piątek, 24 stycznia 2014

[FF: Sherlock] Pękający lód - rozdział 4

Stałem w korytarzu Baker Street 221B. Wyglądało na to, że Johna i pani Hudson nie było w domu. Nie wiedziałem, jak się tam dostałem, ale z salonu dochodził do mnie odgłos skrzypiec. Łagodne pociągnięcia smyczka wygrywały melodię, którą zdążyłem już dzisiaj poznać[1]. A wraz z tą melodią moja pamięć odtwarzała słowa piosenki. Poczułem dreszcze. Skoro byłem na Baker Street i słyszałem skrzypce, bez trudu domyśliłem się, kim jest skrzypek.
Niepewnie skierowałem się w stronę salonu. Stał tam ubrany w swój granatowy szlafrok i piżamę (dokładnie taki, jakiego go pamiętałem z tych licznych spotkań w jego lokum). Przy kominku dawał koncert w pustym mieszkaniu, grając spokojnie, ostrożnie, jakby jeden zbyt gwałtowny ruch mógł zakłócić harmonię wydobywającej się z instrumentu melancholii. Podszedłem bliżej, jakbym chciał upewnić się, że to, co widzę, jest prawdą. Znów czułem, że zaraz się rozkleję. Zacznę płakać albo drżeć. Jednocześnie było tyle rzeczy, które chciałem powiedzieć Sherlockowi… Ale czy on mnie usłyszy? Czy w ogóle dla niego istniałem?
Nagle, nie przerywając gry, spojrzał na mnie tymi swoimi jasnoniebieskimi oczami, a ja natychmiast przystanąłem. Jego wzrok nie wyrażał smutku ani urazy. Był obojętny jak zwykle. Powiedziałbym, że był chłodny. A potem na twarzy Sherlocka pojawił się lekki uśmieszek. Jak zwykle mój młodszy braciszek sobie ze mnie kpił. Tylko tym razem jego kpiny nie były tylko irytujące. Były bolesne.
- Sherlock, to nie jest śmieszne – powiedziałem, powstrzymując się przed utratą cierpliwości. – Skończ z tą błazenadą.
Lecz on nie przestawał. I nagle do mnie przemówił, wciąż przyglądając mi się tym chłodnym wzrokiem.
- Wszyscy, którzy żyją, umierają – zaczął – pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga… Mycrofcie.
Od razu pojąłem aluzję. Niemal te same słowa powiedziałem mu, kiedy w Boże Narodzenie odkrył, że Irene Adler nie żyje (a przynajmniej tak mu się wtedy wydawało). Ale co miałem przez to rozumieć?
- Co chcesz mi powiedzieć, Sherlock? – spytałem, robiąc krok w jego stronę. Miałem wrażenie, że nawet uderzyłem w błagalny ton.
Na chwilę odwrócił ode mnie wzrok, ale potem znów na mnie spojrzał, rzucając mi kolejny uśmieszek.
- Ludzie umierają. Młodsi bracia również. Nie powinieneś się przejmować taką błahostką jak moja śmierć. W zasadzie powinieneś się cieszyć z takiego obrotu spraw.
- O, skończ już przekręcać moje słowa! – zezłościłem się. – Starsi bracia powinni dbać o młodszych.
- No to powiem ci, że nie popisałeś się zbytnio – odpowiedział krótko.
Spojrzałem w dół i przełknąłem ślinę.
- Wiem – szepnąłem, wciąż przyglądając się dywanowi.
Podniosłem wzrok, ale zamiast spojrzeć na Sherlocka, skierowałem go na coś w oddali. Nie mogłem się zmusić do tego, aby popatrzeć mu w oczy. Pociągnął mocno smyczkiem, aby zaraz zakończyć grę i opuścić skrzypce. Podszedł do mnie, oparł rękę na moim ramieniu i szepnął mi do ucha syczącym, jakby nie należącym do niego, głosem:
- Spójrz w dół.
Z pewnym wahaniem zrobiłem to i nagle stałem nad jego martwym ciałem, rozłożonym na chodniku przed szpitalem. Krew z jego głowy właśnie dotarła do moich butów, a ja podniosłem do góry ręce. Nie wiem dlaczego, ale to zrobiłem.
Były splamione krwią.
 

Tym razem obudziłem się, siadając na łóżku. Przetarłem twarz rękoma, a potem przyjrzałem im się. Być może w ciemnościach nocy, przy odrobinie wyobraźni, zobaczyłbym krew. Od razu przyszła mi na myśl Lady Makbet, a zaraz potem – słowa, które zostawił dla mnie mój prześladowca.
Mycroft Holmes nigdy już nie zaśnie…
I pomyślałem sobie, że jak na razie wszystko się zgadza. Wyglądało na to, że i dzisiaj sobie nie pośpię. Spojrzałem na zegar. Była piąta rano.
Warto byłoby się czymś zająć, dopóki nie nastanie świt i nie będę musiał iść do pracy. Nie chciałem ruszać się z łóżka. Prawdę mówiąc, chciałem dzisiaj zostać w domu. Ale wiedziałem, że to niemożliwe. Musiałem załatwić sprawę pogrzebu. I wtedy przypomniałem sobie o nekrologu. W sumie mogłem pożytecznie spędzić czas i go napisać. Tylko czy ten mały nekrolog wystarczy? Z pewnością był to jakiś początek.
Ale było też coś innego. Pewien niepokój.
Wstałem z łóżka i wyjąłem z szuflady przygotowany wcześniej wzór nekrologu i długopis, a potem poszedłem zrobić sobie herbatę. Po jakimś czasie siedziałem w swoim salonie i zastanawiałem się, co napisać. Było tam miejsce na te wszystkie bzdety, które wypisuje się w nekrologach: „najdroższa matka, żona i córka”, „wierny przyjaciel”, „ukochany pupilek”… I stanąłem przed problemem. Co powinienem napisać? Bo też, czy to, co napiszę, będzie miało jakieś znaczenie? Czy gdybym napisał: „genialny detektyw”, ktokolwiek by się ze mną zgodził? W sumie cieszyłem się, że zwykle ta rubryka nie wychodzi poza rzeczy związane z rodziną; co najwyżej w wyjątkowych przypadkach pisze się: „wielki patriota” albo „bohater wojenny”. Wiedziałem, że „genialny detektyw” by się nie przyjął. Zaczęto by protestować, kazano by mi to natychmiast zmienić. Chociaż chciałem zadać kłam powszechnej opinii i powiedzieć tym pismakom, jak było naprawdę (i tak zamierzałem to zrobić, ale jeszcze nie byłem pewien, jaką obrać strategię), pozostawało mi tylko skupić się na tym, jaki Sherlock był prywatnie.
Nie przysporzył sobie zbyt wielu sympatyków (nie licząc fanów będących pod wrażeniem jego geniuszu, ale czy oni nie rozpierzchli się jeszcze po tym, co się stało?). Zawsze miał trudny charakter – ja wiedziałem o tym najlepiej – dlatego każdy, kto go spotkał, prędzej czy później miał go dość. Irytował nawet tych, którzy go lubili i którzy się o niego troszczyli.
Mimo to nie mogłem zaprzeczyć, że Sherlock miał wiernych przyjaciół, których pozostawił w rozpaczy po swojej śmierci. Na pewno jednym z nich był John Watson. Jego psycholog napisała: „problemy z zaufaniem”, a jednak doktor Watson zaraz po spotkaniu z moim bratem zgodził się obejrzeć mieszkanie na Baker Street, asystować mu na miejscu zbrodni, a nawet ruszyć w pogoń za mordercą. To była przyjaźń zaiste bardzo dziwna. I choć Sherlock zawsze był powściągliwy, wielomiesięczne obserwacje ich wzajemnych relacji (zwłaszcza w bardzo ekstremalnych warunkach) nie pozostawiały żadnych wątpliwości – John Watson był jedną z najważniejszych osób w życiu Sherlocka. Mógłbym powiedzieć, że łączyło ich dziwne, duchowe braterstwo.
Koniec końców, wiedziałem, że doktor Watson był lepszym bratem ode mnie.
Potem była pani Hudson. Dość często narzekała na złe obyczaje i niedorzeczne nawyki Sherlocka. Było to coś, co ona i ja mieliśmy ze sobą wspólnego. I tak jak ja, pani Hudson dbała o mojego brata. Martwiła się o niego, cierpliwie znosiła jego dziwactwa, czasem robiła mu herbatę albo coś gotowała. Jej troska nieraz przypominała mi troskę matki o dziecko albo babci o wnuka. Z tego, co wiem, pani Hudson nie ma dzieci, a to tylko sprzyjało w wytworzeniu się tej ciekawej więzi między nią a jej lokatorami. Przecież żadne z nich nie wyjechało na Boże Narodzenie do rodziny, tylko spędzili je razem. Zrobili małe przyjęcie w mieszkaniu 221B i zaprosili na nie swoich przyjaciół i znajomych.
I tylko mnie tam nie było. Wtedy nie przejmowałem się tym tak bardzo. Boże Narodzenie w naszej rodzinie zawsze było nie takie, jak być powinno (czyli nie radosne i pełne rodzinnego ciepła, tylko monotonne i pełne niechcianej ciszy). O wiele łatwiej było dla mnie nie spędzać go z jedynym żyjącym bliskim. Gdybym jednak wiedział, że za kilka miesięcy mój brat będzie martwy, być może spróbowałbym uczynić te święta najlepszymi jakie kiedykolwiek przeżył.
Nie, poprawka. Gdybym o tym wiedział, zrobiłbym wszystko, aby zapobiec jego śmierci. Być może gdybym był świadom tego, że mój brat ma zginąć, nie wpadłbym w pułapkę Moriarty’ego.
Przypomniałem sobie swój niedawny sen o Sherlocku i Moriarty’m na dachu Barts. Kiedy Moriarty groził, że zabije przyjaciół Sherlocka, nie było mnie wśród ludzi, których wymienił mój brat. Z jednej strony wszystko to było bardzo logiczne. Po pierwsze – byłem politykiem i członkiem rządu. Zabicie mnie nie było aż takie proste, jak zabicie wojskowego lekarza, czy kobiety w średnim wieku. Po drugie – ani ja, ani Sherlock nie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi. Byliśmy najlepszym przykładem na to, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach.
Wstydź się, narażać młodszego brata na takie niebezpieczeństwo. Rodzina jest wszystkim, co mamy, Mycrofcie Holmes!
Z drugiej strony Sherlock był jedyną osobą, o którą dbałem. Jedyną osobą, którą tak naprawdę kochałem. Czy o tym wiedział? My, Holmesowie, zawsze okazywaliśmy przywiązanie czynami, a nie słowami. Mój brat zaś był znany ze swoich zdolności dedukcyjnych. Toteż było spore prawdopodobieństwo, że się domyślił, ale czy w jakiś sposób tę miłość odwzajemniał?
To już nie było ważne. W zasadzie nigdy nie było ważne. Obojętnie, co myślał o mnie mój brat, ja miałem wobec niego obowiązki. Jednym z nich zaś było napisanie jego nekrologu.
Tak więc pierwszą rzeczą, która pojawiła się na kartce, były słowa: „wierny przyjaciel”. I tu znów utknąłem. W tych dwóch słowach wydawały się zawierać wszystkie związki, jakie łączyły mojego brata z wszystkimi, na których mu zależało – Johnem, Lestrade’m i panią Hudson. Była jeszcze Irene Adler, ale rozstali się raczej chłodno. Mógłbym rzec, że Sherlock wręcz porzucił ją w potrzebie. Aczkolwiek po wszystkim wciąż miałem wrażenie, że coś do niej czuł. Właśnie dlatego chciałem, aby myślał, że została objęta programem ochrony świadków, niż żeby wiedział, że zginęła z rąk terrorystów.
Korciło mnie, aby dopisać: „ukochany brat”, wahałem się jednak. Czy miałem prawo napisać te słowa po tym, co zrobiłem? Dopisałem je i tak, choć drżącą ręką.
- Och, Sherlock… – szepnąłem w przestrzeń, przecierając znów twarz.
Oczy zaczęły mi łzawić, więc zamknąłem je i rozmasowałem powieki. To chyba normalne płakać w żałobie, prawda? To normalne, że roni się łzy po kimś bliskim. A ja byłem sam w mieszkaniu. Mogłem sobie pozwolić na żal. Dusiłem to w sobie od czterech dni.
Ale nie. Jeszcze nie nadszedł na to czas. Kto wie, czy takie nagłe rozklejenie się nie wpłynie potem na moją wydajność. Łzy zostawię sobie na pogrzeb albo jakąś inną okazję. Najlepiej jak znowu będę sam.
Zerknąłem znów na nekrolog. „Wierny przyjaciel, ukochany brat”. Czy powinienem napisać coś jeszcze? A jeśli tak, to co? „Sumienny lokator”? „Kochający syn”? Kochający syn… Mama na pewno chciałaby, aby te słowa również znalazły się w nekrologu Sherlocka. Bo też i nie mogłem zaprzeczyć, że kochał naszą matkę.
Tak więc napisałem: „Wierny przyjaciel, ukochany brat, kochający syn”, ale wciąż miałem wrażenie, że to za mało. Głowiłem się nad tym przez dwie godziny. W tym czasie zjadłem śniadanie, wypiłem pięć filiżanek herbaty z mlekiem i cukrem, okrążyłem z dziesięć razy salon i zdążyłem doczekać świtu za oknem. W końcu zdecydowałem się wpisać łącznik pomiędzy „ukochany brat” a „kochający syn” i wstawić wreszcie datę pogrzebu.
Około siódmej zadzwoniła moja komórka. Trochę niepewny tego, czy był to ktoś z pracy, ktoś znajomy, czy mój prześladowca, odblokowałem klawiaturę i przyjrzałem się numerowi. Nie był zastrzeżony ku mojej uldze, ale i tak nie był to nikt, kogo mógłbym kojarzyć. Nie przedłużając, odebrałem.
- Mycroft Holmes, słucham?
Jakiś kobiecy głos (raczej nie Anthea) powiedział mi, że jeden z płatnych zabójców, którzy wprowadzili się niedawno w okolice Baker Street, został schwytany i czekał aż go przesłucham. Ja zaś zastanowiłem się przez chwilę. Pomyślałem o wszystkich rzeczach, które zamierzałem tego dnia zrobić. Chciałem się jeszcze wybrać do kostnicy w Barts załatwić formalności (obawiałem się jednak tej wizyty; w końcu leżało tam ciało Sherlocka), a także spotkać się z Johnem i coś z nim przedyskutować. Z drugiej strony pojmany zabójca mógł rzucić światło na parę spraw.
- Mam trochę pracy – zacząłem. – Możecie się nim zająć do czwartej?
- Myślę, że do czwartej zdołamy coś z niego wyciągnąć – odparła kobieta po drugiej stronie. – Będzie na pana grzecznie czekał. Do widzenia, panie Holmes.
- Do widzenia.
Odłożyłem słuchawkę, a potem założyłem krawat. Następnie włożyłem marynarkę i płaszcz. W jedną rękę wziąłem teczkę, a parasol zawiesiłem sobie na ramieniu. Po chwili byłem już na zewnątrz i rozmawiałem z Antheą.
 
Molly przywitała mnie niepewnym uściskiem ręki i wyrazem twarzy, który zdradzał niechęć. Co prawda, spotkaliśmy się tylko raz, ale kto wie, co Sherlock mówił jej o mnie, kiedy po raz kolejny przekonał ją do zrobienia czegoś nie całkiem zgodnego z regułami. Aby nie zaogniać sytuacji i spędzić ten czas w miarę znośnie, postanowiłem nie poruszać tematu jej uczuć do mojego brata. Ona też wolała mieć to wszystko za sobą.
- Proszę za mną, panie Holmes. – Odwróciła się na pięcie i zaczęła iść przed siebie. – Papiery już czekają.
Pozwoliłem jej się prowadzić. Powiodła mnie z dala od prosektorium i wpuściła do laboratorium, w którym zapewne mój brat nieraz sprawdzał wydzieliny pozostawione przez zmarłych, udowadniał winę lub niewinność podejrzanych albo badał pozostawione na miejscu zbrodni tropy. Molly wskazała mi krzesło przy stole, na którym stał mikroskop. Kiedy już spocząłem na swoim miejscu, wodziłem wzrokiem za panią patolog, która wyciągnęła z jakiejś szuflady odpowiednie dokumenty. Bez słowa wyjąłem z wewnętrznej kieszeni swój długopis i przejrzałem papiery.
Przez moment trwała cisza. A potem Molly się odezwała:
- Zawsze był bez serca.
Podniosłem na nią wzrok. Uśmiechnęła się gorzko i ciągnęła dalej:
- Nie obchodziły go niczyje uczucia. Nie obchodzili go ludzie, których krzywdził. Chciał mieć tylko kogoś, kto podziwiałby jego rzekomy geniusz.
- Zapomina się pani – powiedziałem, wracając do papierów. – Nie zna pani niepisanej zasady, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale, panno Hooper? – Posłałem jej znaczące spojrzenie. – Zwłaszcza w obecności rodziny zmarłego?
Natychmiast się speszyła i spojrzała w bok.
- Przepraszam. – Znów przeniosła wzrok na mnie i dodała: – Ale naprawdę nie mogę przestać myśleć o tych wszystkich zbrodniach, które zaaranżował, aby się popisać przed ludźmi.
Wydałem z siebie głębokie westchnienie, po czym popatrzyłem na Molly.
- Panno Hooper, opinia publiczna miewa tendencję do przeinaczania faktów. Pani znała mojego brata od kilku lat. Jakie pani odniosła wrażenie? Poza tym, że bywał bezgranicznie arogancki, rzecz jasna.
Przez chwilę przyglądała się podłodze, jakby zastanawiała się usilnie nad odpowiedzią. Mógłbym, co prawda, w tym czasie podpisać dokumenty, ale zdecydowałem się obserwować każdy jej ruch. Wydawała się zdenerwowana, i choć zawsze była zdenerwowana (przynajmniej tak twierdzili Sherlock i John), ja miałem wrażenie, że było coś jeszcze.
- Nie wiem, czy go znałam – odezwała się wreszcie, spoglądając w bok. – Zawsze był taki tajemniczy… – Przeniosła wzrok na mnie, ale patrzyła raczej na moje ręce, niż na twarz. – A teraz dowiedziałam się, że to wszystko, co mówił, było kłamstwem.
Dlaczego nie chciała spojrzeć mi w oczy? Bała się mnie? Jeszcze przed chwilą odważnie stwierdziła, że Sherlock był bez serca, a teraz kuliła się jak trusia. Być może najpierw czuła wewnętrzną potrzebę, aby wyrzucić z siebie, co myślała od dłuższego czasu, a potem zdała sobie sprawę, że nie mówi tego pierwszej lepszej przyjaciółce, tylko bratu Sherlocka Holmesa, i doszła do wniosku, że musi naprawić swoją pomyłkę. Mimo wszystko…
- A pan co myśli, panie Holmes? – zapytała nagle.
- Ja? – Uśmiechnąłem się uprzejmie, ale zaraz poczułem jak kąciki moich ust opadają. – Ja, panno Hooper, wiem, że to, o co oskarża mojego brata Kitty Riley, jest wierutną bzdurą.
- Skąd pan to wie? – dopytywała się Molly.
Zacisnąłem palce wokół rączki parasola i znów uśmiechnąłem się uprzejmie do swojej rozmówczyni.
- Po prostu wiem – odparłem cicho. Jednocześnie starałem się, aby mój uśmiech nie wydał się jej smutny.
W spokoju dokończyłem podpisywanie dokumentów, po czym wstałem i podałem je Molly. Rzuciła mi nerwowy uśmiech, a ja powiedziałem:
- Pogrzeb będzie w poniedziałek o dwunastej. Przyjdzie pani?
- Proszę na mnie nie liczyć – odparła wciąż uśmiechając się nerwowo. – Mam dużo pracy.
- Rozumiem. – Wyprostowałem się. Popatrzyłem na nią, a ona nadal unikała mojego wzroku. – W takim razie miłego dnia.
- Dziękuję. – Kolejny nerwowy uśmiech. – Nawzajem.
Wyszliśmy na korytarz, po czym Molly spotkała jakąś znajomą i co sił w nogach mnie opuściła. Skierowały się do laboratorium i zostałem sam na korytarzu. Było bardzo cicho. Zupełnie jak w to Boże Narodzenie, kiedy Sherlock przyszedł zidentyfikować ciało Irene Adler. Po wszystkim staliśmy we dwóch na korytarzu tej samej kostnicy, a ja podałem mu papierosa. W pewnym momencie spojrzał w stronę ludzi na sąsiednim oddziale.
Spójrz na nich. Widać, że bardzo im zależy. Nie zastanawiałeś się czasem, czy aby z nami jest wszystko w porządku?
Wszyscy, którzy żyją, umierają, pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga, Sherlocku.
Odepchnąłem od siebie niechciane wspomnienie. Przez chwilę zastanawiałem się, co zrobić. W zasadzie powinienem udać się do kliniki, w której pracował John, i tam się z nim spotkać, ale nie paliłem się zbytnio do tej wizyty. Z drugiej strony poczułem dziwną chęć zajrzenia do pomieszczenia, w którym znajdowało się ciało Sherlocka. Chciałem zostać sam z moim bratem. Niekoniecznie wyciągnąć jego ciało, ale pobyć z nim w jednym pokoju.
Nogi same skierowały mnie we właściwą stronę. W środku znajdowało się mnóstwo stolików, ale widać o tej porze jeszcze nie przeprowadzano sekcji, bo na żadnym z nich nie spoczywało żadne ciało okryte (bądź nie) białym prześcieradłem. Podszedłem do ściany, w której zainstalowane były szafki na zwłoki. Dokładnie wiedziałem, w której leżał Sherlock, ale nie wysuwałem jej, aby spojrzeć mojemu braciszkowi w oczy, tylko przystanąłem i oparłem się o szafkę obok.
Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co. Czy miałem opowiedzieć mu o tym, że ktoś wysyła mi wiadomości? Na pewno by się zdenerwował. W końcu miałem dla niego sprawę, a on nie był w stanie jej rozwiązać, no bo przecież nie żył. Nie, tak naprawdę wiedziałem, że przyszedłem tutaj z zupełnie innego powodu.
- Przepraszam, Sherlock – wyszeptałem. Czułem jak robi mi się ciężko na sercu, ale odchrząknąłem i zamknąłem oczy, aby wziąć się w garść. – To pewnie nie wystarczy, ale…
Nagle usłyszałem trzask, a potem zgrzyt podobny do przekręcanego w zamku klucza. Odwróciłem się gwałtownie i natychmiast zauważyłem, że na drzwiach wisi jakaś duża, pożółkła kartka, na której było coś napisane, a na samym spodzie znajdowała się pieczęć podobna do tych na starych dekretach. Podbiegłem do wyjścia, ale zamiast przeczytać wykonany elegancką kursywą napis, najpierw chwyciłem za klamkę i spróbowałem otworzyć drzwi. Od razu natrafiłem na opór, co wcale nie było dla mnie zaskoczeniem. A więc zostałem tutaj zamknięty na klucz. Ale przez kogo?
Nieważne. Na razie musiałem się stąd wydostać. Naparłem całym ciałem na drzwi i spróbowałem je wyważyć. Jeden raz. Bez skutku. Drugi raz. Znów żadnych efektów. Za trzecim razem również mi się nie powiodło, ale wreszcie zwróciłem uwagę na wiszący na drzwiach papier. Z pewną obawą zacząłem czytać.
Przez te zasady podnoszę to miasto
I tym zasadom wierny obwieściłem
Ukaz ostatni na Edypa synów:
Aby dzielnego w walce Eteokla,
Który w obronie poległ tego miasta,
W grobie pochować i uczcić ofiarą,
Która w kraj zmarłych za zacnymi idzie;
Brata zaś jego – Polinika mniemam –
Który to bogów i ziemię ojczystą
Naszedł z wygnania i ognia pożogą
Zamierzał zniszczyć, i swoich rodaków
Krwią się napoić, a w pęta wziąć drugich,
Wydałem rozkaz, by chować ni płakać
Nikt się nie ważył, lecz zostawił ciało
Przez psy i ptaki w polu poszarpane.
- Antygona… – powiedziałem do siebie.
Dlaczego Antygona? Przecież ja i Sherlock nie przypominaliśmy Eteoklesa i Polinejkesa. Ja i Sherlock nie stoczyliśmy bratobójczej walki podczas wojny, a ja nie zdradziłem naszej ojczyzny… Wręcz przeciwnie, pracuję dla państwa i stoję na jego straży. Chyba, że to nie ja byłem Polinejkesem i to nie moje zwłoki miały zostać pozostawione bez pochówku, tylko…
Szybko podbiegłem do szafki, w której powinno znajdować się ciało mojego brata, i chwyciłem za jej uchwyt. Z całych sił pociągnąłem ją ku sobie i udało mi się ją otworzyć do połowy. Fizycznie byłem w stanie pociągnąć szafkę dalej, ale nie miałem odwagi spojrzeć na martwą twarz Sherlocka, toteż uznałem, że jego stopy mi absolutnie wystarczą. A stopy, które widziałem, były dokładnie takie jak je pamiętałem z ostatniego razu, kiedy zastałem Sherlocka na bosaka.
Tak czy inaczej, odczułem ulgę. Nikt nie ośmielił się ruszać ciała mojego brata. Zamknąłem szafkę i odwróciłem się. Wyglądało na to, że zostałem zamknięty w prosektorium. Nie byłem w stanie wyważyć drzwi, ale co mi szkodziło zadzwonić po pomoc? Na pewno panna Hooper miała klucz, a ja akurat miałem jej numer. Kiedy jednak wyciągnąłem komórkę i odblokowałem klawiaturę, nagle ktoś do mnie zadzwonił. Numer był zastrzeżony. Wiedziałem co to znaczy.
Z pewnym wahaniem odebrałem i przyłożyłem słuchawkę do ucha, czekając aż odezwie się mój prześladowca. W pierwszej chwili słychać było tylko dziwne szmery. Nie byłem w stanie określić skąd pochodziły, ale z każdą sekundą oczekiwania przyprawiały mnie o dreszcze. Aż w końcu odezwał się ledwo słyszalny w morzu szmerów syczący szept:
- Mycroft Holmes nigdy już nie zaśnie.
- Kim ty jesteś? – spytałem.
Rozłączył się.
Wpatrywałem się przez kilka sekund w swój telefon. A potem usłyszałem kolejny zgrzyt w zamku i drzwi się otworzyły. Spodziewałem się zastać Molly albo jakiegoś innego patologa, ale ku memu zaskoczeniu stanął przede mną woźny z gęstą, czarną brodą. Na mój widok bardzo się zdziwił. Uśmiechnąłem się do niego uprzejmie.
- Dziękuję bardzo – odpowiedziałem. – Ktoś mnie tutaj zamknął. Pewnie dla żartu.
Szybko ruszyłem w stronę wyjścia. Woźny zszedł mi z drogi, ale nagle jego wzrok padł na wiszącą na drzwiach kartkę. Zdziwił się jeszcze bardziej. Rzuciłem mu kolejny uśmiech i szybkim ruchem zerwałem kartkę.
- To do mnie – odparłem, zwijając fragment z Antygony w rulon. – Do widzenia.
I wyszedłem. Miałem nadzieję, że zdążę spotkać się z doktorem Watsonem przed końcem jego przerwy na lunch.
 
- Streszczaj się, mam tylko piętnaście minut przerwy – powiedział John, prostując się na krześle w stołówce.
Chciałem go wcześniej zabrać do kawiarni, ale powiedział, że woli nie opuszczać kliniki. W sumie było mi wszystko jedno. Wziąłem sobie tylko herbatę, podczas gdy dobry doktor Watson nałożył sobie na talerz jakiś gulasz z ziemniakami i kawę z mlekiem. Dość powiedzieć, że kiedy zobaczył mnie przed gabinetem nie za bardzo się ucieszył, a dowiedziałem się również, że zamierzał za jakiś czas odwiedzić swoją starą terapeutkę.
Wyjąłem z kieszeni nekrolog i przysunąłem go w stronę Johna. Żując porcję gulaszu, podniósł brew ze zdumienia, a potem przeczytał po cichu to, co napisałem.
- Może być? – spytałem. – Ma się ukazać pojutrze w „Daily Telegraph”.
Milczał przez chwilę, po czym przełknął przeżuwany kęs i spojrzał na nekrolog jeszcze raz.
- Całkiem, całkiem – odpowiedział, przenosząc na mnie wzrok. A potem zaczął grzebać widelcem w jedzeniu. – Aczkolwiek to trochę mało, biorąc pod uwagę, że od czterech dni gazety mówiąc tylko o tym, że Sherlock był oszustem.
- Ale dobre na początek. A „Daily Telegraph” to najbardziej poczytna gazeta w tym kraju.
- To co zrobisz potem?
Milczałem przez chwilę. Nadal nie miałem żadnego pomysłu jak oczyścić imię Sherlocka. W zasadzie to byłem tak pochłonięty pogrzebem, sprawami państwa i prześladowcą, że nie byłem w stanie wymyśleć żadnej strategii. Czułem się źle z tego powodu. Jak mogłem zapomnieć o czymś tak ważnym? I co w takim razie miałem powiedzieć Johnowi?
- Na razie muszę zająć się pogrzebem – odparłem w końcu i wziąłem łyk herbaty. – Kiedy będę miał z głowy te wszystkie formalności, będę mógł skupić się na oczyszczaniu dobrego imienia mojego brata.
Wyczytałem z twarzy Johna, że z jednej strony wciąż był na mnie oburzony, a z drugiej – w pełni rozumiał, że nie mogłem się rozdwoić. Ale niczego nie odpowiedział. Oddał mi tylko nekrolog i w ciszy zajął się jedzeniem gulaszu. Ja jednak miałem do niego jeszcze jedną sprawę i dlatego nie ruszałem się jeszcze z miejsca. Odstawiłem herbatę na spodeczek i pochyliłem się bardziej w stronę Johna. Zamarł na chwilę, a potem rzucił mi zdziwione spojrzenie.
- Co? – spytał.
- Powiedziałeś pani Hudson?
- O czym?
- O naszej pogawędce w Klubie Diogenesa.
Próbowałem ująć to w taki sposób, aby nikt nieproszony się nie zainteresował. Na szczęście John natychmiast zrozumiał o czym mówię, bo znów przerwał posiłek i popatrzył na mnie  tak, jakbym powiedział coś obraźliwego albo niedorzecznego. Zaraz jednak odzyskał rezon i wrócił do jedzenia.
- Nie, jeszcze nie – odpowiedział.
- Powiedz jej – odrzekłem, znów wprawiając doktora w osłupienie. – Oczywiście, jeśli uważasz, że lepiej, żeby wiedziała.
Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Odstawił widelec na bok i pochylił się odrobinę w moją stronę.
- A dlaczego sam jej tego nie powiesz? – spytał, rzucając mi chłodne spojrzenie.
- A wolałbyś, abym to zrobił? – Podniosłem filiżankę, aby upić kolejny łyk. – Znasz taktowność Holmesów. Ty to zrobisz lepiej.
John westchnął z rezygnacją.
- Zastanowię się. Ale tak z czystej ciekawości, dlaczego chcesz, aby pani Hudson wiedziała, co wydarzyło się między tobą a… – Już prawie wypowiedział nazwisko Moriarty’ego, ale potrząsnąłem głową, dając mu do zrozumienia, żeby był dyskretny. – A Jimem?
Mógłbym mu powiedzieć, że Lestrade wie. Wtedy John zapytałby, skąd wie, a ja opowiedziałbym mu o moim prześladowcy.
- Po prostu uważam, że pani Hudson powinna wiedzieć – wyjaśniłem po chwili.
- Aha – przytaknął. – No cóż, to ma sens. Chociaż do domu cię raczej nie wpuści. Ale ciebie to chyba mało obchodzi. – Uśmiechnął się do mnie cierpko.
Spojrzałem tylko na niego. John zebrał resztki gulaszu w jedną kupkę i zaczął kończyć jedzenie.
- Wiesz – ciągnął dalej – zdaję sobie sprawę z tego, że Holmesowie są raczej powściągliwi, jeśli chodzi o uczucia, ale nawet najbardziej powściągliwi ludzie ronią łzy nad zmarłymi bliskimi.
- A uwierzyłbyś w moje łzy, doktorze Watson? – spytałem, uśmiechając się smutno.
Zadzwonił telefon, a ja pomyślałem, że to znowu mój prześladowca. Nie wiem dlaczego. Po prostu tak pomyślałem. Tak czy inaczej, myśl ta sprawiła, że zamarłem w miejscu. Starałem się nie wyglądać na przerażonego, ale John i tak patrzył na mnie ze zdziwieniem. A wszystko dlatego, że ręka, w której trzymałem filiżankę, drżała.
- To ze zmęczenia – wytłumaczyłem się.
- Nie odbierzesz? – zapytał po chwili doktor.
Wziąłem się w garść i wyciągnąłem komórkę z kieszeni. Ku swojej wielkiej uldze dzwoniła do mnie Anthea. Odebrałem, a tymczasem John pożegnał się ze mną i odstawił tacę do okienka z brudnymi talerzami. Po krótkiej rozmowie z asystentką, ruszyłem załatwić resztę rzeczy na mojej liście.
W ciągu tych kilku godzin, które pozostały mi do czwartej, przekazałem Lestrade’owi nowe ślady. Bardzo się zaniepokoił zajściem w kostnicy. Proponował mi nawet ochronę, ale natychmiast odpowiedziałem, że sobie poradzę. Za to on przekopiował z mojego telefonu rozmowę z prześladowcą, aby ją zanalizować, przy okazji opowiadając mi, czego dowiedział się od siostrzenicy o Fullmetal Alchemist. Sam pomysł z alchemią i prawem równoległej wymiany wydał mi się dość ciekawy, ale najważniejszą informacją dla mnie było to, że głównymi bohaterami są dwaj bracia, którzy próbowali powołać do życia zmarła matkę i, przeprowadzając jakiś zakazany rytuał, zapłacili za to wysoką cenę. Młodszy – Alphonse – stracił ciało, a starszy – Edward – nogę, a potem – próbując ocalić Ala – zaoferował na wymianę swoje ramię. Zapieczętował duszę swojego brata w zbroi i odtąd obaj szukali kamienia filozoficznego, aby powrócić do swojej dawnej postaci.
Było to poniekąd bardzo interesujące i dało mi dużo do myślenia. Przez chwilę żałowałem, że nie żyję w tym magicznym świecie (no bo nikt nie przekona mnie, że rysowanie koła i przemienianie jednej rzeczy w drugą, ot tak sobie, jest nauką). Być może gdybym znalazł jakiegoś wykwalifikowanego alchemika i oddał coś w zamian, mógłbym przywrócić Sherlocka do życia. Z drugiej strony – historie opisane w filmach i literaturze jasno stawiają sprawę: nekromancja kończy się zawsze źle.
Dostarczyłem nekrolog do „Daily Telegraph” (przyjęli go bez zastrzeżeń; na szczęście moja twarz nie jest zbyt znana, bo idąc przez korytarze redakcji nie słyszałem za sobą różnych szeptów na swój albo Sherlocka temat) i spotkałem się z kilkoma oficjelami. Jednocześnie wciąż nie mogłem przestać myśleć o tym, co zdarzyło się rano i czego się dowiedziałem od Lestrade’a. Jak na razie wszystkie wiadomości (poza parafrazą Makbeta i refrenem Stayin’ Alive… no i napisem: „Morderca”) dotyczyły fikcyjnych par braci. Kain i Abel, Polinejkes i Eteokles, Edward i Alphonse Elric… W sumie wiedziałem, co chciał mi przekazać, ale te trzy przykłady zaczęły mnie intrygować.
---------------------------------
[1] Polecam puszczenie sobie w tle tego wykonania: http://www.youtube.com/watch?v=fhn3Z6erqMA

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz