sobota, 2 listopada 2013

Recenzja: Poirot: Dwanaście prac Herkulesa

Uwielbiam serię ekranizacji przygód Herkulesa Poirota wyprodukowaną przez studio ITV, i – tak jak dla wielu ludzi – uważam, że odtwarzający w nich główną rolę David Suchet jest idealnym Poirotem. Do niedawna nie miałam specjalnych zastrzeżeń do serialu, a ewentualnych odejść od oryginału albo nie zauważałam, albo uznawałam za dobre uzupełnienie postaci samego małego Belga (jak to było w przypadku Morderstwa w Orient Ekspressie). Tak było do czasu, aż kilka tygodni temu nie obejrzałam adaptacji Wielkiej Czwórki, której ostateczne rozwiązanie może i z punktu widzenia opowieści jako takiej było ciekawym zwrotem akcji, ale i tak pozostawiło u mnie poczucie niedosytu, gdyż miałam nadzieję zobaczyć tam Achillesa Poirota w akcji, a musiałam obejść się smakiem.

Toteż, kiedy dowiedziałam się, że następny odcinek Poirota emitowany w Polsce będzie adaptacją Dwunastu prac Herkulesa, mój entuzjazm nie był aż tak wielki, jak zwykle i w zasadzie trochę się obawiałam tego, co scenarzyści mogliby z nim zrobić.

Jak łatwo się domyśleć, Dwanaście prac Herkulesa to seria opowiadań Agathy Christie, w której każda sprawa ma wiązać się w jakiś sposób ze słynnymi pracami mitycznego herosa, imiennika detektywa. Po ich przeczytaniu zastanawiałam się nawet, jak by wyglądała ich adaptacja z Suchetem w roli główniej, ale zawsze zakładałam, że raczej byłyby one oddzielnymi odcinkami, jak większość opowiadań ze zbioru Wczesne sprawy Poirota. Wiedziałam, że gdyby miały być ekranizowane zbiorczo, musiano by sporo pominąć i poczynić kilka zmian, tym bardziej, że tylko w przypadku niektórych opowiadań wydarzenia związane z następną sprawą następowały tuż po rozwiązaniu przez Poirota poprzedniej.

I nie myliłam się, choć teraz widzę, że wiele z poczynionych zmian dało dobry efekt. Widać to już na samym początku odcinka, kiedy to dowiadujemy się, że Poirot zastawił pułapkę na mordercę kobiet i złodzieja diamentów zwanego Mallascotem, a pełniąca rolę przynęty Lucille zostaje zamordowana, mimo wcześniejszych zapewnień Poirota, że nic jej się nie stanie. Z tego powodu Poirot ma poczucie winy i podupada na zdrowiu. Idąc za zaleceniami lekarza, szuka jakiegoś zajęcia i wkrótce przyjmuje nieodpłatnie sprawę odnalezienia zaginionej miłości pewnego szofera (która jest wyjęta z rozdziału odpowiadającemu pogoni za łanią kerynejską). W pierwszej chwili trochę się wzdrygłam tymi zmianami (pierwotnie Poirot specjalnie szukał spraw będących współczesnymi pracami Herkulesa, bo uważał to za dobry sposób na zakończenie kariery), ale potem zdałam sobie sprawę, że w mitologii greckiej te słynne dwanaście prac stanowiło pokutę dla Herkulesa za zabicie własnej rodziny. Wątek odkupienia Poirota wpasowuje się doskonale w motyw paraleli między mitycznym i współczesnym Herkulesem.

Zamiast zbioru luźno powiązanych ze sobą historyjek, mamy grupkę osób uwięzioną w szwajcarskim uzdrowisku z powodu zepsutej kolejki. Jedną z tych osób jest Mallascot, a reszta to bohaterowie kilku opowiadań z oryginalnego zbioru. Udało mi się odnaleźć kilka wątków z samej książki (porwanie Cerbera, ptaki stymfalijskie i pas Hipolity, a także wspomnianą łanie kerynejską; sama lokacja zaś pochodzi z opowiadania o byku z Erymantu), ale być może gdybym przeczytała jeszcze raz Dwanaście prac Herkulesa, znalazłabym więcej. Tak czy inaczej, mityczna metafora jest jakby niekompletna, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę przewijającą się przez cały odcinek akwarelę przedstawiającą Herkulesa powalającego Hydrę. Nie ma tam na przykład wątku lwa nemejskiego ani stajni Augiasza. Mamy za to pytanie: „Kim jest Mallascot i kto padnie jego ofiarą?”, a „prace” zostają sprowadzone do wątków pobocznych, chociaż nie pozbawionych znaczenia (patrz: ptaki stymfalijskie). Z drugiej strony chyba trudno byłoby wprowadzić do ogólnej fabuły wątek lwa nemejskiego (czyli znikających pekińczyków), czy chociażby sektę, której członkinie dziwnie często umierały na serce, bez obawy o to, że owe wątki wprowadzą zamęt do opowieści i będą miały jakiś sens. Scenarzyści musieli więc zrezygnować z niektórych opowiadań i jedynie to i owo z nich zaczerpnąć.

Zabieg przeniesienia miejsca akcji na jedną lokację był dobrym rozwiązaniem, jak na półtoragodzinną adaptację kilku opowiadań. Jak mówię, bardziej pasowałoby mi, aby każde opowiadanie było adaptowane oddzielnie. Wiem jednak, że i to rozwiązanie nie byłoby do końca idealne, biorąc pod uwagę to, że łączy je właśnie ów motyw mitologicznych prac Herkulesa. Poza tym ITV już poprzestało na o wiele dłuższych adaptacjach twórczości Agathy Christie i chyba trudno byłoby im znów zacząć robić odcinki o długości czterdziestu pięciu minut (bo tyle trwały ekranizacje wszystkich opowiadań z serii Wczesne sprawy Poirota).

Tak jak w finałowym opowiadaniu Dwunastu prac Herkulesa, tak i tutaj pojawia się hrabina Rosakoff, która dla Poirota jest tym, czym dla Holmesa była Irene Adler – godnym przeciwnikiem, a jednocześnie zauroczeniem detektywa. Hrabina Rosakoff pojawia się w trzech książkach o Poirocie – w jednym z opowiadań we Wczesnych sprawach Poirota, w Wielkiej Czwórce i właśnie w Porwaniu Cerbera. W odcinku jest mnóstwo scen między Herkulesem Poirotem i hrabiną Rosakoff, i to nawet zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że w adaptacji pierwszego spotkania Poirota z jego Irene Adler dużo miejsca zostało poświęcone ich rozkwitającemu wzajemnemu uczuciu. Jednak choć hrabina wyraźnie chce odnowić zażyłość z Poirotem, a ostatni akapit Porwania Cerbera sugeruje, że detektyw wybiera się na spotkanie z hrabiną, o tyle pod koniec adaptacji Dwunastu prac Herkulesa ten wątek idzie w inną, bardziej tragiczną stronę.

Wydaje mi się, że na korzyść ostatnich adaptacji Poirota z Suchetem w roli głównej działa fakt, że sam aktor zaczyna już się starzeć (choć nie ma to wpływu na jego zdolności aktorskie). Obwisłe i pomarszczone policzki Sucheta sprawiają, że nie mamy wątpliwości, iż grany przez niego Poirot również jest w podeszłym wieku. David Suchet zobowiązał się do 2011 roku wziąć udział w adaptacjach pozostałych pozycji, w których pojawia się Poirot, a w późniejszych powieściach (zwłaszcza w ostatniej – Kurtynie) starość małego Belga daje mu się we znaki. W Dwunastu pracach Herkulesa (jak również w pozostałych adaptacjach wykonanych przez ITV) Poirot wydaje się więc być zmęczony tym, co przeżył i co widział.

Ostatecznie uważam, że Poirot: Dwanaście prac Herkulesa nie jest najgorszą adaptacją, jaką widziałam, ale żeby się nią lepiej cieszyć, warto sięgnąć po książkowy oryginał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz