piątek, 10 stycznia 2014

[FF: Sherlock] Pękający lód - rozdział 2

Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!
Przez kilka minut przyglądałem się temu zdaniu. Wiedziałem skąd pochodziło i wiedziałem, co ono dla mnie oznaczało. Mój prześladowca wiedział skądś, co zrobiłem podczas przesłuchiwania Moriarty’ego, i zamierzał to przeciwko mnie wykorzystać. Choć z drugiej strony mogło chodzić o brata w sensie duchowym, emocjonalnym, a nie Sherlocka. Zaraz jednak odrzuciłem tę myśl. Przecież nie znałem nikogo – ani w tajnych służbach, ani w rządzie, ani nigdzie indziej – z kim łączyłyby aż tak zażyłe stosunki. Musiało chodzić o Sherlocka.
Pozostawało pytanie: Kto chciał się zemścić na mnie za Sherlocka?

Naprawdę dobrze się przygotowała, ta panna Riley. Są tu rzeczy, które tylko ktoś bliski Sherlockowi mógłby wiedzieć. Widziałeś ostatnio książkę adresową swojego brata? Dwa nazwiska – twoje i moje… A tego wszystkiego Moriarty nie dowiedział się ode mnie.
Za oknem zaczęło padać, ale zwróciłem na to uwagę dopiero, kiedy jedna, duża kropla uderzyła o szybę, cal od mojego ucha. W radiu puścili kolejną piosenkę o miłości, ale nie zwracałem na to jakiejś specjalnej uwagi. Zastanawiałem się, czy człowiek, który przesłał mi dzisiaj te dwie wiadomości, zamierzał poprzestać na groźbach, czy pójść dalej i targnąć się na moje życie. Jeśli to drugie, to wielka szkoda.
Wybrałem na komórce numer mojej zaufanej agentki i odczekałem kilka sekund. Po chwili usłyszałem jej głos:
- Tak, panie Holmes?
- Potrzebne mi dane z inwigilacji Baker Street 221B. Czy doktor Watson opuszczał ostatnio mieszkanie?
- Właśnie wyszedł. Prawdopodobnie po zakupy.
- Chodziło mi bardziej o wczorajszy wieczór.
Samochód się zatrzymał. Kierowca wyszedł, a ja szybko przygotowałem parasol. Drzwi się otworzyły i po chwili stałem na chodniku, wciąż rozmawiając z Antheą.
- Tak, wychodził wczoraj – odpowiedziała, kiedy przekroczyłem próg posterunku. – Ale wrócił do domu bardzo szybko i chyba był wstawiony.
- Rozumiem. Będziemy w kontakcie – odrzekłem i się rozłączyłem.
Wytarłem buty i strząsnąłem resztki deszczu z parasola. Od razu zastałem sierżant Donovan, która spojrzała na mnie podejrzliwie. Zbadałem ją od stóp do głów. Czerwona szminka, lekki makijaż, spódnica podkreślająca smukłość nóg na wysokim obcasie, koszula ze zbyt głębokim dekoltem na taką pogodę. Pani sierżant miała dzisiaj randkę albo chciała się przypodobać komuś z pracy.
- Mam nadzieję, że nie zaczęliście beze mnie – powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej uprzejmie.
Spojrzała na mnie chłodno.
- Nie powinien się pan wtrącać do śledztwa, panie Holmes. Jest pan poszkodowanym.
- O, pani nie wie, co ja mogę, pani sierżant – odpowiedziałem, ściągnąwszy płaszcz.
Kolejny uprzejmy uśmiech z mojej strony musiał ją zirytować, ale tylko odwróciła się do mnie plecami i zaczęła iść w stronę, która zapewne prowadziła do pokoju przesłuchań. Ruszyłem za nią, rozważając w myślach, czy powiedzieć jej o SMS-ie, czy raczej zwrócić się z tym do Lestrade’a. I choć wątpliwe było, aby szef ochrony albo woźny byli tymi, którzy przesłali mi wiadomości, to i tak istniało prawdopodobieństwo, że użyczyli sprawcy klucza do mojego gabinetu.
Donovan zaprowadziła mnie za weneckie lustro, przez które widziałem już jakiegoś policjanta, pochylającego się nad woźnym, najpewniej grając złego glinę. Tuż obok mnie stał inspektor Lestrade. Co jakiś czas zerkał na mnie, a ja na niego. Ciemność nieco utrudniała mi analizę, ale udało mi się ustalić, że ostatnią noc spędził na papierkowej robocie, popijając kawę z mlekiem i jedząc pączki. W przeciwieństwie do sierżant Donovan, moja obecność wprawiała go w zakłopotanie.
W sumie nie widzieliśmy się od śmierć Sherlocka. Podejrzewałem, że inspektor nie był pewien, co powinien powiedzieć członkowi rodziny jego zmarłego znajomego. Teraz również wydawało mi się, że próbuje w myślach ułożyć słowa pocieszenia. Obojętnie jednak jak bardzo taktowne i pełne współczucia byłyby jego kondolencje, i tak nie chciałem go słuchać.
Dlatego zanim jeszcze zdążył otworzyć usta, wyciągnąłem komórkę i, wchodząc w skrzynkę, powiedziałem:
- Mam dla pana nowy trop.
Pokazałem mu wiadomość. Bez słowa odebrał ode mnie komórkę i przeczytał uważnie tekst SMS-a. Po chwili podniósł brwi ze zdumienia i popatrzył na mnie.
- „Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi”? – przeczytał, zwracając tym uwagę innych osób obecnych w pomieszczeniu.
- Księga Rodzaju, rozdział czwarty, werset… prawdopodobnie dziesiąty – wyjaśniłem, po czym dodałem: – Ale pomówimy o tym potem. Teraz mamy przesłuchanie.
Przez jakieś półtorej godziny obserwowaliśmy jak anonimowy policjant próbuje wyciągnąć z woźnego jakieś informacje. Woźny zarzekał się, że przez cały czas zajmował się swoją pracą i że nikogo nie spotkał. Policjant tymczasem a to krzyczał na niego, a to był dla niego miły, a to znów zarzucał mu kłamstwo.
W pewnym momencie kusiło mnie nawet, aby tam wejść i pokazać temu amatorowi jak to się robi dobrze, ale zobaczyłem swoje na wpół przeźroczyste odbicie w lustrze weneckim i na chwilę miałem wrażenie dejavu. Nagle po drugiej stronie lustra znajdował się nie otyły woźny, tylko patrzący się w pustą przestrzeń James Moriarty. Najlepsi członkowie tajnych służb Wielkiej Brytanii próbowali wciągnąć z niego cokolwiek na temat jego słynnego kodu komputerowego, ale on zachowywał się jak człowiek po lobotomii. A potem wchodziłem ja i przesłuchiwałem go w jedyny sposób, który zdawał się działać.
Jak wyglądały wasze relacje? Wyskakiwaliście na kawę od czasu do czasu z Jimem? To twój własny brat, a ty wypaplałeś cały jego życiorys temu psychopacie.
Zamknąłem oczy i zacząłem masować czoło, zwracając tym uwagę Lestrade’a.
- Wszystko dobrze, panie Holmes? – zapytał z pewną dozą troski w głosie.
Spojrzałem na niego, położyłem rękę na parasolce i uśmiechnąłem się do inspektora uprzejmie.
- Tak, jestem tylko trochę zmęczony. – Przeniosłem wzrok na woźnego i powiedziałem. – Wygląda na człowieka podatnego na naciski, czyż nie?
Lestrade milczał, a ja ciągnąłem dalej:
- Takich jak on łatwo można zastraszyć, aby zrobili, co im się każe. Może niekoniecznie zabicie prezydenta… na to jest stanowczo za głupi i za strachliwy. Ale można mu kazać otworzyć drzwi, do których tylko on ma klucz. Z drugiej strony…
Jeszcze przez chwilę przyglądałem się przesłuchiwanemu. A potem podjąłem decyzję i wszedłem do sali przesłuchań, ku wielkiemu zaskoczeniu zgromadzonych. Na mój widok woźny natychmiast się przestraszył.
- Panie Holmes, ja… ja jestem niewinny. Ja…
- Czego pan tu szuka? – zaprotestował policjant. – Tu nie wolno wchodzić osobom nieupoważnionym.
Nie zwracając uwagi na obu idiotów, szybko chwyciłem woźnego za prawą rękę i przyjrzałem się jej dokładnie. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Mimowolnie uśmiechnąłem się do swoich myśli, zrobiłem kilka kroków w tył i oparłem jedną ręką na parasolu.
- A więc masz Parkinsona? To oznacza, że nie tyle ty otworzyłeś drzwi włamywaczowi, co on wziął od ciebie klucz. Inaczej zamek mojego gabinetu byłby dziś rano zarysowany jak lodowisko.
Przez chwilę przyglądał mi się z niedowierzaniem (zapewne dlatego, że nie spodziewał się na policji mieć zdiagnozowanego Parkinsona; wyglądał na takiego, który nie lubi chodzić do lekarza częściej niż raz na rok), a potem głosem świadczącym o desperacji i bliskim załamaniu powiedział:
- Panie Holmes, ale ja naprawdę nie mam z tym nic wspólnego. Przysięgam.
- Wiem, że boisz się, że po tym incydencie zostaniesz zwolniony i trafisz do więzienia za współudział we włamaniu. Myślę, że sąd będzie dla ciebie łaskawy, biorąc pod uwagę, że działałeś pod przymusem.
- Ale ja już od początku próbuję im powiedzieć – wskazał palcem policjanta – że nie mam z tym nic wspólnego! Przez całą swoją zmianę nikogo nie spotkałem, poza kilkoma pracownikami!
Zająłem miejsce naprzeciwko niego.
- Czyli miałeś wczoraj zmianę, tak?
Przytaknął głową.
- Kto jeszcze z tobą pracował tej nocy?
- Takie dwa młokosy, Pete i Jason, oraz Mary Stanton.
- Pete i Jason… Pete i Jason… – Spojrzałem w sufit, szukając ich nazwisk w pamięci. – Ach, tak. – Przeniosłem wzrok z powrotem na woźnego. – Chyba wiem którzy to. Mary też kojarzę. Dawałeś któremuś z nich klucz do mojego gabinetu?
- Nie, panie Holmes.
Był bardzo zdenerwowany. Byłem pewien, że coś ukrywa. Coś wstydliwego. Coś, co mogłoby zagrozić jego posadzie.
- Wiesz, czytałem twoje akta – powiedziałem, prostując się na krześle. Tymczasem mój rozmówca napiął się jak struna, a na jego czole pojawił się pot. Uśmiechnąłem się do niego uprzejmie i dodałem: – Dwudziestoletni staż i to prawie bez żadnego urlopu. Do tego przykładasz się do pracy w godny podziwu sposób. Nie mówiąc już o tym, że kiedyś unieszkodliwiłeś włamywacza, kiedy myszkował w mojej szafce. Nie jesteś przestępcą. Jesteś bohaterem.
„Unieszkodliwienie” to za duże słowo. Zamknął włamywacza w gabinecie i natychmiast zawołał strażników. Ale i tak się liczyło jako akt odwagi, jeśli miało mi to ułatwić pracę.
Na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi, a potem zastąpiły go wypieki.
- Dlatego właśnie – ciągnąłem dalej – twoje pierwsze wykroczenie zapewne skończy się tylko reprymendą. – Znów się przeraził, ale uspokoiłem go gestem. – Wiem, że coś ukrywasz, ale jestem przekonany, że to nie jest nic wielkiego. Przynajmniej nie tak wielkiego, aby przyćmić twoje zasługi. Tak więc powiedz mi: Co takiego się wczoraj stało?
Milczał przez chwilę, wpatrując się w swoje buty, jakby zbierał myśli, a potem wydał z siebie głębokie westchnienie i podniósł na mnie wzrok:
- Ja… ja zgubiłem klucze, panie Holmes. – Krótka pauza i kontynuował: – Szukałem ich wszędzie. Po kieszeniach, w wózku, w składziku, nawet w wiadrze z pomyjami. Jakby się rozpłynęły w powietrzu.
Albo ktoś ci je zabrał, kiedy nie patrzyłeś – dodałem w myślach. A potem podniosłem się z miejsca i z uprzejmym uśmiechem wyciągnąłem do niego rękę.
- Dziękuję ci za twoją współpracę.
On również wstał, po czym uścisnął nieśmiało moją dłoń.
- Teraz idź do domu i odpocznij.
- Dziękuję, panie Holmes. – Uśmiechnął się z wdzięcznością.
Policjant raczej nie miał nic przeciwko, bo przytrzymał tylko woźnemu drzwi i pozwolił mu wyjść. Inspektor Lestrade również nie zatrzymywał podejrzanego, tylko natychmiast kazał jakiemuś posterunkowemu wezwać tutaj szefa ochrony. Po czym wziął mnie na stronę i powiedział:
- A więc o co chodzi z tą Księga Rodzaju?
- „Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!” – powtórzyłem i popatrzyłam na Lestrade’a. – To słowa, które wypowiada Bóg do Kaina. Zaraz po słynnym: „Czyż jestem stróżem brata mego?”. Wie pan co to oznacza, inspektorze?
Nie wyglądało na to, aby rozumiał, co mam na myśli. Najpierw podejrzewałem, że to dlatego, że jest idiotą (jak wszyscy wokół), ale potem zdałem sobie sprawę z tego, że nie wiedział nic o mnie i Moriarty’m (a przynajmniej nie powinien) i dlatego może i rozumiał, co chciałem mu powiedzieć, ale nie widział związku między samobójstwem Sherlocka a mną. Jedyną osobą spoza tajnych służb, która wiedziała co zaszło, był John Watson.
- Autor obu tych wiadomości obwinia mnie o śmierć Sherlocka – oświeciłem inspektora.
- Ale jak? Przecież Sherlock popełnił…
- Świadek już przybył – przerwałem mu, bo szef ochrony właśnie wszedł do sali przesłuchań.
Tym razem poszło dość szybko. Mimo że nie wykluczałem możliwości, iż mój szef ochrony pomógł dostać się intruzowi do budynku i wpuścił do mojego gabinetu, byłem przekonany, że ów intruz raczej skorzystał z kluczy woźnego. Poza tym obserwacja mojego rozmówcy i moja własna pamięć dostarczały mi z każdą chwilą dowodów na to, że jest on patriotą i wolałby raczej dać się pochlastać przez afgańskich terrorystów zardzewiałymi maczetami, niż wpuścić intruza do budynku rządowego. Dał mi dowód swojego oddania pracy, składając do ręki raport o nagraniach z kamer. To wszystko mogła być gra, ale na razie pozwoliłem mu się ze mną bawić. Potem ewentualnie każę komuś zaufanemu go śledzić, a sam sprawdzę nagrania pod jego nieobecność i poczytam sobie jego akta do poduszki.
Twierdził, że nie widział nikogo podejrzanego, kierującego się w stronę mojego gabinetu. Przez całą noc była cisza i spokój. Aby potwierdzić jego słowa, Lestrade kazał wezwać na posterunek resztę obecnych podczas tamtej zmiany ochroniarzy. Niektórzy wyglądali, jakby ich dopiero co siłą wyciągnęli z łóżka (co zapewne było prawdą), toteż czasem mieli trudności ze zrozumieniem, co się do nich mówi. Mimo to, wszyscy zgodnie potwierdzili wersję swojego zwierzchnika.
Kiedy skończyliśmy, była już szósta wieczorem, a ja czułem się wykończony i głodny. Lestrade zaproponował mi obiad, ale odmówiłem, więc tylko odprowadził mnie do drzwi.
- Tak więc – zaczął nagle, wyraźnie z trudem dobierając słowa – jak pan się czuje po… po tym co zaszło?
- To nie powinno pana interesować, Lestrade – oświadczyłem, nawet na niego nie spoglądając. – Wolę o tym z panem nie rozmawiać.
- Rozumiem – odrzekł, trochę z przekąsem. – A kiedy będzie pogrzeb?
- Jeszcze to ustalę i dam panu znać.
Zaszliśmy już pod drzwi i przekroczyłem próg, a Lestrade za mną. Trochę kropiło, ale zdecydowałem się nie otwierać parasola na tak krótki odcinek drogi. Kiedy jednak byłem już na chodniku, usłyszałem za sobą głos Lestrade’a:
- Ale wie pan co?
Odwróciłem się do niego.
- Znałem pana brata od kilku lat i wiem jedno: nie był oszustem. Był najgenialniejszym człowiekiem, jakiego spotkałem.
Wiedziałem, że to powie. Sherlock mógł traktować Lestrade’a jak idiotę, a Lestrade narzekać na jego wyniosłość, ale spośród wszystkich policjantów w Zjednoczonym Królestwie tylko Lestrade wiedział jak z nim postępować.
Ja jednak chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu, toteż w odpowiedzi na zapewnienie inspektora posłałem mu uprzejmy uśmiech i się z nim pożegnałem. Byłem niemal pewien, że uznał moje zachowanie za bezduszne, a być może jego mały, prosty rozumek doszedł do wniosku, że jednak jest coś na rzeczy z tymi anonimami. Tak czy siak, kazałem kierowcy zawieść mnie najpierw do restauracji, a potem do domu. Wieczór minął mi raczej spokojnie. Niestety nie mogę tego powiedzieć o nocy.
 
Stałem na dachu jakiegoś wysokiego budynku. Była ładna pogoda, ale (z wiadomych powodów) trochę wietrzna. Nie wiedziałem jak się tam znalazłem, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo nagle przede mną wyrośli dwaj mężczyźni. Jeden z nich był wysokim, bladym brunetem o krótkich, kędzierzawych włosach, w czarnym płaszczu i niebieskim szaliku – to był mój młodszy brat, Sherlock Holmes. Drugi mężczyzna też był blady, miał podkrążone oczy, rzadkie włosy koloru ciemnego blondu i zarost. Od razu rozpoznałem w nim Jamesa Moriarty.
Rozmawiali o czymś, ale nie słyszałem za bardzo, o czym. Po chwili ucieszony z jakiegoś powodu Moriarty minął Sherlocka i stanął kilka kroków od niego, mówiąc z wyraźną dozą ekscytacji:
- Cieszę się, że wybrałeś wysoki budynek. Idealnie pasuje.
Odniosłem brwi ze zdumienia. Czy to, co widzę to…? Czułem jak coś ściska mnie w dołku, ale postanowiłem na razie śledzić rozwój wypadków.
Sherlock nawet się nie odwrócił, tylko stał do mnie i Moriarty’ego tyłem. A potem zadał pytanie, które również ja chciałem zadać:
- Pasuje? Do czego?
Przez chwilę milczał, ale z mowy jego ciała potrafiłem wyczytać nagłą iluminację. Odwrócił wzrok w stronę Moriarty’ego, który teraz stał do niego przodem. A ja byłem pomiędzy nimi, jak jakiś sekundant, i nie rozumiałem, co się dzieje.
- Tak, oczywiście – powiedział nagle Sherlock, przenosząc wzrok na jakiś punkt w oddali. – Moje samobójstwo.
Podszedł powolnym krokiem do krawędzi, a Moriarty mówił dalej:
- Genialnemu detektywowi udowodniono oszustwo. Czytałem o tym w gazecie, więc to musi być prawda.
Czy to się działo naprawdę? Czułem przemożną potrzebę, aby go powstrzymać. Podbiegłem więc do Sherlocka i powiedziałem:
- Idioto, nie rób tego! Wszystko da się jakoś odkręcić…
- Uwielbiam gazety. Te baśniowe historie – Moriarty odwrócił moją uwagę, ale Sherlock kroczył dalej i wszedł na krawędź dachu. Przechylił lekko głowę, aby spojrzeć na chodnik na dole. Morairty wciąż stał w tym samym miejscu, ale również spojrzał w dół. A potem dokończył swój wywód: – I te ponure też.
- Chyba nie skoczysz? – zwróciłem się do mojego brata. – Sherlock, bądź rozsądny.
Sherlock mnie ignorował. Nawet nie raczył na mnie spojrzeć, więc chwyciłem go za rękaw, aby zwrócić na siebie jego uwagę i ściągnąć z powrotem na dach. A wtedy moja ręka przeszła przez jego ubranie jak przez powietrze. Spróbowałem jeszcze raz, z tym samym skutkiem. I zdałem sobie sprawę ze strasznej prawdy – nie mogłem nic zrobić. To wszystko się już wydarzyło, a ja nic nie mogłem zrobić.
Sherlock zeskoczył z powrotem na dach, odwrócił się do Moriarty’ego i oświadczył:
- Mogę udowodnić, że stworzyłeś całkowicie fałszywą tożsamość.
Odczułem ulgę. Jeszcze nie wszystko stracone. Sherlock zamierzał walczyć. Przecież nie skoczyłby tak po prostu z dachu tylko dlatego, że ktoś mu każe, prawda?
Ale Moriarty przekręcił tylko głowę i odpowiedział:
- Po prostu się zabij. To znacznie mniej zachodu.
Sherlock odwrócił się do niego tyłem i zrobił kilka kroków przed siebie.
- No dalej – podburzał go Moriarty. – Dla mnie.
Sherlock znów stanął do niego przodem i podszedł bliżej. Moriarty wydał z siebie przeciągłe, piszczące: „Proszę”, ale Sherlock rzucił się na niego, chwycił za kołnierz jego ciemnozielonego płaszcza i wystawił jego głowę nad przepaścią. Jednym gwałtownym ruchem szturchnął Moriarty’ego, aby poczuł wiatr w swoich rzadkich włosach, po czym przechylił go niebezpiecznie mocno poza krawędź. Wystarczył jeden ruch Sherlocka, aby Jim Moriarty spadł i roztrzaskał sobie głowę.
- Jesteś obłąkany – odezwał się wreszcie mój brat.
- Teraz na to wpadłeś? – spytał zupełnie spokojnie Moriarty.
Sherlock nie odpowiedział, tylko przechylił go jeszcze bardziej, sprawiając, że jego przeciwnik machnął odruchowo rękami, aby złapać równowagę. Pierwsza myśl, jaka przeszła mi przez głowę to: „Zabij go. Po prostu go zabij.”, ale potem odezwał się we mnie rozsądek: „Nie, nie. Lepiej dostarcz go mnie. Potrzebny jest nam żywy.”
A potem Moriarty dodał:
- Dam ci coś jeszcze na zachętę.
Jaką zachętę? Poczułem nagły przypływ adrenaliny. No tak, przecież nie proponowałby Sherlockowi samobójstwa, licząc, że popełni je z własnej, nieprzymuszonej woli. On miał w zanadrzu jakiegoś asa. Tylko co?
- Twoi przyjaciele zginą, jeśli nie skoczysz.
Na twarzy mojego brata wymalowało się przerażenie.
- John?
- Nie tylko John. Każdy.
- On na pewno blefuje! – wymknęło mi się.
- Pani Hudson? – szepnął Sherlock.
- Każdy – powtarza Moriarty.
- Sherlock, ja mam kamery w całym mieście! – zawołałem do niego. – Wiedziałbym, gdyby…
- Lestrade?
- Sherlock! – ponowiłem próbę, ale bez skutku.
- Trzy kulki, trzech strzelców, trzy ofiary – oświadcza najspokojniej w świecie Moriarty. – Nic już ich nie powstrzyma. – Sherlock szybkim krokiem wyciągnął go znad przepaści i postawił do pionu, a wtedy Moriarty zbliżył usta do jego ucha i dodał syczącym tonem: – Chyba, że zobaczą, jak skaczesz.
Sherlock stał tak oniemiały. Nawet nie próbował walczyć, kiedy Moriarty jednym sprawnym ruchem wyrwał się z jego uścisku. Uśmiechnął się do mojego brata, a potem zrobił dwa kroki do przodu.
- Możesz kazać mnie aresztować, możesz mnie torturować, możesz zrobić ze mną, co tylko zechcesz, ale nic nie odwiedzie ich od pociągnięcia za spust. Twoi jedyni trzej przyjaciele na świecie zginą, chyba, że…
- Chyba, że się zabiję i dopełni się twoja opowieść – dokończył Sherlock.
 - Sherlock! – Podszedłem do niego bliżej i powiedziałem: – Sherlock, pomyśl. Na pewno jest jakiś sposób. Wychodziłeś z większych impasów, pamiętasz? Musisz tylko pomyśleć nad rozwiązaniem.
Moriarty przytaknął z uśmiechem, a Sherlock tylko stał i przyglądał się podłożu.
- Musisz przyznać, że to jest dopiero sexy – stwierdził Moriarty.
- Umrę w niesławie – szepnął Sherlock.
- Oczywiście. W tym cały sęk – odpowiedział jego przeciwnik.
Obaj przenieśli wzrok na ulicę na dole.
- Masz nawet widownię. Czas umierać.
- Sherlock, złaź z tego dachu! – zawołałem do niego najbardziej stanowczym tonem jaki znam. – Nie waż mi się skoczyć, bo…
- Bo co? – zwrócił się do mnie znienacka Moriarty. – Co zrobisz, Mycrofcie Holmes? W tym czasie siedzisz sobie teraz w swoim małym gabinecie, nieświadom tego, co dzieje się z twoim małym braciszkiem. Co zamierzasz zrobić, aby zmienić jego los?
- Mogę kazać cię zabić, tu i teraz – odpowiedziałem. – Albo posłać za tobą całą armię, Scotland Yard, tajne służby i Interpol. – Sam nie wiedziałem, czemu to powiedziałem. Może dlatego, że czułem przemożną determinację, aby go powstrzymać za wszelką cenę, chciałem go teraz zastraszyć.
Ale on tylko prychnął śmiechem.
- Przecież ja już nie żyję, idioto. – Zaraz spojrzał na mnie z udawanym współczuciem. – Sam przyszedłeś mnie zidentyfikować. – Uśmiechnął się do mnie złośliwie. – Ale to bardzo zabawne widzieć jak Człowiek-Lód nagle zaczyna się łamać. Rzekłbym nawet, że to bardzo wzruszające, ale wiesz… jestem psychopatą.
Z przerażeniem patrzyłem jak Sherlock znów staje na krawędzi i spogląda w dół, a Moriarty przenosi wzrok ze mnie na niego.
- Mówiłem ci, że tak będzie – powiedział do niego. – Tylko twoja śmierć może powstrzymać zabójców. Bo na pewno nie ja.
- To nieprawda, Sherlock! – krzyknąłem i znów spróbowałem chwycić za rękę. Nie udało mi się. Ja się jednak nie poddawałem: – Zadzwoń do mnie, daj mi jakiś znak! Wiesz, że ci pomogę, tylko powiedz mi, co się dzieje!
I nagle jego ciało przechyliło się gwałtownie do przodu. Jak sparaliżowany patrzyłem, jak mój brat spada z niepohamowaną prędkością w dół i uderza o bruk. Jeszcze przez moment przyglądałem się jego powykrzywianej na betonie sylwetce, a po chwili na chodniku pod jego głową zaczęła rosnąć szkarłatna plama.
Kłębiły się we mnie te same uczucia, co w momencie, kiedy Anthea poinformowała mnie o śmierci Sherlocka. Najpierw niedowierzanie. Przecież Sherlock zawsze sobie radził, to niemożliwe, aby… Ale oczy mnie nie zwodziły. Widziałem jak skoczył. Widziałem jego ciało leżące na ulicy. I wtedy to do mnie dotarło, tak jak dotarło za pierwszym razem, kiedy się o tym dowiedziałem.
Sherlock nie żyje.
 
Obudziłem się zlany potem. Nie podnosząc głowy, powoli rozejrzałem się po sypialni. Wiszący na ścianie zegar myśliwski wskazywał czwartą czterdzieści dwie. Wszystko wokół było ciche i spokojne, a ja wiedziałem, że nie zasnę, przynajmniej nie od razu. Równie dobrze mogłem teraz pójść zrobić sobie herbatę i spróbować jakoś zabić czas.
Wstałem więc i po ciemku włożyłem na siebie szlafrok, a potem włączyłem światło w przedpokoju i poszedłem do kuchni. Wlałem wodę do elektrycznego czajnika, włączyłem go, wyciągnąłem z kredensu torebkę herbaty oraz filiżankę (nigdy nie mogłem przekonać się do kubka, być może dlatego, że herbata w filiżance zawsze wydawała mi się bardziej angielska), a z lodówki mleko. Mając trochę czasu do zagotowania wody, postanowiłem udać się do toalety, tak na wszelki wypadek. Potem zamierzałem usiąść w fotelu i ewentualnie sprawdzić ten nieszczęsny czwarty rozdział Księgi Rodzaju.
Kiedy jednak wszedłem do swojej łazienki, zamarłem w miejscu, zapominając o wszystkim, co zamierzałem zrobić tego ranka. Bo oto na moim lustrze widniał wykonany czerwonym flamastrem napis: „Glamis sen zabił, dlatego też Kawdor nie zaśnie; Mycroft Holmes nigdy już nie zaśnie.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz