piątek, 12 lipca 2013

[FF: Lucky Luke] Gary Zajebisty

Luke siedział w barze w Nothing Gulch, popijając lemoniadę, kiedy nagle do środka wszedł ON. Był zabójczo przystojny – pod gustownym kowbojskim kapeluszem kryła się burza długich, czarnych, jedwabistych włosów, a jego lekki zarost dodawał jego młodej, delikatnej twarzy męskości. Nosił ciemne dżinsy i obcisłą, różową koszulę, która tylko uwydatniała jego ogromne mięśnie. Jego szyję ozdabiała zaś czerwona chusta. Jego kolty spały w kaburze, gotowe w każdym momencie wychynąć i zastrzelić głupca, który śmiał rzucić przystojniakowi wyzwanie.

Kiedy tylko wkroczył do baru, parę kobiet zaczęło mdleć, inne przyglądały mu się rozmarzonym wzrokiem, wodząc za nim, jak szedł powolnym, ale pewnym krokiem przez cały przybytek, aż zatrzymał się przy ladzie i głębokim, seksownym głosem powiedział do oniemiałego z powodu jego obecności barmana:

- Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane.

Przez chwilę jeszcze barman stał jak posąg, oszołomiony urokiem, wdziękiem, aparycją i generalną zajebistością swojego gościa, ale w końcu ocknął się z tego oszołomienia, powiedział: „Tak jest.” i przygotował szybko napój. Po chwili położył szklankę z drinkiem przed zabójczo przystojnym kowbojem, który bez słowa odwrócił się nonszalancko i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z obecności Luke’a.

- Kogóż widzą moje piękne oczy? – powiedział, uśmiechając się. – Lucky Luke!

- Witaj, Gary Zajebisty – odparł Luke i rzucili się sobie w ramiona. Kiedy przerwali objęcia, Luke spoważniał i zapytał: – Co cię tutaj sprowadza?

- Ty dobrze wiesz, co – odrzekł równie poważnie Gary i spojrzał w pustą przestrzeń. – Zemsta.

- Gary, minęło tyle lat… Nadal chcesz to zrobić?

- Tak. Nie spocznę, póki on nie zapłaci za swoje zbrodnie.

- A o co w ogóle chodzi? – zapytał nieco nieśmiało barman. – Opowiedz, przybyszu, może będzie ci lżej jak się wygadasz.

- Nic nie ukoi mojego bólu, jedynie śmierć tego, który jest jego przyczyną – powiedział Gary z ręką na piersi, podnosząc się z miejsca. – Ale skoro pytasz, opowiem ci moją smutną historię i wszyscy poznają moją mroczną jak otchłań przeszłość.

Wszyscy zamienili się w słuch. Nawet omdlałe wcześniej kobiety, które zdążyły już się w tym czasie ocknąć, znów zemdleć z wrażenia i ponownie ocknąć. Wszyscy wpatrywali się teraz w Gary’ego Zajebistego, który spoczął na swoim miejscu i z opuszczoną głową zaczął opowiadać swoją mroczną historię:

- Urodziłem się i wychowywałem na małej fermie w Kentucky. Moi rodzice hodowali kukurydzę i kurczaki, a także najprzedniejsze konie w całych Stanach. Moim ojcem był baron von Stu, wywodził się ze starej rodziny szlacheckiej, ale został pozbawiony majątku, bo cesarzowa Austro-Węgier na niego leciała, więc cesarz był zazdrosny i go nienawidzić. Dlatego mój ojciec pojechał do Ameryki szukać złota, a znalazł miłość, albowiem zakochała się w nim księżniczka Apaczów, Jasna Łania, i mimo obiekcji jej ojca, wodza Wielkiego Wała, postanowiła z nim uciec i założyć rodzinę.

W barze rozległo się masowe „Ohhhhhh”. Wszyscy uważali tę opowieść za bardzo romantyczną. Tymczasem przybysz mówił dalej:

- Tak więc uciekli i osiedli na wspomnianej wyżej małej fermie, gdzie spokojnie przeżyli kilka lat. Niebawem urodził im się syn, czyli ja, a przy jego, czyli moich, narodzinach był obecny szaman z plemienia Apaczów, który powiedział, że miał sen, w którym strzelam celniej niż najcelniejszy strzelec, jestem silniejszy niż największy bizon, szybszy niż najszybszy rumak, i atrakcyjniejszy niż najpiękniejszy zachód słońca nad kwiatową łąką, położoną tuż przy bezkresnym morzu, w którym pływają majestatyczne delfiny. Miał rację, zwłaszcza, co do tego ostatniego. Moja atrakcyjność to wręcz klątwa.

Kilka kobiet na sali westchnęło, przyglądając mu się z rozmarzeniem.

- Tak czy inaczej, przez dziesięć lat żyłem sobie spokojnie na swojej fermie. Byłem przeciętnym uczniem, miałem bardzo dobre stopnie i przyjaźniłem się z całą klasą. Ojciec nauczył mnie dobrych manier, dobrego gustu w trunkach, jazdy konnej, fechtunku, strzelania z pistoletu i tańca, a matka łucznictwa, skradania się, polowania i tropienia. Byłem szczęśliwy, dopóki… – nagle przerwał, przyłożył rękę do oczu i zaszlochał cicho, po męsku. – Wybaczcie, to takie trudne…

- No już, już, Gary. – Luke poklepał go po plecach.

- Pewnie macie mnie za mięczaka… – zaczął Gary, wciąż zakrywając twarz.

- Nonsens – powiedział Luke. – Wszyscy wiedzą, że Gary Zajebisty jest nie tylko przystojny, genialny i twardy, ale posiada również wrażliwą osobowość. Nie musisz mówić o swojej tragicznej przeszłości, jeśli nie chcesz.

- Ależ chcę. – Gary wziął się w garść i z nowym ogniem w oczach ciągnął dalej: – W dniu, w którym odebrano mi wszystko, wróciłem do domu wcześniej. Zastałem naszą chatę spaloną, z naszych kurczaków zrobiono kurczaki w sosie słodko-kwaśnym i rosół, a nasze konie pouciekały przed niechybnym pożarciem. Również moja ukochana kurka, Mirabelle, została zjedzona przez niego: Averella Daltona, postrach wszelkiego drobiu, bydła, owoców, warzyw i innych grup żywnościowych. Stał tam i zjadał moją słodką Mirabelle i być może zjadłby nawet mojego pieska, kotka i fretkę, gdybym go nie zaatakował. Byłbym go wtedy dorwał, gdyby nie jego przeklęci bracia, którzy mnie powstrzymali. Byliby mnie zabili, gdyby nie siedzący tutaj Lucky Luke – Gary poklepał kompana po plecach – który akurat szukał ich, aby odstawić do więzienia. Udało mu się ich wykurzyć i obezwładnić.

- Nie bądź taki skromny, Gary. To w zasadzie ty ich dopadłeś, ogłuszając Joe Daltona ciosem karate. A może to był wolkański chwyt obezwładniający?

- Ale to i tak nic nie dało. Mirabelle i inne kurczaki spoczywały już w brzuchu tego potwora, Averella Daltona, nasza ferma była spalona, więc rodzice musieli przeprowadzić się do tej okropnej luksusowej daczy w Kalifornii i zająć się handlem nieruchomościami, a ja byłem pusty i zrozpaczony po utracie Mirabelle. Poprzysiągłem sobie wtedy, że dorwę Averella Daltona i zabiję go. I oto moja historia.

Kiedy skończył mówić, wszyscy w barze chlipali, poruszeni smutną i tragiczną opowieścią Gary’ego Zajebistego.

Wtem drzwi do baru się otworzyły i – ku zdziwieniu wszystkich obecnych – stanęli w nich Daltonowie. Wtargnęli dziarsko do środka i stanęli naprzeciw Luke’a i Gary’ego, którzy spojrzeli na nich chłodno. Bracia uśmiechnęli się złośliwie. Luke wyciągnął kolta, aby ich zastrzelić. Normalnie nikogo by nie zabił, ale tragiczna historia Gary’ego Zajebistego sprawiła, że chciał ich zabić, tu i teraz. Zanim jednak zdążył strzelić, Gary z szybkością światła wyciągnął kolty z kabury i zastrzelił wszystkich czterech Daltonów za jednym razem. Wszyscy po kolei upadli na podłogę, a krew lała się z strumieniami z ich piersi. Averell Dalton jeszcze oddychał, kiedy Gary podszedł do niego i z chłodnym wyrazem twarzy przyglądał się mu z góry.

- Wreszcie pomściłem moją ukochaną Mirabelle – powiedział cicho. – Jakie są twoje ostatnie słowa, gnido?

Averell uśmiechnął się do niego.

- Twoja… ukochana Mirabelle – zaczął z trudem – nie… była… nawet smaczna. Smakowała… jak kurczak.

I umarł.

Gary „Zajebisty” von Stu ożenił się z Miss Świata, pokonał w swoim życiu jeszcze wielu bandytów (w tym Jesse Jamesa i Billy Kida), dorobił się wielkiej fermy kurczaków i kilkorga dzieci, które były równie zdolne i atrakcyjne jak on, a jedna z jego córek, Mary-Sue, była nawet skrytą miłością Lucky Luke’a. Kiedy dorosła, Luke wyjawił jej sekrety swego serca i porosił ją o rękę, a ona za niego wyszła. Choć co tydzień Mary-Sue była porywana przez bandytów, którzy byli szaleńczo w niej zakochani i chcieli zemścić się na Luke’u, życie Mary-Sue i Lucky Luke’a było pełnie szczęścia i radości. Wszyscy opiewali ich miłość, a Gary Zajebisty stał się legendą Dzikiego Zachodu, nawet większą niż Lucky Luke.
KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz