piątek, 3 stycznia 2014

[FF: Sherlock] Pękający lód - rozdział 1

To wszystko zaczęło się od pewnego małego, acz irytującego incydentu. W zasadzie był to bardzo pogodny ranek, chociaż poprzedniej nocy padało, a prognoza pogody zapowiadała przelotne opady około południa, dlatego wziąłem ze sobą parasolkę (wziąłbym ją i tak, ale zwykle służyła mi za laskę, a tym razem niosłem ją z gotowością do użycia zgodnie z jej przeznaczeniem). Było to dwa dni po samobójstwie Sherlocka, a ja – idąc przez korytarze swojego miejsca pracy – wciąż słyszałem ciche szepty swoich współpracowników.
- Myślicie, że to nim wstrząsnęło?
- Znasz go, to maszyna…
- Pewnie nawet nie mrugnął, kiedy się dowiedział…
- Jeśli już cokolwiek poczuł, to ulgę. Jego braciszek był istnym wrzodem na dupie jeszcze zanim zaczął aranżować te wszystkie zbrodnie…
- Patrz, ma czarny garnitur. Na pewno na znak żałoby.
- No, nie wiem. Mnie to raczej wygląda na granatowy…
Udawałem, że ich nie słyszę; że nic mnie nie obchodzą ich niedorzeczne domysły; że rzeczywiście jestem maszyną. Po prostu szedłem spokojnie przez korytarz do swojego gabinetu, mijając biura i boksy współpracowników i podwładnych. Być może instynktownie mój chód stał się szybszy, ale twarz pozostawała niewzruszona, przez co sprawiałem wrażenie raczej śpieszącego się do pracy, niż próbującego uciec przed pomówieniami. Mam opinię Człowieka-Lodu i zależy mi, aby ta opinia się utrzymała. W mojej profesji ważna jest dyskrecja, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy wagi państwowej. Nikt nie mógł nigdy dociec tego, co chodzi mi po głowie, szczególnie po tym jak Sherlock…
Odczułem niejaką ulgę, kiedy położyłem rękę na klamce swojego gabinetu. Wyjąłem klucz i otworzyłem szybko drzwi, aby zaraz wejść do środka i oprzeć się o nie, wydając z siebie głębokie westchnienie. Kiedy jednak podniosłem wzrok, na ścianie za moim biurkiem rozpościerał się wielki, czerwony napis: „MORDERCA”.
Podniosłem brew, po czym spokojnie odstawiłem płaszcz na wieszak, podszedłem do biurka i zadzwoniłem do pokoju ochrony. Odczekałem kilka sekund, zanim nie odezwał się jeden z tych obiboków i nie zapytał o, co chodzi.
- Wydaje się, że musicie sprawdzić wczorajsze nagrania z kamer, panowie – powiedziałem.
- Coś się stało? – spytał ochroniarz przy telefonie.
- Mieliśmy tu wczoraj włamanie – odparłem. – Ja przynajmniej miałem.
- Coś zginęło, panie Holmes?
- Nie – odrzekłem, spoglądając znów na napis za sobą. – Ale podejrzewam, że nie taki był cel włamywacza.
Dla pewności sprawdziłem wszystkie szuflady biurka. Dokumenty wydawały się być na swoim miejscu, zresztą najważniejsze z nich znajdowały się gdzieindziej, w bardziej bezpiecznych miejscach (tylko idiota trzymałby dokumenty rządowe w swoim biurku, a ja idiotą nie jestem; wyrachowanym, makiawelicznym draniem bez serca tak, ale nie idiotą).
- Sprawdźcie te nagrania i złóżcie mi raport – powiedziałem po wstępnych przeszukiwaniach.
- Tak jest, panie Holmes.
Odłożyłem słuchawkę, a potem zadzwoniłem na policję. Kiedy tę rozmowę miałem już za sobą, usiadłem w swoim obrotowym fotelu i zacząłem się zastanawiać nad tym, kto jest tak głupi, a jednocześnie tak banalny, aby włamywać się do mojego biura i pisać na mojej ścianie czerwonymi literami: „morderca”. Miałem mnóstwo wrogów, którzy mogliby poczuć przemożną chęć zastraszenia mnie, jeśli nie zamordowania w jakiś przemyślny i bolesny sposób, chociażby po to, aby wywrzeć pomstę za pośrednio spowodowane przeze mnie krzywdy. Było ich stanowczo za dużo, abym mógł teraz z miejsca określić, kogo szukać. Potrzebowałem więcej tropów, czegoś co zawęziłoby grono podejrzanych, dookreśliło charakterystykę mojego włamywacza. Gdyby był tu Sherlock zapewne już by na coś wpadł. A że myślimy… myśleliśmy podobnie, mogłem spróbować zabawić się w detektywa, zanim nie przybędą odpowiednie władze.
Obróciłem fotelem tak, aby mieć przed sobą napis. Duże, w miarę równe litery. Sprawca się nie śpieszył, był raczej opanowany. Jasny, wręcz jaskrawy odcień czerwonego. No cóż, przynajmniej włamywacz nie był aż tak melodramatyczny, aby zapaskudzić mi ścianę swoją własną krwią, i użył zwykłej farby. W pomieszczeniu unosił się jej silny zapach, a i sam napis wyglądał na trochę zeschnięty, zapewne więc cały incydent miał miejsce kilka godzin temu. Rozejrzałem się po gabinecie. Nigdzie nie było śladów włamania, żadnych odcisków stóp ani poprzesuwanych o kilka cali mebli.
Niechętnie wstałem z wygodnego fotela i podszedłem do okna. Otworzyłem je i przyjrzałem się framudze, szybie i parapetowi. Były mokre po wczorajszym deszczu, ale tylko od zewnętrznej strony. Od wewnątrz parapet był suchy, tak jak wykładzina na podłodze. Wniosek: włamywacz nie wszedł przez okno. A skoro nie wszedł przez okno, dostał się tutaj drzwiami. A skoro dostał się tutaj drzwiami, musiał mieć przepustkę i klucz do mojego gabinetu. A tak się składa, że klucz ten posiadam tylko ja, a także woźny i szef ochrony.
Znów usiadłem w fotelu, ale tym razem przekręciłem się w stronę biurka. Oparłem łokcie na blacie i zacząłem się zastanawiać. To było… intrygujące. Gdyby Sherlock tu był, zapewne uznałby tę sprawę za zbyt banalną na jego wielki intelekt albo wręcz przeciwnie – znalazłby w niej coś, co by go zainteresowało. Być może gdybym pogłówkował jeszcze dłużej, zrobił jakieś analizy, poszukał w pamięci różnych informacji – krótko mówiąc: gdybym bawił się w detektywa trochę dłużej – doszedłbym do ciekawych wniosków, a być może nawet odczuwał to samo podniecenie, które odczuwał mój brat, ilekroć zajmował się pracą.
Jednakże ja nie jestem moim bratem, słynnym detektywem Sherlockiem Holmesem. Jestem Mycroftem Holmesem, który zajmuje się sprawami państwa. A tego dnia miałem jeszcze wiele do załatwienia, w Londynie i poza nim. Toteż kiedy tylko przybyła policja (ku mojemu zaskoczeniu przewodził jej inspektor Lestrade; jaki ten świat mały…), wziąłem płaszcz oraz parasol, w dużym skrócie wyjaśniłem im, co zaszło i do czego doszedłem, a potem opuściłem swój gabinet, ufając, że w trakcie mojej nieobecności skupią się na pracy i coś odkryją.
Zwykle nie przepadam za bieganiną, tym razem jednak była ona koniecznością. Nie tylko dlatego, że policja pracowała nad sprawą napisu w moim miejscu pracy, ale też dlatego, że ostatnio nie czułem się zbyt komfortowo, siedząc samotnie w swoim gabinecie. Cisza była jakaś taka ciężka i sprzyjała niechcianym rozmyślaniom. Oczywiście owe niechciane rozmyślania dopadały mnie również poza gabinetem, na przykład w samochodzie. Kiedy tylko wszedłem do czarnej limuzyny z przyciemnianymi szybami, jedyną rzeczą, która przerywała ciszę, był odgłos pracującego silnika i radio, w którym leciała jakaś stara, ckliwa piosenka o miłości. Aby zająć czymś ręce zacząłem obracać w nich parasol. Mimo wszystko jednak mój umysł chadzał własnymi drogami.
Myślałem o wszystkim, co ostatnio zaszło. Pracując dla rządu, zdarzało mi się popełniać błędy. Nawet jeśli dotyczyły one spraw wagi państwowej i groziły wybuchem wojny, nie przejmowałem się nimi aż tak bardzo, bo zawsze znajdowałem sposób, aby je naprawić. Czasami trzeba było poświęcić coś dla większego dobra, ale czym jest kilka istnień wobec bezpieczeństwa narodowego? Tylko ten jeden błąd nie dawał mi spokoju. Zresztą, jak mogłoby być inaczej, skoro dotyczyło to jedynej osoby, do której coś czułem? I był to jedyny błąd, który wbrew moim usilnym staraniom, nie tylko nie zdołałem naprawić, ale i jeszcze sprawę pogorszyłem.
Nagle zegar w samochodowym radiu wybił (jeśli można to tak ująć) dziewiątą, puszczono odpowiednią muzykę, zwiastującą poranny program informacyjny i odezwał się spiker:
- Dziewiąta w naszym radiu. Pora na wiadomości. – Krótka pauza i radiowiec mówił dalej: – Policja bada sprawę samobójstwa słynnego detektywa-amatora, Sherlocka Holmesa. Przed śmiercią Sherlock Holmes przyznał się do tego, że jest oszustem…
- Przełącz na coś innego – powiedziałem do kierowcy.
- Tak jest, panie Holmes – odpowiedział krótko i zmienił stację.
- Policja wciąż próbuje ustalić, czy Richard Brook, znaleziony na dachu, z którego spadł Holmes…
- Przełącz – nakazałem, a on bez słowa wykonał rozkaz.
- Nie mogę uwierzyć, że Sherlock Holmes był oszustem. Skoro popełnił te wszystkie zbrodnie dla sławy, to rzeczywiście jest potworem…
- Przełącz – powiedziałem, zdając sobie sprawę z tego, że mój głos się załamuje. I tym razem kierowca zrobił, co mu kazałem.
- I dobrze, że rzucił się z tego dachu. Przynajmniej pójdzie do piekła, gdzie jego miejsce…
- Do diaska! Czy w tym kraju naprawdę nie dzieje się nic innego?! – wrzasnąłem. Poniosło mnie tak bardzo, że aż wbiłem koniec parasola w posadzkę. – Ciągle tylko Sherlock Holmes i Sherlock Holmes!
- Za przeproszeniem, panie Holmes – odezwał się mój kierowca – ale minęły dwa dni, a pana brat był dość znaną postacią.
Musiałem przyznać mu rację. Sherlock w dość szybki sposób stał się osobą publiczną. Ludzie śledzili jego poczynania z zapartym tchem, podziwiali jego zdolności analityczne, walili drzwiami i oknami, aby go wynająć. A kiedy przez Jima Moriarty’ego padło na niego podejrzenie o to, że tak naprawdę sam stał za wszystkimi sprawami, aby zrobić z siebie bohatera i geniusza, wszyscy jego fani zamienili się nagle w anty-fanów. Kiedy zaś Sherlock popełnił samobójstwo, prasa była wniebowzięta.
W mgnieniu oka spiker zmienił temat na wojnę w Afganistanie, a potem na pomysł nowej ustawy, ale zbyt byłem pochłonięty uspakajaniem się po niedawnym wzburzeniu, aby przykładać uwagę do tego, która to była ustawa. Oparłem obie ręce na rączce parasola i wziąłem kilka głębokich oddechów. Cieszyłem się, że kierowca był zbyt zajęty prowadzeniem samochodu, bo przygryzłem dolna wargę, wpatrywałem się przez dłuższy czas w podłogę i miałem wrażenie, że wyglądam jakbym był bliski płaczu. Już sam fakt, że pozwoliłem sobie na wybuch złości, świadczył źle o mojej równowadze psychicznej.
Ale szybko wziąłem się w garść i przybrałem maskę chłodnej obojętności, z której jestem znany. Kiedy kierowca się wreszcie zatrzymał i otworzył mi drzwi, wyszedłem i swoim zwykłym, spokojnym krokiem skierowałem się w stronę bramy do jednostki wojskowej. Pokazałem sierżantowi przy bramie przepustkę i przekroczyłem próg. Czułem za sobą wzrok kilku żołnierzy, ale szedłem na spotkanie z generałem, jakby nigdy nic. Jakbym dzisiaj nie zastał czerwonego napisu w swoim gabinecie; jakbym nie usłyszał szeptów ludzi w biurze i jakby Sherlock nie zabił się otoczony niezasłużoną niesławą. Pełen profesjonalizm, żadnych sentymentów. Tak jak zawsze. W końcu jestem Mycroftem Holmesem.
Świadomość tego, że ktoś mi groził nie wpłynęła specjalnie na moją produktywność. Starałem się nie myśleć o napisie na mojej ścianie, w końcu najpewniej była to robota jakiegoś sfrustrowanego chuligana, którego, gdybym chciał, mógłbym wytropić i wyprowadzić nocą z jego domu (albo jeszcze lepiej – z miejsca sprzątnąć, ale wolałem nie posuwać się do aż takich skrajności; jesteśmy przecież w państwie prawa). Skupiłem się na pracy i przeszedłem nad tym incydentem do porządku dziennego. Czytałem raporty, rozmawiałem z ministrem obrony i wojskowymi, odwiedziłem kilka miejsc. Przez kilka godzin nikt nie wiedział o tym małym incydencie z rana, ale po jakimś czasie moi rozmówcy zaczęli poruszać ten temat. Ja zaś zapewniałem ich, że wszystko jest pod kontrolą i powracałem do pierwotnego tematu naszej rozmowy.
Jakoś udało mi się załatwić wszystkie najważniejsze rzeczy do południa (dzięki Bogu za wynalazcę komórki i bezprzewodowego internetu). Wstąpiłem do Klubu Diogenesa, aby się trochę zrelaksować. Usiadłem wygodnie w ulubionym fotelu i wyciągnąłem rękę w stronę pobliskiego stolika na kawę, gdzie leżała już przygotowana dzisiejsza prasa. Wziąwszy pierwszą z brzegu gazetę (The Sun), od razu natknąłem się na niechcianą informację – „Samobójstwo geniusza oszusta”. W przeciwieństwie jednak do radia (przy którym zmiana stacji groziła usłyszeniem tej samej informacji na innej częstotliwości), mogłem zignorować artykuł z pierwszej strony i przewrócić kilka kartek, aby znaleźć sobie coś lepszego do czytania. Poza samobójstwem Sherlocka pisano tam jeszcze o sprawach zagranicznych, jakimś morderstwie i wspomnianej wcześniej w radiu ustawie. Poza tym notowania giełdowe, wiadomości kulturalne i sportowe, prognoza pogody, wywiad z jakimś błaznem. Nie czułem się na siłach, aby cokolwiek czytać, złożyłem więc gazetę i położyłem ją z powrotem na stoliku.
Wtedy zorientowałem się, że co poniektórzy bywalcy Klubu Diogenesa zerkają na mnie ukradkiem. Domyśliłem się, co chodziło im po głowach. Zapewne – tak jak ludzie w biurze – zastanawiali się, czy poczułem coś po stracie brata. Mój granatowy garnitur musiał wysyłać im sprzeczne sygnały. Z jednej strony nie był czarny, czyli nie był w kolorze powszechnie kojarzonym z żałobą (w naszym kręgu kulturowym, rzecz jasna), z drugiej – nie można było powiedzieć, aby to był jakiś radosny odcień. Zresztą oni wszyscy mnie znali. Znali moją powściągliwość i moje wyrachowanie. Powinni więc się domyślić, że nie będę okazywać po sobie żałoby.
Utonąłem w fotelu i zamknąłem oczy. Czułem się zmęczony, chociaż była dopiero dwunasta z minutami. Ale prawda jest taka, że już drugi dzień zmuszałem się do udawania przed wszystkimi, że śmierć Sherlocka nie wywarła na mnie wrażenia. A prawda była zupełnie inna. Prawda była tak skomplikowana, że wygodniej było mi ją ukrywać.
Nagle usłyszałem jak dzwoni mój telefon. To był inspektor Lestrade z policji. Kiedy spytałem, czy coś odkryli, powiedział, że poza napisem nie ma żadnych śladów włamania (chciałem powiedzieć: „No, nie. Jak na to wpadliście?”, ale się powstrzymałem). Teraz zamierzał przesłuchać szefa ochrony i woźnego, i prosił o krótką charakterystykę obu podejrzanych.
- Woźny ma czterdzieści lat, płaskostopie i żylaki. Ma żonę i dwójkę dorosłych dzieci. Niedawno urodziła mu się wnuczka. Aha, i stołuje się w fastfoodzie. Szef ochrony zaś to mężczyzna około pięćdziesiątki. Żonaty dwadzieścia lat, ale właśnie się rozwodzi, prawdopodobnie z powodu impotencji i niepłodności, ale podejrzewam również skok w bok ze strony jego żony. Chyba nic do mnie nie mają, ale mogli się obrazić za parę rzeczy, które im powiedziałem.
- Wie to pan, bo tak często z nimi rozmawia? – spytał Lestrade.
- Nie, zaobserwowałem to i owo – odparłem.
Lestrade milczał przez chwilę, a potem dodał:
- Ale niech pan tego nie robi przy sierżant Donovan, bo jeszcze pomyśli, że…
- Spokojnie – przerwałem mu. – I tak nie będzie miała zbyt wielu powodów, aby mnie lubić. Proszę na mnie zaczekać, zaraz do was przyjadę. Chcę przy tym być.
Rozłączyłem się, zanim zdążył zaprotestować i wyszedłem na zewnątrz. Czekając aż podjedzie do mnie mój kierowca, usłyszałem dźwięk zwiastujący nadesłaną wiadomość. Wyjąłem z kieszeni komórkę i kliknąłem w odpowiednią opcję. Od razu zaintrygowało mnie to, że numer nadawcy był zastrzeżony. Nie na długo. Zaczekaj aż moi ludzie z tobą skończą… – pomyślałem z lekkim uśmieszkiem i otworzyłem wiadomość. Moja wesołość się ulotniła, kiedy na ekranie telefonu zobaczyłem słowa: Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!
- No, no – powiedziałem do siebie, chowając komórkę z powrotem do kieszeni. – Robi się ciekawie.
Samochód nadjechał. Sam otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.

1 komentarz:

  1. Dopiero zaczynam to czytać, ale już uwielbiam! :)

    OdpowiedzUsuń