piątek, 27 września 2013

[FF: Kacze opowieści] Zachować sekret cz.4 - Bez wyjścia

Donald dyskretnie wszedł na mostek kapitański. Ostrożnie krążył mopem po podłodze, udając zajęcie pracą, podczas gdy admirał obserwował radar. Oczy Donalda skierowały się w stronę przełożonego, który na razie wydawał się nie zdawać sobie sprawy z jego obecności. Powoli kaczor zbliżył się do admirała pod pozorem posprzątania koło steru. Dłonie rozluźniły uścisk wokół rączki i Donald zaczął o wiele mniej energicznie myć podłogę, skupiając się niemal całkowicie na tarczy radaru.
Urządzenie odbierało sygnały dwóch obiektów: jeden z nich oddalał się od statku, więc Donald spojrzał przez okno. Jak się spodziewał, sygnał ów należał do lecących nad morzem mew. Znów popatrzył na radar, a tam inny obiekt znajdował się daleko (jakiś kilometr w rzeczywistości, chyba, że Donaldowi znów coś się pomyliło) od środka, ale się nie przemieszczał (a przynajmniej robił to bardzo powoli). Donald pamiętał, że według instrukcji wujka Sknerusa miał zwracać uwagę na każdy obiekt pływający i latający na pełnym morzu, bo urządzenie, które odbierało nadajnik Diodaka, pokazywało miejsce oddalone od lądu. Mimo to majtek naprawdę nie był pewien, czy to, co widział pulsujące na pokładowym radarze, jest tym, czego szukali.

- Co ty tu robisz, Kaczor?! – Ostry ton admirała wyrwał Donalda z rozmyślań. – Albo dokończysz to, co zacząłeś, albo wynoś się. Najlepiej to drugie.
Donald natychmiast stanął na baczność i zasalutował.
- Proszę o zezwolenie na zadanie pytania! – oznajmił, a admirał westchnął ze zrezygnowaniem.
- O co chodzi, Kaczor? Byle szybko.
Donald przyjął pozycję „spocznij” i mniej oficjalnym, acz niepozbawionym respektu tonem przeszedł  do sedna sprawy:
- Czy wiadomo nam o innych stacjonujących tu jednostkach?
- Nie o wszystkich, ale na pewno jest paru naszych na tych wodach, w tym przynajmniej dwa lotniska nawodne i chyba z czterdzieści łodzi podwodnych. A są jeszcze jednostki cywilne, patrole morskie, ekspedycje naukowe… W ogóle to nie powinno cię interesować, Kaczor, więc kończ pracę albo śmigaj stąd.
- Tak jest, panie admirale. – Donald znów stanął na baczność, po czym powrócił do sprzątania.
Admirał wygonił majtka z mostka, jednakże Donald zamierzał zebrać trochę więcej informacji. Po pierwsze dlatego, że nie chciał dzwonić do wujka Sknerusa z pustymi rękami, a po drugie – miał zamiar odnaleźć Diodaka i go uwolnić. Wyobrażał to sobie jako wielki, heroiczny wyczyn pełen zawrotnych zwrotów akcji i walk na miecze, które ostatecznie kończyły się jego zwycięstwem; no i Donald wymarzył sobie, że kiedy przybędą wujek Sknerus i inni, poklepią go po ramieniu, a admirał awansuje.
Tak, to będzie brawurowa misja ratunkowa.
 
- Obiad – oświadczył oschle postawny mops o niezbyt przyjaznej twarzy, który otworzył drzwi celi i wprowadził wózek z jedzeniem.
Diodak spojrzał na niego pytająco, ale nic nie odpowiedział. Nie był pewien, czy to dobrze, czy źle, że tym razem nie pojawiła się Natalie. Jego kelner – tak jak wcześniej kelnerka – ustawił wózek tuż naprzeciw siedzącego na łóżku więźnia. Lecz zamiast – jak spodziewał się tego Diodak – pozostać i pilnować go, mops wyszedł, zostawiając wynalazcę samego z jedzeniem.
Diodak przeniósł wzrok z drzwi na stojący przed nim talerz. Kotlet z ziemniakami i jakąś buraczaną surówką wyglądał całkiem nieźle. Do picia zaś była jakaś mrożona herbata. Kiedy Diodak wziął w ręce nóż i widelec, miał okazję ujrzeć coś, co wcześniej umknęło jego uwadze – sztućce były całkiem porządne, zapewne ze srebra, i do tego wypolerowane tak bardzo, że był w stanie się w nich przejrzeć. Nie ma co! – był w klatce, ale ta klatka była złota.
Nieśpiesznie zaczął spożywać posiłek, pozwalając, aby myśli krążyły swobodnie w jego umyśle. Co chwila jego wzrok padał to na talerz, to na ścianę, to na łóżko, to na szklankę, i powoli zaczął łączyć ze sobą pewne fakty. Najpierw herbata – skoro byłą mrożona, oznaczało to, że znajdował się w jakimś ciepłym miejscu i jego porywacze spodziewali się, że on to w jakiś sposób odczuje. Dalej – cała ta wyszukana zastawa świadczyła o tym, że tym statkiem płynie więcej VIP-ów, niż on. Być może szefowie PTAK-u, być może jakiś inny ważny więzień. Potem umysł Diodaka zaczął krążyć wokół ewentualnych planów ucieczki. Gdyby udało mu się zebrać jak najwięcej rzeczy, być może byłby w stanie stworzyć jakiś wynalazek, który pomógłby mu się stąd wydostać, a przynajmniej ułatwić znalezienie go.
Nagle rozmyślania Diodaka zostały przerwane przez dziwny świst, dochodzący z zewnątrz. Wynalazca zamarł na moment, a po kilku sekundach zdał sobie sprawę z tego, że ten świst pochodził ze statku. Odsunął wózek, szybko podniósł się na równe nogi i wszedł na łóżko, aby zajrzeć przez okno.
Jego oczy rozszerzyły się na widok okrętu marynarki, a chwilę potem zdał sobie sprawę z tego, że skądś go zna. W jego umyśle zamigotało wspomnienie zdjęcia na biurku pana McKwacza; zdjęcia, które przedstawiało statek bliźniaczo podobny do tego. A pod spodem było mniejsze zdjęcie, w zasadzie paszportowe, na którym był…
- Donald – wyszeptał Diodak, a jego twarz rozpromienił uśmiech.
Czy to możliwe, żeby to był tylko zwykły zbieg okoliczności? Czy to możliwe, żeby to był właśnie jego okręt? Niezależnie od tego, czy jego przypuszczenia były słuszne, czy nie, okręt marynarki – nawet bez Donalda – oznaczał możliwość ocalenia. Dlatego Diodak szybko przystąpił do dzieła.
Rozejrzał się po pokoju w nadziei, że umysł sam podsunie mu rozwiązanie. Tak też się stało. Jego wzrok natychmiast napotkał sztućce i nad głową Diodaka zapaliła się wyimaginowana żarówka. Kurak szybko wziął widelec, przetarł go jeszcze serwetką i pokręcił nim przed oknem. Niestety nie mógł go otworzyć, jednak statek znajdował się teraz w takim nachyleniu, że słońce padało akurat na widelec. Diodak aż zmrużył oczy, ale dzięki temu był w stanie dostrzec na pokładzie sąsiedniego statku znajomą postać.
A jednak to jego okręt…
 
Donald wyszedł na powietrze i kontynuował szorowanie pokładu. Przez pewien czas nic się nie działo. Morze było spokojne, niekiedy lekka bryza przelatywała przez okręt i muskała twarze marynarzy. A potem ktoś na mostku kapitańskim pociągnął za sznurek i rozległ się świst. Donald aż podskoczył. I wtedy jego oczy skierowały się w stronę będącego o jakieś dwadzieścia metrów i wciąż zbliżającego się do nich statku. Wyglądał na jakiś bardzo luksusowy liniowiec z mnóstwem okien i długim śnieżnobiałym dziobem. No, tak. W końcu byli na Hawajach. Zastanie jakiegoś statku wycieczkowego w tych okolicach było właściwie kwestia czasu. Być może nawet to było to coś, co wykrył wcześniej radar.
Mimo to Donald nie potrafił oderwać od niego wzroku, tym bardziej, że ten statek było coraz bliżej jego okrętu (choć sądząc po znajomym uczuciu ruchu, to raczej okręt zmierzał w stronę liniowca, a nie na odwrót). A im bliżej był, tym bardziej majtek miał wrażenie, że w jednym z okien statku połyskuje jakieś dziwne światło. Niebawem dystans między okrętem marynarki a liniowcem mierzył zaledwie dwa metry, i wtedy Donald był w stanie odczytać nazwę statku – „USS Odyseusz” – i zauważyć w oknie jakąś małą postać wymachując czymś odbijającym blask słońca. Kaczor odłożył mop do wiadra, oparł się o barierkę i wychylił niebezpieczne daleko, aby móc się lepiej przyjrzeć osobie w oknie.
Tymczasem Diodak nie przerywał ani na moment wysyłania sygnałów. Miał nadzieję, że jego przyjaciel go rozpozna i że przechwyci wiadomość. Błagam cię, Donald. Zrób coś. Cokolwiek…
Nagle na twarzy kaczora pojawiło się zdumienie, następnie – szeroki uśmiech, a potem – determinacja. Donald szybko odszedł od barierki. Diodak pomyślał, że jego życzenie było chyba trochę nieprzemyślane. W końcu co taki majtek jak Donald mógł zrobić?
Jego znajomy z Kaczogrodu podbiegł do postawnego mężczyzny, który wydawał się być kimś ważnym, i zaczął coś do niego mówić. Mężczyzna nie wyglądał na przekonanego, patrzył tylko na Donalda beznamiętnie.
- Panie admirale, mówię prawdę – przekonywał kaczor. – Wuj doniósł mi, że mój stary znajomy, Diodak, został porwany i jedyny ślad wskazuje na te okolice.
Proszę, uwierz mu – modlił się Diodak. – Wiem, że bywa kłopotliwy, nadpobudliwy i niemądry, ale  w tej jednej kwestii mu uwierz. Uwierz, że jestem tutaj i potrzebuję pomocy…
- Masz wybujałą wyobraźnię, Kaczor – odpowiedział na prośby podwładnego admirał. – Właśnie dlatego wciąż jesteś tylko majtkiem.
Donald poczuł jak nadchodzi jeden z tych licznych momentów, kiedy bardzo chciał swojemu przełożonemu przyładować, ale z oczywistych względów musiał się powstrzymać. Wziął głęboki oddech i przystąpił znów do przekonywania admirała.
- Panie admirale, niech pan spojrzy w te stronę. – Wskazał okno, w którym Diodak wciąż wysyłał sygnały. Admirał natychmiast przewrócił oczami, ale zaraz skierował tam wzrok. Tymczasem Donald dodał: – Czy nie widzi pan, że to sygnał SOS?
Admirał przyglądał się przez moment światłu odbijającego się od okna. Diodak nie ustawał wysyłaniu sygnałów, wręcz robił to teraz z jeszcze większą determinacją. Obaj z Donaldem czekali w napięciu na reakcję dowódcy i mieli szczerą nadzieję, że admirał uwierzy swojemu podwładnemu i własnym oczom.
Tymczasem sam dowódca okrętu nie był pewien, co widzi. Ostatecznie w tym oknie mogło stać jakieś szklane naczynie albo lustro, albo jeszcze co innego… Wiedział jednak, że skoro Donald się tym ekscytuje, nie można było traktować tego z pełną powagą. Dość często zdarzało się, że wznosił alarm, bo coś sobie ubzdurał.
Po kilku sekundach wysyłania sygnałów do admirała, drzwi do celi Diodaka się otworzyły i wynalazca zamarł w obawie, że to Zakuty Dziób. Do celi weszła jednak postawna kura z krótko obciętymi włosami przykrytymi czerwoną chustą; w jasnej, akwamarynowej sukience i fartuchu. Kobieta niosła w jednej ręce wiadro, a w drugiej – mopa, więc Diodak odetchnął z ulgą. To była tylko sprzątaczka.
Po chwili posłała mu chłodne spojrzenie i, podchodząc bliżej do łóżka, powiedziała ostro:
- Kto to widział stać w butach na łóżku… Teraz będę musiała po panu sprzątać?!
- Och. – Diodak popatrzył na dół, po czym uśmiechnął się do sprzątaczki nerwowo. – Przepraszam, ja tylko…
Nagle na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Szybkim ruchem podniosła mopa i podcięła Diodakowi nogi, sprawiając, że wylądował z trzaskiem na podłodze. Sprzątaczka pochyliła się nad nim i przyłożyła rączkę mopa do jego twarzy.
- Proszę się nie martwić, doktorze D. Jestem znana z tego, że lubię sprzątać – oświadczyła, po czym spoważniała i zbliżyła się do jego twarzy. – Chciał pan wezwać pomoc, doktorze. Bardzo niemądrze[1].
Po chwili uderzyła go mopem w twarz. Przez chwilę Diodak miał wrażenie, że jego dolna szczęka się złamała, ale pokręcił żuchwą i z ulgą stwierdził, że wszystko było dobrze.
Donald poczuł przypływ chłodu, kiedy światło w oknie – a wraz z nim Diodak – zniknęło. Tymczasem na pokład linowca wyszedł kogut w stroju kapitańskim i ze stalowym dziobem. Stanął naprzeciw admirała, który uśmiechnął się złośliwie, potem jednak jego twarz przybrała bardziej profesjonalny wyraz.
- Witam, kapitanie – odezwał się do koguta.
- Witam, admirale – odpowiedział Zakuty Dziób. – W czym mogę służyć?
Admirał spojrzał na swojego podwładnego, a potem zwrócił się znów do kapitana statku tonem niby służbowym, ale jednak podszytym szyderstwem:
- Przepraszam, ale czy więzicie tutaj kogoś?
- Nie. – Zakuty Dziób zachichotał w bardzo naturalny sposób. – Jesteśmy zwykłym statkiem wycieczkowym. Mogę zapewnić, że nasi goście płyną nim z własnej woli. Skąd panu przyszło coś takiego do głowy?
- O nie, to nie mnie – oświadczył admirał. Złapał Donalda za kołnierz i podniósł do góry. – Mój chłopak okrętowy ma bujną wyobraźnię i ubzdurał sobie, że ktoś, kto zaginął w jego rodzinnym mieście, jest więźniem na pańskim statku. – Opuścił Donalda na ziemię. – Bardzo przepraszam za moje głupie pytanie. Ja chciałem tylko sprawdzić, czy jesteście jednostką cywilną. W każdym razie życzę miłej podróży.
- Nawzajem, admirale. – Zakuty Dziób posłał mu uprzejmy uśmiech.
Obaj skierowali się do środka. Donald udał, że szoruje pokład, a kiedy admirał zniknął w środku, pobiegł do łącznościowca i kazał się połączyć z Kaczogrodem, a następnie ze Sknerusem. Niestety, kiedy już doszło do nawiązania kontaktu, Donald usłyszał głos nie wuja, a jego wiernego lokaja, Cezara. Mimo to powiedział mu pełnym ekscytacji szeptem:
- Znalazłem go. Znalazłem Diodaka.
 
Fakt – kiedy Sknerus, Fulton, Megajonek, Wolframik i Śmigacz dotarli do „Wynalazków dla ludności”, zastali warsztat obklejony taśmą, ale poza tym nie było żadnych śladów obecności policji. I to wydawało się niepokojące.
- Może poszli na pączki? – podsunął Śmigacz.
- Obojętnie gdzie są, lepiej się pośpieszmy zanim się pojawią.
Przeszli pod taśmą i przez bramkę w płocie. Niebawem znaleźli się w ogrodzie Diodaka, gdzie stały przeróżne machiny latające, pływające i jeżdżące. Co więcej – Śmigacz miał okazję wieloma z nimi rozbić się w trakcie wykonywania zleceń dla pana McKwacza. Jeszcze poprzedniego dnia dało się usłyszeć znajome odgłosy pracy, teraz ogród wydawał się pozbawiony życia i opustoszały jak cmentarz.
Sknerus poprawił cylinder i ruszył do pierwszego pojazdu jaki napotkał jego wzrok.
- Chodźmy. – Machnięciem ręki nakazał iść za sobą pozostałym.
Zatrzymali się przed czerwoną, helikopteropodobną maszyną ozdobioną tuż pod kopułą szerokim, rekinim uśmiechem.
- Wygląda dość groteskowo – skomentował Fulton. – Ale pewnie ma jakieś ciekawe funkcje.
- A i owszem – oświadczył Megajonek. – Potrafi zlać się z otoczeniem, obojętnie czy to drewno, kamień czy plastik.
- Bardzo użyteczne, ale jak ukryjemy go na pełnym morzu? – zapytał Sknerus.
- Proste, każemy mu zlać się z chmurą – odpowiedział malec.
- A co jeśli niebo będzie bezchmurne? – dopytywał się bogacz.
- Zresztą ten pojazd jest za mały – odparł Śmigacz. – Muszę się zmieścić ja, pan McKwacz, pan Fulton i Cyfron. Nie wytrzymamy przez całą drogę z Kaczogrodu na Hawaje ściśnięci jak sardynki.
Przeszli do wynalazku, który znajdował się po drugiej stronie trawnika. Stała tam lotnia ze zwiniętymi skrzydłami. Megajonek kazał wszystkim się odsunąć, po czym podszedł do lotni, nacisną przycisk i długie na trzy metry metalowe skrzydła rozwinęły się jak wachlarz. Młody wynalazca nacisnął inny guzik i ze skrzydeł wyłoniły się dodatkowe trzy rączki i dwa siedzenia.
- Lotnia na wycieczki rodzinne. Idealna do przeciskania się przez wąskie szczeliny – zarekomendował Megajonek.
- To nadal nie jest to, czego szukamy – odparł Sknerus.
- Bałbym się to skraksować – dodał Śmigacz.
- Zdradzić ci sekret, Śmigacz? – spytał McKwacz. – Ja też bym się tego bał.
Megajonek westchnął ze zrezygnowaniem.
- Idziemy dalej.
Przeszukali nie tylko ogródek, ale i warsztat i jego obrzeża, jednakże następne maszyny były albo za małe, albo za duże, albo nie były latające, albo wydawały się po prostu głupie. I choć Megajonek objaśniał jak mógł ich wyjątkowe funkcje, jego dziadek, pan McKwacz i Śmigacz nie byli przekonani. W dodatku wiele z wehikułów było przez dłuższy czas (niektóre nawet od momentu powstania) nieużywanych, więc zżerała je rdza, a ich części zostały użyte do innych wynalazków. W końcu malec się poddał. Teraz wiedział, co czuł wujek Diodak, kiedy klient zaczynał wybrzydzać na stworzony przez niego wynalazek. Dlaczego dorośli musieli być tacy wymagający?
- Jesteś pewien, chłopcze, że nie ma nic więcej? – zapytał Fulton.
- Dziadku, rozejrzyj się – odpowiedział nieco zrezygnowanym tonem Megajonek. – Nawet gdyby tu coś było, nie starczyłoby na to miejsca. Do przechowywania samolotów potrzebne są hangary… – Nagle na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- O, nie – zaniepokoił się Sknerus. – Znam ten wyraz twarzy.
Widział go miliony razy, kiedy Diodak miał jakiś pomysł i zamierzał go zrealizować. A Megajonek… no cóż… Choć niewątpliwie pełen tego samego zapału do majsterkowania, co jego wujek, to każda próba wynalezienia przez niego czegokolwiek kończyła się katastrofalnie, nawet w porównaniu do wielu nieudanych wynalazków Diodaka.
- Nawet o tym nie myśl, mały niszczycielu – oznajmił stanowczo Sknerus.
- Przecież jeszcze nic nie zrobiłem! – oburzył się Megajonek. – Zresztą, skąd pan wie, czy to, co mam na myśli, nie zadziała?
- Z empirycznego doświadczenia. Nie tylko mojego.
- Chciałem tylko zaproponować przeszukanie hangaru Śmigacza. Może jest tam coś, co zbudował wujek Diodak. Jeśli nie całe, to chociaż w kawałkach. A jeżeli nic nie znajdziemy, pozostaje nam najbardziej trywialne z rozwiązań: zreperowanie na szybko jednego z samolotów Śmigacza.
- Myślę, że to nie jest taki głupi pomysł – wtrącił Fulton. – Chyba będę w stanie pomóc panu Śmigaczowi w naprawie. No i uwinę się z tym szybko.
- Co ty na to, Śmigacz? – zapytał pilota Sknerus.
- Normalnie nie dopuściłbym nikogo do moich maszyn, ale skoro to pan Fulton, myślę, że to im nie zaszkodzi.
Sknerus westchnął głęboko.
- W takim razie wy idźcie do hangaru. Ja muszę pójść do domu i się przygotować.
 
- Nie chciałem tego robić, ale pan mnie do tego zmusił – powiedział Zakuty Dziób, zaciskając mocno więzy wokół rąk Diodaka.
Następnie stanął naprzeciw przywiązanego do krzesła wynalazcy, który podniósł na niego chłodny, ale również niepozbawiony obawy wzrok. A potem Diodak spojrzał w dół. Czuł się bezsilny, jeszcze bardziej bezradny wobec swoich oprawców niż na początku. Wcześniej mógł chociaż się ruszyć i zrobić coś. Teraz był związany i nie mógł nic.
- Poznał pan już Ammonię Pine – odezwał się znów Zakuty Dziób, a Diodak znowu na niego popatrzył. – Myślę, że z naukowego punktu widzenia, byłby pan zafascynowany tym, co można znaleźć w jej pomieszczeniu socjalnym. Jest tam, na ten przykład, bardzo silny detergent, który jest w stanie wyplenić każdą plamę, ale przy okazji wypala też materiał, na którym ta plama jest, niezależnie czy to drewno, tytan, czy żywy organizm. – Kogut pochylił się nad więźniem i przybliżył się do jego twarzy. – Z tego, co wiem mali chłopcy często się brudzą. Czy nasza droga Ammonia ma wypróbować swój wynalazek na pańskim siostrzeńcu?
Oczy Diodaka rozszerzyły się.
- Nie – wyszeptał słabym głosem. – Proszę, nie.
- W takim razie ufam, że nie będzie pan próbował więcej sztuczek, prawda, doktorze?
Diodak przełknął ślinę i przytaknął głową.
- Nie będę.
Zakuty Dziób wyprostował się, nie spuszczając wzroku z więźnia, a potem skierował się w stronę drzwi.
- Zostawiam pana samego. Ostatecznie ósma minie dopiero za cztery godziny. Do tego czasu, pozostanie pan związany.
Wyszedł.
Diodak spuścił wzrok. Przez chwilę szukał jakiegoś sposobu, aby przeciąć więzy, ale szybko zorientował się, że w pobliżu nie było niczego dość ostrego. Wózek z obiadem dawno został wyniesiony, łóżko nie miało żadnych ostrych krawędzi, a materac był w tak dobrym stanie, że nie było co liczyć na wystające sprężyny. Diodakowi chciało się płakać, wyć, coś walnąć… ale jedyne co mógł zrobić, będąc przywiązanym do krzesła i unieruchomionym, było pogrążenie się w beznadziei tej sytuacji. Jego próba wezwania pomocy nic nie dała, a tylko spowodowała, że został ubezwłasnowolniony. Nagle poczuł, że nie ma siły walczyć ani się opierać.
Nie wiedział co robić.
 
Wolframik siedział w hangarze i nie potrafił przestać myśleć o Diodaku. Nigdy wcześniej nie rozdzielali się na tak długo. Co prawda nie byli całkiem nierozłączni, bo zdarzało się, że każdy z nich zajęty był swoimi sprawami, ale nawet na zagraniczne konferencje Diodak zabierał swojego pomocnika ze sobą. Teraz żaróweczka martwiła się o stan zdrowia swojego przyjaciela. Zastanawiała się, co teraz się z nim działo, i do głowy przychodziły jej przeróżne straszne wizje. Kto wie, czy teraz Diodak nie jest więziony w jakimś ciemnym i nieprzyjemnym miejscu; czy nie jest katowany albo torturowany. Kto wie, czy sygnał z nadajnika nie wskazywał już tylko, gdzie znajduje się jego martwe ciało. Myśl o tym, że mogła mu się stać jakaś krzywda, sprawiała, że to czekanie i przyglądanie się jak Fulton i Śmigacz reperują jeden z samolotów (bardzo sprawnie, ale jednak nie dość szybko jak dla Wolframika), było trudne do zniesienia. Ile by dał, aby się dowiedzieć, czy z Diodakiem wszystko dobrze… Ile by dał za jakąś nadzieję, że jego twórca i najlepszy przyjaciel jeszcze żyje…
Od porwania minęło wiele godzin, a misja ratunkowa właściwie stała w miejscu. Wolframik miał wrażenie, że zawiódł Diodaka.
Podczas gdy żaróweczka pogrążała się w swoich smutnych myślach, niedopuszczony do naprawianego przez dziadka i Śmigacza samolotu Megajonek oglądał z zainteresowaniem hangar. Poza odgłosami przykręcanych śrubek, łączonych ze sobą kabli, postukiwania młotkiem i ogólnie pracy, panowała spokojna cisza. Jednak niebawem ta cisza została zakłócona przez podekscytowanych Hyzia, Dyzia i Zyzia.
- Są wiadomości! – wykrzyknął Zyzio, a Dyzio dodał:
- Wujek Donald, którego jednostka jest obecnie w okolicach Hawajów, widział Diodaka.
Fulton i Śmigacz szybko wyszli spod samolotu, Megajonek odwrócił się całkiem do chłopców, Wolframik podniósł wzrok, a wszyscy czterej popatrzyli na siostrzeńców Sknerusa z żywym zainteresowaniem.
- Co z nim? – pierwszy odezwał się Fulton. – Nie zrobili mu krzywdy?
- Wujek widział go tylko w oknie, wysyłającego sygnały lusterkiem – zaczął Hyzio – ale nie zauważył żadnych siniaków czy krwi. Wiemy za to, że Diodak jest przetrzymywany na liniowcu „USS Odyseusz”.
- Jest to jakiś punkt zaczepienia – odparł Śmigacz i powrócił do pracy.
Przez chwilę Fulton siedział i przyglądał się przestrzeni przed sobą. Jego syn żył. Przynajmniej na razie. Czy tak będzie, kiedy przybędą, aby go uratować? Musieli się śpieszyć. Im szybciej wyruszą, tym większą szansę będą mieli, że zastaną Diodaka całego i zdrowego. Dlatego starzec położył się znów na plecach i pomógł Śmigaczowi w naprawach.
Tymczasem Hyzio, Dyzio i Zyzio podeszli szybko do Megajonka, który stał w rogu hangaru i oglądał stół, na którym było mnóstwo map, pocztówek i rachunków. Dyzio nachylił się do ucha kolegi i szepnął:
- Chodź na zewnątrz. Musimy pogadać.
- To my wracamy do domu! – zaanonsował głośno Hyzio.
Chłopcy opuścili hangar, a tam Megajonek odparł:
- Jeśli chcecie mnie nadal przekonywać, abym nie szedł z waszym wujkiem, to…
- Co ty, stary, nie znasz nas? – spytał go Hyzio.
- Nie zamierzamy cię powstrzymywać. Idziemy z tobą – dodał Zyzio.
- Powiedzieliśmy Cezarowi i pani Dziobek, że pobędziemy z tobą przez jakiś czas, dla psychicznego komfortu i że twój dziadek nas popilnuje – wyjaśnił Dyzio. – Nie wiedzą, że jedzie z wujkiem, więc nie będą się martwić.
- Przynieśliśmy też parę rzeczy. – Hyzio ściągnął plecak i pokazał to, co miał w środku.
Megajonek uśmiechnął się na widok bandaży, Podręcznika Młodego Skauta, kompasu, kulek, czterech proc, fajerwerków i wielu innych rzeczy. Zaraz jednak chłopak spojrzał na kolegów i ujrzał ich poważne miny, które zdradzały niepewność. Po chwili Dyzio wyraził wątpliwości swoich braci:
- Jak jednak uda nam się przedostać do samolotu w taki sposób, aby wujek Sknerus, twój dziadek, Cyfron i Śmigacz nas nie zauważyli?
Megajonek znów się rozpromienił.
- Mam pewien plan…
Kiedy Sknerus i Cyfron przybyli do hangaru, niebo było już różowawe, a samolot Śmigacza czekał już gotowy na pustym lotnisku. O tym, że został on właśnie zreperowany świadczyło to, że blacha jego dziobu miała inny kolor niż cała reszta karoserii. Śmigacz siedział za sterem, a Fulton stał przy otwartym wejściu i czekał aż pan McKwacz i jego księgowy wejdą na pokład.
Sknerus i Cyfron już mieli to zrobić, kiedy nagle z hangaru doszedł ich odgłos wybuchów, jakby wystrzał z pistoletu. Szybko pięciu mężczyzn zeszło, aby sprawdzić, co się stało i czy nie ma tam jakiegoś nieproszonego gościa. Chowający się za  hangarem chłopcy, skorzystali z okazji i szybko przedostali się na pokład samolotu. Tam schowali się pod kocami i leżeli nieruchomo. Przez chwilę trwała cisza, a potem usłyszeli jak cztery pary nóg wchodzą po kolei na pokład samolotów i jak czterej dorośli siadają na swoich miejscach.
- Dziwne – powiedział Fulton. – Naprawdę dziwne.
- A co najmniej podejrzane – dodał Sknerus. – No, nic. Nie mamy czasu, aby zaprzątać tym sobie głowy. Diodak nas potrzebuje. Odpalaj, Śmigacz.
- Tak jest, panie McKwacz! – odpowiedział dziarsko pilot.
Po chwili chłopcy mogli usłyszeć dźwięk zapalanego silnika i poczuć wibracje maszyny. A potem samolot przejechał kilka metrów po lotnisku i wzniósł się w powietrze. Klamka zapadła. Cokolwiek miało się stać, dla Megajonka, Hyzia, Dyzia i Zyzia nie było już odwrotu.
 
Po czterech godzinach Diodak odczuwał dotkliwie niewygody bycia przywiązanym do krzesła, poczynając od bólu mięśni, a na odrętwieniu rąk skończywszy. Toteż kiedy do jego celi weszli dwaj strażnicy i zaczęli go rozwiązywać, nie mógł zaprzeczyć, że czuł ulgę. Zaraz jednak opanował się. Ci dwaj przyszli tutaj w jakimś celu.
- Szefowie chcą pana widzieć, doktorze D – wyjaśnił jeden z nich.
- W jakim celu? – spytał Diodak, próbując zachować zimną krew.
- Chcą z panem pomówić.
Chcą się dowiedzieć, czy się zgadzam… Nie było sensu walczyć, przez te cztery godziny zdążył wszystko sobie dobrze przemyśleć i już wiedział, co musiał zrobić. Poza tym to była dobra okazja, aby się rozejrzeć. Kto wie czy nie przyjdzie mu do głowy jakiś genialny pomysł na ucieczkę.
- Zgoda.
Bez słowa chwycili go za ramiona i wyprowadzili z celi. Diodak nagle znalazł się w długim, wąskim korytarzu o białych ścianach, oświetlonym zawieszonymi na suficie neonówkami. Strażnicy poprowadzili go przez znajdujące się na końcu korytarza duże pomieszczenie, gdzie przy stołach z aparaturą laboratoryjną stali liczni mężczyźni i kobiety w białych kitlach. Kiedy Diodak przechodził koło nich, paru odwróciło się w jego stronę, ale zaraz szybko wróciło do pracy. Inni nawet go nie zauważyli. Diodak domyślał się, że było to spowodowane stojącymi przy wszystkich czterech przejściach strażnikami, a konkretnie trzymanymi przez nich karabinami.
Jego wachmani nagle zatrzymali się przed wielkimi drzwiami, wpisanymi w półkole. Bez słowa pilnujących ich strażnicy odeszli na bok, a przejście się otworzyło. Diodak został wprowadzony do małego, słabo oświetlonego pomieszczenia pokrytego wykładziną i czerwoną tapetą w rąby. Pośrodku pokoju stał stylowy fotel pokryty – również czerwoną – skórą. Strażnicy posadzili na nim brutalnie swojego jeńca, po czym stanęli przy wejściu. Z cienia wyłonił się Zakuty Dziób, oferując Diodakowi kolejny uśmiech.
- I jak, doktorze D? Czy podjął pan już decyzję?
Diodak wziął głęboki oddech, a potem podniósł wzrok na agenta i powiedział cicho, ale wyraźnie:
- Zgadzam się. Będę dla was pracował.
Kogut uśmiechnął się jeszcze szerzej i nawet lekko zachichotał pod nosem.
- Mądra decyzja, doktorze.
-----------------------------------------------
[1] Panie i panowie, Ammonia Pine! Kolejna agentka PTAK-u, która była kiedyś zwykła sprzątaczką w laboratorium rządowym, ale nawdychała się różnych chemikaliów i zwariowała.
Wygląda tak: http://darkwingduck.wikia.com/wiki/Ammonia_Pine
Jej broń i sposób walki oscylują wokół sprzątania. Zresztą Ammonia ma bzika na punkcie czystości i potrafi wyczyścić wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz