetal Alchemist, ale po powtórnym seansie polubiłam ich. Mimo że Hiromu Arakawa narysowała Russela i Fletchera, nigdy nie pojawili się w mandze i właściwie stanowią jedną z trzech par braci występujących w starym anime, z którymi porównywani są Elricowie. I tak jak Elricowie, tak Tringhamowie składają się ze starszego brata, który ma konkretny cel, i z młodszego, który za nim podąża. Zasadnicza różnica między Russelem a Edem jest taka, że Ed nienawidzi swojego ojca za to, że porzucił rodzinę, Russel zaś chce dopilnować, aby owoce pracy jego ojca nie zostały zagarnięte przez Magwara i nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje dla pobliskiej ludności niesie za sobą wytwarzanie czerwonych kamieni i czerwonej wody. Fletcher pomaga bratu i ma pewne wątpliwości, co do słuszności postępowania swojego i Russela. O ile Ed i Russel się nie lubią, o tyle Al i Fletcher szybko nawiązują wspólny język. Zaś pod koniec całej przygody w Xenotime Russel zostawia Edowi list, w którym dziękuje mu za pomoc i stwierdza, że postara się być lepszym starszym bratem. Potem Tringhamowie pełnią jeszcze jedną ważną rolę w odcinku 48 i są jednymi z ludzi pokazanych w epilogu starego anime.

Bracia Tringham stali się moimi ukochanymi postaciami z Fullmetal Alchemist, razem z samym Edwardem Elrikiem. Russela lubiłam za jego design (ach, te szelki…), Fletchera poniekąd też (zaspokajał moją potrzebę na coś uroczego w serii). Ale lubię w nich także to, że specjalizują się w alchemii obejmującej niejako botanikę i że zwykle transmutacja w ich wykonaniu związana jest z roślinami. Poza tym o ile Fletcher jest wciągnięty przez brata do całej sytuacji z udawaniem Elriców i pracą dla Magwara, o tyle widać w wielu miejscach, że Tringhamowie się o siebie troszczą (a więc występuje tutaj motyw braterskiej miłości, który tak lubię). Już kiedy Fletcher wyraża wątpliwości, Russel mówi mu: „Nie martw się. Jeśli będzie coraz gorzej, postaram się, abyś uciekł…”, czyli ma plan, aby ratować nie tyle siebie, co młodszego braciszka.

Tringhamowie tak mi się spodobali, że postanowiłam napisać o nich fanfika. I nie dość, że był to mój pierwszy fanfik opublikowany w Internecie, ale też był to kryminał! Wtedy czytałam i oglądałam namiętnie utwory Agathy Christie i marzyła mi się intryga kryminalna ze zwrotami akcji i detektywem wyjaśniającym wszystkim, co się wydarzyło i jak on do tego doszedł. Rolę detektywa w fiku przejął Edward Elric. Ponieważ zaś wszystko zaczynało się od tego, że Fletcher zostaje nagle otruty i Russel wyrusza szukać kluczowego składnika odtrutki, przez co nagle się zawierusza, przy okazji mogłam sobie poeksploatować ich braterską miłość. Niejako sam tytuł – Dla Fletchera – to zapowiadał i też Ed wielokrotnie stara się postawić w sytuacji Russela, aby wywnioskować, co takiego zrobił starszy z Tringhamów, żeby ratować brata. Czytelnikom sam fik się podobał, ale zwracano mi uwagę na sporą ilość dialogów.

Po zakończeniu Dla Fletchera zaczęłam pisać dalszy ciąg przygód Tringhamów – Kod zieleni. Tym razem mieli opuścić Xenotime, aby powrócić do rodzinnego domu i poszukać notatek ojca, a przy okazji miała się nimi zainteresować jakaś tajna organizacja. Tak więc próbowałabym jakoś opisać ich przeszłość przed wydarzeniami z odcinka jedenastego, a także nawiązać trochę do tego, co przydarzyło im się w Dla Fletchera. Faza na Fullmetal Alchemist jednak obumarła, a wraz z nią wena na Kod zieleni. Mimo wszystko wspominam Tringhamów bardzo ciepło i chętnie coś z nimi czytam.

Miejsce trzecie: Mistrz Hamato Splinter (Wojownicze Żółwie Ninja)
Niektórzy z was pewnie o tym wiedzą, ale uwielbiam Wojownicze Żółwie Ninja, a właściwie serial animowany na ich podstawie z 2003 roku. Swego czasu namiętnie go oglądałam i w zasadzie do niedawna była to jedna z moich faz nawracających. Tak czy inaczej, postacią, którą najbardziej lubię w Żółwiach Ninja, jest nie kto inny jak mistrz Splinter. Uwielbiam go głównie za jego relacje z żółwiami, które z jednej strony są typowo mentorskie, a z drugiej Splinter nie boi się nazywać uczniów swoimi synami. Właściwie trudno, żeby było inaczej, skoro Splinter najpierw stracił jedyną rodzinę, jaką miał, czyli mistrza Hamato Yoshi, a potem – po ucieczce do kanału – natknął się na cztery porzucone żółwiki i wraz z nimi został poddany mutacji przy zetknięciu z pewną cieczą. Żółwiki zaczęły za nim chodzić, a po niedługim czasie jeden z nich wymówił jego imię. Splinter postanowił więc się nimi zaopiekować, nadał im imiona i nauczył tego, co sam podpatrzył u mistrza Yoshi. Zresztą już w pierwszym sezonie serialu ranny Splinter znika przybranym synom z oczu, kiedy ci muszą walczyć ze Shredderem, i następują potem trzy odcinki, w których Leonardo, Donatello, Rafael i Michelangelo są zaniepokojeni i niestrudzenie szukają swojego mistrza, aż w końcu znajdują jakiś trop. Poza tym mamy jeszcze mało znany Lost Season, gdzie mistrz Splinter nie tylko zyskuje nowy wygląd (na krótki czas, ale jednak!); nie tylko ma niepokojące wizje tego, co się stanie z jego synami, jeśli przystaną na propozycję Trybunału Ninja (do którego ma zresztą osobisty uraz); ale też wyciągane na wierzch są różne rzeczy związane z przeszłością Splintera, mistrza Yoshi, ale również samych żółwi.

Mogę długo opowiadać o ojcowskiej miłości Splintera, o tym, jak fajnie ogląda się wszystkie odcinki osadzone w czasach, kiedy Leonardo, Donatello, Rafael i Michelangelo są dziećmi, a także o tym, że Reality Check jest drugim – po Same As It Never Was – najbardziej przygnębiającym odcinkiem, w którym jeden z żółwi zostaje przeniesiony do innej rzeczywistości. Jednak poza tym Splinter ma jeszcze inne cechy. Przede wszystkim jest bardzo dobrym wojownikiem i naprawdę lepiej go nie denerwować. Właściwie walczy tak dobrze, że w międzygalaktycznym turnieju sztuk walki Nexus stał się legendą. Prawda, jest stary i chodzi o lasce, ale jeżeli czegoś nauczyły nas wszelkie filmy o kung fu, to to, że starzy mistrzowie tylko wydają się niedołężni (no i laska Splintera jest nie do zdarcia). Poza tym posiada też całkiem sporą wiedzę z zakresku sztuk walki, a także kompas moralny, który próbuje przekazać synom.

Niejako pod wpływem odkrycia nieemitowanych odcinków Wojowniczych Żółwi Ninja wzięło mnie wreszcie na napisanie fanfika z mistrzem Splinterem. Choroba ze ścieków była fikiem, który miał dzielić się na dwie części – jedną dziejącą się w czasach, kiedy żółwie są jeszcze małe, a drugą, kiedy są już nastolatkami. Jak dotąd udało mi się zrealizować tylko pierwszą część, opisującą nagłą chorobę chłopców i próby Splintera, aby dowiedzieć się, co to za choroba i jak ją leczyć. Natomiast druga część, w której to Splinter jest chory, nadal czeka na powrót weny i fazy na Żółwie Ninja, chociaż już napisałam kilka zdań do niej. W Chorobie ze ścieków debiutuje też Adelina jako postać i tam po raz pierwszy zarysowuję kilka z jej cech, nie mówiąc już o cherubinku Herbercie, który miał być jej pomocnikiem, ale nigdzie indziej się nie pojawia.

Miejsce drugie: Mycroft Holmes (Sherlock)
Pamiętacie, jak wspominałam, że mogłabym napisać oddzielny artykuł o Mycrofcie Holmesie, o różnych interpretacjach jego postaci i o Klubie Diogenesa? Otóż nadal podtrzymuję to stwierdzenie i kto wie, czy go nie zrealizuję po polskiej premierze trzeciego sezonu Sherlocka.

Tak jak mistrza Splintera ubóstwiam za jego stosunek do przybranych synów, tak Mycroft jest moją ulubioną postacią w Sherlocku z powodu tego, jakim jest bratem. Fakt, bracia Holmes są… raczej w napiętych relacjach, ale od pierwszego odcinka właściwie widać, że Mycroft dba o Sherlocka na swój osobliwy sposób. Jest taka scena w Skandalu w Belgravii, kiedy Sherlock właśnie zidentyfikował ciało Irene Adler i Mycroft z nim rozmawia. Wtedy z ust starszego z Holmesów pada jedna z najsłynniejszych kwestii w samym serialu: „Wszyscy, którzy żyją, umierają, pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga, Sherlocku.” Te słowa mogą wydawać się kolejnym dowodem na to, że Holmesowie są chłodni i wyrachowani, ale jeśli przyjrzymy się całemu kontekstowi tej sceny – temu, co Sherlock właśnie przeżywa, dowiedziawszy się, że kobieta, którą darzył uczuciem, nie żyje – można to też odebrać jako próbę pocieszenia dokonaną przez postać, która patrzy dosyć cynicznie na świat.

Poza tym Holmesowie – za każdym razem gdy się spotykają – wymieniają się złośliwościami i przytykami, aż chce się patrzeć na tę ich pełną komedii charakterów rywalizację. Nawet nie wiecie jak się cieszę na zapowiedzi tych wszystkich szalonych scen z nimi, które mają miejsce w trzecim sezonie.

Ale uwspółcześniony Mycroft to ktoś więcej niż tylko brat głównego bohatera. Tak jak swój literacki pierwowzór jest jedną z najważniejszych osób w państwie. Nie do końca politykiem i też niekoniecznie szefem tajnych służb. Jest kimś pomiędzy.

Lecz to jeszcze nie wszystko. Otóż Mycroft grany jest przez jednego z współtwórców serialu, a także znakomitego aktora, Marka Gatissa, który sprawił, że ilekroć starszy z braci Holmes pojawia się na ekranie, jest mieszanką elegancji, zadziorności, wyrachowania i typowej angielskiej powściągliwości. Gatiss potrafi też przekazać te kilka subtelnych gestów i wyrazów twarzy, w których widać jego troskę, poczucie winy, a nawet nostalgię. Obejrzyjcie scenę konfrontacji Watsona i Mycrofta w ostatnim odcinku drugiego sezonu.

Ale na tym jeszcze nie koniec! Bowiem starszy z braci Holmes nie rozstaje się ze swoją parasolką i ubiera się zawsze w eleganckie garnitury, czym uświadomił mi (wraz z granym przez Dominika Coopera Howardem Starkiem), że mam słabość do mężczyzn w garniakach.

Niedawno czytelnicy Planety Kapeluszy mogli się zapoznać z Pękającym lodem, w którym głównym bohaterem jest właśnie Mycroft Holmes. Starałam się jak najlepiej oddać jego charakter (a było to o tyle trudne, że po raz pierwszy pisałam o postaci na wskroś cynicznej), ale im dalej w las i im więcej nieszczęść na niego zrzucałam, tym łagodniej go przedstawiałam. Wszak jest to fanfik o Mycrofcie w żałobie po bracie, dręczonym poczuciem winy za zdradę i za śmierć Sherlocka. Potem napisałam partner-fika do Pękającego loduŁzy, sen i ból – który przedstawiał kilka wydarzeń z Lodu z innej perspektywy, ale jednak wciąż dotyczył starszego Holmesa.

Miejsce pierwsze: Rudowłosy Shanks (One Piece)
Moja faza na One Piece trwała bardzo długo (jakiś rok-dwa lata…) i w zasadzie od czwartego odcinka moją najukochańszą postacią w tym anime był właśnie Rudowłosy Shanks, dowódca Czerwonych Piratów i wielki idol głównego bohatera. Sam czwarty odcinek oglądałam kilkanaście razy, nawet w róznych wersjach językowych i do dzisiaj, jeśli zapoznacie się z moimi postami na polskim forum One Piece, zauważycie, że miałam na punkcie Shanksa obsesję. Napisałam nawet o nim artykuł, ale teraz już zniknął, po części dlatego, że od tamtego czasu sporo się wydarzyło w samym One Piece, a po części dlatego, że przestałam się udzielać w tym fandomie.

Trudno się nie domyślić dlaczego tak lubiłam Shanksa. Po pierwsze, mamy te niezwykle ciepłe relacje między Shanksem i małym Luffy’m. Prawda, Shanks się z malcem droczy, ale widać, że go lubi. W mordę! – staje naprzeciw morskiego potwora, aby uratować Luffy’ego. Ostatecznie też właśnie Shanks nadaje protagoniście One Piece cel w życiu. Daje mu swój słomiany kapelusz, a chłopak ma go oddać dopiero wtedy, kiedy zostanie sławnym piratem. Poza tym Shanks był majtkiem na statku Króla Piratów, Gol D. Rogera, i jest jednym z Yonkou, czyli czwórki najpotężniejszych piratów w całym uniwersum. Aby zrównoważyć siłę Yonkou, powołany został Rząd Światowy i Shichibukai – siedmiu najpotężniejszych korsarzy wybranych przez ten rząd do pilnowania jego interesów. Ludzie boją się, kiedy słyszą pogłoski o tym, że Shanks i jeden z pozostałej trójki Yonkou przyszli ze sobą porozmawiać, a co bardziej słabi członkowie załogi Białobrodego mdleją pod wpływem osobowości Shanksa, tak potężny jest Rudowłosy. A mimo tej potęgi, ma raczej pacyfistyczne nastawienie – nie lubi się bić z błahego powodu, raczej zrobi z siebie pośmiewisko, niż da się wciągnąć w bójkę z jakimś szukającym guza bandytą. Przy tym sprawia wrażenie wesołka i kogoś, kto ogólnie patrzy na wszystko w bardzo pogodny sposób. Jednak z chwilą, kiedy zagrozisz jego przyjacielowi, Shanks robi się poważny i pokazuje, że nie warto z nim zadzierać. I jest to coś, co naśladuje sam Luffy – z jednej strony wesołość, z drugiej – powaga przy bronieniu przyjaciół i tego, co dla nich ważne. Czyli nie tylko Shanks dał Luffy’emu cel w życiu, ale też kompas moralny.

Właściwie z każdą sceną, w której pojawia się Rudowłosy, dowiadujemy się o nim czegoś nowego, zwłaszcza o jego przeszłości na statku Króla Piratów. Po jakimś czasie zaczęłam szukać wszystkich tych fragmentów, w których Shanks coś robi albo jest wspominany. W rezultacie zainteresowałam się też innymi ważnymi postaciami w życiu załogi Luffy’ego i niebawem przyszedł mi do głowy pomysł na pierwszy fanfik do One PieceWielkie Spotkanie, w którym Shanks zbiera wszystkie te postacie, aby przy rozmowie ze swoimi podopiecznymi czy krewnymi dowiedzieli się czegoś o samym kapitanie Słomianych Kapeluszy. Z Wielkiego Spotkania zaś powstał mój monumentalny fanfik Przygody Rudowłosego Shanksa. W tym fiku rozwijałam swój obecny styl i jak na razie jest to jedyne moje dzieło, w którym pojawiają się poszczególne sagi. Najpierw ciąg dlaszy Wielkiego Spotkania, kiedy załoga Rogera obchodzi rocznicę jego śmierci, potem Shanks i admirał Garp rozbijają się na tajemniczej wyspie i są skazani na swoje towarzystwo, potem też się dzieje sporo rzeczy… A w każdym rozdziale coś o relacjach miedzy postaciami, kilka retrospekcji, jakieś studium postaci tu i tam, czasem nawet jakieś walki i refleksje filozoficzne.

Poza tym nad tym wszystkim wisiały konsekwencje wydarzeń z Wielkiego Spotkania. I tak jak w przypadku Opowieści hermesowych uwielbiam czytać sobie fragment Marsjasza, tak i w Przygodach Rudowłosego Shanksa jest mnóstwo scen i dialogów, które uwielbiam sobie powtarzać, chociażby rozmowę Shanksa i Dragona o naturze rewolucji, czy walkę Rudowłosego z Tym Złym w sadze o wyspie. Jak na ironię, kiedy już szykowałam się do wielkiej bitwy, która zakończyłaby Przygody Rudowłosego Shanksa i wprowadziła czytelników do ostatniego fanfika, w którym kilka postaci jest w żałobie i wyprawia swoim bliskim wielką stypę… wtedy moja faza na One Piece się niestety wypaliła i z pierwotnego pomysłu pozostała tylko jednoczęściówka o przeżywajacym śmierć swojego mentora Sanjim. Poza tym jeśli dzisiaj ktoś zacznie czytać Przygody Rudowłosego Shanksa, może się natknąć na pewne błędy merytoryczne, które wynikały z tego, że moja wiedza była taka a nie inna, a i pewne wydarzenia z mangi nie pojawiły się, kiedy pisałam poszczególne fragmenty fika.

Tak czy inaczej, widzicie dlaczego to właśnie Shanks jest na pierwszym miejscu na tej liście. Na punkcie większości z powyższych panów miałam obsesję, ale to właśnie moja shanksowa obsesja sprawiła, że piszę tak, a nie inaczej. Mam nadzieję, że moje wynurzenia nie były jakoś męczące. Być może wy też macie jakieś ulubione postaci poboczne. Możecie mi o nich opowiedzieć w komentarzach.

3 komentarze:

  1. Shanks jest dobry, zawsze z niecierpliwością czekałem na rozdział czy odcinek w którym się ponownie pojawi :)

    Z postaci pobocznych mam oprócz niego dwie ulubione: mistrza Elodina z cyklu książek "Kroniki królobójcy" i lokaja z serialu "The Prisoner". Obaj oryginalni, obaj wymiatają. Nawet mimo faktu, że ten ostatni jest niemową a emocje okazuje nader rzadko to wystarczy, że jest :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No musiał, po prostu musiał o "Prisonerze" XD
    No jeśli chodzi o moje ulubione postaci drugoplanowe, to z podium chyba nigdy nie zejdzie Gordon Way z pierwszej części "Holistycznej Agencji Dirka Gently". Chociaż obie panie z części drugiej też dają radę (zwłaszcza że czasowo wyszło tak, że jedna w niezupełnie zamierzony sposób stała się wzorem dla postaci z mojego fanfika do kompletnie innego dzieła - i wyszło to kapitalnie). W ogóle niesamowitość drugoplanowych postaci to jedna z nielicznych rzeczy, którymi dwie historie Dirka przebijają swoje rodzeństwo, czyli "Autostopem przez galaktykę".

    Co do twojej listy - zabawne, że z perspektywy czytelnika wypadł ten wampir Otto, który, jak wynika z numeracji, z całej siódemki zainteresował cię najmniej. Ja już z samego twojego opisu lubię go najbardziej ze wszystkich :)

    No i skoro urodziny, to wszystkiego najlepszego, Megi! I weź, wrzuć ten artykuł o Shanksie tutaj, co to za pomysł, żeby go nigdzie nie było!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, najmniej zainteresował, bo dopiero niedawno go polubiłam, więc ma najkrótszy staż XD. (BTW - teraz mam nadzieję, że pewnego pięknego dnia przeczytasz "Prawdę" :-) ).

      A artykuł raczej krótki, no i od czasu jak go napisałam, trochę się wydarzyło. Wiem, że Shanks się wbił, aby przeszkodzić w egzekucji brata Luffy'ego i zapobiec wojnie, ale co się z nim działo potem? Czy się pojawia? Nie wiem i nie jestem pewna, czy byłabym w stanie to znaleźć.

      Dzięki za życzenia. Doszłam do wniosku, że za rok zrobię listę fików, z których jestem najbardziej dumna.

      Usuń