piątek, 4 października 2013

[FF: Kacze opowieści] Zachować sekret cz.5 - Nadzieja


Wolframik biegł przez długi, ciemny tunel. Po drugiej stronie czekał na niego niecierpliwy wieści Diodak. W jaskini obok Donald relacjonował przez krótkofalówkę jak supergaz radzi sobie z przechwytywaniem uwięzionych pod ziemią pieniędzy starego McKwacza. A radził sobie całkiem dobrze – oblekł forsę balonem i podniósł ją delikatnie do góry, zgodnie z oczekiwaniami swojego twórcy. Wyglądało więc na to, że wynalazek Diodaka okazał się sukcesem.
Nagle jaskinię ogarnęły wstrząsy. Wolframik przyśpieszył kroku.
- Co się dzieje? – Z końca tunelu dobiegł go nerwowy głos Diodaka. – Czy to trzęsienie ziemi? Tylko tego nam brakowało! – Po chwili jednak dodał, nie kryjąc radości: – Nie! To monety muszą się wznosić w górę pieczary! Mój wynalazek działa!
Wolframik nareszcie znalazł się po drugiej stronie, ale Diodak go nie zauważył. Zbyt bardzo pochłonięty był swoim odkryciem. Ruszył z miejsca tak szybko, że podmuch powietrza zrzucił mu z głowy kapelusik. Sam wynalazca wydawał się nawet tego zauważać.
- Biegiem do skarbca! Muszę zobaczyć jak to się skończy!
W pierwszej chwili Wolframik pomyślał, że ten kurak kiedyś straci głowę, jeśli ktoś o niego nie zadba. Potem żaróweczka skorzystała z danych jej przez Diodaka rączek, złapała nakrycie głowy i pobiegła za wynalazcą. Ten spotkał się ze Sknerusem, kiedy starzec właśnie wychodził ze skarbca, witając Diodaka z otwartymi ramionami. Dopiero wtedy Wolframikowi udało się dogonić swojego twórcę i przyczepić się do jego kamizelki.
- Panie McKwacz, ja… – zaczął kurak, ale bogacz mu przerwał:
- Diodak! Mój bohater!
Diodak zatrzymał się i na jego twarzy pojawił się uśmiech. Podczas gdy Sknerus chwalił jego pomysł i jego samego, Wolframik wspiął się na głowę Diodaka i położył na jej szczycie nieszczęsny kapelusik.
W sumie równie dobrze Wolframik mógł być tym, kto zadba o roztargnionego wynalazcę. Właściwie nie miał nic przeciwko. [1]
 
- Najważniejsze to dowiedzieć się czegoś o „Odyseuszu” – oświadczył Sknerus. – Musimy odszukać ten statek, a potem znaleźć jakiś sposób, aby poznać układ pomieszczeń, rozstawienie straży i ich uzbrojenie.
- Wolframik – odezwał się do siedzącej mu na ramieniu żaróweczki Fulton. – Może przypominasz sobie coś o ludziach, którzy uprowadzili Diodaka? Cokolwiek.
Pomocnik Diodaka przerwał swoje rozmyślania nad zamierzchłą przeszłością i zaczął się gorączkowo zastanawiać. Nie lubił wracać do zajścia z poprzedniej nocy, ale skoro wymagała tego misja… Przypomniał sobie jak trzej intruzi dobijali się do drzwi warsztatu, a odźwierny dzielnie ich powstrzymywał; jak Diodak schował gumkę do kieszeni, a potem zawołał do siebie swojego pomocnika; jak kazał mu uciec i wezwać pomoc. Wolframik przypomniał sobie jak nie chciał go opuszczać, ale Diodak był uparty, a porywacze…
Wolframik aż się wyprostował. Dlaczego wcześniej mu to umknęło? Jak mógł to przeoczyć?
Zeskoczył na kolana Fultona i przedostał się na teczkę Cyfrona. Ponieważ nie było nic, co pomogłoby mu wystukać to, co miał do powiedzenia, Wolframik zaczął tupać.
- Szybko, dajcie Cyfronowi kartkę i długopis! – zawołał Sknerus.
Z pomocą księgowemu przyszedł Śmigacz, który otworzył schowek w desce rozdzielczej i wyciągnął z niej notes z zaczepionym o okładkę długopisem. Cyfron natychmiast wziął się do pracy, a Śmigacz, Sknerus, Fulton i schowani pod kocami Hyzio, Dyzio i Zyzio czekali ze zniecierpliwieniem na to, co odkryje księgowy.
- Co to za stukanie? – zapytał najciszej jak potrafił Megajonek, który jako jedyny nic nie rozumiał.
- W ten sposób Wolframik może się z nami komunikować – wyjaśnił Dyzio. – A teraz bądź cicho.
Sknerus i Fulton odwrócili się za siebie. Śmigacz również usłyszał szepty chłopców, ale musiał pilotować samolot, zaś Cyfron skończył odszyfrowywanie wiadomości żaróweczki i dopiero wtedy spojrzał za siebie.
- Kiedy ja nie wiem, w jaki sposób stukanie można uznać za komunikację. To Morse? – ciągnął dalej Megajonek, a Sknerus i Fulton podnieśli się ze swoich miejsc i zaczęli ostrożnie zbliżać się do koca.
- Nie, idioto – syknął Zyzio. – To szyfr na zasadzie przydzielania literom alfabetu liczb.
Obaj starcy złapali dwa końce koca, ale jeszcze ich nie podnosili. Sknerus odwrócił się do Fultona i jego usta wypowiedziały bezdźwięcznie słowa: „Na trzy.” Fulton tylko przytaknął.
- Nie jestem idiotą – odparł Megajonek.
- Jesteś, bo zadajesz głupie pytania – odpowiedział Hyzio. – Jeśli dalej tak pójdzie to nas…
- Trzy! – zawołał Sknerus i wraz z Fultonem ściągnęli płachtę, odsłaniając  kryjące się pod nim maluchy.
Teraz wszyscy czterej chłopcy spoglądali niepewnym wzrokiem na stojących nad nimi dorosłych. Po chwili na twarzach Megajonka, Hyzia, Dyzia i Zyzia pojawiły się nerwowe uśmiechy. Fulton założył ręce na ramiona, a Sknerus oparł się na lasce, obaj zaś przyglądali się malcom z wyraźnym niezadowoleniem.
- Co ty tu robisz, Megajonku? – spytał swojego wnuka Fulton.
- Mówiłem wam, chłopcy, że tym razem ze mną nie idziecie – powiedział do siostrzeńców Sknerus. – To zbyt niebezpieczne.
Wszyscy czterej od razu podnieśli się na równe nogi. Nagle nie byli już ani trochę przestraszeni, tylko zdeterminowani.
- Idziemy z wami i już! Nie wykurzycie nas! – oświadczyli stanowczo jak jeden mąż.
- Wykluczone. To… – zaczął Fulton, ale Sknerus podniósł rękę, każąc mu milczeć, po czym znów położył obie dłonie na lasce.
- Powiedzcie mi, malcy – zagadnął do nich spokojnym tonem – odpaliliście w hangarze Śmigacza fajerwerki, aby odwrócić naszą uwagę, prawda? – Nieśmiało przytaknęli. Sknerus ciągnął dalej: – I wślizgnęliście się do środka, kiedy my wybiegliśmy sprawdzić co się dzieje, czy tak?
Znów kiwnęli głowami.
- To był właściwie plan Megajonka – wyjaśnił Dyzio.
- Ależ to perfidne! – wykrzyknął Cyfron. – Panie McKwacz, proponuję ich sprać, tu i teraz!
Sknerus milczał przez chwilę, a potem na jego twarzy pojawił się uśmiech. Starzec zachichotał pod nosem, po czym pogłaskał każdego z chłopców po głowie, czym wzbudził dziwienie nie tylko Fultona, Wolframika i Cyfrona, ale także samych pogłaskanych.
- Starzeję się – powiedział, wciąż się uśmiechając. – Zapomniałem jak bardzo moi malcy są do mnie podobni. – Następnie zwrócił się do Fultona: – I zdaje mi się, że Megajonek również zaczyna przypominać swoich przodków.
- O co panu chodzi, panie McKwacz? – zapytał starzec lekko poirytowanym tonem.
- Nie miałem nic złego na myśli – odparł Sknerus i usiadł znów na swoim miejscu. – Chodziło mi tylko o to, że miałem do czynienia z trzema członkami waszej rodziny, pomijając oczywiście tego małego – wskazał laską Megajonka i zaraz ją opuścił – a każdy okazał siłę swojego intelektu. Najpierw pański ojciec, panie Fultonie, wydawał mi się zwykłym wędrownym sprzedawcą, ale z pomocą jego oczyszczających wodę kulek udało nam się ze stryjem Angusem odnaleźć skarb, nie mówiąc już o tym, że jako mechanik na moim statku uratował nas obu przed pewną śmiercią[2].
- A no tak – odrzekł Fulton i sam usiadł. – Opowiadał mi o tym kotle wypełnionym bawełną.
- Potem był pan, panie Fultonie, który jako jeden z protoplastów Młodych Skautów zajmował wraz z kolegami Kaczogródzki Fort[3].
- Pamiętam, pamiętam – przyznał, tym razem się uśmiechając. – Nadal nie rozumiem jak można było sprzedać ziemię, na której stał taki zabytek.
- Muszę przyznać, że kiedy was wygoniłem, nie myślałem, że napiszecie do prezydenta, ani tym bardziej, że on wam odpowie, wysyłając wojsko. Na szczęście prezydent był moim znajomym, a przy okazji tej całej afery udało nam się przymknąć Braci Be.
- Zaraz, zaraz – przerwał mu Megajonek. – Skoro znał pan pradziadka Newtoniusza i pamięta dziadka z czasów, kiedy był skautem, to ile w końcu ma pan lat?
- Młody człowieku, starszym się nie przerywa – oznajmił ostro Sknerus.
- A ja wciąż mam gdzieś w domu tę klamkę, którą dał pan jako dotację na Młodych Skautów – zmienił temat Fulton. Zaraz jednak w zamyśleniu przytknął rękę do dzioba. – Chociaż może też leżeć u Diodaka.
- No właśnie, Diodak – powiedział Sknerus, przechylając się bardziej do przodu. – On też jest kimś więcej, niż się wszystkim wydaje. Robi te swoje wynalazki dla ludności, które nierzadko nie idą jak trzeba; czasem jego umysł jest nieobecny, ale nie można powiedzieć, że kiedy napotyka na problem, to nie potrafi szybko wymyśleć rozwiązania. – Nagle jego twarz przybrała smutny wyraz. – Na pewno teraz też szuka jakiegoś sposobu, aby się uwolnić.
 
Po odstawieniu do celi Diodak usiadł pod ścianą, skulił kolana i złapał się za głowę.
Pokazali mu jego miejsce pracy – przestronne pomieszczenie z profesjonalną deską kreślarską, przyrządami do łączenia i rozszczepiania części pancerza, mikroskopem elektronowym i innymi rzeczami, o których Diodak – spędziwszy całe życie w prostym warsztacie – tylko słyszał. Jasne, w KAW dysponował technologią na całkiem wysokim poziomie, ale mimo wszystko zawsze wolał staromodne narzędzia i przyrządy codziennego użytku. Nie to go jednak martwiło.
Zastanawiał się czy będzie w stanie odtworzyć w pamięci plany Robokwaka i jak długo wytrzyma, pracując wbrew własnym przekonaniom. Mógł wynajdywać różne rzeczy dla Granita Forsanta – przeciwnik pana McKwacza zawsze używał ich do przedsięwzięć, które miały dopiec jego rywalowi, ale – o dziwo! – ostatecznie zawsze były to rzeczy w granicach prawa (roboty, które pomagały w budowie, raczej były legalne); mógł robić różne wynalazki dla KAW – wywiad zajmował się obroną kraju, a czasem nawet całego świata; mógł w końcu zbudować skafander Robokwaka dla pana McKwacza, bo cel był w sumie dosyć trywialny – obrona skarbca. Robokwak nie miał atakować, miał bronić i – jak się później okazało – bronił nie tylko pana McKwacza, lecz również reszty Kaczogrodu.
Diodak westchnął, wyciągnął z kieszeni kamizelki buteleczkę i przyglądał się jej przez dłuższy czas. Czuł otępienie i gorycz. Wyglądało na to, że miał tylko dwa wyjścia – pracować dla PTAK-u albo wypić zawartość buteleczki. Żadne z nich mu się nie podobało. Chciał zachować twarz, chciał pozostać dobrym człowiekiem, za którego się uważał. Wiedział, że Zakuty Dziób mu na to nie pozwoli.
Nagle jego wzrok przeniósł się z buteleczki na wciąż stojące w jego celi krzesło. Jakoś tak na zasadzie skojarzeń stanęło mu przed oczami pewne wspomnienie. Wspomnienie Babci Kaczki przywiązującej go do krzesła.
To przyrząd do sprawiania, aby pracujący non-stop wynalazcy brali zasłużony urlop. No, a teraz, Diodaku, po prostu się zrelaksuj…[4]
Potem pomyślał o ubranym w własnoręcznie zrobioną zbroję Wolframiku gotującym się do walki z kurą; o biegającym po warsztacie Megajonku, o budujących namiot siostrzeńcach pana McKwacza, o wściekającym się o byle co Donaldzie, o Śmigaczu testującym na prośbę Diodaka kolejną machinę latającą; o panu McKwaczu dającym nura we własnym skarbcu, o Tasi i pani Dziobek zapraszających jego – Diodaka – na herbatę. Uśmiechnął się do swoich myśli, ale zaraz spoważniał i zacisnął pięść wokół buteleczki. Byli ludzie, którzy go kochali, a on zamierzał kiedyś do nich wrócić.
Jest trzecie wyjście – powiedział sobie. – Wymaga dużo pracy i przygotowań, a do tego jest bardzo ryzykowne, ale gra jest warta świeczki…
 
- Jednakże obawiam się, że sam nie będzie w stanie zbyt wiele zdziałać – ciągnął dalej Sknerus. – Dlatego właśnie jest mu potrzebna nasza pomoc. Co prowadzi nas do… – odwrócił się do swojego księgowego – wiadomości, którą chciał nam przekazać Wolframik. Czytaj, Cyfron, co też tam naskrobałeś.
Cyfron spojrzał w dół na leżącą na jego teczce kartkę.
- „DOKTORD”. Hm… To chyba nawet nie jest słowo.
Wolframik zabrał księgowemu długopis i postawił na kartce dwie kreski: jedną po „R”, a drugą obok ostatniej litery. Wszyscy – poza pilotującym samolot Śmigaczem – podeszli szybko i zaczęli zaglądać przez ramię na słowo.
- To brzmi jak ksywka jakiegoś zbira – skomentował Dyzio i zwrócił się do Wolframika: – Czy to on porwał Diodaka?
Żaróweczka machnęła przecząco rękoma, po czym zaczęła coś bzyczeć, zginając lekko dłonie i przesuwając nimi po głowie jakby chciała zaznaczyć, że ma wokół niego jakieś kółko.
- Nic nie rozumiem – odpowiedział Sknerus.
Megajonek jednak zrozumiał, ale milczał, bo nie był pewien czy dobrze. W końcu wygłosił niepewnie swoje przypuszczenie:
- Chcesz powiedzieć, że oni tak nazywali wujka? Doktorem D?
Nagle Śmigacz zszedł gwałtownie w dół, sprawiając, że Wolframik i chłopcy poupadali na podłogę. Przez moment nie widział przed oczami nieba, tylko korytarz KAW i wielkie, ciężkie drzwi, na których narysowana była żarówka, a nad nią wielkie litery: „Dr D”. Następnie śmignął mu przed oczami obraz siedzącego przy stole i przyglądającego się uważnie czarnej peruce Diodaka.
- Diodak! Ty też pracujesz dla KAW?
- U pana McKwacza nie zarabiam nawet na czynsz! A tu jestem panem D…[5]
- Śmigacz, co ty robisz?! – Wrzask jego szefa obudził pilota i zaraz Śmigacz wyrównał lot.
Przez chwilę trwała cisza. Śmigacz próbował ustalić, co właśnie odkrył. Był tym bardzo podekscytowany, ale nie wiedział, czy powinien zdradzać cokolwiek na temat KAW. W końcu to były poufne informacje.
- Co to było, Śmigacz? Chciałeś nas pozabijać? – dopytywał się Sknerus.
- Właśnie coś odkryłem, ale nie wiem, czy powinienem wam mówić – wyjaśnił niepewnie Śmigacz.
- Jeśli to coś związanego z Diodakiem i z ludźmi, którzy go porwali, to lepiej powiedz – odparł Fulton. – To nam może pomóc w jego odnalezieniu.
Pelikan zerknął na przyglądających mu się z uwagą pasażerów, po czym spojrzał na to, co było przednim, wziął głęboki oddech i oświadczył:
- Dobrze, powiem, ale musicie mi przysiąc, że to, co powiem, nie opuści tego samolotu.
- Dobra, dobra, przysięgam – odrzekł zniecierpliwiony Sknerus.
- My też! Słowo skauta! – powiedzieli chórem chłopcy, niemal jednocześnie przykładając dłoń do piersi.
Fulton i Cyfron przysięgli również i Śmigaczowi nie pozostało nic więcej, jak tylko przejść do rzeczy:
- Panie McKwacz, pamięta pan jak byłem podwójnym agentem dla KAW?
- Tak – odrzekł Sknerus, marszcząc brwi, a potem nagle podniósł je w akcie zdumienia. – Chcesz powiedzieć, że Diodak…?
- Nie jest szpiegiem per se – wyjaśnił pilot. – Robi gadżety dla KAW, ale nic poza tym. Nazywają go tam panem D albo doktorem D.
- Wujek Diodak pracuje dla wywiadu? – Megajonek nie potrafił powstrzymać ekscytacji. – Super!
- To znaczy, że ludzie, którzy porwali mojego syna też mogą być szpiegami – podsumował Fulton.
- Albo znają go z agencji – wtrącił Śmigacz.
- A właśnie, mały. – Sknerus spojrzał na Wolframika piorunującym wzrokiem. – Znasz alfabet i umiesz posługiwać się długopisem. W takim razie dlaczego wcześniej nie oszczędziłeś nam tego całego szyfrowania i po prostu nie napisałeś o co ci chodzi?
Wolframik zabzyczał coś i wzruszył ramionami.
- Mówi, że bazgrze – przetłumaczył Megajonek.
Niebawem on, Hyzio, Dyzio i Zyzio poczuli się senni, więc Sknerus kazał im iść spać na tyłach samolotu. Po jakimś czasie Fulton i Cyfron również zasnęli na siedząco i tylko Sknerus, Wolframik i Śmigacz byli przytomni. Podczas gdy pelikan pilotował w ciszy samolot, a żaróweczka siedziała nieruchomo i przyglądała się widokowi za oknem, bogacz pogrążył się w rozważaniach.
Dawno nie wspominał starego Newtoniusza. Właściwie to po Jawie całkowicie zerwał z nim stosunki. Obaj zajęci byli swoimi sprawami – kaczor pomnażaniem pieniędzy, a kurak… Sknerus nie wiedział nawet, czym się zajmował. W tym czasie wiele się wydarzyło. Newtoniusz spłodził syna, który potem sam stał się ojcem. I dopiero z wnukiem swojego dawnego współpracownika, a potem mechanika, Sknerus znów zaczął spotykać się jakoś częściej, zwłaszcza, że Diodak był bardzo podobny do dziadka, zarówno fizycznie jak i pod względem zachowania. I tak jak kiedyś Sknerus ufał Newtoniuszowi, tak teraz ufał Diodakowi. Chociaż Diodakowi zdarzały się chwile głupoty i często jego wynalazki okazywały się niepowodzeniem, bogacz nigdy nie pomyślał nawet o zleceniu pracy innemu wynalazcy. Sam nie był pewien, czy to z przyzwyczajenia, sentymentu, czy też może dlatego, że mimo wszystko Diodak był nieodrodnym wnukiem Newtoniusza i był tak samo kompetentnym pracownikiem jak jego dziadek.
Być może też przez te wszystkie lata zlecania mu różnych rzeczy i spotykaniu się z nim przy tej, czy innej okazji, Diodak stał się dla niego kimś więcej niż tylko zleceniobiorcą. Tak jak Śmigacz, Cezar czy pani Dziobek, był też kimś w rodzaju przyjaciela. I właśnie dlatego Sknerus ruszał mu teraz na ratunek. To samo zrobiłby dla każdej bliskiej mu osoby.
Popatrzył na siedzącego obok Wolframika.
- Nie martw się – powiedział do żaróweczki, a pomocnik Diodaka szybko odwrócił się w jego stronę. – Twój szef wróci do ciebie cały i zdrowy, jakem Sknerus McKwacz.
 
Zamek zazgrzytał i do pogrążonej w ciemnościach celi weszła Natalie. Diodak poznał ją od razu, nawet zanim kliknęła jakiś niewidoczny w mroku przycisk na ścianie i włączyła światło. W ręce trzymała ładnie złożone ubrania. Na samym wierzchu znajdowała się piżama, a pod spodem jakieś spodnie i chyba śnieżnobiała koszula.
- Dlaczego siedzi pan na podłodze, a nie na krześle, doktorze D? – spytała z najszczerszym zdumieniem na twarzy.
- Byłem do niego przywiązany przez cztery godziny – odpowiedział krótko i chłodno, podnosząc się na równe nogi. Zaraz jednak zobaczył wyraz twarzy agentki i pożałował swoich słów. – Przepraszam, nie powinienem. To w końcu nie pani mnie związała – dodał z nerwowym uśmiechem. Następnie podszedł do zbitej z pantałyku Natalie i odebrał od niej ubrania. – Jak sądzę to mój strój na zmianę.
- Tak jest – odparła agentka i uśmiechnęła się przyjaźnie. – Pan się przebierze, doktorze, a ja zabiorę pańskie ubranie i je upiorę. Musi być już bardzo nieświeże.
- Teraz zaraz? – zdziwił się Diodak.
Nie będzie jak ukryć nadajnika i butelki. Poza tym – mam się przebrać na jej oczach?
- Proszę się nie martwić, doktorze – odpowiedziała, odwracając się do niego tyłem. – Nie będę patrzeć.
Mimo wszystko nie był spokojny. Nie chodziło już o to, że mógłby zostać przez nią nakryty na trzymaniu w kieszeniach różnych rzeczy, ale o fakt zmieniania ubrania w obecności osobnika płci przeciwnej. Już na samą myśl o tym trzęsły mu się ręce. Musiał jak najszybciej przekonać Natalie, żeby dała mu się ubrać na osobności.
- Ja wiem, że kazano pani mieć mnie na oku – zaczął niepewnie, a ona odwróciła się twarzą do niego – ale już się zgodziłem na pracę dla PTAK-u i zapewniam, że nie ucieknę.
Uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko i zrobiła krok wprzód. Teraz dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Po chwili spojrzała mu w oczy i odezwała się znów:
- Wie pan, doktorze, ta pańska nieśmiałość jest nawet urocza. Tak rzadko mężczyźni okazują wstydliwość… Myślę, że dobrze będzie się z panem pracowało.
Weź się w garść. To tylko kobieta… Diodak wziął głęboki oddech i odpowiedział stanowczo:
- Po prostu niech pani zostawi te ubrania na krześle, a jutro oddam pani pranie.
- No dobrze – odparła, wzruszając ramionami i odwracając się w stronę drzwi. – I tak nie ma pan jak uciec. – Przeszła kilka kroków, ale tuż przed wejściem zatrzymała się i spojrzała znów za siebie. – Jesteśmy na pełnym morzu.
Nie tylko dlatego, dranie… – chciał powiedzieć, ale jedynie zacisnął pięści i po prostu pozwolił jej wyjść. Następnie położył ubrania na krześle i zaczął się przebierać w piżamę. Zanim jednak położył się do łóżka, zaczął szukać jakiegoś dobrego miejsca, gdzie mógł włożyć buteleczkę i nadajnik. Kieszenie w spodniach były  zbyt obcisłe, oba przedmioty za bardzo by się wyróżniały, ale niebawem Diodak odkrył ze zdumieniem, że to, co wcześniej wziął za koszulę było tak naprawdę kitlem.
- A to ci dopiero… – powiedział uśmiechając się do swoich myśli, po czym zajrzał do „butonierki” kitla.
Wyglądała całkiem przestronnie. Zmieścił by się w niej długopis, notes i coś do jedzenia. Była idealna. Szybko przeniósł gumkę i butelkę do środka, po czym rozłożył kitel na oparciu krzesła. Następnie podszedł do miejsca, gdzie spoczywała ręka Natalie, kiedy agentka włączyła światło, i od razu odnalazł przycisk. Zadziwiające, że nie zauważył go wcześniej, a być może nawet zauważył, tylko zapomniał, że on tam był. Często zdarzało mu się coś takiego. Właśnie dlatego dobrze było mieć przy sobie Wolframika.
Na twarzy Diodaka znów pojawił się uśmiech, ale zaraz wynalazca posmutniał, gasząc światło. W ciemnościach nocy podszedł do łóżka, podniósł kołdrę i nieśpiesznie położył się na plecach. Przykrywając się pościelą, szczerze wątpił, że uda mu się zasnąć w tym obcym i nieprzyjemnym miejscu. Zamknął oczy i pozwolił swoim myślom swobodnie krążyć w jego głowie w nadziei, że sen jednak do niego przyjdzie.
Oczyma wyobraźni znów widział przed sobą Wolframika. Wspominał wciąż i wciąż błazenady swojego pomocnika. Nagle zachciało mu się śmiać, nagle ogarnął go miły spokój, nagle nie martwił się o to, co stanie się następnego dnia. Zanim się spostrzegł, zasnął z uśmiechem na ustach.
--------------------------------------------------
 [1] Ta scena pochodzi z komiksu, który opowiada o tym jak powstał pierwszy udany wynalazek Diodaka - czyli Wolframik.
[2] Dziadek Diodaka wyglądał tak: http://duckman.pettho.com/characters/ratchet.html
Miał na imię Newtoniusz (aczkolwiek nazywano go w niektórych źródłach również Zębatka Diodak) i pojawia się pierwszy raz w tym komiksie Życie i Czasy Sknerusa McKwacza: Władca Missisipi. Potem jeszcze pojawia się w innym komiksie z tej serii, tym razem Sknerus spotyka go w Jawie, badającego wulkany.
[3] Znów Życie i Czasy Sknerusa McKwacza, tym razem Invader of Fort Duckburg.
[4] A ta scena pochodzi z komiksu, w którym Diodak jedzie do Babci Kaczki na wakację, aby odpocząć od wynajdywania, ale i tak kończy na tym, że buduje maszynę, która robi mleko, jajka, kukurydzę itd. z ziemi. Chciałam to wrzucić do poprzedniego rozdziału, ale się nie dało.
[5] Nareszcie coś z serialu. Puśćcie sobie ten filmik: http://www.youtube.com/watch?v=szIp9qg2uM4 w momencie 7:12.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz