poniedziałek, 9 grudnia 2013

Artykuł: Ludzka twarz pratchettowskiej Śmierci

UWAGA! Mimo że starałam się mówić w miarę ogólnie, w artykule mogą pojawić się spoilery do Morta, Kosiarza, Muzyki duszy i Wiedźmikołaja.

Filozofowie, psycholodzy i teolodzy zauważają z niepokojem, że myśl o śmierci i śmiertelności w dzisiejszych czasach jest odsyłana na dalszy plan; że prawie nie widuje się ludzi w żałobie; że w skutek medykalizacji podchodzimy do śmierci jak do czegoś, co nie jest naturalnym procesem, tylko czymś, co (przy pomocy współczesnej medycyny) można odłożyć na później; że dzisiaj starcy umierają samotnie w szpitalach, a nie (tak jak kiedyś) w domach, w otoczeniu bliskich; w końcu że obecna w mediach śmierć jest banalizowana i w konsekwencji – nie wywołuje takich emocji jak kiedyś.

To już nie jest nękane plagami i wojnami średniowiecze ze swoimi Tańcami Śmierci i wszechobecnym Memento Mori. A przecież właśnie z tego okresu wyewoluowało nasze zachodnie wyobrażenie Śmierci, jako kościotrupa w czarnym płaszczu i z kosą. Mimo że pojedyncze jej przedstawienia różnią się diametralnie (chociażby tym, że taka polska Śmierć, odwiedzająca mistrza Polikarpa była kobietą, a w brytyjskim folklorze jest to zwykle mężczyzna), o tyle  zamysł był zawsze ten sam – martwe ciało z kosą, przybywające, aby zabrać na tamten świat duszę, której czas już minął; Ponury Kosiarz, który bierze każdego, niezależnie od jego stanu, czy wykształcenia; Kostucha na siwym koniu, który był jej atrybutem już w Apokalipsie świętego Jana. Średniowieczna Śmierć wyryła się w naszej świadomości i przetrwała w miarę nienaruszonym stanie do XXI wieku. Jednak wyraźnie można zauważyć bardziej humorystyczne podejście do niej, niż w zeszłych epokach.

I tak oto – jeszcze w XX wieku – na scenie pojawiła się bardzo szczególna wizja Śmierci. Co prawda jest to Śmierć z uniwersum fantasy, jednak na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat stała się ona jednym z najważniejszych bohaterów Świata Dysku. Śmierć pojawia się już w pierwszej powieści z cyklu, Kolorze magii, gdzie niecierpliwie oczekuje na to, aż magowi Rincewindowi coś się stanie; a w następnej książce, Blasku fantastycznym, czytelnicy są zaznajomieni z Siedzibą Śmierci i rytuałem AshkEnte, przywołującym Śmierć.

Jednak prawdziwy rozwój postaci Ponurego Kosiarza Świata Dysku zaczyna się wraz z pierwszą powieścią mu poświęconą – Mortem. Mort zaczyna się w taki sposób: tytułowy młodzieniec zostaje wybrany przez Śmierć, aby zostać jego uczniem, a być może nawet stać się w przyszłości jego następcą. Mort wprowadza się więc do Siedziby Śmierci – czarno-białego świata z łąką i domem, gdzie prawa fizyki są tylko umowne, a czas stoi w miejscu. Następnie nasz bohater poznaje pozostałych lokatorów domu Śmierci – jego przybraną córkę Ysabell i tajemniczego sługę, Alberta. Przez jakiś czas wszystko układa się dobrze, Mort przyucza się do zawodu, a nawet zyskuje trochę mięśni, tymczasem Śmierć ma coraz więcej czasu na małe, ludzkie przyjemności. Potem jednak sprawy się komplikują, bo Mort zakochuje się od pierwszego wejrzenia w księżniczce Keli Sto Lat (której przeznaczeniem było zginąć z ręki zabójcy wynajętego przez jej stryja) i z tego powodu w dzień jej śmierci odbiera życie jej mordercy, a nie jej samej, doprowadzając tym samym do bałaganu w rzeczywistości.

Przez całą powieść Śmierć Świata Dysku jawi się nam (i Mortowi) jako służbista, który jednak „nie jest taki zły”. Kiedy Mort wyraża smutek, ponieważ widział, jak dobry i sprawiedliwy król Sto Lat ginie, zamordowany przez złego i podstępnego diuka Sto Helit, i pyta, czy nie ma sprawiedliwości, Śmierć odpowiada: „NIE, (…) JESTEM TYLKO JA.” Później, kiedy Mort na chwilę pozwoli mocom Śmierci wziąć górę nad swoim człowieczeństwem, wypowiada zdanie: „Nie ma sprawiedliwości, jestem tylko ja.”, a potem, podczas ostatecznej konfrontacji ze Śmiercią, Mort znów do niego nawiązuje, mówiąc: „Masz rację. Nie ma sprawiedliwości. Jesteś tylko ty.”

Jednakże kiedy Mort pyta, czy zostanie zwolniony za próbę zapobiegnięcia zamachu na króla Sto Lat, Śmierć oświadcza: „ZA TO, ŻE OKAZAŁEŚ WSPÓŁCZUCIE? NIE. MÓGŁBYM TO ZROBIĆ, GDYBYŚ OKAZAŁ RADOŚĆ.” Śmierć chce pracownika, który zdaje sobie sprawę z tego, że istnieje określona kolej rzeczy, ale nie chce psychopaty, który szuka przyjemności w ludzkich cierpieniach.

W miarę jak Mort uczy się fachu i powierzane są mu coraz bardziej poważne zadania (czyli samodzielnie zbiera dusze), staje się coraz bardziej podobny do Śmierci, w tym sensie, że zyskuje jego liczne moce, a to z kolei sprawia, że w którymś momencie staje się Śmiercią prawie w pełni. Mort dowiaduje się jak to jest pełnić obowiązki Kosiarza, ale także odkrywa pewną smutną prawdę – że Śmierć jest istotą, która żyła przez te wszystkie wieki, ma dbać o porządek Świata Dysku, aż do jego końca, a przy tym, jest niesamowicie samotna. Mort zaczyna więc współczuć swojemu panu, a ponieważ zaczyna się z nim utożsamiać poprzez kontakt z jego mocą, grozi mu zatracenie własnej osobowości. Na szczęście Ysabell, która przyjechała razem z nim pełnić obowiązki, przypomina mu, kim tak naprawdę jest.

Ysabell, jak już zostało wcześniej wspomniane, jest przybraną córką Śmierci. Jej rodzice zginęli gdzieś na pustyni, a kiedy Śmierć zdał sobie sprawę z tego, że osierocili Ysabell, wziął ją do siebie do domu. Przy czym sama Ysabell stwierdza, że nie tyle czuł, że jest mu jej przykro (ponieważ nie posiada gruczołów umożliwiających przeżywanie uczuć… co nie jest tak do końca prawdą, bo Śmierć wiele razy objawia przeróżne uczucia łącznie z rozpaczą i wściekłością), co myślał, że jest mu jej przykro. Z biegiem czasu zaczął dla niej tworzyć całą okolicę – od domu, poprzez łąki, aż po rzekę i drzewa. Nie był jednak w stanie stworzyć ani kolorów innych niż czerń, szarość i biel (do tego zdolny będzie dopiero w Kosiarzu), ani sprawić, aby mijał czas. Dlatego właśnie Ysabell przez 35 lat była szesnastolatką. Z charakteru jest dosyć spokojna (chociaż w swoim debiucie w Blasku fantastycznym miała mordercze zapędy) i bardzo lubi czekoladki (przez co Mort nie potrafi uwierzyć, że chudy, kościsty Śmierć jest ojcem puszystej Ysabell). Czasem pomaga też przybranemu ojcu przy wyliczeniach czasu, jaki pozostał poszczególnym śmiertelnikom. Nie przepada za swoim życiem, ale też zdaje sobie sprawę z tego, że Śmierć bardzo się stara przychylić jej nieba, i nawet jednym z powodów, dla którego sprowadził Morta, była właśnie chęć zeswatania go z Ysabell. Przez dłuższy czas to nie działa (no bo Mort jest zakochany w księżniczce Keli, a on i Ysabell za sobą nie przepadają), ale potem zaczynają współpracować, aby naprawić bałagan w Sto Lat, i w końcu się w sobie zakochują.

Podczas gdy Mort zdobywa doświadczenie zawodowe, Śmierć ma nagle bardzo dużo czasu i spędza go na wszystkich rzeczach, o których słyszał, że czynią życie bardziej radosnym, (albo po prostu bardziej znośnym) – przygląda się wschodowi słońca, łowi ryby, wybiera się do baru, gdzie się nie tyle upija, co udaje, że się upija… Jednym słowem, bardziej obcuje z ludźmi. Już wcześniej, podczas zabójstwa króla Sto Lat, przejawia zainteresowanie ludzkimi zwyczajami, ale tak naprawdę właśnie w tych scenach, kiedy Śmierć przechadza się po Dysku i nawet znajduje pracę w jadłodajni w Ankh-Morpolk, pojawia się po raz pierwszy ta cecha, która sprawiła, że Śmierć w późniejszych książkach stał się o wiele bardziej sympatyczniejszy w oczach czytelników, a mianowicie – zafascynowanie ludzkością i jej dziwactwami. Śmierć jest służbistą, ale lubi koty. Śmierć oddziela dusze od ciał, ale z nimi rozmawia. Śmierć twierdzi, że nie ma sprawiedliwości, ale pozwala dwojgu ludziom połączyć się po drugiej stronie. I naprawdę, trzeba by się zastanowić, na ile jest to związane z nagłym natłokiem wolnego czasu, a na ile faktem, że  Śmierć nie tylko obcował z ludźmi na Dysku, lecz także we własnym domu. Przecież nawet przed Ysabell, miał pod swoim dachem człowieka, Alberta.
Albert jest bardzo interesującą postacią. W Muzyce duszy Śmierć stwierdza, że nie powinien nigdy adoptować Ysabell, w sensie: że nie stałby się tak ludzki, będąc pod jej wpływem, ale tak naprawdę już wcześniej był pod ludzkim wpływem, bo Albert przebywał w jego domu od kilku wieków. W tym czasie zdążył pokazać swojemu panu wiele potraw i napojów, a także przeprowadzić mnóstwo rozmów, które bardzo szybko mogły przejść na tematy czysto ludzkie. Widać to zwłaszcza w Wiedźmikołaju. Zadziwia mnie, że rzadko kiedy bierze się pod uwagę Alberta jako czynnik „uczłowieczenia” Śmierci.

Z jednej strony pełni rolę służącego Śmierci, jest mu lojalny (po jakimś czasie Mort zauważa, że Albert wszystkich toleruje i wydaje się, że obchodzi go tylko jego pan), z drugiej strony jest cyniczny i złośliwy. Kiedy tylko powraca na Dysk, aby powiadomić Śmierć o tym, co zrobił Mort, im dłużej pozostaje w świecie śmiertelników, tym bardziej zaczyna się buntować. Należy przy tym zwrócić uwagę na to, że Albert był kiedyś magiem i to bardzo potężnym. Został sługą Śmierci, ponieważ bał się tego, co może go spotkać po drugiej stronie. Dlatego zgodził się na służbę w zamian za przebywanie w Siedzibie Śmierci, gdzie czas nie istnieje, a co za tym idzie – piasek w jego klepsydrze się nie przesypuje. Bunt Alberta jednak nie trwa długo, bo starzec szybko zostaje doprowadzony do porządku przez swojego pana. Mort (i później Susan) odkrywa w pewnym momencie, że najlepszym sposobem na zmuszenie Alberta do uległości to przemówienie do niego głosem Śmierci.

Kulminacją Morta jest walka między Mortem a Śmiercią o duszę księżniczki Keli. Jest to długa potyczka, która będzie miała swoje konsekwencje w Muzyce duszy. Po pierwsze – w pewnym momencie Mort zostaje spoliczkowany przez Śmierć. Wiele lat później na policzku Susan będą pojawiać się ślady po tym ciosie za każdym razem, gdy dziewczyna będzie się rumienić. Po drugie – ta sama Susan będzie świadkiem ostatnich kilka minut pojedynku. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego Śmierć postąpił, tak jak postąpił, pod sam koniec walki (a przynajmniej Pratchett twierdzi, że nie wiadomo, bo czytelnik domyśla się, że chodzi o słowa, które Mort wypowiada tuż przed tym, jak Śmierć zamierza zadać mu ostateczny cios; jeszcze inni doszukują się w poczynaniach Śmierci jakiegoś większego planu mającego na celu zeswatanie Morta z Ysabell, aby potem urodziło im się dziecko). Mort zostaje zwolniony, ale wraz z Ysabell zyskuje nowe zadanie – jako nowy diuk i księżna Sto Helit mają zadbać o to, aby historia potoczyła się we właściwym kierunku. Rozstają się ze Śmiercią w pokoju, a nawet przyjaźni.

Tak czy inaczej, Mort ukazał nam Śmierć Świata Dysku innego niż do tej pory. Odtąd nie był to tylko ktoś, kto czyha na czyjś zgon, ale był to bohater z własnymi myślami, zainteresowaniami, a nawet uczuciami. Jednak, moim zdaniem, książką, która najlepiej przedstawia postać Śmierci i jego człowieczeństwo, jest Kosiarz.
Fun fact - pierwszy raz widziałam tę książkę w księgarni i kiedy jakiś czas temu oglądałam "Wiedźmikołaja", to myślałam, że dziewczynka na tej okładce jest właśnie matką Susan.
W Kosiarzu pojawiają się po raz pierwszy Audytorzy Rzeczywistości – istoty, które mają za zadanie badać, czy Śmierć wykonuje należycie swoją pracę. Przy czym nie znoszą wszystkiego, co żywe i co posiada jakąkolwiek indywidualność. Ponieważ Śmierć jest coraz bardziej zafascynowany ludźmi, zyskuje właśnie indywidualność i na tej podstawie Audytorzy postanawiają zwolnić go z piastowanego stanowiska. W ramach podarku z okazji emerytury, Śmierć dostaje własny życiomierz – klepsydrę odmierzającą czas do jego zgonu. Utrata posady nie za bardzo wstrząsa Śmiercią, bo może się on teraz cieszyć wolnością, jednak z czasem zdaje sobie sprawę z kilku istotnych kwestii. Podczas gdy świat (czytaj: Ankh-Morpolk) cierpi z powodu nadmiaru żywotności, Śmierć zatrudnia się jako parobek u niejakiej panny Flitworth, przyjmując nazwisko Billa Bramy.

Ponieważ Śmierć ma przy sobie własny życiomierz i potrafi oszacować swój realny czas w świecie żywych, wkrótce staje przed problemem własnej śmiertelności. Wszystko dookoła przypomina mu, że kiedyś umrze (w szczególności tykanie wielkiego zegara z kukułką w salonie panny Flitworth) i dlatego jest bliski obłędu. Śmierć wręcz nie jest w stanie uwierzyć, jak ludzie potrafią wytrzymać tę ciągłą świadomość własnej śmiertelności. Jest to o tyle istotna kwestia, że w Świecie Dysku każdy ma zagwarantowane takie życie po śmierci, w jakie wierzy. Jeżeli wierzy w reinkarnację, znów się narodzi w nowym wcieleniu. Jeżeli wierzy w niebo i piekło, trafi do nieba lub piekła. Ponieważ Śmierć w swojej długiej karierze widział wszystkie te możliwości i w zasadzie nigdy wcześniej nie pojmował siebie samego jako istotę śmiertelną, nie miał czasu wybrać, w jaką wizję zaświatów wierzy i ostatecznie ma przeświadczenie, że dla niego zgon będzie oznaczał nicość. Kiedy czytałam te sceny rozterek Śmierci nad własnym przemijaniem, miałam niejasne wrażenie, że Pratchett nawiązywał w nich do koncepcji Heideggera, głoszącej, że człowiek jest „byciem [dążącym] ku śmierci” (Desein zum Tode); że niby Śmierć, będący teraz Billem Bramą, tak właśnie postrzega siebie, jako byt, którego celem jest umrzeć. Jakby się nad tym zastanowić, to tendencja ludzi do widzenia Śmierci nie w jego rzeczywistej postaci, ale zawsze jako jakiegoś innego człowieka, też może zostać zinterpretowana, jako skłonność do wyrzucania myśli o własnej śmiertelności na dalszy plan świadomości.

Następna rzecz, z którą musi się pogodzić (a która jest tylko zasygnalizowana i stanowi źródło pewnej fanowskiej teorii, o której zaraz powiem), to fakt, że również jego bliscy są śmiertelni. Którejś nocy Śmierć ma sen, w którym wraca na dawne stanowisko, przechadza się po swojej siedzibie i bierze pierwszy z brzegu życiomierz, który lada chwila ma się przesypać. Kiedy odczytuje nazwisko pod nim, budzi się, wołając pannę Flitworth. Pierwsza z brzegu interpretacja jest taka, że to właśnie jej życiomierz widział w swoim śnie Śmierć i ponieważ już zdążył ją nieco poznać, przestraszył się świadomości, że ta miła staruszka kiedyś umrze. Jednak pewna teoria głosi, że tak naprawdę zobaczył pod klepsydrą nazwisko Ysabell, a może nawet Morta, czyli ludzi, do których zdążył się przywiązać i których postrzegał jako swoją rodzinę. I rzeczywiście, jak zobaczymy w Muzyce duszy, ich śmierć bardzo nim wstrząśnie.

Jednocześnie, kiedy w jednym z domów we wsi, do której przynależy panna Flitworth, wybucha pożar, a potem okazuje się, że została tam mała dziewczynka, Śmierć reaguje, tak jak zwykle – że widocznie miała ona umrzeć i nie wolno jej ratować, bo to zachwiałoby porządkiem wszechświata. Panna Flitworth od razu policzkuje go za te słowa i oznajmia, że go zwalnia. Wtedy Śmierć zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest już uosobieniem śmierci, więc nie obowiązuje go zasada nieingerencji.

Ostatnia rzecz, którą kontempluje Bill Brama (zwracając się do nowopowstałego Śmierci Szczurów) to opowieść o więźniu zamkniętym w wieży i przyglądającym się ptakom, które przelatują koło jego okna. Później, konfrontując Audytorów Rzeczywistości, pyta ich: „CZY WIECIE, DLACZEGO WIĘZIEŃ W WIEŻY PRZYGLĄDA SIĘ PTAKOM?” Śmierć zauważa, że dla wielu ludzi jest wybawieniem. Niemalże symboliczne w tym kontekście wydaje się to, że zatrudnił się jako żniwiarz (ba! – nawet w Morcie rozważał taki wybór kariery zawodowej) i że w trakcie burzy decyduje się ryzykować własne życie, aby ocalić plon, i wścieka się kiedy zauważa koronę na skroniach Nowej Śmierci. Właściwie cały jego wątek zdaje się zmierzać do konkluzji, w której to Śmierć prosi Azraela (anioła śmierci z wierzeń islamskich, w Świecie Dysku będącego czymś w rodzaju symbolu śmierci we wszystkich światach i przeto władcą wszelkich bóstw i personifikacji tego zjawiska) o więcej czasu.
PANIE, WIEM, ŻE NIE MA DOBREGO PORZĄDKU Z WYJĄTKIEM TEGO, KTÓRY TWORZY MY...
Wyraz twarzy Azraela się nie zmienił.
NIE MA NADZIEI PRÓCZ NAS. NIE MA LITOŚCI PRÓCZ NAS. NIE MA SPRAWIEDLIWOŚCI. JESTEŚMY TYLKO MY.
Ciemna, smutna twarz wypełniła niebo.
WSZYSTKIE RZECZY, KTÓRE SĄ, SĄ NASZE. ALE MUSIMY O NIE DBAĆ. PONIEWAŻ JEŚLI NIE DBAMY, NIE ISTNIEJEMY. A JEŚLI NIE ISTNIEJEMY, NIE MA JUŻ NIC, TYLKO ŚLEPE ZAPOMNIENIE.
ALE NAWET ZAPOMNIENIE PEWNEGO DNIA MUSI SIĘ SKOŃCZYĆ. PANIE, CZY ZECHCESZ DAĆ MI TROCHĘ CZASU? DLA WŁAŚCIWEJ RÓWNOWAGI RZECZY. ABY ZWRÓCIĆ TO, CO DANE. PRZEZ WZGLĄD NA WIĘŹNIÓW I PTAKI.
Wypowiada przy tym najpiękniejszą kwestię, jaką kiedykolwiek będzie mu dane wypowiedzieć: „PANIE, NA CO MOŻE PLON MIEĆ NADZIEJĘ, JEŚLI NIE NA TROSKĘ KOSIARZA?”

To własnie zasadnicza różnica między Śmiercią a Nowym Śmiercią, który kiedy przychodzi po duszę Billa Bramy, zachowuje się tak, jakby chciał wzbudzić strach (do tego stopnia, że specjalnie pojawia się po północy i przy akompaniamencie gromu). Nowy Śmierć chce być panem i traktuje dusze, które zbiera, jako coś niższego, coś, co nie ma prawa głosu. Tymczasem Śmierć od zawsze wiedział, że jego praca to właściwie posłannictwo, i w Kosiarzu przekonuje się o tym jeszcze bardziej. Nawet Danse Macabre w jego wykonaniu jest aktem radosnym i szczęśliwym. Właśnie dlatego zawsze powtarzam, że Kosiarz to książka, która pokazuje w pełni kwintesencję Śmierci jako postaci. Pomijając wątek nieumartego maga walczącego z konsekwencjami nadmiernej żywotności we wszechświecie, wydaje się, że to ta część cyklu Świata Dysku, która poświęcona jest całkowicie Śmierci – Mort i Ysabell nie pojawiają się w ogóle, a Albert nie gra żadnej istotnej roli, poza zdziwieniem na początku i powitaniem swego pana z powrotem na stanowisku. Mamy więc tutaj Śmierć pozostawionego samemu sobie i dochodzącego do pewnych faktów na podstawie obserwacji i kontemplacji. Żadna późniejsza część cyklu nie dokonała tyle w kwestii studium postaci Śmierci, co Kosiarz.
Ludzie zwykle pamiętają w szczególności dwie rzeczy z "Muzyki duszy" - Śmierć na motorze i Śmierć z gitarą.
Niemniej jednak Muzyka duszy – następna książka mająca Śmierć jako jednego z głównych bohaterów – zaczyna się od wypadku, w którym giną Mort i Ysabell. Wydarzenie to doprowadza Śmierć do załamania i skutkuje jego ucieczką od obowiązków. Śmierć za wszelką cenę próbuje zapomnieć o tym, co widział i przeżył, m. in. zaciąga się do Legii Cudzoziemskiej i próbuje się upić w barze. Wkrótce czytelnik odkrywa, że Śmierć ma szczególny rodzaj pamięci – pamięta nie tylko to, co już było, ale też to, co ma się dopiero wydarzyć. I boleje nad tym, że nie tylko pamięta przyszłość, ale też nie może jej zmienić.
CZY WY. CZY WY CHODZI O TO, CZY WIECIE, JAK TO JEST, EEE, MIEĆ PAMIĘĆ TAK DOBRĄ, JASNE, TAK DOBRĄ, ŻE SIĘ PAMIĘTA, CO SIĘ JESZCZE NIE WYDARZYŁO? TO JA. TAK JEST. ZGADZA SIĘ. JAKBY. JAKBY. JAKBY NIE BYŁO PRZYSZŁOŚCI... TYLKO PRZESZŁOŚĆ, CO SIĘ JESZCZE NIE ZDARZYŁA. I. I JESZCZE. A I TAK. I TAK TRZEBA ROBIĆ SWOJE. WIECIE, CO SIĘ WYDARZY, ALE MUSICIE ROBIĆ SWOJE.
Rozejrzał się po twarzach słuchaczy. Bywalcy Załatanego Bębna byli przyzwyczajeni do alkoholowych wykładów, jednak nie do takich jak ten.
WIDZICIE. WIDZICIE. WIDZICIE, COŚ WYRASTA JAK GÓRA LODOWA NA KURSIE, ALE NICZEGO NIE WOLNO ZROBIĆ, BO... BO... BO TAKIE PRAWO. NIE WOLNO ŁAMAĆ PRAWA. …SIBYĆJAKIEPRAWO.
WIDZICIE TĘ SZKLANKĘ, TAK? WIDZICIE? JEST JAK PAMIĘĆ. BO TO TAK JEST, ŻE JAK SIĘ WIĘCEJ NALEJE, TO WIĘCEJ SIĘ WYLEJE. SOŚTAKIEGO CHRONI LUDZI PRZED SSSZZ... SZSZSZ... OBŁĘDEM. RÓCZ MIE. BIEDACZYSKO ZEMIE. PAMIĘTAM SZYSKO. JAKBY SIĘ ZDARZYŁO JUTRO. SZYSKO.
W Muzyce duszy chyba po raz pierwszy w historii fikcji mamy personifikację śmierci przeżywającą żałobę. I jest to w zasadzie zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że rozpacza nad kobietą, którą opiekował się przez trzydzieści pięć lat i mężczyzną, z którym pracował. To nie byli dla niego obcy ludzie, których dusze zwykł zabierać na drugą stronę. Śmierć wiedział, że oni umrą, nawet wiedział jak, jednak jako siła wyższa nie miał prawa ich uratować. Zaproponował im pewne rozwiązanie, ale nie zgodzili się na nie, ponieważ oznaczałoby ono utratę ich człowieczeństwa. Śmierć to uszanował, ale i tak czuje się podle z powodu ich zgonu.

Tak czy inaczej, w obecnym stanie emocjonalnym Śmierć nie jest zdolny do pełnienia swoich obowiązków, więc potrzebne jest zastępstwo. Śmierć Szczurów znajduje je w osobie córki Morta i Ysabell, Susan.

Susan z jednej strony posiada wiele typowych cech Mary Sue, jednocześnie nie będąc Mary Sue wcale. W tym sensie, że już  na wstępie ma znamienity rodowód (jest księżną Sto Helit), a dowiaduje się, że ma jeszcze znamienitszy (jest wnuczką Śmierci); jej ciało reaguje w nietypowy sposób na emocje (wspomniany wcześniej rumieniec w kształcie śladu po uderzeniu Śmierci, ale także mimowolne stawanie się niewidzialną), posiada nietypowy kolor włosów (białe z jednym czarnym kosmykiem), a także moce i liczne talenty sportowe i naukowe. Z drugiej strony Susan nie jest kompletnym orłem we wszystkim i ostatcznie nie okazuje się, że to ona miała rację, tylko właśnie Śmierć.

Nie wie o tym, kto jest jej dziadkiem, ponieważ kiedy była mała i regularnie przyjeżdżała do Siedziby Śmierci, Mort i Ysabell zauważyli pewne niepokojące zachowania wynikające ze spotkań Susan ze Śmiercią (konkretnie – to, że zażyczyła sobie na urodziny zobaczyć, co dziadek ma pod koszulą) i dlatego postanowili więcej nie przychodzić do Siedziby Śmierci i wychować Susan w duchu logiki i rozumu. Na początku też, kiedy Śmierć Szczurów i kruk Miódrzekł (który został zmuszony do bycia tłumaczem pisków zakapturzonego towarzysza na język ludzki) wyjawiają jej, kim jest jej drugi dziadek (bo dotąd znała tylko ojca Morta), Susan na początku im nie wierzy, ale w wyniku splotu kilku zdarzeń, zaczyna się oswajać z tą myślą. Ostatecznie przekonuje się, że to prawda po rozmowie z Albertem, który opowiada jej całą historię i udawadnia, że mimo wszystko Susan pamięta rozmieszczenie pokoi w Siedzibie Śmierci.
Jej stosunek do dziadka zmienia się na przestrzeni całej książki. Ponieważ Susan popełnia ten sam błąd, co Mort (tzn. ocala człowieka, którego przeznaczeniem było zginąć, a potem dokłada starań, aby pozostał żywy) i ma okazję obejrzeć wspomnienie walki między ojcem a Śmiercią, a także wypadek rodziców, nabiera przekonania, że Śmierć jest nieczuły i nie ma odwagi robić tego, co słuszne (czyli zabierać dusz niegodziwców, a ludziom dobrym dawać długie i szczęśliwe życie). Rozmowa z samym Śmiercią w tych wspomnieniach tym bardziej ją do takiego zdania przekonuje. Potem jednak, im więcej przypomina jej się z czasów, kiedy była mała, zdaje sobie sprawę z tego, że Śmierć był bardzo troskliwym dziadkiem – dawał jej jeździć na swoim koniu, kąpał ją, kupował jej prezenty i nawet sam zrobił jej bardzo dziwną huśtawkę. Również ostatecznie tym, co popycha Śmierć do działań, choć wszystko wydaje się stracone, jest krzyk wołającej go wnuczki.

Koniec końców, Susan – tak jak swego czasu Mort – dochodzi do wniosku, że mimo iż Śmierć jest służbistą, „nie jest taki zły”, i dziewczyna nawet przychyla się do prośby dziadka, całując go w czaszkę. W późniejszych książkach, kiedy Susan jest już dorosłą kobietą (i nauczycielką), woli nie mieszać się do spraw dziadka, ale zostaje wmieszana przez to, że jest w stanie wykonać zadania, których nie może Śmierć. Tak jest na przykład w Wiedźmikołaju.

Wiedźmikołaj już samym pomysłem na fabułę wydaje się dość osobliwy. Dyskowy odpowiednik naszego świętego Mikołaja znika i ktoś musi go zastapić, dopóki nie zostanie odnaleziony, bo wiara Nocy Strzeżenia Wiedźm zniknie i stanie się coś strasznego. Śmierć decyduje podjąć tego zadania i nagle ma wypełnić rolę symbolu świątecznego szczęścia. Ma być radosny, ma wzbudzać uśmiech na twarzach dzieci, ma rozdawać prezenty, ma jeździć saniami po niebie, aby wiara w Wiedźmikołaja nie zamarła. Jednocześnie sam nie wie zbyt wiele o świętach Nocy Strzeżenia Wiedźm, bo rzadko je obchodzi w swojej siedzibie. Odnalezienie się w nowej roli trochę mu zajmuje, z czasem jednak udowadnia, że jest bardzo dobrym Wiedźmikołajem. Posuwa się nawet do tego, że w ramach prezentu świątecznego wypełnia piaskiem życiomierz Dziewczynki z Zapałkami. A pod koniec nie tylko Wiedźmikołaj wyraża wdzięczność za całą jego pracę, ale też Susan zaprasza go na gorącą czekoladę.

Przy czym po raz pierwszy w książkach ze Świata Dysku poświęconych Śmierci pojawia się we Wiedźmikołaju konkretny antagonista – Pana Teatime, któremu Audytorzy Rzeczywistości zlecają zabicie Wiedźmikołaja. Teatime sprawia wrażenie psychopaty, ale Gildia Skrytobójców rekomenduje go do tego szczególnego zadania, ponieważ ma on plan na zabicie każdego nietypowego celu – Wróżki Zębuszki, Wiedźmikołaja, a także Śmierci. Dysponuje też szeroką wiedzą, jeśli chodzi swoje cele. Jest nawet taka scena, w której próbuje zabić Śmierć na oczach Susan i jej podopiecznych, ale mu się nie udaje.

Przesłaniem Wiedźmikołaja jest ludzka potrzeba fantazjowania, a także wiary w te fantazje. Mimo że sam Pratchett jest ateistą, wielokrotnie pokazuje w swoich książkach, że wiara w cokolwiek (nawet w coś, czego nie ma) spełnia ważną funkcję i człowiek, jak najbardziej powinien w to wierzyć, nawet nie dlatego, że daje ono jakieś pocieszenie, ale dlatego, że bez niej człowiek straciłby sporą część swojego człowieczeństwa. I też końcowa rozmowa między Śmercią a Susan, świadczy o tym, że Śmierć Świata Dysku w pełni to rozumie.

Ostatnia książka, w której głównym bohaterem jest Śmierć, to Złodziej Czasu, której niestety nie przeczytałam. Dlatego wspomnę jeszcze o Śmierci w ekranizacjach Świata Dysku i przejdę do konkluzji.
Jak wiadomo ekranizacji prozy Pratchetta było pięć – trzy filmy aktorskie (Kolor Magii, Wiedźmikołaj i Piekło pocztowe) i dwa animowane (Muzyka duszy i Trzy wiedźmy, przy czym oba są dostępne tylko po angielsku, a ich animacja jest miejscami… dziwna). W Piekle pocztowym Śmierć się nie pojawia, ale w Kolorze magii i w Muzyce duszy głosu użyczył mu Christopher Lee, zaś w  Wiedźmikołaju – Ian Richardson. Obaj panowie starali się swoimi potężnymi głosami, wzmocnionymi jeszcze przez dudnienie, oddać sposób mówienia Śmierci. To, że w książkach kwestie Śmierci pisane dużymi literami, ma przywodzić na myśl potęgę, jaka pojawia się nawet wtedy, gdy Śmierć jest skonfundowany albo rozbawiony. Lee i Richardson świetnie się wywiązali z tego zadania.

Co zaś się tyczy powierzchowności, to o ile w filmach Śmierć grany jest przez wysokiego mężczyznę w beznamiętnej masce i jego głowa tylko przekręca się w tę i we wtę, o tyle w Muzyce duszy na przykład udało się pokazać całą gamę ekspresji Śmierci. Mimo że jego twarz to w zasadzie czaszka pozbawiona mięśni, sposób ułożenia szczęki i oczodołów, a także tkwiące w tych oczodołach niebieskie ogniki, są w stanie wyrazić wściekłość, zacięcie, zdumienie, nawet radość. A trzeba pamiętać, że w książkach twarz Śmierci też bywa zaskakująco ekspresyjna.

Wielokrotnie zastanawiałam się czy to, że Śmierć w Świecie Dysku stał się tak przyjazny i sympatyczny, ma związek z chorobą autora, ale do rozpoznania u Pratchetta Alzheimera doszło całe lata po wydaniu Złodzieja Czasu, nie mówiąc już o Morcie. Poza tym on sam wspominał, że inspiracją dla tej postaci był Śmierć z Siódmej pieczęci Ingmara Bergamana. Pratchett widział ten film jako dziecko i doszedł do wniosku, że tamtejszy Śmierć nie jest wcale przerażający. Tak czy inaczej, przez te wszystkie lata Śmierć stał się jedną z najbardziej rozbudowanych postaci ze Świata Dysku. Pojawił się również we wszystkich powieściach cyklu, poza Wolnymi Ciut Ludźmi; dorobił się także licznej grupy fanów, którzy chcieliby, aby na drugą stronę przeprowadził ich właśnie taki Ponury Kosiarz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz