niedziela, 21 lipca 2013

Ze wspomnień fana: Lucky Luke

Moja znajomość z Lucky Lukiem nie zaczęła się najlepiej. Byłam wtedy przedszkolakiem, który – jeśli nie miał nic lepszego do roboty – w letnie popołudnia siedział przed telewizorem i oglądał telewizję. Pech chciał, że moim pierwszym zetknięciem z Lukiem była aktorska adaptacja z Terrencem Hillem w roli głównej. Toteż przez długi czas postać samotnego kowboja kojarzyła mi się ze smędzącym blondynem gadającym ze swoim koniem i wzdychającym do jakiejś babki.

Na szczęście wkrótce pojawił się również pierwszy serial animowany, i choć moje poprzednie doświadczenia sprawiały, że podchodziłam do niego sceptycznie, to kiedy wreszcie obejrzałam jeden odcinek od początku do końca, to poczyniłam dwie istotne obserwacje. Po pierwsze – ten animowany Luke był brunetem. Po drugie – był o wiele bardziej zabawny. Do dziś pamiętam odcinek na podstawie Bitwy o ryż, kiedy to nadużywający przymiotnika „czcigodny” Chińczyk padł ofiarą knowań jednego oprycha, który podburzył przeciw niemu właściciela pralni po drugiej stronie ulicy, a potem obaj Azjaci zaczęli strzelać do siebie z armat. Niestety nie zawsze byłam w stanie obejrzeć każdy odcinek, a jakiś czas potem serial przestano już puszczać.

Później, kiedy byłam już w gimnazjum, a w supermarkecie na Gocławku w dziale książek był jeszcze kąt na komiksy, widziałam większość albumów z Lukiem i miałam okazję je przejrzeć. Nigdy żadnego nie kupiłam, jednak wiele okładek Lucky Luke’a wbiło mi się w pamięć, jak choćby chichrający się Indianie z Kanionu Apaczów, próbujący podważyć wielki kamień w kształcie czaszki i z namalowanymi oczodołami.

Jednak moja miłość do Luke’a rozpaliła się na dobre, kiedy na Fox Kids zaczęto puszczać Nowe przygody Lucky Luke’a. A gdy zobaczyłam pierwszy odcinek i przekonałam się, że tak, dobrze widzę, to Lucky Luke, pomyślałam sobie, że teraz już pozostanie na dobre. Odtąd oglądałam go regularnie, rano i popołudniu. Averell i Rantamplan mnie, co prawda, denerwowali (serio, Rantamplana powinni do czegoś przywiązać, bo nie nadawał się absolutnie do niczego, a był tylko wkurzający) i zdarzały się odcinki, które wolałam omijać szerokim łukiem, ale i tak była to bardzo długa faza, która skutkowała tym, że poznałam na nowo uniwersum Lucky Luke’a i przekonałam się, że to nie tylko Daltonowie, Jolly Jumper i samotny kowboj, ale także na przykład zdziecinniały Billy Kid. Zaczęłam się też bardziej interesować westernami i ogólnie okresem Dzikiego Zachodu, a to z kolei zaowocowało napisaniem przeze mnie jedynego scenariusza, który do teraz zachował się na moim twardym dysku (i który po tylu latach pozostaje przykładem na to, że jako nastolatka miałam dziwny sposób myślenia). A z tego scenariusza wykiełkował mi pewien pomysł, który zaczynałam pisać cztery razy (i również jest przykładem mojego dziwnego stanu umysłu w owym czasie).

Ciekawe jest to, że kiedy zauważyłam w czołówce i napisach końcowych klipy przedstawiające młodego Azjatę w niebieskim stroju, wykonującego ciosy kung fu, byłam tak zaintrygowana, że ze zniecierpliwieniem czekałam na premierę odcinka, w którym ów Azjata się pojawia. Co prawda, po przybyciu ze szkoły zdążyłam tylko na kilka ostatnich minut, jednak następnego dnia rano obejrzałam go od samego początku do końca i ów odcinek stał się z miejsca moim ulubionym, tak jak występujący tam Tchin-Tchin stał się jedną z moich najbardziej ulubionych postaci w ogóle. Jak już kiedyś wspominałam, chciałabym, aby nie tylko było go więcej w samym Lucky Luke’u (choć i tak należy do nielicznych postaci epizodycznych, które pojawiły się więcej niż w jednym odcinku), ale chciałabym też, aby Xilam zrobił o nim oddzielny serial. W gruncie rzeczy Tchin-Tchin w bardzo dziwny sposób pasuje do Luke’a, choćby dlatego, że tak jak Luke potrafi strzelać szybciej niż jego własny cień, tak Tchin-Tchin potrafił zadawać ciosy szybciej niż jego własny cień. Zastanawiałam się wiele razy nad tym, jak mogłyby wyglądać jego przygody jako szeryfa federalnego, a nawet rozważałam w ostatnim czasie napisanie ich w formie fanfika (nie mówiąc o moim pomyśle na to, aby mój kowboj-filozof udzielał mu lekcji jazdy konnej w zamian za podzielenie się mądrościami Wschodu). Na razie jednak wszystko sprowadza się tylko do pomysłów i brakuje weny, aby je przelać na papier jako porządne opowiadania.
Tchin-Tchin w momencie, kiedy nie jest kompletnym kozakiem.
Tak czy inaczej, po jakimś czasie moja faza na Lucky Luke’a zamarła, ale ożyła znów, kiedy Fox Kids zaczęło puszczać nowe odcinki Nowych przygód Lucky Luke’a. Tymczasem TV4 wyeimtowało stare filmy pełnometrażowe z Lukiem, czyli Daisy Town i Balladę o Daltonach, która szybko stała się moim ulubionym filmem o samotnym kowboju, tak więc moja faza kwitła w najlepsze. Kiedy zaś Fox Kids, przemianowane potem na Jetix, zostało przejęte przez Disney Channel i stało się Disney XD, było mi trochę smutno, bo wiele kreskówek, które puszczano na Jetixie, miało się już nie pojawić na Disney XD, a jedną z nich – a jakże – miały być Nowe przygody Lucky Luke’a.

Będąc już na studiach, zapragnęłam pewnego dnia (również dzięki artykule TVTropes poświęconemu samotnemu kowbojowi) zapoznać się Lukiem komiksowym. Komiksy czytałam niechronologicznie, głównie wybierając lekturę na zasadzie, czy tytuł wyglada interesująco albo czy jeszcze tego nie czytałam. Ale na przykład Wyjętych spod prawa i Lucky Luke’a kontra Phila Steela przeczytałam głównie dlatego, że Luke zabija tam antagonistów (a i tak jednak natrafiłam na wersje ocenzurowane). Tak czy inaczej, moja wiedza na temat Lucky Luke’a bardzo się poszerzyła i mimo że wiele komiksów Morrisa i jego kontynuatorów nie zostało przetłumaczonych na polski (nawet amatorsko), to i tak wiem o tym uniwersum dość dużo, aby uważać się za eksperta w dziedzinie Lucky Luke’a (zdarzyło się nawet, że wdałam się ze znajomym w rozważania na temat tego, co Luke i Daltonowie robiliby podczas wojny secesyjnej). Zresztą nadal sprawdzam od czasu do czasu czy pojawiły się nowe polskie wersje, a nawet udało mi się zdobyć trzy zbiory tych niepublikowanych dotąc prac, ale kupiłam je nie tyle dla szpanu, co dla komiksów, których nie mogłam przeczytać nigdzie indziej, w tym Sędziego i Góry Czarne.
Moja kolekcja Lucky Luke'a.
Podczas kolejnej fazy, kiedy obejrzałam już Lucky Luke’a na Dzikim Zachodzie, postanowiłam zapoznać się znów ze wszystkimi pełnometrażowymi filmami z Lukiem. Obejrzałam jeszcze raz Balladę o Daltonach, Daisy Town i Lucky Luke’a z 2004 (tego, który był tak naprawdę o Daltonach kradnących magiczne sombrero) a także obejrzałam ten okropny film z Terrance’m Hillem będący „luźną adaptacją” Daisy Town. Sposób, w jaki został w tym filmie przedstawiony Lucky Luke, woła o pomstę do Nieba. Pal sześć, że nawet nie próbowano ucharakteryzować Hilla tak, aby przypominał Luke’a, ale jest tam taka scena, w której Belle prosi kowboja, aby powrócił do miasta, bo Daltonowie uprzykrzają ludziom życie. Wcześniej ci sami ludzie zgodzili się, aby bandyci u nich zostali, mimo sprzeciwów Luke’a. No więc co robi Lucky Luke grany przez Terrance’a Hilla? Zaczyna jojczyć. „Zrobiłem wszystko, co mogłem, ostrzegałem was, że tak będzie, ale wyście mnie nie słuchali, buuu…” Lucky Luke – facet, który strzela szybciej niż jego własny cień, zna się na podstępach, jest odważny, spokojny, sprytny i doświadczony na tyle, aby znać ludzką naturę – nigdy by się tak nie zachowywał. Nigdy by nie zaczął narzekać, jak to ci okropni mieszkańcy Daisy Town olali jego rady. Nie, on poczekałby spokojnie aż mieszkańcy sami zdadzą sobie sprawę z głupoty, jaką popełnili, i zwróciliby się do niego o pomoc. I zgadnijcie co? – Tak właśnie robi, zarówno w komiksie, jak i jego animowanej ekranizacji! I tak po prawdzie przez cały film Terrance Hill gra Luke’a właśnie w taki sposób – jak nieśmiałego wobec kobiet biedaczka, który akurat tak się składa, że strzela po mistrzowsku. Ludzie mogą mieć zastrzeżenia do filmu z 2004, ale Til Schweiger chociaż przypominał Lucky Luke’a pod każdym względem.

Niejako właśnie podczas tego zapoznawania się z filmowymi wcieleniami Luke’a (zwłaszcza po przeczytaniu artykułu TVTropes) natknęłam się na wzmiankę o tym, że w 2009 zrobiono trzecią aktorską adaptację, do tego uznawaną przez fanów za najlepszą. Natychmiast musiałam ją obejrzeć. Niestety nie było wersji z polskim lektorem, czy dubbingiem, bo w polskiej telewizji puszczono ten film dopiero jakiś czas po tym, jak Artysta, w którym grał odtwórca roli Luke’a, Jean Dujardin, zdobył Oscara. Niemniej jednak udało mi się znaleźć wersję z polskimi napisami. Wiele miesięcy po napisaniu recenzji tego konkretnego Lucky Luke’a dochodzę do wniosku, że jest to w zasadzie fanfiction. Dowodem jest to, że film ten jest w konwencji Darker and Edgier (jest stanowczo zbyt poważny niż komiksy Morrisa, nawet te wcześniejsze), skupia się bardzo na przeżyciach wewnętrznych bohatera (ten cały angst Luke’a, po tym jak zdaje sobie sprawę, że kogoś zabił), przedstawia swoją wersję tego, jak mogłoby wyglądać jego dzieciństwo (i robi to nieudolnie… tak, o tobie mówię, Daisy Town jako rodzinne miasto Lucky Luke’a), dając mu przy tym tragiczną przeszłość i potencjalnego Love Interesta. Sam film opisuje sytuację, którą mógłby zechcieć przeczytać/obejrzeć fan Lucky Luke’a, zastanawiający się, co by było, gdyby Luke nie tylko porzucił strzelanie w wyniku załamania, ale również gdyby akurat wtedy w jednym miejscu zebrali się wszyscy bandyci, z którymi miał do tej pory do czynienia (pomijając Daltonów, ale – jak mówiłam – Huth pewnie chciał dla odmiany poeksploatować innych wrogów Luke’a), a przy okazji za wszystkim stał niezwykle sprytny i wyrachowany OC. Poza tym film jest pełen nawiązań, które miały zadowolić ludzi, czytających oryginalne komiksy, a być może nawet udowodnić przy okazji, że James Huth wie, co robi (choć tak naprawdę nie wie).

Coś, co zauważyłam już rok temu, to to, że każdy album Lucky Luke’a i każdy odcinek Nowych przygód… opowiada o jakimś aspekcie Dzikiego Zachodu. Jak już wspomniałam w filmie na temat twórcy Lucky Luke’a, Morris spędził kilka lat w Ameryce, zapoznając się z faktami historycznymi, i o ile target komiksów nie pozwalał na to, aby zagłębiać się w tę brutalną i bardzo mroczną stronę tego okresu (przez co raczej nie wymaga się od nich jakiejś zgodności historycznej), o tyle po głębszym namyśle, każda przygoda Luke’a opisuje, w mniejszym lub większym stopniu, tamtejsze realia, choć dość często są one trochę na dalszym planie. Gdybym miała pod tym względem podzielić komiksy i odcinki Lucky Luke’a na typy, byłyby to: a) osobowościowe, czyli oparte na tym, że Luke spotyka postać historyczną (Lola Montes, Wyjęci spod prawa); b) pionierskie, czyli opisujące jak odkrywano i cywilizowano pewne tereny Dzikiego Zachodu (Alaska, Śpiewający drut, Góry Czarne); i c) obyczajowe, czyli pokazujące jakieś elementy życia w tamtych czasach (Daisy Town, Traper). Przy niektórych albumach/odcinkach trzeba kombinować, ale to da się zrobić. Podajcie mi przykład, a ja wam znajdę.

Lucky Luke jest jedną z moich faz nawracających i mimo tak wielu lat nadal pozostaje jednym z moich ulubionych fandomów. Nie jestem do końca pewna, co mnie w nim urzekło. Być może to, że główny bohater jest dobry do szpiku kości i nigdy nie chybia, a mimo to nie jest Gary’m Stu. Być może to, że jego koń, Jolly Jumper, zawsze narzeka na swoje życie z Lukiem, ale tak naprawdę zależy mu na swoim kowboju. A być może to, że seria ta miała być na początku parodią westernów, stworzoną przez człowieka, który je kochał, a stała się czymś więcej – jednym ze sztandarowych przykładów komiksu francusko-belgijskiego. I naprawdę jest coś wspaniałego i podnoszącego na duchu w tym, że jeden bohater przetrwał od lat czterdziestych aż do XXI wieku i że ludzie nadal go czytają i oglądają. Zapewnie jeszcze nie raz do niego powrócę i niejedno na jego temat odkryję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz