piątek, 31 stycznia 2014

[FF: Sherlock] Pękający lód - rozdział 5

Kiedy przybyłem wreszcie do miejsca, gdzie przetrzymywany był zabójca, dowiedziałem się, że jak dotąd moi ludzie nie zabrali się do przesłuchania. To znaczy – poczynili już pewne kroki, zadali kilka podstawowych pytań, próbowali wyciągnąć coś z niego łagodną i tą bardziej bolesną drogą (przynajmniej tak mi powiedzieli). Udało im się ustalić, że zabójca nie tyle został wynajęty przez Moriarty’ego, co jedynie ściągnięty przez niego do Londynu, aby zamieszkać w pobliżu Baker Street. Ale nic poza tym nie chciał mówić, chyba, że przyjdę ja, toteż z dalszą decyzją o tym, co trzeba z naszym więźniem zrobić, moi ludzie pozostawili mnie.
Wchodząc do sali przesłuchań, czułem się niezręcznie. Znowu przypominały mi się chwile spędzone na przesłuchiwaniu Moriarty’ego, a także to, co z nich wynikło. Nie bardzo ufałem sobie, w końcu skoro raz popełniłem błąd, to kto wie, czy nie zrobię tego znowu. Postanowiłem jednak zachować spokój. Tym razem nie będę tak lekkomyślny jak poprzednio.
Zabójca był niskim szatynem o wydatnych kościach policzkowych. Nazywał się Karsten Prevost, pochodził z Belgii i potrafił zabić człowieka za pomocą wykałaczki, formy do ciasta albo gazety. Jeśli dałbym mu okazję, zapewne wyrwałby mi parasol z ręki i unieszkodliwiłby mnie jednym ciosem. Ale, choć niewątpliwie siedział przede mną osobnik niebezpieczny i bezwzględny, wiedziałem, że wobec Moriarty’ego był nikim.
Na mój widok prychnął śmiechem i rozpromienił się.
- Nareszcie – odezwał się z mocnym akcentem, bardziej niemieckim, niż francuskim. – Człowiek-Lód we własnej osobie.
Zająłem krzesło naprzeciwko niego.
- Podobno chcesz mi coś powiedzieć – odparłem spokojnie. – Mógłbyś zacząć od tego, dlaczego ty i pozostała czwórka zajęliście mieszkania w pobliżu Baker Street.

- Wiedziałem, że o to zapytasz najpierw.
- Wiem, że waszym zadaniem nie było zabić Sherlocka Holmesa ani nikogo innego. Gdybyście chcieli, zrobilibyście to na milion różnych sposobów, a jeszcze zdążylibyście uciec.
- No cóż – zaczął Karsten i popatrzył w bok – biorąc pod uwagę okoliczności, chyba nie ma już sensu, abym trzymał język za zębami. – Spojrzał na mnie kątem oka i uśmiechnął się. Nie podobał mi się jego uśmiech. Prevost był zbyt pewny siebie. – To prawda, nie mieliśmy zabić Sherlocka Holmesa. Był nam potrzebny.
- Potrzebny? – Podniosłem brew.
- Moriarty powiedział nam, że ukrył na Baker Street pewną rzecz.
Moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
- Tak, to to, co myślisz, Człowieku-Lodzie – odpowiedział Karsten, uśmiechając się jeszcze bardziej. – Sami próbowaliście wyciągnąć to od niego. I pomyśleć, że jeden kod komputerowy może być tyle wart…
Wszystko nagle złożyło się do kupy. Jedna z kamer zarejestrowała Sulejmaniego ratującego Sherlocka przed nadjeżdżającym samochodem, a potem zastrzelonego zaraz po uściśnięciu mojemu bratu ręki. Nie mogli pozwolić, aby Sherlock zginął, dopóki nie wiedzieli, gdzie szukać. Poza tym John znalazł w mieszkaniu podsłuch i minikamery (co więcej – podsłuch i minikamery, które nie należały do mnie), a że jakiś czas po swoim procesie Moriarty złożył mojemu bratu wizytę, istniało prawdopodobieństwo, że przekazał mu kod w jakiś pośredni sposób.
- Ale to już nie ma znaczenia. – Karsten spoważniał i oparł się wygodnie na krześle. – Holmes i Moriarty nie żyją.
- Jest jeszcze mieszkanie – podsunąłem.
- Myślisz, że go nie przeszukiwaliśmy? – parsknął śmiechem. – Owszem, było to trudne, zważywszy na to, że Sherlock, Watson i ta baba rzadko kiedy opuszczali na raz dom, ale kilka razy wyszli razem na obiad, i wtedy mieliśmy szansę się wykazać. Poza tym po jakimś czasie stało się jasne, że to nie budynek, ale jego lokator jest kluczem do zagadki. A że lokator nie żyje, mogę ci o tym opowiadać, nie bojąc się, że ktoś zdobędzie kod przede mną.
Przyznałem mu rację, ale tylko w myślach. Dziwna rzecz. W zasadzie to cieszyłem się z takiego obrotu spraw, chociaż próbując wyciągnąć kod od Moriarty’ego, zdradziłem Sherlocka. Być może po tym, co zaszło, wolałem, aby ten przeklęty kod komputerowy raz na zawsze przepadł i nie przypominał mi o tym, co zrobiłem.
- Wiesz – zaczął znów Karsten, zwracając moją uwagę – ja byłem przy tym, kiedy spadał.
Przez chwilę milczałem, starając się nie okazywać zdumienia tą wiadomością. Najwidoczniej chciał mnie zdenerwować.
- Ach, tak? – spytałem najspokojniej jak umiałem. – A skąd się tam wziąłeś?
Pochylił się bardziej w moją stronę, spojrzał mi prosto w oczy i teatralnym szeptem oświadczył:
- Miałem zabić doktora Watsona.
Kolejna chwila milczenia z mojej strony. A potem zdałem sobie sprawę z kolejnej rzeczy. Karsten powiedział, że Sherlock był im potrzebny, ale nie wspominał nic o Johnie. Mimowolnie przypomniałem sobie swój sen sprzed dwóch nocy. Czy to możliwe, aby…?
Nie, nie ma czegoś takiego jak prorocze sny.
- Łącznie ze mną było trzech strzelców – ciągnął dalej Prevost. – Jeden reperował coś na Baker Street, gotów w każdej chwili zabić przemiłą panią Hudson. Drugi siedział w Scotland Yardzie i zamierzał zdjąć Lestrade’a. A ja podążyłem za Watsonem do Barts i zaczaiłem się w przeciwległym budynku, aby w odpowiedniej chwili strzelić dobremu doktorowi w głowę.
Wyprostowałem się na swoim krześle i zbliżyłem swoją twarz do twarzy zabójcy.
- A więc chcieliście wyciągnąć kod z Sherlocka, grożąc jego przyjaciołom? Jakież to banalne… – skomentowałem, z trudem ukrywając niesmak spowodowany tym, co usłyszałem.
- Mylisz się – odpowiedział Karsten. – To Moriarty dał nam zlecenie, aby zastrzelić Watsona, Lestrade’a i tę staruchę.
- Po co? – spytałem.
- Aby zachęcić Holmesa do skoku, oczywiście. – Uśmiechnął się złośliwie. Wciąż się uśmiechając, oparł się wygodnie na krześle i powiedział: – Och, powinieneś to zobaczyć. Stał na tym dachu i rozmawiał z doktorkiem przez komórkę. Doktor Watson próbował odwieść go od skoku, ale Holmes kazał mu nie ruszać się z miejsca, ułatwiając mi przy tym robotę.
Słuchałem tego wszystkiego z mieszanymi uczuciami – od niedowierzania, poprzez poczucie winy, aż po wzbierający gniew – ale nie dałem po sobie poznać, że to, co Prevost opowiada o moim bracie, robi na mnie jakiekolwiek wrażenie. Jedynie ściskałem niespokojnie rączkę parasola i od czasu do czasu spoglądałem na swoje obuwie.
- Stali tak przez pewien czas, a potem ziuuu… – Pokazał wyprostowaną dłoń, przechylił ją bardziej na skos, a potem powoli opuścił, aż uderzyła w blat oddzielającego nas stołu. A ja wyobraziłem sobie upadek Sherlocka z dachu Barts.
Choćbym nie wiem jak bardzo się hamował, jak bardzo starał się zachować spokój i rozsądek, i jak bardzo odciąć od targających mną uczuć, słuchanie tych jawnych kpin ze śmierci Sherlocka było zbyt wielką bezczelnością ze strony Karstena, abym mógł dłużej siedzieć bezczynnie. To był impuls. Być może spowodowany moim własnym bólem, a być może ostatnią próbą ochrony mojego brata (czy też raczej jego pamięci). Tak czy inaczej, podniosłem się gwałtownie z krzesła i chwyciłem Prevosta za kołnierz, zmuszając do wstania. Na początku zdziwił się bardzo tym, co zrobiłem, ale potem zaśmiał się cicho pod nosem.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że straciłem kontrolę na oczach kilku obserwujących mnie przez lustro weneckie współpracowników. Puściłem jego kołnierz i odepchnąłem go od siebie nieznacznie. On tylko otrzepał się i popatrzył na mnie.
- Moriarty miał rację – odezwał się nagle. – Naprawdę jesteś lodem. I jak lód, jeśli cię rozgrzać, to zaczniesz topnieć, a kiedy uderzyć w odpowiednie miejsce, zaczniesz pękać.
- Myślę, że na razie wystarczy nam tych pogaduszek – oświadczyłem oschle. – Powiedziałeś mi już wystarczająco dużo jak na jedno popołudnie.
- Skoro tak mówisz…
Wyszedłem (czy też raczej wybiegłem) z sali przesłuchań. Wszyscy przyglądali mi się z niepokojem, ale nie zadawali żadnych pytań. Z trudem powstrzymując wzburzenie, kazałem im zamknąć Karstena w celi, a sam opuściłem pomieszczenie najszybciej jak mogłem. Anthea już czekała na mnie na korytarzu, ale tylko minąłem ją i szedłem dalej. Od razu poszła za mną. Normalnie byłbym zadowolony tym, że jej poczucie obowiązku zwalnia mnie od wydawania jej najprostszych poleceń, ale tym razem bardzo chciałem zostać sam.
- Nie łącz mnie z nikim – powiedziałem, nawet się do niej nie odwracając. – Nie jestem w nastroju do rozmowy z kimkolwiek.
- Rozumiem – odparła swoim zwyczajnym tonem. – Do widzenia.
Poszedłem do samochodu i kazałem kierowcy zawieść mnie do domu. Siedząc na tylnym siedzeniu limuzyny, ukryłem twarz w dłoniach. Nie do wiary. Pozwoliłem mu się zmanipulować. Pozwoliłem sobie na utratę cierpliwości. Pozwoliłem sobie na to, aby uczucia wzięły nade mną górę. Co za wstyd. Co za brak profesjonalizmu. Nawet Moriarty swoimi manipulacjami nie zdołał wyprowadzić mnie z równowagi, a zwykłemu płatnemu zabójcy udało się to zrobić jednym zdaniem. Jak teraz miałem spojrzeć swoim zwierzchnikom w oczy po czymś takim?
Ale najgorsze było to, że wciąż słyszałem jego głos. Widziałem przed oczami jego opadającą na stół rękę, która przywodziła mi na myśl lecącego ku ziemi Sherlocka. Ta scena nieraz była odtwarzana w mojej wyobraźni. Nieraz zastanawiałem się, co musiał czuć mój młodszy brat, spadając w dół i wiedząc, że umiera w niesławie. A teraz dowiedziałem się (czy też raczej potwierdziłem podejrzenia podsunięte mi przez mój niedawny sen), że zrobił to, aby chronić przyjaciół. To było takie sentymentalne… banalne wręcz. A zarazem przyprawiało mnie o ból serca. Bo mimo że mój brat nie umarł na darmo, to i tak po raz kolejny wychodziło na to, że nie byłem w stanie go ochronić. Przecież Moriarty twierdził, że spali serce Sherlocka. A najłatwiej jest spalić serce człowieka krzywdząc to, co kocha najbardziej. A choć Sherlock nie chciał tego przyznać, zależało mu na trzech osobach – jego przyjaciołach. Powinienem zapewnić im ochronę, aby nie musiał oddawać za nich życia.
Po raz drugi tego dnia zachciało mi się płakać. I tak jak za pierwszym razem, zacząłem rozmasowywać powieki w nadziei, że to pragnienie zniknie. Ale ono nie znikało. Wręcz z każdą chwilą stawało się coraz silniejsze. Miałem nadzieję, że minie, albo że zdołam je przetrzymać, zanim nie dotrę do domu. Kierowca był odwrócony do mnie plecami, nie widział mojej twarzy i na pewno bardziej skupiony był na drodze, niż na jedynym pasażerze. Zawsze mógł jednak zerknąć w pewnej chwili w górne lusterko i zobaczyć coś niepożądanego. Dlatego wziąłem się w garść i zacząłem robić głębokie wdechy i wydechy. Starałem skupić się na oddychaniu. A potem zacząłem szukać w myślach czegoś, co mogłoby odwrócić moją uwagę od tego, co się wydarzyło. Przygotowania do olimpiady idą pełną parą, wszystko zapięte na ostatni guzik… Trzeba coś zrobić z Syrią, Egiptem i Libią. Trzeba sprawdzić, czy ludzie, którzy przejmą władzę, mają powiązania z Al-Kaidą… Dawno nie byłem w teatrze, może powinienem się wybrać na Les Miserables? Nie, ta sztuka jest stanowczo przereklamowana…
Poprosiłem kierowcę, aby włączył radio, on tylko przytaknął i zrobił to. Powoli wracałem do normy, ale z tyłu mojej głowy wciąż tkwiły te wszystkie niechciane myśli, które od czasu do czasu wychodziły na wierzch i znów nie dawały mi spokoju. Mimo wszystko udało mi się zachować kamienną twarz.
Kiedy kierowca zatrzymał się i ogłosił, że już jesteśmy na miejscu, poczułem ulgę i bez słowa ruszyłem ku swojemu mieszkaniu. Minąłem proszącego mnie o jałmużnę bezdomnego i przekroczyłem próg. Zamknąłem za sobą drzwi i oparłem się o nie plecami. Od razu uderzyła mnie cisza mojego mieszkania. Nie było w niej nic nadzwyczajnego, w końcu mieszkam sam i lubię ciszę i spokój po dniu pełnym pracy. Ale tym razem ta cisza napawała mnie dziwnym uczuciem niepokoju. Miałem niejasne wrażenie, że zaraz coś się stanie. Coś nieprzyjemnego, coś… złego.
Otrząsnąłem się z tych myśli i zacząłem się rozbierać. Powiesiłem płaszcz i parasol na haku, po czym, rozluźniając krawat, ruszyłem w stronę salonu. Chciałem usiąść w fotelu i zdrzemnąć się na jakiś czas, ale kiedy tylko przekroczyłem próg pokoju, zamarłem.
Na moim kominku stał obłożony zielonym papierem pakunkowym i przewiązany cienką, czerwoną wstążką kwadrat. Powoli, jakbym zbliżał się do tygrysa, którego chciałem obłaskawić, podszedłem do kominka. Ostrożnie wyciągnąłem rękę i wziąłem pakunek. Od razu wyczułem, że w środku jest coś miękkiego, prawdopodobnie jakaś część ubrania. Po dłuższym badaniu ustaliłem, że musi to być coś wełnianego, a po grubości ustaliłem, że to nie rękawiczki i na pewno nie koszulka. Obejrzałem pakunek z obu stron. Bibuła mogła pochodzić ze sklepu papierniczego, ale wstążka musiała zostać kupiona w centrum handlowym w okresie bożonarodzeniowym. Nawet gdybym bardzo chciał w to uwierzyć, nie był to jakiś spóźniony prezent świąteczny zostawiony tutaj przez jakiegoś znajomego. Nikt, poza mną (nawet Anthea) nie miał kluczy do mojego domu, a więc pozostawała tylko jedna możliwość – to była kolejna wiadomość od mojego prześladowcy.
Jeszcze przez chwilę przyglądałem się opakowaniu, chcąc opóźnić nieunikniony moment, w którym miałbym tę wiadomość otworzyć. W końcu jednak usiadłem w fotelu, położyłem pakunek na kolanach, złapałem za końce wstążki i rozwiązałem ją. Następnie rozłożyłem płaty bibuły i poczułem jak przez moje plecy przebiega dreszcz.
Na moich kolanach leżał szaro-niebieski, miejscami trochę przybrudzony szalik. Podniosłem go do góry i rozwinąłem na całej szerokości. Wyglądał znajomo, ale czy był to jeden z szalików mojego brata? Pamiętam, że tamten, który Sherlock miał na szyi w dniu śmierci, miał paski w dwóch nieznacznie różniących się odcieniach niebieskiego. Ten przypominał szal, który Sherlock dostał w liceum od matki. Zbliżyłem jeden z końców szala do nosa i powąchałem go. Od razu wyczułem lekki odór papierosów, potu, spalin i paru substancji, które przywodziły mi na myśl laboratorium w Barts. To wszystko składało się na zapach, którego po wielu latach sprawdzania, czy Sherlock znowu sobie nie zapalił, nie pomyliłbym z jakimkolwiek innym.
Kiedy wciąż miałem go w nozdrzach, stanęło mi przed oczami wspomnienie nastoletniego Sherlocka stającego w szopie w środku zimy z papierosem w ręku. Spoglądał na mnie znudzonym wzorkiem, którym częstował mnie za każdym razem, kiedy chciał okazać mi nieposłuszeństwo albo wzgardę. Zaraz potem przyszło do mnie inne wspomnienie – wspomnienie już dorosłego Sherlocka, który, dzięki uprzejmości i zdolnościom strzeleckim doktora Watsona, właśnie wywinął się śmierci z ręki szalonego taksówkarza i zauważył mnie wysiadającego z samochodu; Sherlocka, który z przekąsem przedstawił mnie swojemu nowemu współlokatorowi. Nosił wtedy ten sam szalik. A nawet jeśli nie ten sam, to podobny.
Położyłem szalik na kolanach i zacisnąłem ręce wokół wełnianego materiału. A więc mój dręczyciel posunął się do kradzieży? Włamał się na Baker Street, grzebał w rzeczach Sherlocka i wziął sobie część jego garderoby, aby mi ją przesłać? I do tego przesłał ją tego samego dnia, w którym zamknął mnie w prosektorium. Nie zamierzał dać mi ani chwili spokoju.
Położyłem szalik z powrotem na zielonej bibule, po czym przeniosłem na stolik do kawy. Następnie wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Lestrade’a. Po chwili jednak zdecydowałem się do niego nie dzwonić. Jeszcze nie teraz. Teraz chciałem być sam. Odpocząć, posiedzieć sobie, pomyśleć. Za dużo wydarzyło się w ciągu jednego dnia, abym był w stanie przebrnąć przez kolejne dochodzenie ze strony Scotland Yardu.
Co zaczęło się od lakonicznego i banalnego napisu na ścianie, powoli stawało się coraz poważniejszą i coraz bardziej osobistą sprawą. Mój prześladowca nie tylko robił nawiązania do fikcyjnych przykładów bratobójstwa; nie tylko przesyłał mi rzeczy, których wyjątkowe znaczenie mogli pojąć tylko osoby ze środowiska Sherlocka, ale również zamknął mnie w kostnicy. Czy miał zamiar posunąć się dalej? – To pytanie wciąż do mnie powracało. Czy mój dręczyciel zamierzał poprzestać na groźbach, czy też raczej był już gotów targnąć się na moje życie? Być może zabicie mnie nie było jego celem. Być może chciał mnie tylko nękać, podsycając poczucie winy. Być może taka kara wydawała mu się bardziej adekwatna. A być może to wszystko było tylko preludium do wielkiego finału, w którym zginę w jakiś efektowny i symboliczny sposób z jego ręki.
Po jakimś czasie, spędzonym na rozmyślaniach, otrzymałem telefon od jednego z moich zwierzchników. Poinformowano mnie, że w związku z moim popołudniowym wybuchem, postanowiono odsunąć mnie od sprawy Prevosta. Z jednej strony, byłem niepocieszony – w końcu mogłem dowiedzieć się tylu interesujących mnie rzeczy, przesłuchując go; z drugiej – w pełni rozumiałem tę decyzję. Mój bagaż emocjonalny przeszkadzałby w prawidłowym przebiegu przesłuchania. Nie myślałbym racjonalnie, a co za tym idzie – moja efektywność byłaby o wiele mniejsza. Tak więc bez zastrzeżeń zaakceptowałem decyzję przełożonych.
 
O wydarzeniach tych dowiedziałem się dopiero jakiś czas potem. Otóż po tym jak nazajutrz dostarczyłem Lestrade’owi szalik, on wybrał się na Baker Street. Drzwi otworzyła mu pani Hudson, która była mile zaskoczona jego widokiem.
- Pan inspektor! – zawołała, schodząc na bok. – Proszę wejść, zaraz nastawię wodę na herbatę.
- Bardzo dziękuję, ale przyszedłem tutaj służbowo – odpowiedział Lestrade i wszedł do środka. Stojąc już w korytarzu, rozejrzał się dookoła, pytając: – John jest?
- Tak, odsypia ciężką noc w pracy – odparła pani Hudson z niepokojem. – Co się stało, inspektorze?
Wyciągnął przesłany mi pakunek, rozwinął zieloną bibułę i pokazał pani Hudson szalik. Podobno na jej twarzy pojawiło się wielkie zdziwienie. Lestrade zaś zdumiał się tym, że pani Hudson nie wiedziała nic o śledztwie i anonimach. Dopiero po chwili zrozumiał, że wolałem ukryć ten fakt przed nią i Johnem. W każdym razie posadził panią Hudson w salonie i pokrótce opowiedział jej o napisie w moim gabinecie, o SMS-ie z biblijnym cytatem i o zajściu w kostnicy z poprzedniego dnia. Ufam, że Lestrade był dyskretny, jeśli chodzi o moje rozmowy z Moriarty’m. Mimo że dopuszczał Sherlocka do śledztw Scotland Yardu, nie wydawał się być człowiekiem, który rozgłasza tajne informacje byle komu.
Tak czy inaczej, kiedy pani Hudson wreszcie dowiedziała się o anonimach zareagowała w sposób, który wielce Lestrade’a zaskoczył.
- Biedny, biedny człowiek… Śmierć Sherlocka, pogrzeb i jeszcze te anonimy… Nic dziwnego, że wyglądał na przemęczonego, kiedy tu ostatnio zajrzał. Musi się czuć strasznie. Nie okazuje tego, ale wiem, że na pewno tak jest. – Podniosła wzrok na inspektora. – Nie dalej jak wczoraj wieczorem John powiedział mi o nim coś bardzo dziwnego.
- Co takiego? – spytał z zainteresowaniem Lestrade.
- Twierdził, że Mycroft powiedział Moriarty’emu różne rzeczy na temat Sherlocka i przez to Kitty Riley miała mnóstwo materiałów do swojego artykułu. Wiele można powiedzieć o Mycrofcie, ale w życiu nie zdradziłby Sherlocka. Mógłby kazać śledzić kobietę, którą poszukuje CIA, tak, ale nie zdradzić. Czy pan myśli, inspektorze, że autor anonimów również wierzy w tę bzdurę?
Domyślam się, że Lestrade musiał milczeć przez chwilę, zastanawiając się, czy potwierdzić ową bzdurę, czy zostawić ją dla siebie. Być może uznał, że można zaufać pani Hudson. Ja bym na jego miejscu również jej zaufał. Przecież żyła pod jednym dachem z Sherlockiem i była powiernicą wielu jego tajemnic. Zresztą komu miałaby powiedzieć o tych tajemnicach?
- To akurat jest prawda – oświadczył w końcu inspektor. – Wiem, bo sam Mycroft mi o tym opowiedział. Oczywiście, na potrzeby śledztwa – dodał po chwili.
Tym razem to pani Hudson zamilkła. Wyobrażam sobie, że przyglądała się przez jakiś czas Lestrade’owi z niedowierzaniem, próbując pojąć to, co przed chwilą usłyszała. Przeprosiła na moment Lestrade’a i poszła do kuchni zrobić herbatę. Po dwóch minutach wróciła z dwiema filiżankami i podała jedną z nich inspektorowi. Uśmiechnęła się do niego nerwowo.
- Nie chciałam wierzyć, kiedy John mi powiedział – odezwała się w końcu. – Mycroft był zawsze raczej opiekuńczym bratem, chociaż on i Sherlock nie przepadali za sobą. To znaczy, czasem popełniał błędy, ale nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że…
- A mimo to zrobił to.
Do pokoju wszedł ubrany w piżamę i szlafrok John. Przeniósł wzrok na Lestrade’a.
- Co cię do nas sprowadza, Greg? – zapytał.
Lestrade pokazał mu szalik i wyjaśnił z czym przychodzi. Doktor Watson skwitował wiadomość krótkim zdaniem:
- I dobrze mu tak.
- John, jak możesz tak mówić! – oburzyła się pani Hudson. – Jak myślisz, co teraz przeżywa ten biedny człowiek? Nie dość, że ma świadomość, że jest odpowiedzialny za śmierć rodzonego brata, to jeszcze jakiś zbir nie daje mu spokoju.
- Ach, tak?! Jakoś nie wydawał się specjalnie poruszony, kiedy ostatnio tu był!
- Sherlock też czasami zachowywał się jakby o nic nie dbał, a przecież wiesz, że to nieprawda.
Do dziś nie wiem, dlaczego miałem w pani Hudson swojego obrońcę. Być może do końca wierzyła w to, że nigdy nie skrzywdziłbym umyślnie Sherlocka. Być może jej kobieca intuicja podpowiadała jej, że wszystkie kłopoty, w które kiedykolwiek wpakowywałem Sherlocka, wynikały z nieostrożności, a nie chorych sentymentów względem brata.
Tak czy inaczej, nawet jeśli John chciał coś odpowiedzieć, nie zrobił tego. Chwilę potem Lestrade powrócił do celu swojej wizyty. Pokazał Johnowi szalik, on i pani Hudson przyjrzeli mu się uważnie, po czym doktor Watson odpowiedział:
- Poczekaj tu, Lestrade. Muszę coś sprawdzić.
- Pójdę z tobą – wtrąciła pani Hudson.
Oboje poszli do sypialni Sherlocka i zaczęli przeglądać jego rzeczy. Po kilku minutach, które Lestrade poświęcił na wypicie herbaty, powrócili ze wszystkimi szalikami Sherlocka jakie znaleźli. Wszyscy troje – John, pani Hudson i Lestrade – zaczęli przeglądać każdy z nich i porównywać z tym, który został mi przesłany. Tak jak się można było tego spodziewać – nie znaleźli żadnego, który byłby identyczny z szalikiem w zielonej bibule, co tylko potwierdziło i tak oczywistą prawdę, że w istocie był to szalik wykradziony z szafy Sherlocka.
- Czy mieliście ostatnio jakichś gości? – odezwał się po ustaleniu tego faktu inspektor. – Byli tu jacyś wasi znajomi, sprzedawcy, hydraulicy, ktokolwiek?
- W poniedziałek był tutaj Mycroft, żeby porozmawiać o pogrzebie – odrzekł John. – A tak poza tym, to ludzie tylko do nas dzwonią.
- Naprawdę nic ponad to? – dopytywał się Lestrade. – Nawet roznosiciela pizzy?
- Naprawdę – przytaknęła pani Hudson.
- A sami nie wchodziliśmy do pokoju Sherlocka od kiedy… – zaczął John, ale urwał.
- Rozumiem – odparł Lestrade i odwrócił się w stronę wyjścia. – Być może jeszcze się odezwę w tej sprawie.
Pożegnali się w salonie, po czym John odprowadził inspektora do wyjścia. Stojąc na ganku, Lestrade odwrócił się ostatni raz do Johna i powiedział mu na odchodnym kilka słów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz